poniedziałek, 2 listopada 2015

Twój awatar brzmi znajomo, czyli mówca do umarłych (Saga o Katanie, cz. 1)

Witajcie!


Wbrew pozorom: żyjemy! I mamy się całkiem dobrze, choć przez ostatnie miesiące poważnie wciągnęły nas przeróżne, potwornie czasochłonne obowiązki. Przepraszamy za brak jakiegokolwiek komunikatu - ale jako że trudno było nam przewidzieć, kiedy uda się nam wrócić, to nie chciałyśmy robić fałszywych nadziei czy składać obietnic na zapas. Ale wreszcie jesteśmy! I zapraszamy na analizę tekstu, o który prosiło kilka osób - Kryształów Czasu z Sagi o Katanie Artura Szyndlera! Do pomocy zaprosiłyśmy Szprotę, i w trójkę zmierzyłyśmy się ze sceną narodzin młodego orczątka, z kobrą w płaszczu oraz bitwą między serpentami a gwardzistami, która polegała na tym, że ci ostatni zostali zaduszeni, pozbawieni szyi i jeszcze na koniec otruci jadem. Po drodze pojawi się armia w depresji, piękna elfka z chwytnymi włosami i bóg suspensu. I jeszcze wiele innych rzeczy, więc - zapraszamy do lektury!

Zanalizowały: Kalevatar, Szprota i Pigmejka



Rozdział I – Miejsce pierwsze: NARODZINY

– Kat An!!! – najgłośniej jak mogła, syknęła ciężarna orczyca
Bo nie mogła na przykład jęknąć ani krzyknąć. Narrator zabronił.
Jak się syczy samogłoski? Bo ja nie umiem, ale ja w ogóle uboga w talenty jestem.
Naukę musisz zacząć od oblizywania sobie oka.

– Kacie! Jeszcze raz spróbujesz mnie podgryzać…! – dodała uderzając wielką niczym bochen chleba pięścią w swój nabrzmiały brzuch.
O, stąd spierdzielił dziki przecinek z poprzedniego zdania!

– Rozumiem, że spałaszowałeś rodzeństwo – sama to zrobiłam w twoim wieku, ale zżerać rodzoną matkę?
Orkowe płody wyżerają matkę od środka? Chyba mało to opłacalne… Znaczy, to trochę jak piłowanie gałęzi, na jakiej się siedzi, tylko level wyżej, coś na poziomie - podpalenia całego lasu.

Kolejny kuksaniec przyniósł widoczną ulgę, brzuch lekko zmalał i orczątko wewnątrz przestało się poruszać.
Jeśli brzuch zmalał, to z orczątka bez wątpienia zeszło powietrze.

Wielka orczyca wyprężyła się i rozejrzała wokół. Potężne mięśnie nabrzmiały, uwidoczniając zielonkawe żyły. Mierzyła nieco powyżej dwóch metrów. Jej oliwkowa skóra była gładka (nie licząc nabrzmiałych żył), co świadczyło o młodym wieku i znaczącym statusie.
Orki stojące niżej w hierarchii były poddawane procesowi rytualnego marszczenia.

Biodra miała przesłonięte pasem skóry ze zwisającymi dużymi płatami futrzanych fragmentów jakiegoś zwierza, prawdopodobnie bawoła opasa.
Futrzane fragmenty? Poprawcie mnie, jeśli się mylę - miała płaty skóry przyszyte do… skóry? (Chyba że przyszyła sobie a to ogonek, a to kawałek grzywy, to przepraszam.)
Już chciałam się śmiać ze zwierząt gospodarskich, które opasają, oplatają i zawiązują się w kokardki, ale gugiel pokazał, że bestiariusz Kryształów Czasu faktycznie zawiera takie zwierzę. Choć jego opis nadawałby się na osobną analizę...
Coś pomiędzy bawołu a oposu wiszącemu u pasa?
Taki całkiem mały bawół, zasypiający nocą na gałęzi pyskiem w dół.

Bystre, duże i głęboko osadzone oczy zwróciły się nerwowo w lewo i w prawo (jednocześnie?) (nieładnie śmiać się z zeza rozbieżnego). W tym też momencie uwidocznił się ich czerwony blask, który zajaśniał w półmroku jaskini.
Gdyby blask zaczął ciemnieć, pojawiłyby się nam tu całkiem nieoczekiwane konteksty.
(Also, oczy świecące na czerwono przy zerkaniu na boki mogą się przydać jako kierunkowskazy.)

„Nic nie przyszło” – pomyślała orkowa samica sprawdziwszy wiadomości na fejsie. Rada, że nic nie wykorzystało jej chwilowej słabości i nieuwagi, odwróciła się. Pod stopami leżał jeszcze ciepły, choć niekompletny zezwłok jej partnera. Wyraźnie brakowało wyjedzonych fragmentów ud i krocza.
Szpro przestała żuć kolację, czując, jak kiełbaska więźnie jej w gardle.

– Muszę cię dokończyć, mój mężu, bo inaczej ten bachor mnie zeżre – powiedziała orczyca w kierunku nieżywego partnera.
Nieżywy partner nie zareagował, jakkolwiek jeszcze za życia był zdania, że orczyca mówi za dużo i nie zważając na stan słuchacza.

Była wyjątkowa jak na swą rasę. Wielka, rosła i przebiegła. I taka pluszowa! W swym krótkim dziesięcioletnim życiu pochowała już kilku mężów, choć tylko tego jednego musiała zjeść. I do tego nie dała się zdominować, jak większość jej głupszych rówieśniczek.
Chowanie i zjadanie partnerów wydawało się dość skuteczną metodą.
Ich życie było nieustannym zdobywaniem pokarmu i odchowywaniem kolejnych miotów jak zwykle licznego potomstwa.
A to nie wszystkie płodziki zjadały się nawzajem?

Jej synek – tego już była prawie pewna – przyjdzie na świat w chwale jej rodu – silniejszy od rówieśników.
Taaa, a później jakaś inna baba go zeżre.
Jeśli do tego czasu nie zaduszą go mnożące się myślniki.

Zostanie kimś o kim powstaną wieczne legendy. – O tym też była przekonana. I w swej matczynej miłości nawet nie skrzywiła się, gdy kolejny kęs chłopca oderwał coś z jej wnętrza…
Może było to jelito, a może nerka, a może ostatni kęs błon płodowych - nieważne! Tacy byli wraz z orczą fasolką twardzi!
Swoją drogą, jeśli każdy z miotów był równie żarłoczny, musi to być niezwykle pusta wewnętrznie orczyca.

Orki z jaskiń Taran-Tas były wyjątkowo silne. Liczebność ich populacji wahała się skokowo od kilkuset samic do kilkudziesięciu tysięcy wojowników.
Znaczy… na populację składały się albo samice, albo wojownicy? W kontekście powyższego - rozumiem, że samice co jakiś czas wyżerały wszystkich samców, a potem rodziły ich kolejne pokolenia?
Na moje oko zakąszały tylko tymi, z którymi kopulowały, więc niedojrzałe oseski były bezpieczne.

Takie armie dokonywały inwazji na sąsiednie krainy. Problem w tym, że nie za każdym razem wracały.
Zagraniczne samice też bywały głodne.
Orkowy rząd nie stworzył jeszcze skutecznego hasła zachęcającego obywateli do powrotu z emigracji.

Zdyscyplinowane legiony elfów, krasnoludów czy panujących reptilionów prawie zawsze kładły kres powtarzającym się średnio co dziesięć lat najazdom orków.
I tak było od wieków. Przeludnienie (chyba przeorczenie?) w orczych leżach i nieustający głód ich mieszkańców zwykle owocowały kolejną wyprawą łupieżczą.
Sugerowałabym bliżej przyglądać się jelitkom pożeranych wojowników, mogłyby pełnić funkcję antykoncepcyjną.

An – bo tak zwała się orczyca – postanowiła wraz z partnerem i kilkunastoma młodymi parami wyruszyć i założyć nowe leże. W tym celu opuścili umiłowany gwar swych siedlisk i udali się na wielotygodniową niebezpieczną wyprawę w głąb nieznanych północnych gór. Z początku szło dobrze. Poruszali się o zmroku, a ich partnerzy byli doskonali w nocnych łowach.
Zakradali się za głazy, po czym z orczym wrzaskiem dopadali zaskoczone tym (zakradaniem się za głazy?) antylopy i gołymi rękoma łamali im karki.
Antylopy w górach?

Dostępność właściwego pożywienia po dwóch tygodniach zaowocowała: wszystkie samice były już ciężarne.
Od jedzenia antylop? Dobrze, będę unikać.

Nic nie zapowiadało kłopotów aż do odkrycia tej przeklętej jaskini. Już pierwszej nocy zamknęła się od zewnątrz. Tam, gdzie powinno być wyjście, była lita skała – jakby spoczywała w tym miejscu od wieków. Żadnych szczelin. Zaś na przeciwległym końcu jaskini nagle pojawiło się przejście. Prowadziło ono do wnętrza jakichś tajemniczych, prastarych katakumb. Patrząc w głąb, wszyscy w grupie czuli dziwny, zabobonny lęk.
Głąb przyglądał się grupie i czuł się równie niepewnie.
Był to zabobonny lęk przed bolesnością banalności scenografii.
No weź, jak często spotykasz jaskinię zamykaną na fotokomórkę?

Z tego korytarza pochodziła też ich pierwsza zdobycz – rosły na sześć metrów bazyliszek. Cała grupa walczyła dzielnie. Gad uległ mrowiu łap i pysków. Zginął, rozszarpując zaledwie trzech samców. Oj, mieli wyżerkę. Wykorzystując padlinę, ucztowali przez kilka tygodni, licząc na otworzenie się jaskini. Na szczęście była woda, małe cieki sączące się z niektórych ścian. Największy problem zaczął się, gdy skończyło się truchło.
Przecież zostali im jeszcze jacyś faceci?

Grupa postanowiła wejść w głąb jaskiń – do labiryntu. An i jej mąż zostali na czatach, gdyby jaskinia otworzyła się. Po tygodniu wiedzieli jednak, że ich towarzysze giną. Z minuty na minutę ich orcza więź słabła, aż w końcu zanikła.
An i jej mąż zrozumieli, że są już sami. U wszystkich orków, w tym i ich szlachetnej podrasy urruków, istniała od zawsze więź. Pozwalała ona na odczuwanie wspólnie emocji, a już szczególnie tych skrajnych.
Orczy Borg. Biorąc pod uwagę liczbę dzieci, orki musiały być kapryśne, wiecznie ząbkujące i gnane żądzą cukru.

W bitwach przynosiła zaskakujące efekty. Mogła być wielką zaletą, jak i przyczynić się do wielkich szkód. Gdy wódz zagrzewał do walki, orcze hordy niczym jeden mąż odczuwały uniesienie, nieskończoną brawurę i siłę. Nie czuli ran ani nie zwracali uwagi na padających towarzyszy lub wrogów. Co innego, gdy szło źle. Cała armia potrafiła zarazić się przygnębieniem i defetyzmem, a to wywoływało masowy odwrót i chęć ucieczki w samotność.
A później chęć owinięcia się kocem i linkowana na fejsie przygnębiającej muzyki.
*widzi armię orków zalewającą się łzami i szukającą w panice a to “Cierpień młodego Wertera”, a to cyjanku do herbaty*

Niejedna orcza armia poszła w rozsypkę i uciekła z pola bitwy, w której miała kilkukrotną przewagę lub zapewnione zwycięstwo. I nic nie potrafiło tego zmienić…
There are pills for that.

Po dwóch tygodniach samotnego oczekiwania z mężem na zmianę losu, An nie wytrzymała. Gron wiedział, że do tego dojdzie, jednak nie opuścił orczycy.
Nie żeby miał dokąd pójść…
No, mógł się zapuścić w ciemne tunele, ale sama nie wiem, czy lepiej umrzeć z głodu, czy z bycia przerobionym na sajgonki.

Wiedział, że jego ciało na jakiś czas jej i ich potomstwu zapewni życie. Postanowił w związku z tym nie ryzykować utraty go w walce z potworem, który na końcu tych jaskiń pożarł ich grupę.
Chodzi mi po głowie jakieś opowiadanie Topora ze zjadaniem nogi. Sama nie wiem, czemu.
A skąd oni wiedzieli, że resztę zjadł potwór? Czyżby wspólna jaźń przekazała im “O nie, o nie, jakieś dziwne chujstwo idzie na nas aaarghhhghgh...!!!”

Nagły cios większej, choć o niebo lżej zbudowanej samicy zaskoczył go, gdy brał ją po raz ostatni. Drugi cios był już tylko formalnością.
Pan tu podpisze, że dostał pan w łeb podczas kopulacji, zgodnie z naszą prastarą tradycją.
Kwit dostarczymy pośmiertnie, razem ze zniczami na nagrobek.

Wszystko to stało się jednak za późno…
Dziecko w brzuchu poruszyło się ponownie. Nagle matka skuliła się z bólu. Jej ciało zwiotczało i powoli, z wielkim hukiem runęło do tyłu na plecy.
Jest pewną ulgą, że runęło na plecy. Mogło wszak na miejsce, gdzie dupa zaczyna swą szlachetną nazwę.
Gdyby zaś runęło do tyłu na cycki - to by dopiero było coś!
Ciekawe, co huczało, gdy się przewracała.

Dłoń jednej z rąk bezwładnie opadła na dłoń Grona.
Dłoń jednej z rąk…? To była orcza bogini Kali?

W tym momencie skóra na brzuchu pękła i pojawiła się szponiasta zielonkawa rączka. Za moment wynicowała się druga.
Orczyca już wiedziała: te antylopy były jednak bardzo nieświeże.
Nie no, to orkowe rozmnażanie się jest zupełnie nieekonomiczne. Jeśli każdy poród kończy się śmiercią matki, a ta rodzi tylko jedno dziecko, to skąd biorą się znienacka te tysiące orków?

Chwilę później naprężyły się one i przez otwór wychyliła się główka orczątka. Jej bezwłosa powierzchnia pokryta była krzepnącą posoką w kolorze zieleni zmieszanej z rdzą. Uśmiech zawitał na twarzy dziecka.
Awww, how cute.
http://i.kinja-img.com/gawker-media/image/upload/s--AkA4gA_W--/c_fit,fl_progressive,q_80,w_320/18lpvysrkdulqjpg.jpg

Po chwili jednak przygasł, gdy jego wzrok napotkał półmartwą już twarz matki.
Półmartwą? Znaczy - prawa strona już zieleniała, ale lewe oko jeszcze jakby mrygało?
To są Kryształy Czasu, tu wszystkiego jest pół. Czy raczej jest półwszystko. I można być trochę martwym.

Dziecko nagle kaszlnęło. Z jego spłaszczonego noska wyleciały dziwne farfocle.
Szyszynka?

Po chwili główka wyprostowała się i z szerokiego, jak u każdego z orków pyszczka wyszły na spacer pierwsze sylaby.
– Kat, an.
Po chwili przemieniły się w jedno słowo: Katan.
Same się przemieniły. Zebrały się do kupy i nie dawały oddzielić ni spacjom, ni myślnikom.
No i, hahaha, I see what you did here, narratorze. Ta próba udawania, że tytuł książki miał się odwoływać do jakiegoś "kata An", a nie do katany, jest urocza i w ogóle, ale nikt się na to nie nabierze.

Rozdział III: Miejsce Drugie – KASZTEL

To był niesamowity skok. Wyjątkowo szczupła i wysoka dziewczyna spadała w dół.
A gdzie miała spadać, w bok?
Nie no, mogła spadać jakaś niska i pulchna.

Długie, czarne włosy niczym promienie wyciągały się ku górze.
Czarne promienie…? To chyba takie śmierci.
Jeśli się wyciągały, to sprawdzić, czy nie Meduza.

Smukłe ręce mocno nad głową trzymały ciało jakiegoś mężczyzny.
Ręce były smukłe dopiero kawałek nad głową?

Falujące z pędem fragmenty skąpego ubioru podkreślały urodę nieosiągalną dla ludzkiej dziewczyny.
Jeśli urodę zwłok tego mężczyzny, to faktycznie jej osiągnięcie może być trudne.
Chyba że ktoś jest zombie.
Czy te fragmenty generowały filtry z fotoszopa?

Lecąc, nie zwracała uwagi, że spada z wysokości trzeciego piętra, bo taki poziom miał wewnętrzny mur zamku, z którego blanek skoczyła.
Generalnie była rozkojarzona. Zapominała zakupów ze sklepu, nosiła skarpetki nie do pary i od czasu do czasu skakała z 30 metrów bez spadochronu.
Nie zwracała uwagi, bo była zajęta trzaskaniem stupięćdziesięciu selfiaczków, hasztag #doitforthevine.

Nawet przez moment podczas lotu nie straciła równowagi i pewnie opadła na nogi.
Łamiąc obie.

Na tym jednak jej szczęście się skończyło. Lewa stopa dziewczyny niefortunnie nadepnęła na mały kamień
Oh noes, tylko nie mały kamień! Furda upadek z trzeciego piętra - od małych kamieni gorszy byłby tylko klocek LEGO.

i chociaż prawa stopa przejęła impet upadku, to „akrobatce” nie udało się utrzymać w rękach „pakunku”.
Opadła pewnie, mimo upuszczenia zwłok. No pięknie, wiecie, jak od takiego trupa łatwo odpadają kończyny?!

W momencie lądowania z hukiem opadł na ziemię, wyślizgując się z rąk.
Czy to były zwłoki Blaszanego Drwala?

Dziewczyna zaklęła szpetnie w elfim języku i z niezadowoloną miną dodała:
– Jeśli nawet tutaj mi się wyrywasz, rycerzyku, to już cię nie chcę.
Wygląda na to, że świat Kryształów Czasów zasiedlają istoty mówiące do zwłok z uporem godnym lepszej sprawy.

Jednak jej wybrańcowi było wszystko jedno. Nie żył, bezwładnie leżąc z przetrąconym o bruk karkiem.
A panna była like:
12107257_738630682937659_7903555765854010071_n.jpg
Ej, ale nie żył tylko leżąc! Może gdyby wstał, to by mu przeszło?


Hałas zwrócił uwagę strażników. Prawie w jednej chwili wychylili się na wewnętrzny dziedziniec i odruchowo wystrzelili z kusz w kierunku źródła dźwięku.
Odruch ten nie przysparzał im wielu przyjaciół, ale z czasem nauczyli się zawierać znajomości korespondencyjnie.
Mieszkańcy zamku nauczyli się już poruszać po dziedzińcu wyłącznie w wozie pancernym.

Elfki już tam nie było. Wykorzystując resztki nocy wyskrobane znad horyzontu, jej zwinne ciało przekoziołkowało w kierunku pierwszej osłony.
Następnie wykonało taniec siedmiu osłon i zaserwowało głowę losowo wybranego proroka na srebrnej tacy.
Przeczytałam “wykorzystując resztki mocy”. I wiecie co? Wtedy to zdanie miało więcej sensu.
Mam dziwne wrażenie, że w tej książce ciała robią różne rzeczy zupełnie bez wiedzy ich lokatorów.

Stanowił ją wielki sześciokołowy wóz bez zaprzęgu, którego żółta płócienna plandeka dawała ochronę chrapiącemu wewnątrz krasnoludowi.
Plandeka zaprzęgu, którego nie było, osłaniała krasnoluda śpiącego wewnątrz wozu. Dobrze rozszyfrowałam?

Kiedy następne bełty wbiły się tuż obok, w leżące bezwładnie ciało (Czyje, na bora? Czy dziedziniec usłany jest randomowymi trupami? Choć biorąc pod uwagę to, co wiemy o strażnikach, to nawet logiczne.), Hannah właśnie wślizgiwała się do środka wozu.
Dla obserwujących zdarzenie bogów akcja przyspieszyła. 
- Wreszcie - pomyślał bóg suspensu. - Nie spodziewałem się niczego dobrego po opowieści nie zaczynającej się od trzęsienia ziemi.
Może im ktoś po prostu włączył fast forward…?
W Filarach z Eternitu jest opcja przyspieszenia rozgrywki. Szalenie przydatne, gdy przed wyruszeniem w drogę należy przepędzić drużynę przez całą mapę.

Niewidzialny awatar Asteriusza, choć bardzo wyczerpany podróżą przez ostatnie dziewięć tysięcy lat wstecz, skupił się na krasnoludzie.
Z wyczerpania widział go wprawdzie podwójnie i nie był pewien, czy krasnoludy powinny aż tak warczeć odbytnicą przy chrapaniu, ale miał poczucie obowiązku.
A myślałam, że tylko Edward Cullen był na tyle niedyskretny i creepsterski, żeby podglądać śpiących ludzi.

Jego wzrok bez przeszkód przenikał przez plandekę wozu i z uśmiechem na ustach obserwował, jak chrapiący z otwartymi oczami krasnolud momentalnie zdążył przystawić elfce do szyi ostrze dużego topora.
Bardzo lubił żarty z przystawianiem ostrych przedmiotów do szyi, a szczególnie doceniał wytrzeszcz oczu i mimowolną defekację.
Jednak jako że miał wzrok z uśmiechem na ustach, inni bogowie byli skłonni patrzeć na to przez palce.

Niespodziewająca się tego Hannah znieruchomiała, nie wiedząc zapewne czy bać się głośno „chrapiącego” krasnoluda czy też wykorzystać to na swój sposób.
Na przykład znów wykonać skok z wysokości bez zabezpieczenia. Nic to nie da, ale pozwoli autorowi na kolejny opis jej sylwetki i włosów.
Mogłaby też wziąć te cudzysłowy i wepchnąć je narratorowi w jelitko.
Ja tam bym się bała chrapania - aż strach pomyśleć czym naprawdę było, zważywszy na cudzysłów.

Tymczasem stojący obok Gorlam, równie niewidzialny jak Asteriusz, skoncentrował się na nowym obiekcie bardzo powoli materializującym się na dziedzińcu. Dodatkowo inną jaźnią obserwował, jak część strażników schodzi z murów i powoli zbliża się w kierunku wozu.
Gorlam, jak porządny boski arystokrata, miał jaźń na każdą okazję - trawioną migreną, zblazowaną, a w skrajnych sytuacjach nawet skłonną do hazardu i zachowań rozwiązłych.

Ich ręce kręciły korbkami napinającymi kuszę.
Same z siebie. Bo były zUe.

Gdy otoczyli wóz, każdy z nich miał już założony ponownie bełt i wycelowaną broń. Nieznacznie wyróżniający się insygniami (subtelnie opalizował nimi w słońcu) dowódca gwardzistów z przerażeniem obserwował zmiany zachodzące na twarzy swego nieżywego księcia.
Doceńmy jednak, że nie próbował z nim rozmawiać.
Oni tam wszyscy muszą funkcjonować w fast forward, skoro książę pan raczy gnić w oczach.

Nie zwracał uwagi nawet na słowa jednego z podwładnych, który powoli odchylając plandekę z wejścia do wozu, starał się zajrzeć do środka, mamrocząc pod nosem “kłykcie! straszliwe kłykcie!”.

Asteriusza zaskoczyła szybkość działania i dziwna nić porozumienia, która momentalnie zmieniła sytuację wewnątrz wozu. Nim jeszcze pierwszy z gwardzistów zajrzał do środka, krasnolud zdążył jednym ruchem przewrócić elfkę pod siebie. Prawdopodobnie za jej intuicyjną zgodą, wpasował się między rozchylone nogi dziewczyny, stwarzając niedwuznaczną sytuację.
Możliwe też, że krasnolud chciał wykorzystać bezbronność dziewczyny, ale bóg uznał, że nie będzie tym sobie zaprzątać awataru.
Co to jest "intuicyjna zgoda"?
Pewnie coś z tej samej półki, co te za krótkie sukienki, które gwałcą.

W chwili, gdy twarz i ostrze bełtu wsunęły się do namiotu,
Lokalny książę był zwolennikiem feudalizmu z ludzką twarzą. Niestety, twarz ta najczęściej znajdowała się na bełcie.
Mogli tam też podrzucić coś takiego:
http://ihorror.com/wp-content/uploads/2014/09/WrongTurn6.jpg


krasnolud z miną maksymalnej pogardy (nad głową wyświetlił mu się licznik: pogarda: 100%) odwrócił głowę do gwardzisty i zaklął:
– Na rumsztyk siekanego smoka i pustą beczkę wina! Nie ma większej dozgonnej urazy, jak przerwanie krasnoludowi tego, co robi najrzadziej! – po czym ryknął: – Wyrywaj stąd, karłowaty pętaku, albo ci czachę w plasterki pokroję!!
(- “Nigdy więcej nie zagram w Kryształach Czasu” - pomyślał na boku. - “Zamiast porządnej i skutecznej kurwy maci muszę recytować jakieś drętwe wiązanki, których nikt by nie użył w takiej sytuacji…”)
Jeszcze z dwoma wykrzyknikami.
(Nie wiem czemu, ale mam wizję krasnoluda w kucharskiej czapie.)
(To przez ten rumsztyk i plasterki. Zgłodniałam w sumie.)

Pechowego gwardzistę tak speszyły słowa Sawa, że nawet nie zauważył, iż przed chwilą krasnolud chrapał, a dodatkowo o dobre pół metra był niższy od niego.
Nawet nie chcę zgadywać, kto był niższy od kogo, ale postuluję zatrudnianie strażników starszych niż piętnaście lat.
Oj tam, że chrapał. Może na śpiocha to robili.

Zresztą nie tylko on na to nie zwrócił uwagi. Pozostałych prawie trzydziestu gwardzistów nie zrobiło tego z zupełnie innego powodu.
Nie nie zwróciło uwagi?

Ryknięcie Sawa zbiegło się z głośnym plaskiem otwieranego portalu, wiązką przekleństw pod adresem przeglądarki i rumorem komputera wyrzucanego przez okno…
I cichnąca w dole upierdliwą melodyjką reklamy na jutubie.
Portal musiał być bardzo mokry i lepki, skoro otwierał się z plaskiem.

Teraz
autor zażył coś nielegalnego i możemy obserwować skutki coraz silniejszego działania substancji:
obydwaj bogowie w swej nieskazitelnej niewidzialności przyglądali się temu z nieskrywanym zaciekawieniem.
A dookoła rozpełzały się epitety.

Ich wzrok spoczął na przejściu między planami egzystencji o kształcie szerokiej, pionowo ustawionej elipsy.
...na przykład synkretyzm…
Czekajcie, bo to ważne: szeroka, pionowa elipsa to był kształt egzystencji czy przy przejścia?!

Jej krawędzie wyglądały jak zielone brzegi wodospadu, którymi przestrzeń z tego świata wpadała do przeźroczystego lustra. Przez nie widać było inne niebo, niespotykaną na Ochrii zieleń oraz… właśnie przechodzących przez portal konnych jeźdźców w czarnych płytowych zbrojach… Z głowami węży zamiast hełmów.
...i ciężkie haluny.
Asteriusz przypomniał sobie wszystko, co potrzebował wiedzieć o serpentach. Zaczerpniętą ze swej boskiej studni mądrości wiedzę telepatycznie przekazywał Gorlamowi.
Wiadrem.
Telepatycznym.
Oj no, Bluetootha w mózgach mieli.

– „Mamy tu do czynienia z serpentami, z rasą charakterystyczną dla Archipelagu Wschodniego tego świata. Tors ludzki, ale głowa i umysł gadzi. Rasa wielce kastowa.
Nawet ich kasty mają kasty.
Umysł gadzi, ale potrafią tworzyć kasty i produkować zbroje płytowe. Cóż… dobrze, że nasze węże poprzestają na wcinaniu żab i innych takich.

Te ostatnie rozróżnia się po głowach kobry, żmii czy innego węża.
Jeśli różnice mają podłoże biologiczne, to mówimy raczej o gatunkach, niż o kastach. Chyba że w momencie awansu społecznego serpenty ucinają sobie łeb i przyszywają inny.
Albo u nich jak w “Folwarku zwierzęcym”: Wszystkie zwierzęta są sobie równe, ale niektóre są równiejsze od innych.

Wyjątkowo uzdolnieni czarnoksiężnicy i czarni rycerze… Z reguły.
Z uwagi na rozdwojone języki wyjątkowi adepci ars amandi i stali pacjenci poradni logopedycznych.
Zdarzają się wśród nich rycerze fioletowi i w pepitkę.
Tu raczej ci drudzy. Będziesz miał okazję się wykazać. Ja zajmę się awatarem boga, który stoi za nimi”.
Zmienię go na jakiś ładniejszy, bo weszła mu straszna pikseloza.
Tak to bywa, jak się przesiada z wszechświata o niższej rozdzielczości.

Nim resztki wiedzy przepłynęły telepatycznie między bogami ostatnie sylaby dostały czkawki i zaczęły się jąkać, część serpencich jeźdźców kłusem przeniknęła już przez portal. Podkowy ich koni w jakiś magiczny sposób po przekroczeniu bariery światów pędziły w powietrzu, jakby opierając się na nim.
Inny pisarz fantasy przemyślałby, dzięki jakiej magii konie kłusują w powietrzu, ale kto by się tam przejmował jakąś magią w Kryształach Czasu.
Ale to nie konie kłusują, tylko same podkowy, zauważcie.

Rycerze, nastawiwszy na sztorc swe krótkie lance, rozjeżdżali się po dziedzińcu.
Ale że wzajemnie?
No, coś jak w salonie z gokartami.

Każdy w kierunku innego gwardzisty i to bez względu na to, czy ten stał na murach, czy na dole.
Znaczy… rozjechali się po dziedzińcu, ale część jednak wspięła się na mury? Na tych koniach? Bo musieli… dobrać się w pary z gwardzistami?
A myślisz, że czemu szukali gwardzistów, którzy stali?
Powiedziałabym teraz coś o ich postawionych na sztorc krótkich lancach, ale nie powiem.

Gdy ostatni czarnogrzywy rumak z plaskiem przekroczył lustro portalu,
Wychodzeniu przez portal towarzyszył odgłos uderzenia mokrą szmatą?

w jego wnętrzu pojawił się awatar Seta.
I kolorowy mem z uśmiechniętym Kwaśniewskim.
Jeżu, awatar objawił się we wnętrzu rumaka? Biedny koń.

W odróżnieniu od ludzkich, odzianych w togi postaci Asteriusza i Gorlama, ten wyglądał jak wielka gigantyczna kobra z rozpostartym dużym ogromnym kapturem o ciele grubym jak pień dębu.
Kaptur miał grube ciało…?

Sprężone do ataku ciało pokrywały duże złote łuski, zachodzące na siebie końcówkami.
Większość łusek ma tę dziwną właściwość, zakładam więc, że te mają wyjątkowe końcówki.

Nadnaturalność istoty podkreślały dziwne hieroglify lub runy,
...istota sama nie wiedziała, co to za znaki; ale pielęgnowała w sobie przekonanie, że nie warto dawać się tatuować pijanym marynarzom.
Dziwne runy głosiły: “Vifon, kurczak w curry”.

których krwista czerwień kryła nadprzyrodzone tajemnice.
Napisano tam, kiedy wyjdzie nowy sezon Sherlocka.

Pionowa postawa kobry, jej bezruch i przenikliwe spojrzenie skierowane na awatarów jednoznacznie wskazywały, że wie o ich obecności.
Albo że się po prostu zamyśliła, patrząc w tamtym kierunku.

Może nawet wzrok kobry przeniknął ich niewidzialną zasłonę.
Kobra chwaliła sobie tę umiejętność. Oszczędzała na SMSach specjalnych w serwisach XXX.

Choć portal uniemożliwiał telepatyczny kontakt, Asteriusz przewidział, że wyrok już został wydany. Gdy czarni rycerze zbliżyli się do swych ofiar, nastąpiła likwidacja zaskoczonych i zdezorientowanych brakiem rozkazów gwardzistów. Ci zamiast reagować na napastników z przerażeniem obserwowali swoich kolegów i w ostatniej chwili odkrywali, że giną w ten sam sposób.
No jeśli zamiast zwracać uwagę na wrogów patrzyli miłośnie na swoich towarzyszy, to nic dziwnego, że dawali się zaskoczyć.
Ach, pewnie szkolono ich w Akademii Szturmowców Imperium.
Naprawdę nie wpadli na to, że w obliczu wroga wypadałoby, no nie wiem, atakować, spierdalać, ewentualnie chociaż zesrać się ze strachu?

Na szyi każdego z ponad trzydziestu kilku
Ponad trzydziestu kilku. Zostawię to tak, niech mówi samo za siebie.

opancerzonych strażników oraz ponad stu innych aktualnie śpiących wewnątrz twierdzy pojawiła się czarna kobra. Jej dolne sploty natychmiast dusiły szyję.
Górne doduszały ręce, nogi i lewe ucho.
W tym czasie reszta kobry przypominała sobie, od czego ma zęby jadowe.
To jest jakaś kobropytonśmiorca, tak to widzę.

Wznoszący się w pionie od tyłu wąż rozpościerał płaszcz.
Płaszcz był szary, wełniany i fajnie podkreślał talię.
Wznoszenie w poziomie zrobiłoby na mnie większe wrażenie, 2/10.

Chwilę później następował błyskawiczny atak na nieosłoniętą twarz ofiary.
Właściwie czemu nieosłoniętą? Gwardziści nie powinni chodzić w hełmach?
Może im za gorąco było.

Długie jadowe kły przebijały się przez usta, wbijały w gardło i wstrzykiwały jeden z najbardziej perfidnie zabijających jadów.
Najpierw duszą, potem przebijają gardło, potem jeszcze trują jadem. Na końcu pewnie zrzucą na nich pianino, roztopią w kwasie, zaleją betonem i postawią na tym miejscu Pałac Kultury.

Oczy gwardzistów, zasłonięte kapturem kobry nie były w stanie zauważyć, że ich gardła rozpuszczają się w magicznej czerni.
Nie wiem, jakiego gatunku byli gwardziści, ale ja jako człowiek nie umiem zobaczyć swojego gardła bez lustra.
Jednak gdyby moje rozpuszczało się w magicznej czerni, to bym się chyba jednak zorientowała.

Zresztą zatrzymane trucizną serca i porażone nią umysły nie potrafiły utrzymać w pionie konających ciał.
To zupełnie inaczej niż normalnie konające ciała!
Nawet ciała tych śpiących gwardzistów nie mogły utrzymać się w pionie.
Serca się zatrzymały, ale ciała jeszcze konały? Jejku, tam naprawdę każdy członek żyje własnym życiem.

Z niektórych osuwających się na ziemię zwłok odpadała głowa, gdy w szyi, przeżartej magiczną czernią trucizny, zabrakło ciała.
No kurczę, kto by pomyślał.

Po tym jak jedna z głów, mocno krwawiąc, chyba przypadkiem powoli podtoczyła się pod nogi Gorlama, nawet on nie wytrzymał.
Dziedziniec, blanki, krużganki a nawet samotna wieżyczka -- wszystko to zostało tknięte tajfunem, jaki dobył się z udręczonego żołądka zmaltretowanego bożka.

Nie zdając sobie sprawy, że mógłby tym wywołać wojnę bogów, w kilka sekund skupił się na stworzonej przez siebie do takich celów przemianie. Ulubionej przemianie. Przybrał wizerunek rycerza w złotej zbroi, a potem…
...runął na pysk pod ciężarem zbroi.
...stworzył jeszcze kolorowy sambodrom i zastęp półnagich tancerzy.
I szklankę z cuba libre.

Przed każdym serpencim rycerzem, bez względu na to, na jakiej wysokości aktualnie jego koń stąpał po powietrzu, pojawił się olbrzymi rycerz.
Coś czuję, że tam się niezły tłok zrobił.
Jeszcze trochę, a się całkiem zakorkują w tym powietrzu.

Odziany również w złotą, pełną płytową zbroję, dzierżąc srebrny miecz, podzwaniając cekinami, obsypując się brokatem i zarzucając bioderkami i zasłaniając się pięciokątną tarczą, bezgłośnie przemówił do swej ofiary. W umysłach czarnych rycerzy sformułowała się sekwencja:
“Lustereczko, powiedz przecie, kto najbardziej sparkli w świecie?”
„W imię Gorlama Walecznego, osądzam cię sądem bożym za ewidentne zło, które czynem swym sprowadziłeś. Przeżyj ten cios, a będzie ci odpuszczone…”.
Nie wiem, czy jest sens tłumaczyć bogu, że sąd boży nie do końca tak działa.
To mi raczej przypomina logikę “jeśli oskarżona przeżyje utopienie, to nie jest czarownicą”, ale co ja się tam znam.

Nim przeminęło znaczenie ostatniego słowa, zasłanianego własną piersią przez ostatniego zdesperowanego semiotyka, następował cios. Jego siła zwielokrotniała się z każdą mikrosekundą opadania ostrza. Gdy miecz docierał do czarnej zbroi, następował trzask, po czym ostrze przecinało ją jak papier. Nie zatrzymując się na kościach szło dalej. Przebijając się przez pancerz z drugiej strony ciała, wchodziło w kark wierzchowca. Jego też przedzielało na dwie części. Żaden z serpentów nie miał najmniejszych szans na przeżycie. Byli tylko śmiertelnikami, których ciała i pancerze nie mogły oprzeć się boskim mocom.
Węszę oszustwo. Bełkot lśniących rycerzy sugeruje, że była szansa na przeżycie, tymczasem hekatomba. I co im konie zawiniły?
Jakiś szemrany ten bóg, nie polecam tego Allegrowicza.
Ja się zastanawiam, jak oni siedzieli na tych koniach, skoro miecz przebijał ich całych i wbijał się w kark zwierząt, po czym je też przecinał na dwie części. Narysuje mi to ktoś?

Przez chwilę wyglądało na to, że każda para jeździec-wierzchowiec rozpada się na cztery części. Jednak tylko połówki rycerzy, tryskając fontannami karmazynowej krwi z metalicznym trzaskiem spadły na wybrukowany dziedziniec.
Widzę to jakoś tak:
http://www.nineoverten.com/wp-content/uploads/2010/11/fruitninja.png

Ich konie w trakcie krótkotrwałej agonii zamieniały się w czarny pył, który szybko rozwiewał się w powietrzu.
Innymi słowy, dziedziniec wypełnił się oparami spopielonej koniny i litrami posoki. Oraz infernalnym smrodem.

Choć tuż po wyroku złoci rycerze rozpływali się w nicość, to gigantyczna kobra lekko cofnęła się, odsuwając od portalu. Jej buńczuczna poza jakby nieznacznie złagodniała.
Właściwie wręcz sklęsła w sobie, posmutniała i zaplanowała prowadzenie bloga pro-ana.

Być może awatar Seta uświadomił sobie, że ma przed sobą dwóch innych bogów, i to pod postacią ich pierwszych awatarów. A jeden z nich był wyraźnie rozgniewany.
Albo też dotarło do niego, z kim trzyma sztamę narrator.

Ostatni błysk oczu kobry i portal zniknął. Przestał istnieć, jakby nigdy tam nic nie było. Wraz z nim jednak zniknął… cały zamek. 
- Sorry - mruknął ponury komornik. - Mówiłem im od razu, że zeżrą ich ceny w sezonie grzewczym, ale nie słuchali. Więc rekwiruję.


Jedynie centralna część nadal pokrytego licznymi trupami dziedzińca ostała się na miejscu. Stojącym na środku niewidzialnym awatarom horyzont zasłaniał już tylko kupiecki wóz. Ten sam, w którym schroniła się elfka.
Za krasnoludem.
Jeden wóz zasłaniał cały horyzont? To chyba chodzi o naprawdę Wielki Wóz.

26 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Wy... Żyjecie!

Emsi pisze...

Jeej wróciłyście :D biorę się za czytanie <3

Pliszka pisze...

Wielki powrót! :D
Kryształy Czasu rzeczy cudna to jest!

ŻołwPai pisze...

Chwila, chwila...To tu nie chodziło o orkę taką pływającą! Coś definitywnie mi tu nie pasowała ale jakoś nie mogłam pojąć. Wracam do czytania :D

Anonimowy pisze...

Borze iglasty jakie to cudowne <3
Dobrze że powróciłyście i to w dobrej formie!

Procella pisze...

<3

Babatunde Wolaka pisze...

Na Tfama (Trwama?) Bezimiennego, nareszcie! Było tęsknione... <3

"Jak się syczy samogłoski?"
WITKACY WIEDZIAŁ! W jednym z jego dramatów występują dwaj mordercy wydający "syk złożony z wielokrotnionej głoski A". Co wiedzie mnie ku przypuszczeniu, że Paladyn Arturius dla Witkacego jest tym, kim Jezus Quintana dla "Kolesia" Lebowskiego.

"Orkowe płody wyżerają matkę od środka? Chyba mało to opłacalne…"
Zdziwienie orczycy sugeruje jednak, że jest to nietypowa sytuacja.

Bawół opas, taak... "Opas - intensywne odżywianie zwierzęcia przeznaczonego na zabicie; tuczenie" (S. Podobiński, Kształtowanie się polskiej terminologii rolniczej, Częstochowa-Kraków 1997). Seems ledjit... Nawiasem, na Orchii bytują również minotaury opasy. Ciekawe, czy z nich też jest dobry gulasz.

"Orki z jaskiń Taran-Tas były wyjątkowo silne."
Taran-Tas, czyli taki starodawny Po-Wóz, właściwie Lan-Dara.

"Antylopy w górach?"
Kozica brzmi za mało tró.

"Dostępność właściwego pożywienia po dwóch tygodniach zaowocowała: wszystkie samice były już ciężarne.
Od jedzenia antylop? Dobrze, będę unikać."
Ani chybi były to antylopy o dwóch grzbietach.

"Dłoń jednej z rąk bezwładnie opadła na dłoń Grona.
Dłoń jednej z rąk…? To była orcza bogini Kali?"
Wieloręczność jest w tamtych stronach dość modna.

"a próba udawania, że tytuł książki miał się odwoływać do jakiegoś "kata An", a nie do katany, jest urocza i w ogóle, ale nikt się na to nie nabierze."
Zapoznawszy się ze sporą dawką pomysłów Paladyna Arturiusa, jestem nawet zdolny uwierzyć, że on sam nie wpadł na to, że Katan może w pewnych warunkach kojarzyć się z kataną.

"...i od czasu do czasu skakała z 30 metrów bez spadochronu."
Spadochron był uczyniony z typowego półnieboszczyka.

"Kiedy następne bełty wbiły się tuż obok, w leżące bezwładnie ciało (Czyje, na bora? Czy dziedziniec usłany jest randomowymi trupami?"
Mie to nie dziwi. "Martwe ciaaało kurki dziobio..."

"A myślałam, że tylko Edward Cullen był na tyle niedyskretny i creepsterski, żeby podglądać śpiących ludzi."
Taż Asteriusz (pewnie też się wcale a wcale ma z Asteryksem nie kojarzyć) nie człowieka podglądał, a chrasnoluda.

"Nie zwracał uwagi nawet na słowa jednego z podwładnych, który powoli odchylając plandekę z wejścia do wozu, starał się zajrzeć do środka..."
Był to dr Foreman, szukający meliny, w której mógłby znaleźć jakieś dane identyfikacyjne pacjentki, która go pogryzła.

"Na końcu pewnie (...) postawią na tym miejscu Pałac Kultury."
Półpałac.

I rzekł Paladyn Arturius: "Jeśli chcecie zrobić dobrą powieść, musicie wstawić tam przynajmniej 150 pomysłów, które są niepodobne do niczego". I zginęęęli dla honoru, bez wyboooru i oporu...

KiciaKocia pisze...

"Umysł gadzi, ale potrafią tworzyć kasty i produkować zbroje płytowe. Cóż… dobrze, że nasze węże poprzestają na wcinaniu żab i innych takich."

No wiecie, naszym wężom trudno by było produkować zbroje płytowe, skoro nie mają rąk.

Anonimowy pisze...

Wielki powrót.
Podziwiam - przebijać się przez ten tfu!r zdanie po zdaniu.
Przeczytałam to nieszczęscie nurzając się w oparach absurdu i prawie dostając zeza rozbierznego z wrażenia.(Nigdy nie dajcie sobie wcisnąć nowości fantasy na Targach Książki, NIGDY!)
Niecierpliwie czekam na kolejne rozdziały - stada panteonów, hekatomby wyznawców i druidów bełkoczących w święcym gaju nad rycerzami-łamagami.

Anonimowy pisze...

Nikt się nie spodziewał Przyczajonej Logiki!!!

Ale... ja mam nadzieję, że nie zanalizujecie całości? Bo boję się o wasze zdrowie psychiczne :(

Lenn pisze...

"Na szyi każdego z ponad trzydziestu kilku"
- znaczy, trzydziestu kilku i jeszcze... jednego... albo kilku... albo właściwie jeszcze dodatkowych czterystu dwudziestu siedmiu.
<3

Barneyek pisze...

Więc jednak żyjecie!
Yyyy... te Kryształy Czasu to książka jest? Taka najprawdziwsza, książkowa? Łomatko. Jako opko na jakimś forum fantasy jeszcze by to uszło, ale tak...
No nic. Grunt, że żyjecie :)

Anonimowy pisze...

Wróciłyście <3
Czy ktoś może mi, prostej dziewczynie ze wsi, która nie poznaje sie na geniuszu Szyndlera, wyjaśnić o czym to coś było? Czytalam dwa razy i nadal nie wiem O.o
Cynthra

Chiro pisze...

Yay, powrót z hukiem!
O borze szumiący... Słyszałam o Kryształach Czasu, ale NA SZCZĘŚCIE nigdy nie miałam okazji dorwać tego czegoś w swoje ręce.

Anonimowy pisze...

Żyjecie!!! I piszecie! Super!!!
Rany,to takie jest...A ja już kiedyś myślałam:przeczytam.Mam w domu dwa tomy...Mąż z Falkonu przywiózł....I leżą..
Życzę serdecznie powodzenia z obowiązkami.Będę na Was wiernie czekać!

Chomik

Anonimowy pisze...

Można się domyślić, że orczątko przeżarło się przez matkę z powodu głodu. Zjedzenie samca przez orczycę miało dostarczyć pokarmu potworkowi w brzuchu, jednak orczątko rozsmakowało się już w mięsie matki. Tak to widzę.

Anonimowy pisze...

Ha! Wiedziałam, że kiedyś wrócicie! Dobrze czasem być chorą, by zerknąć do internetu o poranku! :D

To obejrzę sobie najnowszy odcinek Chicago Fire i biorę się za czytanie! Yay! ^^

Nikelaine

Natalia SStefania Borucka pisze...

Jestem trochę rozczarowana, po tych wszystkich legendach o szitności Kryształów Czasu spodziewałam się czegoś naprawdę mocno złego, a jest tylko przeciętnie złe.
Nie jestem za to rozczarowana analizą, bardzo przyjemna lektura, Szprotę też częściej bierzcie do bandy :3 Mam też nadzieję, że te wciągające obowiązki zaowocowały samymi dobrymi rzeczami, jak pieniądze i chwała!~

Tris Moszfajka pisze...

Natalia SStefania Borucka> Poczekaj, najlepsze przed Tobą. Plotki o bezdennej głupocie i nieskończonej beznadziejności dzieła Szyndlera nie są ani trochę, ani nawet półtrochę, przesadzone.

Cieszę się ogromnie z powrotu ekipy PLUSa! Super niespodzianka :).

Frikey Slender pisze...

Analizaa! ^.^
Jedyne co ja rozumialam z tego tekstu to wasze komentarze :D I przeklinam swoja galopujaca wyobraznie, te cholerne krotki lance... *idzie angstowac gdzies nad rzeke*
W kazdym razie, analiza miodna i czekam na kolejna, mam nadzieje, ze jednak odrobinke szybciej :)

Lien Smoczyca pisze...

Oficjalnie oświadczam, że nigdy więcej nie będę jadła podczas czytania analizy. Po tekście o szyszynce oplułam klawiaturę, a później zakrztusiłam się na memie z Kwaśniewskim...

Miodzio <3

Anonimowy pisze...

http://opowiadania-iris.blogspot.com/
A może zerkniecie na to??

Anonimowy pisze...

Saga o Kaftano-kasztanie! Jest bosko

Eskel pisze...

Na litość, kto wydaje takie rzeczy? Przez połowę ksiopka miałem ochotę wyskrobać sobie mózg łyżeczką do herbaty.
Za to analiza piękna. Dobrze jest mieć Was z powrotem.

Kuba Grom pisze...

"Chodzi mi po głowie jakieś opowiadanie Topora ze zjadaniem nogi. Sama nie wiem, czemu."
Sznycel górski jeśli dobrze pamiętam.

Reiu pisze...

Oprócz Waszych komentarzy dodatkowo ucieszył mnie fakt, że nie tylko ja nazywam pewną grę "Filary z Eternitu". ;)