wtorek, 16 lutego 2016

Sauron seksedukator, czyli reptilianka na dworze króla Thranduila, cz. 3



Witajcie!

Mamy dla Was dobrą wiadomość: w ostatniej części analizy wreszcie zacznie się coś dziać! Będą kłótnie i dramy, i książki z funkcją cliffhangera; będzie odkrycie mrocznej tajemnicy z przeszłości i mszczenie urażonej godności osobistej. Rada sołecka wejdzie w sojusz z Władcą Ciemności, skowronki będą trollować ogrodników, Thranduil dostanie pocztówkę znad Nilu, a ulice Ciemnego Zakątka spłyną barszczem. Tak czy inaczej - indżojcie!
Zanalizowały: Pigmejka, Kalevatar i Vatelema.

Drżenie


          Kłęby śnieżnobiałych chmur z wolna sunęły po porannym niebie. Chłodny wiatr nieznacznie popychał je ku północy – tam, skąd rzekomo pochodzę. Wpatrywałam się w to cudowne zjawisko w bezruchu, jakby odurzona jego błogością. Obserwowanie nieba za dnia sprawiało mi ogromną satysfakcję, pomimo wiecznie załzawionych i piekących oczu. Letnie słońce zwykło traktować je niezwykle brutalnie.
Na jednym sierpowym nigdy się nie kończyło.
Srrrru, dup! i z łokcia!
Załzawionych i piekących…? Biedactwo ma alergię!
Mnie to bardziej na zapalenie spojówek wygląda.

Na niebie wreszcie pojawił się pierwszy skowronek, którego donośny śpiew przeważnie zwiastował początek prac w Ogrodach.
Jedni mają zegary z kukułką, inni ze skowronkiem. Ale taki system pracy musi być szalenie upierdliwy - wyobraźcie sobie, że cały dzień siedzicie i czekacie, bo buraczków i marchewki już z chwastów nie widać, a skowronek jak na złość postanowi nie zaśpiewać.
Skoro śpiew przeważnie zwiastował początek prac… to co zwiastował przy innych okazjach? Rozpoczęcie mocnej wixy?

Na ów sygnał elficka służba oraz wszystkie małe Elfiątka z Pałacu zabrały się do pracy z ogromnym zapałem.
Zapowiadało się dużo pielenia, bo duże litery rozrosły się okropnie.

Doświadczeni ogrodnicy pouczali amatorskich miłośników bardzo wymagającej uprawy licznych rozariów,
*czyta zdanie na głos* Wsłuchajcie się. Ta fraza ma rytm.
Przydawki, przydawki everywhere.

niemal szybując pomiędzy kolejnymi skalnymi wieżyczkami, które bujnie porastało różnokolorowe kwiecie. Kilku sadowników pieczołowicie przycinało zeschnięte gałązki drzew owocowych, które już niedługo miały urodzić soczyste gruszki, jabłka i dorodne śliwy.
Specjalnie sprawdziłam - wszystkie wymienione drzewa owocowe przycina się pod koniec lutego… a według opka jest początek lata. Coś słabo wyuczeni ci doświadczeni ogrodnicy.
Poza tym nie wiem, czy to tylko ja, ale jakoś nie widzę tolkienowskich elfów pracujących na roli.
Oj tam, na pewno był jakiś zaginiony rozdział Hobbita opisujący pracę leśnych elfów podczas wykopków.
Może sadownicy byli innej rasy, a elfy tylko przechadzały się między nimi dostojnie, rozmyślając nad cyklicznością pór roku?

Korony pobliskich dębów szeleściły ochoczo, akompaniując spokojnej melodii niesionej przez łagodne, dźwięczne podmuchy ciepłego wiatru.
Wiatr dmuchał dźwięcznie? Bohaterka ma omamy czy wszystkie drzewa dookoła zostały upstrzone wietrznymi dzwonkami?
Zobaczyłam tę scenę jako fragment jakiejś starej animacji z Disneya, w której do sceny z kwasowymi, zantropomorfizowanymi sosenkami wykorzystano muzykę Czajkowskiego.

Pojedyncza kropelka potu spłynęła po mym czole, co niestety nie umknęło uwadze roześmianej Sary. Zadrżałam i przerwałam pracę przy jeżynach, aby prędko przetrzeć buzię gałgankiem przewiązanym przez gruby pas.
Ja prosta dziewczyna jestem, ja się na ogrodnictwie nie znam, więc może ktoś mi wytłumaczy: co, do cholery, można robić przy jeżynach o tej porze roku?
Sonet pisała. Przy tych jeżynach.
No co.

Podczas, gdy nieskazitelne oblicza robotnych Elfów nie przejawiały żadnych oznak zmęczenia,
Właśnie wyobraziłam sobie ubranego w kaszkiet elfa hiper-robociarza.
Towarzysz Haldir wyrobił dziś w burakach 400% normy.
Śmiało podnieśmy sztandar nasz w górę,
Choć burza wrogich balrogów wyje,
Choć nas dziś gnębi Sauron ponury,
Chociaż zgubiony Pierścień Jedyny!


moje ciało przeżywało katusze, ociekając odrażającą wydzieliną.
Boru drogi, czym ona się poci? Ropą? Odchodami? Przegniłą brukselką?
To nie brzmi jak proces pocenia się. Może jakiś wielki przegniły pomidor właśnie wybuchł jej w twarz?
Swoją drogą, niepocące się elfy zapewne chłodzą się, wywalając jęzory i dysząc. Ewentualnie zanurzają się w błocie.

Miałam ochotę zapaść się pod ziemię, jednak nie wolno było mi opuścić Ogrodów, póki skowronek nie obwieści świergotaniem pierwszej przerwy.
Widzę tu spory potencjał trollingowy dla co bardziej złośliwych skowronków.
Albo co bardziej pazernych na zysk elfich Januszy, marzących o pracownikach harujących bez żadnej przerwy.

- Trzymaj – zagaiła Sara, podając mi dzban pełen krystalicznej wody z pobliskiego źródła.
Przyjaciółka roześmiała się promiennie, a we mnie jakby coś się skurczyło. Ogrodnicy i ich uczniowie zmierzyli mnie uważnym wzrokiem, a na ich twarzach pojawił się pobłażliwy grymas naznaczony maleńkim cieniem pogardy.
Ćwiczyli ten kolektywny grymas, gdy Valla nie patrzyła.

Wsparłam plecy o jedną z najwyższych ścianek skalniaka, czując jak wzbierała we mnie odraza do własnej fizyczności.
Ten ogród musiał zostać zaprojektowany przez pijanego architekta krajobrazu. Rozaria, jeżyny, obok skalniak - założę się, że za skalniakiem jest grządka z ziemniakami.
I góra kompostu.
To brzmi jak uniwersytecki ogród botaniczny. W sumie nie jest powiedziane, że elfy nie mogą takiego mieć.

Przyjęłam dzban, po czym rozpaczliwie pociągnęłam długi łyk nieskazitelnie czystej wody.
Na jej powierzchni unosiło się jeszcze kilka epitetów.

- Czym sobie na to zasłużyłam, Saro? – zasępiłam się na moment, nerwowo zagryzając wilgotne wargi. Ukradkiem omiotłam spojrzeniem doskonałą, mleczną cerę młodej Elfki, która naraz pokręciła głową z niedowierzaniem.
Czy ja dobrze rozumiem, że woda tam jest jakimś kosmicznym luksusem, jaki można zaznać w pracy?

- Nie tylko ludzie boją się odmienności, Vallo. Boją się jej także Elfy. – rzekła, przekopując kolejne grządki.
Mówiłam, ziemniaki jak nic!

Dumnie zatrzepotała rzęsami, a ja poczułam jakby kroplę parzącego kwasu, która powolnie zalewała mój żołądek, powodując bolesne skurcze.
To się nazywa zgaga, dziecko. Może herbatki miętowej?


(Odautorskie. Poważnie, Valla pracowała w ogrodzie w takich tiulach i muślinach? Musiały się pieruńsko zaczepiać o te jeżyny. Bardzo dobrze, mogła dzięki temu chodzić w sukni plugawej i przeżywać swój ciężki los.)

Oczami wyobraźni ujrzałam Sarę zupełnie samotną, pośród całkowicie obcych mieszkańców jednej z tych nędznych, ludzkich wiosek na południu. Ubrana w najpiękniejszą suknię wyszywaną złocistą nicią, wyraźnie wyróżniała się z tłumu biednych, umorusanych czarną ziemią dorosłych i ich dzieci,
Nie można nie zauważyć tego uroczego mema, że jak chłopi, to na pewno cali brudni, włącznie z twarzą - ani chybi w wyniku tego, że musieli orać ziemię własnymi zębami.
Jak widać, bohaterka ma wysokie mniemanie o swojej rasie.

a uraczywszy mnie zatrwożonym spojrzeniem, zadała mi dokładnie takie samo pytanie: Czym sobie na to zasłużyłam, Vallo? Odpowiedziałam uroczo zmysłowym głosikiem: Ludzie boją się odmienności, Saro. Zupełnie tak, jak Elfy...
Później odkręciłam się na pięcie i odeszłam, zalotnie kołysząc biodrami.
Na pewno zrobiłaś tym duże wrażenie na ziemniakach.
Aż marchewki w ziemi zesztywniały.

[Małe elfy wylały na bohaterkę wiadro zgniłych owoców, ta rzuciła się w pogoń, a ostatecznie została wezwana na dywanik do króla, który chce się dowiedzieć, czemu zrobiła z siebie widowisko.]
     
           (...) Wreszcie dobrnęłam do masywnych hebanowych drzwi, upiększonych srebrzystymi wykończeniami.
*odfajkowuje* Jak miło trafić na taki uroczy opkowy kanon! *ociera łezkę*

Fatalnie się składało, że nie potrafiłam zdobyć się na choćby jedno uderzenie kłykci o gładką, połyskującą powierzchnię.
- Walnij z dyńki - doradziła uprzejmie Kal.

Mimo to, nabrałam wreszcie nieco pewności i uczyniłam coś całkiem wbrew swoim lękom i przeświadczeniom.
Nauczyłam się obsługiwać sprężarkę tłokową.

- Panie, czy mogę...? – wybuczałam przez grubą drewnianą powłokę, nie odważywszy się uchylić drzwi.
Czyżby lęki bohaterki dotyczyły mówienia basem?

- Proszę, wejdź, Vallo. – usłyszałam w odpowiedzi łagodny, dźwięćzny głos króla. Zignorowałam rozkoszne dreszcze, które na ów dźwięk nawiedziły moje plecy, po czym pchnęłam ciężkie wrota,
To doskonały moment na gifa z Aragornem; mnie też się coś od życia należy.
elqTUc1.gif

przebiegając lękliwym wzrokiem miejsce, do którego niestety tak rzadko miałam dostęp.
Wzrok przetruchtał przez pomieszczenie, po czym wywalił jęzor i zaczął dyszeć.
Brzmi raczej, jakby mu się na krocze patrzyła.

Gabinet Thranduila zdawał się płonąć w blasku wszechobecnych świec, ukazując niezwykłe piękno jednego z nieobliczalnych żywiołów przyrody.
Dzięki Borowi, że nie był to obliczalny żywioł cywilizacji.
Miejmy też nadzieję, że nie było to tornado.

Zawieszony pod sufitem kandelabr lśnił świetlistymi barwami, delikatnie kołysany przez spokojny wiatr.
Wiem, że elfy lubiły przestronne wnętrza, ale zdecydowanie powinni zrobić coś z tymi przeciągami. Głowy im pourywa!
Ty lepiej poczekaj, aż ten wiatr się czymś wkurzy i zrobi się niespokojny.

W kącie pokoju przyjęć stał ogromnych rozmiarów stojak,
Obok wisiał wieszak i maśliło się masło.

na który nałożono masywną królewską zbroję, eksponując rzetelnie wykonane zawijasy, imitujące gałązki drzew Mrocznej Puszczy.
Przeczytałam zawiasy”.  
W temacie pancerzy Thranduil zawsze stawiał na klasyczne projekty z sąsiedniego Azeroth:
warcraft_orc_knight_warrior_sword_wow_armor_36601_1920x1080.jpg

Ów widok przywiódł mi na myśl kowalskie umiejętności Elfów, które wykorzystując moc ognia, wykuły ten kunsztowny pancerz.
Raczej moc napieprzania młotem, ale co tam, miej sobie swoją poetycką wizję.

W tylnej części gabinetu widniał przepiękny obraz przedstawiający destrukcyjną siłę płomieni, które spowijały pole porośnięte jęczmieniem.
Eee… w królewskiej komnacie spodziewałabym się raczej portretu przodka albo batalistyki z jakimś epickim zwycięstwem, a nie impresji na temat "jesień w Hobbitonie".
Może po prostu wisiał tam TEN van Gogh, a bohaterka nie przyjrzała się zbyt dobrze?

Nadworny malarz, który wykonał tę pracę, zwykle pałał się malowaniem martwej natury,
Pałał? Czyli co, świecił, jak malował?
Zakochiwał się  w swoich pracach. W sensie miłością do nich pałał.

jednak na polecenie króla zmienił na chwilę obiekt zainteresowań.
Jak dla mnie spalone zboże to całkiem martwa natura, ale to tylko ja.
Ta była bardziej umierająca. Martwa w aspekcie niedokonanym.

Jednak nie potrafiłam oprzeć się wrażeniu, iż ten niezwykle utalentowany artysta prawdopodobnie przedstawił na płótnie cząstkę wściekłego gniewu, który z wolna tlił się w niespokojnym sercu władcy Mirkwood.

(Odautorskie)
Na miejscu elfów poważnie zastanowiłabym się nad zdrowiem psychicznym władcy. Wszystko wskazuje na to, że lada moment zacznie biegać po okolicy, podpalając sioła i chowając gaśnice.

           Thranduil milczał przez długie minuty, gorączkowo zaciskając sękate palce na kartach księgi z raportami od Leśnej Straży.
Jak na swój wiek Thranduil dobrze się trzymał, ale reumatoidalne zapalenie stawów go nie ominęło.
Narrator może i zapomniał, że pałac znajdował się pod ziemią, ale stawy Thranduila nie dały się tak łatwo oszukać.

Jego oczy błyszczały w przerażeniu; wpatrzone były w niedostępny dla mego wzroku punkt na papirusie.
papirus.jpg
Leśna Straż trochę zboczyła z drogi i w ramach przeprosin wysłała mu papirusową pocztówkę znad Nilu.

- Chciałeś mnie widzieć, czyż nie? – zaczęłam niepewnym półgłosem, podążając chwiejnym ćwierćkrokiem w stronę krzesła z wysokim dwuoparciem.

Thranduil podniósł głowę, po czym wbił we mnie zlęknione spojrzenie błękitnych oczu. Wyglądał zupełnie tak, jakbym właśnie wyrwała go z jakiegoś potwornego koszmaru, który łakomie chłonął resztki jego świadomości.
- Omnomnom - zrobił koszmar, przeżuwając resztki więzi między umysłem Thranduila a rzeczywistością. Król przeniósł wzrok na zapałki i uśmiechnął się szeroko.

- Niepokoi mnie twoje zachowanie. – rzekł karcąco, choć jednocześnie niezwykle cicho. - Goniąc te Elfy zachowałaś się wybitnie niedojrzale. – wycedził przez zaciśnięte zęby.
(...) Mój gniew sięgnął zenitu.
- Zostałam potraktowana wiadrem wypełnionym po brzegi zgniłymi, rozwodnionymi owocami.
Żeby jeszcze chociaż gęste były! Ale ta wodnistość naprawdę przegięła pałę goryczy.
Wiesz, jak coś takiego szkodzi na cerę?!

Ponadto jestem pewna, że te okropne dzieciaki zrobiły to na polecenie swoich przezabawnych rodziców, których szczerze nienawidzę!
Niech by jeszcze zniszczyły mój śnieżny fort, to dopiero bym im łomot spuściła, jakem śnieżna mścicielka! #pozdrodlakumatych

Nienawidzę tych twoich... cudownych poddanych. – zagrzmiałam donośnie, co uczyniło mnie jeszcze bardziej skonfudowaną.
Bo jej ryk, zwielokrotniony przez ogromną zbroję Thranduila, rąbnął w nią jak taran.
Czy ona aby nie mówi mu, że nienawidzi jego rasy?

Thranduil zaniemówił. Atmosfera w gabinecie uległa zagęszczeniu, a w powietrzu unosiły się maleńkie, prawie niewidoczne smużki napięcia i niepokoju.
To firanka zajęła się od tych wszechobecnych świec.
Albo im się hormony skraplają.

Król jedynie westchnął, po czym nachylił się nad biurkiem i szepnął konfidencjonalnie:
- Trochę ją rozpuściłem, nie?
Głosy przyznały mu rację.

- Vallo, nie zaprosiłem cię tutaj, abyś obrażała moich poddanych. Chcę wyjaśnić tę sytuację, jednocześnie uświadamiając ci, że oczekuje od ciebie nieco... powagi? Dojrzałości?
Thranduil wpatrywał się w puste dno złotolitego kielcha ze smutną miną.
Mnie też smucą puste kielichy, ale Thranduil ma chyba sporą piwniczkę, nie?
Ale on pewnie chciałby się znieczulać już TERAZ.

Kiedy dostrzegłam wreszcie tę rozdzierającą melancholijność, moje rozdrażnienie umknęło gdzieś poza pałacowe mury.
Pobiegło do lasu i schowało się w domku leśniczego.  

Wszystko, czego pragnęłam, zamknięte było w ramionach mężczyzny siedzącego po drugiej stronie ciemnego blatu. Ta odległość zdawała się separować nas w  wyjątkowo brutalny sposób: król milczał, zgnębiony żałosnym rozgoryczeniem, a ja mogłam się temu jedynie przyglądać, zaklinając w duchu swoje wewnętrzne rozdarcie.
Z doświadczenia wiem, że darcie się nie pomaga na rozdarcie. Więc uspokój się i porozmawiaj z nim.

To przecież mój król.

Jasnoniebieskie oczy Thranduila zabłysły w blasku świec kandelabru. Jego zwykle rozgniewane oblicze było teraz tak ujmująco łagodne; jego duch niesiony był zasmucającą treścią raportów Leśnej Straży.
“W Egipcie znowu chłopskie bunty STOP Faraon coś knuje STOP Gorąco tu jak w Mordorze STOP Nienawidzę piasku STOP”
61786194.jpg

Gdybym tylko mogła spojrzeć na te dokumenty...
- Każdy z tych Elfów doskonale wie, że jesteś najbliższą mi osobą. – wzdrygnęłam na te słowa, jednak król kontunuował bezceremonialnie. - Gdybyś była Elfem, sytuacja wyglądałaby zgoła inaczej. Byłabyś szanowaną panią dworu, a twoje stopy brodziłyby po kwiecistych dywanach usłanych przez mój lud. – rozmarzył się na chwilę, a w jego oczach błysnęły dzikie ogniki.
Wyobraził sobie płomienie pożerające kwieciste dywany.

Oto widok, który był spełnieniem moich najśmielszych snów.

- Jednak to się nigdy nie ziści. Jesteś człowiekiem. – Thranduil urwał apodyktycznie swój wywód, głęboko nabierając tchu. - Niektóre Elfy gardzą ludźmi.
I hobbitami. I krasnoludami w szczególności, bo to podłe, fałszywe, złodziejskie dranie, niegodne splunięcia.

- Wiem o tym. – uśmiechnęłam się do siebie. - Właśnie dały temu doskonały przykład.
       Król zastygł niczym posąg, lustrując mnie zrezygnowanym spojrzeniem od stóp do głów.
Niestety nie wyglądała na łatwopalną.

- Chcę jedynie, abyś chodziła po moim Pałacu z podniesionym czołem. Masz im pokazać, że nie lękasz się ani plotek, ani tych... niedorzecznych żartów. Martwię się o ciebie. - zakończył mrukliwie.
Daj jej  w takim razie lepiej płaszcz przeciwdeszczowy, bo samo zadzieranie nosa nie uchroni jej przed kolejnymi wiadrami z kompostem.

- Czyżby?! Oblano mnie pomyjami, pozbawiono mnie godności, HONORU,
Totalnie powinnaś wyzwać te dzieci na pojedynek! Pieszo, na topory, pardonu dawać się nie będzie!

a ty śmiałeś jedynie zerknąć na mnie tym... zimnym, WROGIM spojrzeniem i rzec: Najwyraźniej musimy sobie coś wyjaśnić. – moje dłonie ponownie drżały. Zerknęłam na swoje paznokcie; były zupełnie białe.

- Vallo, (...) Proszę, wykaż nieco wyrozumiałości. (...) Istnieją osoby, przy których nie mogę pokazać, iż... posiadam słaby punkt. Wielu pragnie wykorzystać moje słabości przeciwko mnie. A cóżbym zrobił, gdyby obrano sobie ciebie za cel? Ciebie! Moją największą słabość i siłę za razem?
Wypraszam sobie, za Razem nie stoi żadna Mary Sue!

– nieartykułowany dźwięk przemknął przez moje spękane wargi, gdy uświadomiłam sobie, że bohaterką tejże przemowy byłam właśnie ja.

Nie mogąc wydusić z siebie ani słowa, przycisnęłam dłonie do oczu, czując pod palcami spływające łzy. Teraz słyszałam jedynie szybkie uderzenia swego serca. Niemal bezgłośne szlochanie naznaczyło mą twarz wielkimi, jak groch łzami, co na dobre zniekształciło karmazynowy obraz  najbliższego otoczenia.
Ja tam nie wiem, ale chyba w okolicy coś się jara.
I właśnie dlatego bohaterka próbuje zgasić pożar łzami. To ma sens.
Ja zrozumiałam, że łzy wyżłobiły trwałe smugi na jej czerwonej od płaczu twarzy. Tylko czym ona w takim razie płacze? Małymi nożami?

- Wybacz, że przysparzam ci tylu kłopotów, panie. – wybełkotałam żałośnie przez łzy.
- Vallo... – król próbował zaprotestować, lecz uciszyłam go zaledwie jednym gestem dłoni.  

ForceChoke.jpg

- Wydaje mi się, że ja zawsze zwiastowałam jedynie nieszczęścia, panie. Moja obecność często wróżyła tragiczny rezultat danej sytuacji. (...) No i dzień, w którym mnie odnalazłeś. Przecież tamtego dnia straciłeś ojca.
To kjutaśne, że uważasz, że wszystko kręci się dookoła ciebie, ale to żadnym sposobem nie mógł być ten sam dzień. Bitwa na Dagorlad, gdzie zginął Oropher, rozegrała się jakieś siedem lat przed zakończeniem wojny.

Straciłeś połowę swojej armii... – wykrztusiłam słabo, opadając na oparcie mocno sfatygowanego krzesła. - Mówię ci, Thranduilu, stanowię bardziej zły omen, niż namiastkę szczęścia w twoim życiu. – jeszcze przez moment wsłuchiwałam się w rytmiczne uderzanie kropli rzęsistego deszczu o balkonowy dach, kiedy nagły powiew wiatru pozbawił mnie tchu. (...)
To nie powiew wiatru, tylko przypomnienie, że ten cholerny pałac jest POD ZIEMIĄ.
Może ten dźwięk kropel to z odtwarzacza albo koleś puścił sobie biały szum przed snem?

- Vallo. Spójrz na mnie. – zażądał głosem rozedgranym ze złości. - Chcesz usłyszeć prawdę czy kłamstwo? (...)
- Kłamstwo. – powiedziałam chłodno, oswajając się z nieśpiesznym zanikiem zdrowego rozsądku.
Żeby coś zanikało, musi najpierw zaistnieć, a ontologiczny status twojego rozsądku jest raczej wątpliwy.

Thranduil powstał ociężale z krzesła, wygładzając dłońmi pognieciony materiał kremowej koszuli. Wbił we mnie swój smutny wzrok, po czym przyklęknął tuż obok, by objąć mą dłoń.
Ściskał dłoń zasztyletowanej wzrokiem bohaterki, póki ta nie wyzionęła ducha, po czym odetchnął z ulgą.

Szykując się w duchu do zniekształcenia wciąż nieodgadnionej prawdy, zakołysał się przy mnie
f9d997dd128464d866848339ce884b5d.jpg

i odgarnął niesforny kosmyk włosów z mojego mizernego oblicza.

- Chciałbym, aby tamten dzień nigdy nie nastąpił. Nigdy, przenigdy. Abym cię nigdy nie odnalazł. Aby nie nastąpił żaden kolejny dzień, w którym musiałem patrzeć jak przywiązujesz się do tego miejsca.

W głębi pomieszczenia stało częściowo stłuczone, zabrudzone lustro.
O ile to nie jest magiczne lustereczko, które co rano mówi królowi, że jest najpiękniejszy w świecie, to ja naprawdę nie ogarniam, czemu Thranduil trzyma u siebie taką rupieciarnię.
Może to zwierciadło Ain Eingarp, a Thranduil lubi popatrzeć na alternatywną wersję siebie.

Spojrzałam w nie ukradkiem i, ku swemu ogromnemu zaskoczeniu uległam zwodniczemu wrażeniu, iż po drugiej stronie lustrzanej powłoki znajdowała się zupełnie obca mi osoba.
A profesor Lacan już nawet nie miał siły wzdychać.

Moje ciemnozielone oczy zalśniły przerażeniem.
Dobrze, że to nie były cudze ciemnozielone oczy. To by dopiero było straszne.

- Nie mów tak, proszę. Pozwól, że powtórzę jeszcze raz. Tamtego dnia straciłeś ojca. Połowę armii. Wyszkolonych łuczników, jeźdźców–
- Vallo. – przerwał mi łagodnym tonem, a ów dźwięk wydawał się teraz najpiękniejszym świadectwem jego opatrzności nade mną.
Drogi Narratorze, opatrzność to nie to samo co opieka.

- Niektórych uczuć często... nie można zracjonalizować. Tak po prostu jest – tak czuję. – opuszkami palców muskał moje gęste, brązowe loki, które wciąż opadały na kredowobiałe policzki. Na jego surowej twarzy zagościł nieznaczny uśmiech.
Wystarczyło jednak chwilę podsmażyć i twarz zaczęła wyglądać tak:
k,NzUxMDcyMTEsNDkxMDAwNjY=,f,jajeczny_ludzik_OW_medium.jpg

- Jesteś najcenniejszym kamieniem, szmaragdem w tej wyjątkowo uciążliwej koronie. Złoto może zostać przetopione w dowolny kształt, za to szmaragd na zawsze pozostanie w niezmienionej formie.
No chyba że się go potnie albo oszlifuje, albo…
Dodam, że tylko krowa nie zmienia zdania, a jeża przelecieć się nie da.

Właśnie tak opisałbym moje uczucie do ciebie. (...)
Zapragnęłam go... pocałować.
(...)


(Odautorskie.)

- Lepiej wróć do Ogrodów, Vallo, nim ktokolwiek na powrót zacznie nazywać cię... kochanicą króla. – król zaśmiał się niespodziewanie, zawaidacko mrużąc oczy. Potężny dreszcz przeszedł przez całą długość mego otępiałego ciała.
Stało się to:
http://media.tumblr.com/tumblr_mcd2hqQ3HP1r2trd1.gif

- Oczywiście. – odparłam rozkosznie, a na na moje różane usta wpełzł pogodny uśmiech, wyraźnie naznaczony łobuzerską iskrą.
Najwyraźniej użycie łatwopalnej pomadki nie było najlepszym pomysłem.

[Albo przy kopiowaniu opka pominęłam jeden rozdział, albo następuje tu jakiś zagadkowy zwrot akcji; w każdym razie: bohaterka czyta jakieś tajne zapiski, zawierające sekret jej pochodzenia.]

Pod osłoną nocy


Na satynowej pościeli rozpościerały się ostatnie, pożółkłe stronice sprawozdania z mojej przeszłości. Czyżby pozostały zaledwie dwie karty? Na potęgę Eru, to już ostatni paragraf. Wtem,  opasła księga niepostrzeżenie zamknęła się w mych dłoniach.
I spierdzieliła po podłodze.
Księga ma funkcję cliffhangera?

Oddychaj. Głęboko.

Poczułam się… przedziwnie. Zupełnie inaczej wyobrażałam sobie moment tuż po. Przeczytanie setki zakazanych stronic bynajmniej nie sprawiło, że grunt usunął się spod mych nóg.(...)
Moment tuż po czym…? Ona czyta podręcznik do biologii?

Oddychaj. Głęboko. Przecież potrafisz.

        Pierwszym krokiem do odegnania parszywych myśli (poniekąd skłaniających mnie do wyskoczenia przez maleńki balkonik) była próba poukładania mętliku przeczytanej historii w mej jaźni.
Ma jaźń też ma nieco problemów z ogarnięciem, co tu się właściwie odpierdala.
Ma jaźń dawno się poddała.

Raz na zawsze. Kolejnym krokiem miało być zakopanie się wśród poduszek, szloch, a następnie akceptacja rzeczywistości i tolerancja wobec Thranduila. Krok trzeci miał się ograniczyć do zatapiania tego, co złe gdzieś w odległej topieli mojej istności;
Istności.
FindSpark-resident-assistant-1.gif
To opko czyta się jak zapis jakichś dramatycznych zmagań narratora z tezaurusem.
Władca Wyszukanych Synonimów.

jednakowoż przy usiłowaniu wcielenia początkowego kroku w żywot,
Ja tam nie wiem, ale wcielenie kroku w żywot brzmi jak coś bardzo bolesnego i generującego spory bałagan.
Pierwszym krokiem miało być poukładanie mętliku jaźni. Chyba nie wyszło.

mój arcypiękny plan rozpadł się na drobny mak.
Przeczytałam: "mój arcykapłan rozpadł się na drobny mak" i nawet się nie zdziwiłam.

               Proszę, zacznij od początku. Oddychaj… - nieznajomy głos wciąż rozbrzmiewał echem w mojej głowie.

               Ku memu ogromnemu zniesmaczeniu, niewiele wyciągnęłam z tekstu po jednorazowej lekturze. Najważniejsze jednak było to, że Thranduil wykradł mnie jednemu z podupadłych rodów pod osłoną nocy.
Och, więc mamy tu antytezę Thranduila przerzucającego niechciane dzieci przez płot sąsiadów - tu jest Thranduil wynoszący dzieci ludziom z domów. Ludzie, ja wiem, że Thrandy nie był najlepszym ojcem świata, ale może trochę wyluzujcie, co?

Wykradł mnie; nie odnalazł przy konającym ojcu, który heroicznie walczył o życie swej pociechy, a opatulił w swoją szatę i wyniósł z posiadłości, niczym złodziej.
Totalnie widzę, jak szpieg Thranduil z Krainy Deszczowców przekrada się od jednej plamy cienia do drugiej, w ciężkim płaszczu ze złotogłowiu, z wrzeszczącym dzieciakiem za pazuchą.
Karramba!
Po czym wsiada na łosia, zaparkowanego dla niepoznaki za stodołą - i tyle go widzieli!

               Pochodzę z Ferreah – wioski na południe od Mrocznej Puszczy, zwanej również Ciemnym Zakątkiem.
Też macie wrażenie, że te wszystkie pogrubienia to hiperłącza?
Za każdym razem.

Zbyt wielu niesławnych plotek nasłuchałam się w życiu o tejże osadzie, by przyjąć taką wiadomość z błogim spokojem.
Z pewnością jakaś zapyziała ludzka wioska była na językach całego dworu królewskiego.
Bohaterka jest z Wąchocka?

Ród, w który się wrodziłam,
Narratorze, “wrodzić się” oznacza ‘stać się podobnym pod jakimś względem do kogoś z rodziny’. Chyba chodziło ci o “urodzić się”...
Albo po raz kolejny potwierdza się, że bohaterka jest jednostką infiltrującą zachowanie istot organicznych.

nosił godność Hurmin i był jednym z najzamożniejszych wśród południowych krain. Z dziada pradziada, każdy męski przedstawiciel familii należał do miejscowej rady, czy też sejmiku, który zazwyczaj zajmował się głównie spiskowaniem, aniżeli dbaniem o dobro Ferreah.
Mam wizję rady sołeckiej, która spiskuje w karczmie, jak obalić króla i sprowadzić na świat Pradawne ZłoTM.

Dzięki rozmaitym układom z wpływowymi arcybogaczami, ród Hurmin szybko wszedł w posiadanie kilkunastu włości.
I ci wszyscy wpływowi arcybogacze mieszkali w zapadłej wsi gdzieś pod Mroczną Puszczą, tak? Musiało im się wybitnie powodzić.
No chyba że wpływowy arcybogacz to w tych okolicach gospodarz z trzema krowami.
Może “włości” to kilkanaście kurnych chatek...

Z raportów wynikało, że Thranduil wielokrotnie odwiedzał z ojcem tamtejsze ziemie w nadziei na zawiązanie sojuszu przeciwko dotkliwemu złu, które coraz częściej nawiedzało kontynent.
Dotkliwe zło brzmi jak łagodne określenie opryszczki…
Mnie to brzmi bardziej jak drzazga pod paznokciem.

               W tamtym momencie mówiło się niezwykle wiele na temat dręczycielskiego ducha sługi Morgotha, który krążył ponad grodami obserwując bacznie swych nieprzyjaciół, a w międzyczasie mnożył orków, trolle oraz smoki w swej twierdzy.
Totalnie widzę ducha Saurona, który latał po siołach i zagrodach, dręcząc trolle edukacją seksualną.
Taki Dziki Gon, wersja bez prezerwatywy.

Gorthaur Okrutny terroryzował swych nieprzyjaciół, jednocześnie szukając wśród nich umysłów podatnych na wszelkie sugestie, w tym oddziaływanie mrocznych mocy Czarnoksiężników.
Ową podatność sondował, organizując publiczne pokazy cudownych leczniczych kołder i garnków do gotowania na parze.

               Ojciec mój, wraz ze swym sługą Orinem, zawarli z Sauronem przymierze; ów pakt miał jakoby zapewnić im zarówno bezpieczeństwo w czasie wojny, jak i dożywotni prym wśród członków rady.
Nie ma to jak zawrzeć układ z Pradawnym Złem w zamian za dożywotnią reelekcję.
Dobrze rozumiem, że jacyś zamożni kmiecie zawarli pakt z Sauronem?
*crossover Chłopów z Władcą Pierścieni*

Ceną za wszystkie korzyści miało być dozgonne posłuszeństwo Gorthaurowi, jednak prócz tego konieczne było również podporządkowanie mu możnych oraz armii południowych krain.
To te wiochy przytulone do Zielonego Lasu miały własną armię?

Wkrótce potem kobiety w familii Hurminów postradały zmysły – jedna po drugiej – a niektóre z nich, głównie te wrażliwsze i uległe wpływom świata zewnętrznego – dawały się omotać Panu Ciemności, nakupowały kołder, garnków i koców z alpaki i zaszywały się gdzieś w bardziej lub mniej odległych lasach i praktykowały czarną magię.
what.gif

Jedna z nich – Medina – zaszła w ciążę z nieznanym nikomu mężczyzną, po czym kilka razy pokazała się w spowitej mrokiem wiosce,
Chodzi o Kraków w smogu?
Lepiej, żeby się tylko z tego nie urodził jakiś Anakin.

wykonując haniebne usługi dla mężczyzn spragnionych władzy.
Na zlecenie pisała dla nich hejterskie komcie na onecie!

Podczas jej wizyt w Ciemnym Zakątku, noce spędzała w podupadłej, dawno opuszczonej posiadłości Hurminów, pod którą co wieczór schodzili się wciąż przytomni mieszkańcy i z zajadłą determinacją przeklinali cały ród, wraz z nienarodzonym dzieckiem Mediny.
Dobrze, że jej na taczkach z gnojem ze wsi nie wywieźli.
Rzeczywiście ich determinacja musiała być zajadła, skoro przyłazili tam co wieczór, jakby nic lepszego nie było do roboty.

Mówiło się, że po zmroku dom wielokrotnie odzyskiwał swą świetność, by rankiem znów przemieniać się w obraz ruiny.
Już widzę, jak towarzystwo przychodziło po pracy, odmalowywało ściany, wstawiało nowe meble, wieszało firanki, a nad ranem srrrru!, wszystko do śmieci.

Spokojnie. Jeszcze jeden oddech.

               Nim zginął Oropher, a doradcą Thranduila stał się Davar, wyprawom do sąsiednich ziem przewodziła Edowine. Jej błyskotliwość oraz zamiłowanie do spraw polityki czyniły z niej wymarzonego rzeczoznawcę
. . .
To kolejny atak Geralta - geodety, prawda?

i mentora przyszłych, doskonale wykształconych pokoleń Elfów. Podczas jednej z wizyt w radzie Ferreah, Pan Ciemności ukazał swe oblicze poprzez nieakceptowalną konduitę starszyzny
Konduitę - czyli złe prowadzenie się. Ale wyjaśnienie tego archaizmu i tak nie pomaga w zrozumieniu tego zdania.
Po prostu starszyzna łajdaczyła się tak straszliwie, że aż Sauron przyleciał zobaczyć, co tu się odpierdala.

oraz ich poczynania wobec poddanych oraz samego Orophera. Ówczesny Pan Mirkwood rozgniewał się straszliwie, zerwał pertraktacje dotyczące sojuszu i, licząc się z poważnymi donosami chłopów
Wyobrażam sobie te napływające masowo stosy listów złożonych z literek powycinanych z gazet.

i ludów herbowych,
A tu mamy dowód, że Sarmaci tak naprawdę wcale nie pochodzili z raju/starożytnej Sarmacji nad Morzem Czarnym, tylko ze Śródziemia.

nakazał wydalić ród Hurminów z wioski, by ta w końcu odzyskała swą dawną świetność.
A miał do tego takie prawo, że…? W końcu to była wioska ludzi.

               Jednak ludność Ferreah potraktowała tę sugestię zbyt dosłownie, urządzając w osadzie istną rzeź. Po zabłoconych dróżkach płynęły strumienie bordowej mazi zarówno członków rodziny Hurminów, jak i jej wieloletnich przyjaciół czy zwolenników.
Owa maź była oczywiście zakwasem na barszcz, z którego wyrobu Hurminowie słynęli jak Śródziemie długie i szerokie.

Ostatnim bastionem tej bestialskiej wyprawy była posiadłość mej rodziny, z której Medina nie wychylała się od kilku dni.
Ale nie wychylała się z posiadłości czy z rodziny?
Tak ogólnie się nie wychylała, bo bała się, że ją Mekka zza węgła zaatakuje.
Albo wręcz Mahomet.

               Syn Orophera, Thranduil, zasłyszał, że najmłodsza przedstawicielka rodu to ciężarna kobieta. Nim ludność wiejska przybyła na miejsce, by zgładzić Medinę, książę wziął dwóch najbardziej zaufanych poddanych ojca – Edowine oraz jej wiernego zastępcę Davara – i przedostał się do posiadłości przez jedną z większych, zniszczonych okiennic.
Ale czemu on się przedostawał do środka przez okiennicę? Przez okno nie byłoby mu wygodniej? Chyba że to był dom z samymi okiennicami; człowiek otwiera, a tam - haha, podpucha! - goła ściana.

W środku zastał widok co najmniej przerażający
Tak 7/10 w ogólnej skali.

– martwą kobietę, po którą śmierć najwyraźniej przyszła w połogu i jej maleńkie dziecko, ciche i sine od wszechobecnego zimna. Książę pochylił się nad martwą kobietą, wypowiedział słowa elfickiej modlitwy za jej duszę,
Chrześcijańska eschatologia w każdym uniwersum!

po czym otulił dziewczynkę w swój szal i schował pod płaszczem. Dziecko nawet nie zakwiliło. Elf pomyślał, że jest martwe.
I totalnie postanowił taszczyć ze sobą truchełko noworodka, bo…?
Może były trendy w tym sezonie?

               Delegacja, wraz z Oropherem na czele, powróciła do Pałacu Mrocznej Puszczy, przygotowując się powoli na ostateczne starcie z Sauronem. Przez dłuższy czas, ratunek dziecka oraz jego obecność w Królestwie utrzymywano w tajemnicy przed samym władcą, w obawie przed jego ewentualnymi obiekcjami. Z pewnością rozkazałby dziewczynkę odesłać, skąd pochodzi, gdyż nad jej rodziną krążyła klątwa samego Saurona, która spowijała mrokiem umysły wszystkich przedstawicielek płci pięknej. Napiętnowanie kobiet Hurminów przez Gorthaura mogłoby przecież zepsuć społeczność Elfów od wewnątrz; dziewczynka mogłaby posłużyć Panu Ciemności jako sposób na wejrzenie do świata Mrocznej Puszczy, gdzie do tej pory nie miał najmniejszego wglądu. Książę Thranduil zakazał jednak wspominania o przeszłości dziecka; bo tak naprawdę był agentem sił ciemności, Edowine przejęła nad nim bezpośrednia opiekę, nadając dziewczynce imię. Valla.

               Historia rodu Hurminów stała się jedynie legendą, gdy nadeszła długo wyczekiwania wojna, w której sojusz Ludzi, Elfów i Krasnoludów stawił czoła siłom Saurona.
Szybko w tym Śródziemiu legendy powstają, wystarczy parę lat.

               Valla dorastała, a na dworze potęgował się paranoidalny lęk przed ponownym natarciem z zewnątrz. Thranduil wielokrotnie powtarzał, że zło nie zostało całkowicie unicestwione, a jedynie uśpione i wciąż trzeba się go wystrzegać.
To dość logiczne, że tak powtarzał, skoro sam wychowywał w tajemnicy potencjalnego wroga.

Edowine coraz bardziej niechętnie wykonywała rozkazy króla, które stale ograniczały się do opieki nad Vallą podczas jego nieobecności. Dziewczynka jednak wykazywała tendencję niespotykaną dotąd u żadnego z elfickich dzieci – przypadkiem doprowadzała do śmierci królewskich poddanych, bądź nieświadomie kaleczyła rówieśników.
Rozrzucając po dywanach klocki lego?
*tu wstaw motyw muzyczny z Omenu*

         Wino.
[Bohaterka upija się, a my idziemy w jej ślady. Kurtyna opada litościwie.]