wtorek, 10 listopada 2015

Panzerpriester w natarciu czyli maść na odciski w pentagramy (Saga o Katanie, cz. 2)

Witajcie!

Po strasznych i okropnie zagmatwanych rzeczach z zeszłego tygodnia dziś będzie już tylko lepiej. Dowiemy się, czemu odciski stopy boga wyglądają jak świecące pentagramy, jak można wygrywać melodie na wątróbce, jak syczy się głoski nosowe, oraz dlaczego podczas burzy w środku lasu gromada druidów obserwowała gromadę rycerzy obserwujących jakiegoś gościa. To znaczy nie dowiemy się, bo w "Kryształach Czasu" nie chodzi o to, byśmy coś zrozumiały, prawda. Ale i tak będzie zabawnie.

Zanalizowały: Pigmejka, Kalevatar i Szprota, przy ustalaniu ewidentnego dobra zupy dyniowej pomagała Vatelema.




Saw i Hannah z przerażeniem przyglądali się temu zza nieznacznie uchylonej kotary. Doskonale widzieli wszystko. Moment pojawienia się czarnych rycerzy czy z całkiem bliska okrutną śmierć gwardzisty, który dosłownie przed chwilą zaglądał do nich.
Z daleka śmierć sprawiała wrażenie nieco lżejszej.
I skłonnej do slapstickowych żartów.

Nawet fragment egzekucji nie uszedł ich uwadze. Ale zniknięcie całego zamku?
Oboje szybko domyślili się wielkiej ingerencji czegoś nadprzyrodzonego.
Cholera, bystrzy są.
Mógł to być zamek postawiony siłą hipnozy:
https://www.youtube.com/watch?v=DWs8OvKoaxk

Wzrok Sawa powoli i metodycznie badał trupy.
Zaglądał im w kieszenie, zabierał co cenniejsze rzeczy, analizował przyczyny zgonu.

Hannah odwrotnie. Jej bystre zielone oczy strzelały spojrzeniami wokół pobojowiska.
I dobijały umierających.
Łuski po spojrzeniowych pociskach sypały jej się pod nogi.

Para w jednej chwili nieoczekiwanie znalazła to, czego szukała.
...para oczu?
Nieoczekiwanie, bo szukali, ale tak bez przekonania.

Asteriusz zrobił krok w kierunku pierwszej ofiary – porwanego księcia. Podobnie jak Gorlam, w postaci pierwszego awatara był ponad dwa razy większy od człowieka. Ten krok wystarczył, by sięgnął ręką martwego ciała.
Znaczy - ręce też miał dwa razy dłuższe, jak orangutan…?
Mnie raczej wychodzi, że poruszał się na rękach. W sumie z takimi awatarami to nigdy nic nie wiadomo.

Młodszy bóg też to zauważył. W miejscu, gdzie stopa Asteriusza oderwała się od ziemi ukazała się fosforyzująca bielą pięcioramienna gwiazdka.
– „No to mamy problem” – bezgłośnie zaczął Gorlam. “Jezusmaria, kibic Wisły Kraków!” Po chwili dodał:
  • Oby nie pojawili się kibice Cracovii… Albo Kapitan Ameryka.
  • Albo banda niezbyt przekonanych do kultu satanistów.

– „Czy zawsze zostawiasz w miejscu, gdzie dotykasz ziemi białe gwiazdki widoczne dla wszystkich? Nasi pobliscy śmiertelnicy chyba się domyślili, że to ty”.
Ale nasi dalecy nieumarli niczego jeszcze nie skumali, na szczęście.
No bo sam fakt, że jesteś od nich dwukrotnie wyższy i właśnie zmaterializowałeś się z niczego, nie wzbudziłby niczyich podejrzeń.

Nie minął się z prawdą. Przypuszczalnie obszerna wiedza krasnoludzka Sawa lub jego niemała kupiecka intuicja pozwoliły skojarzyć fakty. Jego natychmiastowy odruch padnięcia na twarz, choć nadal znajdował się w wozie, był tego potwierdzeniem.
Odruch ogólnie niechętnie opuszczał wóz, więc krasnolud zwykle zostawiał go, idąc do miasta. Fakt, że był to odruch dość kłopotliwy towarzysko, tylko temu sprzyjał.

Nawet elfka intuicyjnie zrobiła to samo. Tylko jeden z bogów Ochrii, stąpając po ziemi zostawia białe gwiazdki, świecące jeszcze nawet przez rok. A podobnież modlitwy kapłanów potrafią utrzymać ich jasność w nieskończoność.
Ciiiicho, niech nikt nie mówi narratorowi, że "podobnież" i "podobno" to nie synonimy!

Zresztą wiele świątyń i ich ołtarzy powstało w takich świętych miejscach, a raczej wokół nich…
Przerąbane, nie można się nawet na siku spokojnie zatrzymać, żeby ktoś nie zaczął zaraz budować dookoła ciebie świątyni, i to nie dumania!
To muszą być bardzo długie świątynie, jeśli pokrywają cały szlak przemarszu bóstwa. Albo malutkie, ale gęsto rozmieszczone.
Widzę jedną zaletę tego stanu rzeczy - przynajmniej nie ma wszędzie parkujących samochodów, wozów i lektyk.

– „Nie mógłbyś stąpać w powietrzu, aby nie odciskać tych święcących gwiazdek? Niedługo wszyscy twoi wyznawcy tu ściągną. A za tydzień postawią tu świątynię. Podobnież mieliśmy być incognito?” – spytał Bóg Rycerstwa.
*zerka porozumiewawczo na czytelników* Ciiiicho...

– „Zawsze robię to, co dla mnie charakterystyczne. Ty postępujesz tak samo. Czy swoich pięknych złotych rycerzy przemieniłbyś w kobietki?”
Nagle nad ich głowami pojawiła się goła baba i spopieliła ich w jednej sekundzie. Koniec.
http://i833.photobucket.com/albums/zz255/Nekokitsune666/Feminism.gif
Toż nie przemieniłby, był bowiem bogiem rycerstwa, męskich stowarzyszeń i męskiego homoerotycznego pożądania.

Gorlam wzdrygnął się – przez moment przemknęła mu przez myśl wizja, że czczą go pod postacią kobiety.
http://33.media.tumblr.com/55bad9f1cee476c0c75dfa572056ab34/tumblr_mgq7pllFYv1qm8zqco1_400.gif
Niech ja to uporządkuję. Znaczy jeden, gdzie nie stąpnie, tam zostawia świecące jak psu jajca pentagramy, a drugiemu towarzyszy orszak pozłacanych zakutych łbów?

– „W porządku, wygrałeś. Jak zawsze. Ale chociaż nie męczmy tych tutaj i przedstawmy się im”.
– „A myślisz, że to przeżyją?” – uśmiechnął się Asteriusz.
Jednocześnie bogowie, zrzucając swą doskonałą niewidzialność, maleli do rozmiarów śmiertelników. Zerkającej spod oka elfce
Miała na czole dodatkową parę oczu?

przez moment udało się zobaczyć ich w pełnym majestacie. Uderzyło w nią to jak grom z jasnego nieba. Jej zmysły przeniknęło intensywne, kojące światło,
Jestem ciekawa, jak światło może przeniknąć węch albo poczucie równowagi.
Ja nie wiem, ale to brzmi raczej jak opis orgazmu niż ekstazy religijnej. Oh wait.

bijące z postaci brodatego, choć łysego starca,
Z jakiegoś powodu narrator uważa, że jak włosy, to tylko full serwis i każdy, kto wyłamuje się z tego schematu, budzi w nim lęki egzystencjalne.

który mimo sędziwego wieku zachował ciało kulturysty.
Cohen Barbarzyńca? Co ty tam robisz?!
http://images.onesite.com/community.beliefnet.com/user/satanicstalker/482bb4837678dcohen.jpg?v=154800
Ej, może on to ciało trzymał w szafie.

Nawet nie zwróciła uwagi na rycerza w złotej zbroi z charakterystycznymi, krótkimi włosami stojącymi niczym wojska w idealnym szyku. Bez skazy.
Perfekcyjnie sterczały mu na wszystkie strony!
Pierwszy raz widzę, by fryzura na jeża była przez kogokolwiek uznana na charakterystyczną.
Jeśli jest to fryzura na Jeża z Erlenwaldu, to dlaczego nie.

Serduszko dziewczyny przeszyła fala boskiego majestatu.
Serduszko. Kurde, dobrze, że nie wulweczkę.

W jednej chwili światopogląd bezwzględnej, lecz na szczęście nie okrutnej zabójczyni zmienił się.
Na bezwzględny i okrutny?
Serduszko bezwzględnej zabójczyni - takie rzeczy tylko w Kryształach Czasu! I dobrze.

Duszę (duszyczkę!) wypełniła kontrastująca z dotychczasową profesją dobroć. Bezgraniczna dobroć. Niezamierzoną mocą aury wielkiego boga jakakolwiek neutralność względem zła czy dobra wyparowała. Niczym u paladyna, jej dotychczasową prawość uzupełniło wykiełkowane właśnie ewidentne dobro.
Wraz z bezdyskusyjnym altruizmem i niezaprzeczalną empatią.
Jak ustaliła komisja, za ewidentne dobro może być uznana wyłącznie zupa dyniowa z czarnuszką i mleczkiem kokosowym.
Nie wiem, czy chcę się spotkać z elfką, z której kiełkuje zupa dyniowa.

Gdy obaj bogowie zmienili się w śmiertelników, oczom elfki, a po chrząknięciu Asteriusza także i oczom Sawa, ukazali się dwaj odziani w białe togi wędrowcy.
Gdy zaś Asteriusz czknął, Saw zobaczył idące rzędem takie małe, żółte kaczuszki.
I skład obecnego rządu. Nic więc dziwnego, że przymknął oczy i zaczął krzyczeć.

Jeden z nich, wiekowy starzec o ciele doskonałego atlety, emanował mądrością i dobrocią.
Obawiam się, że prędzej mogła być to tak toksyczna ilość anabolików, że zaczął świecić w ciemnościach.
Mam wrażenie, że emanował czymś jeszcze, skoro jego ciało było doskonale widoczne przez materiał togi.

Spoglądając dłużej w jego duże błękitne oczy, miało się uczucie lotu w kosmos – ku gwiazdom. Przy braku koncentracji można było się w tym zatracić i odlecieć w podróż bez granic.
Spojrzenie to wyglądało mniej więcej tak:
http://i.imgur.com/rnipSpB.gif

Twarz ludzkiej postaci boga wyrażała też przekonanie, że wie on, co wydarzy się za moment.
Ale nie powie.

Postać młodszego emanowała niezłomnością. Ruchy miał stanowcze, choć sprężyste.
Jak wiadomo, cechy te stoją ze sobą w sprzeczności.

Ułożenie jego togi było też iście wojskowe. Przypominała bardziej mundur wyjęty właśnie na paradę niż luźno założoną szatę sąsiada.
A co, była wyprasowana w kancik?
Miała epolety i specjalne miejsce na ordery.
(Oraz przez dłuższą chwilę zastanawiałam się, czemu na bora ktoś miałby pożyczać szatę od sąsiada.)

Młoda twarz emanowała optymizmem i ciepłem uśmiechu.
http://i.huffpost.com/gen/1163014/images/o-HOW-TO-BE-OPTIMISTIC-facebook.jpg
ridiculouslyphotogenicguy.jpg
Wprowadzenie zaczął właśnie on:
– „Jestem Gorlam, a to mój przyjaciel Asteriusz Wielki. Nie myślcie tylko, że każdy, kto sam siebie nazywa "wielkim", musi być strasznym bucem. To tylko dla odróżnienia od jego dwóch braci, Asteriusza Małego i Średniego. Jesteśmy, jak już zauważyliście, pod postacią naszych pierwszych awatarów. W tym świecie istnieje coś lub ktoś, co ma dla nas wyjątkowe znaczenie”.
"A mówię w cudzysłowie, bo mogę."

Przerwę w monologu wykorzystał Asteriusz:
– „Wiem, że nic nie wiecie, co mogłoby nam pomóc, ale wiem też, że spieprzyłem ten szyk zdania, cholera jasna, zbliżycie się do tego. Z tego powodu będziemy wam towarzyszyć przez pewien czas. Jakieś pytania?”
  • Tak. Czy wiecie, co to stalking?
  • Jak również - co tu się odpierdala?

Krasnoludzka odporność, a może kupiecki trening pozwolił przełamać onieśmielenie Sawowi.
Czemu narrator nie powie po prostu, że Sawowi powiódł się rzut na inicjatywę? Przecież widzę, że chce.

– … Czy… czy chodzi o Kryształ Czasu?
  • Głupi! - prychnęła elfka. - Czas jest niematerialny, jakże miałby mieć formę kryształu? Może jeszcze chcesz bursztyn przemijania i diament przyszłości?
– „Nie mieliśmy tego na myśli” – szybko wtrącił Gorlam. – „Nie pojawiliśmy się na tej planecie, by szukać Kryształu Czasu. O utrzymanie jego musielibyśmy walczyć do końca świata z nieskończonymi legionami demonów lub diabłów, z całymi panteonami bogów i to nie tylko z Ochrii.
Brzmi jakby w Ochrii legiony demonów i co tam jeszcze dysponowały kasą z MOPSu.
Przynajmniej mieliby zajęcie zamiast się snuć po świecie śmiertelników i zaglądać im pod plandeki.

A może jeszcze niewiadomo z czym silniejszym.
Jeszcze silniejszym od całych panteonów bogów? Jeżu, musi chodzić o jakąś naprawdę hardkorową Mary Sue.

Kocham walkę i znam bezgraniczną moc Kryształu Czasu, ale nawet dla Boga Wojen, Bitew czy Chwalebnych czynów jest to po stokroć za dużo”.
– Ale…, ale to nie do pojęcia.
Racja. Przecinek po wielokropku - tego nie da się pojąć.

Każda istota pożąda tego.
Ja totalnie nie.

Moc, którą daje, pozwala być silniejszym od boga. A w rękach potężnego bóstwa daje to… władzę niewyobrażalną – prawie wykrzykując z pożądania szybko wysłowił się krasnolud.
I wytarł dłonie w chusteczkę.
"Wysłowił" to też nie to samo co "powiedział"… Coś lipny ten twój tezaurus, narratorze.

– „Przybyliśmy tu w sprawie, z powodu której Ochria może być starta z tego świata i wyczyszczona z wszelkich form egzystencji. Z powodu której nieskończona liczba (jak liczba, to są policzalni…) bogów zastanawia się nad czymś, co nigdy by im nie przyszło do głowy. Nad niechybną, nieodwołalną i nieodległą w czasie zagładą. Zagładą, z którą wiąże się unicestwienie ich planów, światów, form egzystencji wraz z nieskończoną ilością istnień i ich dusz.
Ok, mam pytanie natury technicznej: czym różnią się formy egzystencji od istnień?
Egzystencja jest taka no, bardziej efemeryczna i krótkotrwała. Jak skrzydełko motyla.

Taki mały niebiański horror”.
Taka maleńka apokalipsa, taki tyci Ragnarök.

Po krótkiej chwili ciszy, jak zwykle telepatycznie przekazując słowa obecnym, dodał:
– „Kryształ Czasu mógłby pozwolić podbić kilka światów egzystencji lub nawet wyludnić z diabłów piekło (chyba wydiablić…?). Ale może on nie dać wystarczającej mocy, by ocalić wszystkich bogów przed zagrożeniem, które właśnie zaistniało…”
Ja się zastanawiam, kiedy bohaterowie sobie uświadomią, że los bogów nie spędza im snu z powiek.
YknltEr.gif
– Zmieniając wyraz twarzy na bardziej radosny dodał: – „Zajmijmy się jednak czymś milszym i przywróćmy do życia leżącego tu pechowca. Zobaczycie, że będzie to ciekawe doświadczenie”.
“Niedługo wszyscy zginiemy i w ogóle, ale… mniejsza oto! Pokażę wam sztuczkę!”
Widzicie, jaki jestem stabilny i godny zaufania?

Sędziwa ręka Asteriusza powoli powędrowała w kierunku zwłok władcy nieistniejącego już zamku.
Bądźmy szczere: był to nieistniejący władca nieistniejącego zamku.

Z rozpostartej dłoni na odległości pół metra rozeszła się poświata w kształcie niebiańskiej białej gwiazdy.
Piekielna byłaby czerwona? :)
W grze Devil may Cry diabelskie moce miały poświatę czerwoną, a anielskie - niebieską.

Powiększając się, otoczyła ona skręcone ciało.
...niczym niebiańska biała rozgwiazda?
Następnie z głośnym melodyjnym plaśnięciem
Czyli trochę jak cymbałki, a trochę jak mokra szmata?
Narratorze, spróbuj wygrać melodię przy pomocy dźwięku surowej wątróbki padającej na kafelki, I double dare you.

wchłonęła się w nie, z lekkim chrzęstem prostując członki i kark.
Jeżu, rozgwiazda z członkami i karkiem? Czyżby to był…
https://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/7/7e/Patrick_Star.png

W miejscu, gdzie zamiast twarzy znajdowała się ciemna pustka, zeszła ciemność i pojawiły się oznaki życia.
Znaczy - woda, bakterie, ryby z nogami, takie tam?
Mam wrażenie, że on za pomocą tej plaskającej mokrej szmaty starł mu ciemność z twarzy. To musiał być hardkorowy płyn micelarny, mówię Wam.

– Wstań, tan Adalbercie. Odebrane jest ci przywrócone – z powagą pierwszy raz na głos, lecz wciąż z deka niegramatycznie powiedział Asteriusz.
Na ten dźwięk elfka zrobiła lekki krok w tył, a na jej ślicznej buźce pojawił się szczery rumieniec wstydu.
Aż zasłoniła twarz rąbkiem przedszkolnego fartuszka.

Szeroko otwartymi oczyma spojrzała z lękiem w kierunku bogów.
Ma silny fetysz pewnej barwy głosu? To żaden powód do wstydu, bardzo częsty przypadek.

Jakby za magiczną mocą słów książę, z początku niepewnie opierając się o ziemię, wstał, zjadł łożysko, klepnął się w tyłek i wydał z siebie wygłodniały ryk. Na koniec wyprostował lekko głowę i rozejrzał się wkoło. Gdy jego myśli pojęły to, co wzrok spostrzegł, nastąpiła drastyczna zmiana na twarzy mężczyzny.
Pojął, że wbrew wszystkiemu wciąż jest w Kryształach Czasu, wciąż opisywany przy użyciu jakiegoś dziwacznego szyku, który sprawia, że w każdym zdaniu wyskakują przynajmniej dwa podmioty. Nawet śmierć nie stanowiła ucieczki.

Z wyniosłej pozy zniknęło dostojeństwo zastąpione rozpaczą. Oczy wędrowały od jednego do drugiego ciała gwardzistów,
Wszyscy gwardziści zlepili się w jedno ciało? Mój boru, nie dziwię się, że jest przerażony.
Ale wyniośle, trzeba zaznaczyć.

z każdym spojrzeniem potęgując przerażenie i coś jeszcze.
Potrzebę udania się do wychodka.

Podnosząc dość piskliwy głos, zaczął krzyczeć:
– Tom, Edar, Maran, Wyrm, Larin… i wy wszyscy moi gwardziści, którzy tu leżycie – zawiodłem waaas. Mooojaaaa wina, żeście tu padli.
To nie brzmi, jakby krzyczał. To brzmi, jakby mówił w slow-mo.
Mnie się to kojarzy z powolnym startem systemu operacyjnego, mój komp też muli po włączeniu.

Mój układ z kapłanami Seta was zabił. Wybaczcie…
https://media.giphy.com/media/eXxVSlLNFT104/giphy.gif

Nim skończył, równocześnie w tym samym momencie jednocześnie i naraz wydarzyły się dwie rzeczy.
Z zamkniętymi z rozpaczy oczyma szybkim ruchem książę wyrwał niewidoczny pod ubraniem zakrzywiony sztylet i błyskawicznie wbił sobie go po rękojeść w serce.
Harakiri czy ki diabeł…?
Biedak za wszelką cenę chce stąd spierdzielić, dziwisz mu się?

W tych samych chwilach (było to bowiem kilka drobnych chwil rozkoszy) jego zamek pojawił się z powrotem na miejscu. A poza wzburzeniem drobnego pyłu sprawiał wrażenie, jakby nigdy nie zniknął.
Pył jednakowoż był wyraźnie urażony i już szykował ostrą notę dyplomatyczną.

Gdy pechowy książę, konając upadał na bruk dziedzińca, zdążył tylko dostrzec, że przecinek mu się ustawił w złym miejscu jego zamek ponownie zaczyna powoli znikać. Ostatecznie też przestał istnieć w tym miejscu i czasie, gdy trzy sekundy później dusza księcia Adalberta pękła.
Nie wiem, co tu się stało. Przepraszam, próbowałam, ale nie wiem.
Facet uznał, że pierdzieli i tym razem zabił się bardziej.
Moja teoria o budynku istniejącym tylko dzięki wierze w jego istnienie staje się coraz bardziej prawdopodobna.

– Onnnnn jessssst mmmmmóój. – Zza pleców bogów rozszedł się sykliwy dźwięk.
Musi być to kolejny bóg, bez wątpienia, skoro dawał radę syczeć nie dość, że na "m", to jeszcze na "ó".

– Illllle rrazzzzzy zzzzzamierzacie go wsssssskrzeszać?
Twojego ssssskarba?

– A może z pięćdziesiąt… – z humorem wtrącił Gorlam.
– A może przez wieczność… – dodał Asteriusz.
Żarty to się tu sypią przednie.

– Mmmmmiał zzzzze mmnną uuuuukład – wysyczał awatar Seta.
Przy tym, co tu się dzieje, to chyba Setki Wódki…
Awatar Meta i awatar Galareta wymienili piąteczkę. To była udana impreza.

– A tak w ogóle, to witaj, nasz nowy gospodarzu – zaczął Asteriusz. – Tak, przyznaję ci rację, że miałeś ciekawy układ, choć jak zwykle bezwzględnie go wykorzystałeś.
Czy tutaj trwa jakiś konkurs na najbardziej z dupy wzięte użycie "choć" w zdaniu?

Pechowiec nie wiedział, że przypadkowe zejście z tego świata wypełni umowę. Musiał być bardzo głupi albo ty masz wspaniałych kapłanów, że zgodził się na władzę i bogactwo za taki układ, w którym wszystko traci na twoją rzecz w momencie swojej śmierci.
Zasadniczo większość śmiertelników ma podobne układy.

– A więc już go nie wskrzesimy? – spytał Gorlam.
– Nie znoszę samobójców tak jak ty i tracą oni całą moją łaskę w momencie, gdy zaczynają myśleć o tym, a poza tym, jak wiesz, ich dusze w większości trafiają w ręce demonów, gdzie nie zaznają spokoju, dopóki nie pękną.
Zgubiłam się. Co ma pęknąć: demony, ich ręce czy dusze samobójców? I czemu pęknięcie wywołuje spokój?

– Ja teżżżżż garrrrrdzę nimmmmmi. Ssssspotkamy się nnnnniebawemmmmm.
A, nieczułe chujki z tych bogów.
Chwilę później bogowie odczuli, że niewidzialny awatar Seta zdematerializował się i przeniósł do swych ulubionych otchłani nucąc Alabama Song.

Przejęci tym, co słyszeli, Saw i Hannah pytająco spojrzeli na awatarów.
Jak zwykle z humorem Gorlam rzekł:
– Dziś my idziemy za wami. Niech śmiertelni prowadzą bogów.
Z równym humorem odpowiedział Saw:
– O, żebyście tylko nie skończyli w krasnoludzkiej karczmie pod stołem…

Rozdział IV – Miejsce trzecie: KRĄG DRUIDÓW

Wokół szalała burza. Serie błyskawic w jednej chwili ukazywały się na tle niższych szczytów otaczających miasteczko. Dalekie, niebotycznie wyniosłe góry pojawiały się, gdy niebo rozświetlały najpotężniejsze z błyskawic.
Poważnie zastanawiam się, czy narrator w ogóle kiedykolwiek widział błyskawicę.
Bo w górach w czasie burzy na bank nigdy nie był.
Ani pod wysokim drzewem. W sumie szkoda.

Płonące gdzieniegdzie na niskich zboczach drzewa lub fragmenty lasu znamionowały coś nienaturalnego.
No tak, pożar w lesie to coś niespotykanego. Żeby drewno płonęło? Musi magia!
Fragmenty lasu: krzaki malin, szyszki, noga zająca, pijany leśniczy.
I mocno wkurzona żaba skrzecząca: no przecież ja tu mieszkam.

Wewnątrz kotliny nie spadła jeszcze żadna kropla.
– Zapomniałem, zapomniałem, zapomniałem – rozlegał się rozpaczliwy wrzask biegnącego przez wymarłe miasteczko kapłana.
Zapomniał spuścić kroplę albo dwie? To pech.

Brązowe jednolite szaty i niewidoczny dla oka symbol boga trzymany mocno lewą dłonią uniemożliwiały jakąkolwiek identyfikację jego religii.
Narrator też nie wie. Mamy tu Narratora Niedoinformowanego.

– Zapomniałem, zapomniałem – krzyczał kapłan biegnąc głównymi uliczkami w kierunku obrzeży miasta i zalesionych zboczy. Jego obleśnie tłuste ciało, podskakujący brzuch i kołyszący się na boki drugi podbródek utrudniały bieg.
Jeżu, na boki?! To  była krzyżówka kapłana z buldogiem?!
Podbródek chlastał go po oczach.
A uda przy podskokach zatykały uszy.

W jakiś niewyjaśniony sposób wkładał on wszystkie swoje siły zarówno w szybkość biegu, jak i w moc głosu.
Co wyświetlało się na pasku zużycia energii.

Wielkie i częste krople potu spływające z łysej czaszki zalewały usta, gdy kolejne razy krzyczał zapomniałem.
W związku z czym nieszczęśnik zaczął w końcu topić się we własnym pocie.
Jestem pewna, że nawet bulgotanie nie ujęło mu godności kapłańskiej.

Jego szaleńczego biegu i nieustającego zapomniałem nie spowalniały ostre krzewy porastające zbocza gór ani gęsty las, do którego wbiegł. Potężne cielsko spoconego tłuściocha niczym głaz taranowało zarośla i mniejsze drzewka.
Łokurna, ciekawe, czy przez skałę też się przebije.
To Panzerpriester, nowa machina wojenna prosto z Warhammera 40 000.

Po kilkunastu minutach przedzierania się w karkołomnym biegu przez gęsty las, spanikowany kapłan znalazł się na skraju przepięknego gaju.
Gaj spojrzał spode mchów i paproci na intruza.

Nie był to jego cel. Prawdopodobnie w swym szaleństwie biegłby dalej w siną dal i wołał swoje zapomniałem, zapomniałem, gdyby nie grupa stojących w kręgu na drodze dwudziestu brodatych starców w białych i zielonych szatach. Nie stali oni tu bezcelowo.
Kto by pomyślał, byłam przekonana, że takie zbiegowiska to norma w lesie, osobliwie - w czasie burzy.
W sumie w Polsce spontaniczne zgromadzenia brodatych starców w barwach Legii są na porządku dziennym.

Każdy z nich z rękoma założonymi na piersi wyjątkowo uważnie obserwował (co jeden, to bardziej wyjątkowo uważnie!) kilkudziesięciu zbrojnych, zgromadzonych po drugiej stronie polany. Ci z kolei z równie dużą uwagą przyglądali się szermierczym popisom jednego z ich grona.
Gapiocepcja. Walczący patrzył na czubek swej szabli, szabla zaś - chuj wie gdzie.
Ludzie, come on, co to za lokacja? Burza, góry, las, w lesie gaj, w gaju polana, na polanie druidzi gapią się na rycerzy którzy gapią się na kolesia machającego mieczem? Srsl, brakuje tu jeszcze tylko dziada z babą i różowych słoni.

On zaś, skupiony, w pięknym stylu demonstrował kunsztownie ornamentowanym mieczem (mieczem… w szermierce…) serię zamaszystych cięć.
Bo nie mógł robić tego GDZIE INDZIEJ ani poczekać, aż burza ucichnie. Wiadomo,  wymachiwanie metalowymi przedmiotami w środku lasu podczas burzy to najbezpieczniejsza rzecz ever. Ci wszyscy rycerze też nie mieli absolutnie nic ciekawszego do roboty.
Chociaż powoli rozważali wylosowanie śmiałka, który udałby się na szczyt góry w miedzianej zbroi powygrażać trochę bogom.

Nim doszło do staranowania druidów przez pędzącego klechę, jeden z nich gwałtownie odwrócił się. W jednym ręku trzymał wielką, sękatą, białą laskę, ale drugą dłonią schwycił kapłana za szaty na piersi. Czy to z powodu prędkości, czy zadziwiającej siły starca, podniósł on biegnącego do góry.
Gdzie drzewo nie może, tam starca pośle.

Ten odruchowo w powietrzu nadal przebierał nogami, jakby wciąż pędził.
http://38.media.tumblr.com/b33332bcb40a5fdcff74b1c0e1a84dd2/tumblr_n9a7nnxG3V1srupmjo1_400.gif
To jest tak bardzo wzięte prosto z Looney Tunes, że ja nie mogę.

Z ust zrozpaczonego i zapłakanego kapłana po raz ostatni wydobył się krzyk:
– Zapominałem, zapomniałem Cię…
Wyjątkowa siła tego głosu zagłuszyła wszystko i przeszła niczym potężny grzmot przez gaj.
Better+version+_a3c4674eddac929490e0a494c492ca80.gif


To ona właśnie zrobiła coś, co śmiertelnie przeraziło druidów i zmroziło krew w żyłach zbrojnych, którzy obserwowali ćwiczącego rycerza. On zaś, wybity z koncentracji, nie utrzymał w ręku swego oręża.
Choćbyś strząsał dwa tygodnie,
i tak kropla spadnie w spodnie!

Jego pokryty magicznymi runami miecz wyśliznął się z dłoni podczas kolejnego zamachu. Kontynuując niedokończony cios, poszybował długim łukiem akurat w kierunku środka gaju. Opadając na ziemię, przeciął na pół małą sadzonkę drzewka. Drzewka, z którego miało wyrosnąć najświętsze dla druidów Pradrzewo. (Dupa, a nie Pra, skoro to ledwie sadzonka. Postdrzewo prędzej.) Drzewka, które jako Drzewo Równowagi przez następne tysiące lat miało chronić Archipelag Centralny.
http://ic.pics.livejournal.com/summontrouble/14570452/8699/8699_original.gif
tumblr_npqx183rom1qj1tqqo2_400.gif
Też se wstawię gifa, a co.
tumblr_n7osyyvwoa1sifoaro1_400.gif

Burza minęła jak nożem uciął,
Pogoda tutaj jest bardziej posłuszna Imperatywowi Narracyjnemu, niż u Pratchetta....

a na planecie Ochrii właśnie została zachwiana równowaga… i to najpoważniej, jak to tylko możliwe.
I nikt nie pomyślał, że może nie trzeba było jednak pozwalać jakiemuś typowi machać mieczem nad prasadzonką. NO BO CO MOGŁOBY PÓJŚĆ NIE TAK.

Rozdział V – Miejsce trzecie: KONSEKWENCJE

Chyba czwarte, chyba że w kryształach czasu kolejność jest traktowania z równą dozą tolerancji, co wynikanie przyczynowo-skutkowe, prawdopodobieństwo narracyjne, gramatyka, interpunkcja i szacunek do czytelniczek.
– Młody tan Arkadianie, przygotuj swoich i stańcie do bitwy. – Ostre słowa przywódcy druidów wyrwały pechowego rycerza z odrętwienia.
Nauczyć się wiele musisz, mój młody padawanie.

Feralny rycerz, z początku wolnym i ostrożnym krokiem zaczął zbliżać się do miecza. Gdy go podniósł pozostałych dziewiętnastu rycerzy bezwiednie wyciągnęło swoje ostrza z pochew.
Miazmat napada, miazmat atakuje...

Chwilę potem wszyscy z nich zakładali bądź poprawiali wielkie rycerskie tarcze na lewym ramieniu. Dźwięk ocierającego się metalu stanowczo nie pasował teraz do otaczającej gaj ciszy.
Mam pytanie: o co ocierał się metal? Bo mam jakieś kocie skojarzenia...
O falochron. Jest to wyjaśnienie równie, jeśli nie bardziej logiczne od wszystkiego, co się tu wyprawia.

Druidzi też nie próżnowali. Młodsi z nich, choć równie brodaci i odziani,
Eej, a już myślałam, że nie. :)

okręgiem otoczyli swych przywódców. Sękate kostury schwycili oburącz, kierując ich końce w stronę grupy rycerzy.
Czemu tu wszyscy celują w siebie fallicznymi przedmiotami?
Bo koniec świata w powietrzu. Cóż można zrobić w obliczu rychłej zagłady, jeśli nie oddać się orgii i bezrozumnej rzezi.

Bezgłośne hasła w krótkim czasie uaktywniały zaklęcia w magicznych drzewcach. Powoli każdy kostur zaczynał świecić zielonym lub żółtym światłem. Tylko artefakt głównego hierofanty, stojącego wewnątrz kręgu rozjaśnił się na karmazynowo.
Co stworzyło wrażenie, że druidzi przeistoczyli się w mobilną sygnalizację drogową.
I'm tellin' you, man, every third blink is slower.

Gruby kapłan, opuszczony właśnie na ziemię, z paniką zaczął zerkać na obydwie grupy. Tworzący krąg druidzi i dopasowujący jeszcze tylko hełmy rycerze jakby na coś czekali.
Bo przecież nie można walczyć w niepasującym do reszty stroju hełmie. To obniża morale.
Mnie by obniżyło.

Przerażona twarz kapłana, który zapomniał imienia swego boga, zaczęła się dodatkowo mocniej pocić.
Jeszcze mocniej? Teraz to już wywoła powódź...

Małe, lekko skośne oczka ledwo widoczne pośród fałd tłuszczu jakby rozszerzyły się.
Ałtorze, słuchaj mnie uważnie, bo powiem Ci to tylko raz: wystarczy jedna wzmianka, że ktoś jest gruby, chudy, niski, wysoki, rudy, łysy, pryszczaty lub ma dwa penisy. Twoi czytelnicy mają prawdopodobnie o wiele mniejszą sklerozę niż Ty.
– Na miłość do mojego zapomnianego boga! Chyba się nawzajem nie pozarzynacie? – zdążył powiedzieć.
  • Nie, skąd - uśmiechnęli się nieszczerze pozostali. - Tak sobie lubimy poobnażać miecze po burzy. Takie małe katharsis.
W tym samym momencie jeszcze przed chwilą czyste popołudniowe niebo nad głowami rycerzy rozwarło się z ogromnym hukiem.
To czyste popołudniowe niebo, które jeszcze chwilę temu rozdzierały pioruny…?
To samo.
Ej no, burza się ucięła nożem, bo kapłan na nią nakrzyczał, ale przecież czekała za kulisami.

Kapłan zauważył, że usta każdego z druidów od pewnego czasu poruszały się.
Znaczy: myśleli. Niebezpieczne to w czasie bitwy.
Zaskoczeni i chyba ogłuszeni rycerze zdążyli tylko spojrzeć w górę. Odruchowo przyklękając, jednocześnie szybkim ruchem unieśli ciężkie tarcze nad głowy, zasłaniając się nimi.
Następnym wydarzeniom towarzyszył rozdzierający zmysły huk. Jego wibracje przez moment wprawiły w drżenie zbrojnych. Nad ich głowami rozwarła się pionowo przestrzeń. Z otwartych wrót wylało się piekło i to niemal dosłownie.
http://media.giphy.com/media/YLIwz4QSB5Zf2/giphy.gif
Albo jak powietrze w zatłoczonym autobusie w upalny dzień.

Powstałe na prawie kilkanaście metrów przejście między wymiarami ukazało obcy pustynno-skalny świat. Wzbudzające trwogę, czerwono-czarne niebo (przebór, anarchiści!), podkreślało cienisty krajobraz żółtawego pustkowia.
I orgię barw, od której pękały zęby. Z pęknięcia w przestrzeni i zębach wyskakiwały demony. Dwumetrowe, wielorękie humanoidy na zakończonych szponami nogach za wszelką cenę starały się przepchnąć do otwartego portalu. Ich czerwone, wyglądające na oślizgłe ciała, pokryte kostropatą skórą ocierały się w tłoku o siebie. Różnej długości ramiona zakończone długimi szponami lub dzierżące krótkie trójzęby o spiżowym kolorze (Sprawdziłam: zasadniczo oznacza to, że takim jakby lekko sraczkowatym Spiż to po prostu brąz, więc dziwne, że broń ma tylko kolor spiżu. Może jest z plastiku?) unosiły się do góry, nie znajdując miejsca między stłoczonymi ciałami. Tylko łyse głowy, których wykrzywione twarze coś wrzeszczały, przypominały cokolwiek z człowieka.
Niestety, przypominały raczej zadki.
(Jeżu, ramiona dzierżą, głowy mające twarze które wrzeszczą… Czy tylko ja mam wrażenie, że tu każdy kawałek ciała żyje swoim życiem?)

Aż po horyzont widać było morze nadciągających żołnierzy demonicznego legionu.
Już w chwili otwarcia szczeliny między światami kilkanaście demonów wypadło, spadając na tarcze zasłaniających się rycerzy.
To wygląda raczej jak atak lekko wkurzonych termitów.

Wypadłoby ich dużo więcej, gdyby nie ogromny demon próbujący przepchnąć się przez trochę za małe dla niego przejście. Mimo że był kilkakrotnie większy od swoich pobratymców, to sama jego szerokość dwunastu ramion prawie całkowicie wypełniała przestrzeń wrót.
Prawie całkowicie, bo każde kolejne ramię było dłuższe niż poprzednie. W efekcie demon przypominał nieco choinkę.
A demon nie oganiał tego, co ogarnia większość psów trzymających w pysku patyk - jeśli na szerokość się nie mieści, trzeba spróbować bokiem.

Z twarzy kapłana odpłynęła krew. W jednej chwili z pulchnego lica zniknęły kolory, poza bielą. Spowijające ciało przerażenie nie zatrzymywało tylko ruchu rozbieganych oczu, które nadzwyczaj szybko zerkały na przemian w trzy miejsca.
Był to bowiem kapłan nowoczesny, chodził ze wstecznym lusterkiem.

Obserwując druidów kapłan zauważył, że został nadany sygnał do zamknięcia wrót, gdy tylko Arcydemon wydostanie się z przejścia. Potem krótkie spojrzenie w górę potwierdziło jego przypuszczenie, ponieważ wielkiemu demonowi brakowało już tylko kilku sekund, by się uwolnić. Za to całkowicie zaskoczyła go sytuacja w trzecim miejscu, wśród rycerzy. Spadające z góry demony próbowały ustać na tarczach, ramionach lub hełmach zbrojnych.  Ale jakaś siła odpychając je, nie pozwalała im na to.
Demony były like
http://49.media.tumblr.com/da0b35ebe5521f9ac1352adeb626b211/tumblr_nwmzmqN21S1s02vreo1_400.gif

Wyraźnie było widać, że ich szpony muszą przebić nie tylko zbroje, ale i dziwne niewidzialne aury, w które musieli być spowici rycerze.
Widok ten uspokoił i wzmocnił serce kapłana. Z jeszcze odrętwiałych ust wymknęło się:
– A niech to – paladyni!
A przecież nawoziłem, pryskałem - a i tak się zalęgli!
To przez to GMO, panie. Drzewiej wystarczyło wyrwać i posypać solą.

Działania wymienionych potwierdziły osąd kleryka. Zamaszyste cięcia z łatwością przecinały na pół lub w poprzek balansujące i ledwo utrzymujące równowagę mniejsze demony. Dodatkowo, żaden z nich nie wykazywał paraliżującego odrętwienia, które spowiło kapłana i z pewnością większość druidów. Walka z pierwszą falą demonów zdążyła się skończyć nim zaczęła się na dobre. Większość paladynów była już tylko zabrudzona kilkunastoma pustymi powłokami ciała, które pozostały po martwych wrogach.
Znaczy… po demonach zostawały takie syfiaste wylinki, jak po ważkach?
Tak. Ciekawe, czy wypadały z nich monety albo punkty doświadczenia.

Kapłan przypomniał sobie, że demony praktycznie umrzeć mogą tylko w swych rodzimych światach.
W obcych światach umierały niepraktycznie.

Dodatkowo brak powłoki cielesnej na wiele lat kompletnie deklasuje każdego z nich w ich dziwnej hierarchii.
Arcydemon Amonhar – Pan i Władca legendarnego 667 Legionu
Tak zwany Nowy, Ulepszony Szatan.

– zdążył się wydostać. Jego żółte ślepia szybko oceniły sytuację. Usatysfakcjonowany przeniknięciem do tego świata, pozwolił sobie na skok w miejsce, gdzie jeszcze niedawno znajdowało się przeklęte drzewko.
Och, co za krejzol!

Stabilizowało ono ten plan egzystencji, uniemożliwiając przedostanie się nań jemu podobnym.
Co robiło…?

Teraz gdy wrota się otwarły musiał tylko odpowiednio szybko zapobiec ich zamknięciu. Milionowej hordzie wystarczyłoby zaledwie kilkanaście minut, by przelać się do Ochrii i rozpocząć inwazję na skalę całego globu. Jednak nagle coś go zabolało.
Wyrzynająca się ósemka zaatakowała znienacka.

Tan Arkadian ciął raz po raz. Dziwna moc wypełniała jego ramię.
To sterydy.

Zdawał sobie sprawę, że gigantyczny demon nie zauważył go. Prawdopodobnie w swej pysze przeoczył pojedynczego wojownika, skupiając się na reszcie paladynów lub druidach. Młodzian wiedział, że ma tylko chwilę, nim demon go zabije. Musiał zrobić wszystko, co w jego mocy, by póki była szansa, maksymalnie naprawić swój błąd sprzed minuty. Przecież wszystko to wydarzyło się przez niego…
Nie, to wszystko przez lekceważenie przepisów BHP.

Kapłan zaczął inkantację. Nie pamiętał nawet jej nazwy. Kierowała nim zwykła intuicja i opary świętych ziół, których naoddychał się przed burzą. Był nieświadomy, że ogromna moc wypływa z jego zamkniętego w dłoni amuletu-symbolu. Zdawał sobie jednak sprawę, że musi to robić. Nie miał wyboru. Bezwiednie i czysto jego usta wypowiedziały potężne zaklęcie, kierując je ku pechowemu paladynowi. Gdy skończył, było już po wszystkim.
Znaczy, po paladynie?

Tan Arkadian nie wierzył swoim oczom i czynom. Spotęgowane jakby dziwną, dodatkową mocą ciosy przechodziły przez arcydemona jak przez masło. Fakt, że zadał ich sporo, ale efekt był wprost niewiarygodny.
Ze ¾ paska życia poszło jak nic.
A demon ciągle nie zauważył, że coś go rąbie na części?
To ta ósemka. Bolała tak bardzo, że nie czuł nic więcej.

Pan legionu właśnie padł martwy.
Och łaaał… to się dopiero nazywa emocjonująca scena walki z bossem!

Z jego ciała powoli pozostawała jedynie cieniutka skórna powłoka.
Paladyn zamrugał i wykonał szybki telefon: - Hannibal? Tak, mam coś dla ciebie…

Coś paladynowi musiało pomóc, gdyż nawet jego Święty Miecz Ewidentnego Dobra nie miał takiej mocy, by zabić tak wielkiego i potężnego demona.
Mogła to zrobić tylko Przeklęta Lanca Niejednoznacznego Zła.
Nie wspominając o Agnostycznej Pałce Prawdopodobnej Bylejakości.

I to mniej niż dwudziestoma ciosami.
A każdy z nich zadawał przecież nie więcej niż 2k16!

Odruchowo zerknął na prawo. Jego koledzy i ich mistrzowie właśnie dobijali ostatnie mniejsze sługusy, które wydostały się po arcydemonie. Sama dziura między światami właśnie zasklepiała się. Stojący z lewej strony druidzi wyraźnie byli tym pochłonięci. A z tyłu?
A ci z tyłu wyżerali prowiant.
Matka siedzi z tyłu.

Młody paladyn odwrócił się. Dość blisko niego stał gruby klecha. To ten właśnie, co swym donośnym i przejmującym zapomniałem wytrącił go z równowagi.
Lewa ręka, kurczowo ściskająca symbol, powoli, lekko rozluźniała się. Sama twarz kapłana zaczynała też odzyskiwać rumieńce.
– Pomogłem?! – spytał kleryk.
– …
– Nie wiedziałem, co czynię, ale czy to coś pomogło? – powtórzył.
No cóż, z całą pewnością nie przeszkodziłeś, a jest to pewne osiągnięcie w tym chaotycznym świecie.
Zaskoczony tan Arkadian po chwili odpowiedział:
– Nie wiem, jak to zrobiłeś czcigodny kapłanie, ale na stos złamanych kopii, pomogłeś wyśmienicie. Jako paladyn znam się trochę na magii kapłańskiej, ale takiego zaklęcia jeszcze nie spotkałem. Pewnie i mój mistrz miałby problemy z jego identyfikacją. Najważniejsze, że było skuteczne. A i wybacz, żem się nie przedstawił. Zapraszam do naszego grona – zaraz to nadrobimy.
– Na las połamanych drzew, zaczekajcie! – basowy i wyjątkowo mocny głos przywódcy druidów rozległ się z lewej strony.
Na kupę zgniecionych papierów, cóż to za dziwna maniera?

– Nim zaczniecie marnować czas na czcze konwenanse, muszę wam powiedzieć, że go nie macie. No chyba, że jeszcze raz zamierzacie walczyć z kolejnym legionem demonów.
Demony demonami, ale przedstawić się mógł, gbur jeden.

Wypowiedziane głośno słowa zwróciły uwagę wszystkich na polanie. Zaciekawieni druidzi i podekscytowani rycerze dość szybko dołączyli do stojących po środku.
Chwilę później ponownie odezwał się arcydruid.
Ale czy obchodzi nas, co ma do powiedzenia arcydruid? Oddajmy głos Thorinowi:
tumblr_miyhe3wwLG1rs4y45o1_500.gif
Otóż właśnie, nie obchodzi nas.

29 komentarzy:

Monika Kubiak pisze...

Przez chwilę myślałam, że "Święty Miecz Ewidentnego Dobra" pochodzi z waszego prześwietnego komentarza. Nie pochodził.
Jesteście w formie.

Anonimowy pisze...

"A demon nie oganiał tego, co ogarnia większość psów trzymających w pysku patyk - jeśli na szerokość się nie mieści, trzeba spróbować bokiem."

Łapcie gifa! http://i.imgur.com/Ghn6HZZ.gif

A kiedy będzie ta część, w której w końcu wyjaśni się, o co w tym burdelu chodzi?

Ag

Galen Zapomniany pisze...

Genialny żart, bo przecież nie powiecie mi że coś takiego mogło zostać wydane jako książka, przecież jak w którymkolwiek wydawnictwie przeczytali o "Świętym Mieczu Ewidentnego Dobra" (nie wspominając o tym, że musieli przebrnąć przez resztę całkowicie niezdatnego do czytania tekstu) to musieli się roześmiać autorowi w twarz i powiedzieć mu żeby już nigdy więcej nic nie pisał. Powiedzcie mi że to wszystko jest tylko głupim żartem, proszę ;_;

Procella pisze...

@Galen Zapomniany, mam wrażenie, ze aŁtor sam się wydał.

Anonimowy pisze...

Może zawiesicie oko na tym http://opowiadania-iris.blogspot.com/
A analiza wspaniała jak zawsze. Uśmiałam się :-)

Galen Zapomniany pisze...

@Procella Dzięki, już się bałem że wydało to jakieś poważne wydawnictwo :)

Anonimowy pisze...

Boru, jakie to...coś jest nudne i bezsensowne!!!Za płodzenie i wydawanie takich okrutnych gniotów powinna być kara publicznego batożenia (może być z użyciem rzepy). Może wtedy niektórzy zastanowiliby się nad tym, czy naprawdę twory ich wyobraźni powinny wyjść poza szufladę, względnie dysk prywatnego komputera. Ręcy, nogy i majtcy opadają, gdy człowiek widzi, co teraz wychodzi drukiem i, o zgrozo, zdobywa wielbicieli. Chyba pora wiać na Syberię, gdzie nikt nie słyszał o tej potwornej żenadzie trzaskanej hurtowo przez tragiczne beztalencia typu analizowany tu Szyndler, a także Michalaczka, E.L.James i wielu innych.

Coriolanus Snowow pisze...

Hey. cześć i czołem! Widzę, że wróciłyście na dobre <3
Przeczytałem jednym tchem na lekcji i nauczyciel skonfiskował mi telefon, ale było warto. Już dawno się tak nie uśmiałem, brakowało mi was dziewczyny :D!
I właśnie teraz chciałbym wam się za to odwdzięczyć. Jeśli macie wystarczająco odwagi możecie wejść na mojego starego bloga (patrząc na to jak na nim pisałem, to nawet śmiać mi się nie chce), ale gdy wam także się będzie nudzić, to śmiało możecie zrobić analizę tego - http://w-sercu-zla.blogspot.com/2014_03_23_archive.html
Pozdrawiam.

Snow - bez odbioru.

Lien Smoczyca pisze...

Serio? To wyszło w wersji papierowej? -.-

Babatunde Wolaka pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
karton realista pisze...

Stabilizowało ono ten plan egzystencji, uniemożliwiając przedostanie się nań jemu podobnym.
Co robiło…?
Autor chciał powiedzieć "plane of existence", nie umiał po polsku.

Anonimowy pisze...

O,wróciłyście na dobre,jak fajnie! Fajna analiza. Najlepsze było o burzy!

@Lien Smoczyca:Tak,wyszło,mam dwa tomy w domu...

Chomik

Sineira pisze...

Boru, Boru, to jest tak cudownie zUe, że aż bym to chciała mieć, żeby się napawać tym zUem, trzymać pod poduszką i gładzić po okładce.
Tylko kasy mi szkoda. ;)

Analiza borska, a Agnostyczna Pałka Prawdopodobnej Bylejakości Ómarła mię skutecznie.

Natarela 2 pisze...

Analiza świetna, uśmiałam się jak zawsze. Tylko jedna uwaga:

"Gdy pechowy książę, konając upadał na bruk dziedzińca, zdążył tylko dostrzec, że przecinek mu się ustawił w złym miejscu... "
W tym zdaniu faktycznie brakuje jednego przecinka, ale cała reszta jest na swoim miejscu. Imiesłów stanowi w tym wypadku wtrącenie.

Pozdrawiam

Anonimowy pisze...

"Brązowe jednolite" z jakiegoś powodu przeczytałam jako "brązowe jelitko". Fabuła jednak jest tak bezsensowna że nie byłabym specjalnie zaskoczona gdyby rzeczywiście popylałby tam mnich ubrany w szaty z własnymi organami wewnętrznymi. W dodatku na wierzchu.

Popo Polls pisze...

Jestem jedyną, która nie ogarnia nic a nic z fabuły tego czegoś? Niech mi to ktoś rozrysuje ; _ ;

Anonimowy pisze...

Czy obchodzi mnie co ma do powiedzenia arcydruid?
Jasne! Chce więcej tej analizy!

Nami pisze...

Połowa za mną, druga jutro. Nie wiem, czy to ja taka padnięta, czy ta pseudo książka taka głupia, ale , pomijając już nawet całkowicie poprzestawiany szyk zdań, absolutnie nic z tego nie rozumiem. Jak gwiazdki, jaki kryształ. Kto, kogo i za co? Oo

turbulencje pisze...

Ja się pytam co z tą orkczycą i jej orkczątkiem z pierwszej cześć bo wątek chyba wziął i umarł :p

turbulencje pisze...

A w ogóle, Dragon Age i Arcydemon z mrocznymi pomiotami się chowa przy tym Amonharnie – Panie i Władcy legendarnego 667 Legionu demonów.

A Szarzy Strażnicy mogą naskoczyć paladynom co to nawet się nie drasnęli przy ich mordowaniu.

psoras pisze...

UWAGA SPOJLERY:

tu można znaleźć jakieś, przynajmniej ogólne, wyjaśnienie o co biega.

psoras pisze...

UWAGA SPOJLERY

Ciąg dalszy powyższego streszczenia fabuły. Część druga, część trzecia.

Malcadicta pisze...

Ja chyba nie wierzę, że to książka... Nie, ja zdecydowanie nie wierzę...

"Serduszko bezwzględnej zabójczyni - takie rzeczy tylko w Kryształach Czasu! I dobrze."
Ale nie, nie tylko. Jeszcze w tym cyklu co się zaczyna od "szklanego tronu" Sarah Maas. Skrytobójczyni rozkleja się na widok szczeniaczków (chociaż większym problemem jest chyba fakt, że cały dwór wie, kim ona jest a idea skrytobójstwa opiera się na wyrzuceniu ciał całej rodziny do morza i wsadzenia głowy celu do wora).

Anonimowy pisze...

Jakiś czas temu temat KC pojawił się u mnie w dyskusji z zagraniczną koleżanką. Nie wierzyła, że ta książka istnieje, więc przetłumaczyłam jej dosłownie cały ten fanpage, z komentarzami włącznie.
Musiałam tak dokładnie wczytywać się w te streszczenia (i jeszcze je dokładnie zrozumieć) że po jakimś czasie czułam się jak po lobotomii, ale jednak udało mi się dotłumaczyć do końca.
Teraz wszystko ogarniam w analizach - kto, jak, z kim, dlaczego... To trochę przerażające.

Anonimowy pisze...

@psoras, na te "streszczenia fabuły" można osobną analizę poświęcić. Mój mózg odmówił zrozumienia tego czegoś ^^

W sumie, to że książka wymaga tłumaczenia fabuły przez autora, dużo o niej mówi :P

psoras pisze...

Fanpejdż nie jest prowadzony przez autora. Aż takim samobójcą nie jest ^^ To bekowa stronka założona dla toczenia beki z książki (a jest z czego).

Popo Polls pisze...

To nawet po streszczeniu nie ma sensu. Wciąż jestem za rozrysowaniem tego w przyjazny człowiekowi sposób :D

psoras pisze...

To powinien streścić Mietek Mietczyński, a.k.a. Profesor Niczego.

Babatunde Wolaka pisze...

"Od początku zapowiadałem, że będzie ona (powieść) szokowała pomysłami. To co dzisiaj jest absurdalne, niedługo będzie poddane wnikliwej analizie." - Artur Szyndler, listopad 2014.