niedziela, 31 maja 2015

Jak zwalczyć szamana goblinów, czyli spizgamy się tym jointem jak dzicy



Witajcie!

Z ulgą pożegnałyśmy poprzednie opko - nie znaczy to jednak, że w tym tygodniu będzie łatwiej. Dość powiedzieć, że imiona bohaterów z łatwością wygrałyby konkurs na niewymawialność nawet z irlandzkimi nazwami, a skutkiem ubocznym przy zwalczaniu szamanów goblinów za pomocą kwiatu wilkołaków są duchy wampirów. Poza tym - jest bitwa, jest nieustraszony rycerz, jest też najbardziej stereotypowy czarnoksiężnik wszechczasów i stada dzikich karczochów, krążące nad miastami.
Indżojcie!

Adres opka: http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/56844188


Zanalizowały: Kalevatar i Pigmejka, pomagała nam zaś Vatelema.

Rycerz i Czarnoksiężnik

Obu­dzi­ło mnie ra­żą­ce świa­tło. Czu­łem prze­ni­ka­ją­cą wil­goć i chłód. Po­tęż­ny ścisk i szum w gło­wie utrud­niał mi otwar­cie oczu.
Rażące światło, wilgoć, chłód i ścisk… Bohater jak nic jedzie tramwajem w godzinach szczytu.
Albo obudził się w rowie po szczególnie udanej imprezie.
Szum i ścisk w głowie sugerują jednak, że zamiast mózgu bohater ma tam wiec bardzo małych ale hałaśliwych żyjątek.

Nie­ste­ty, moje po­wie­ki oka­za­ły się jed­nak cięż­kie, jak że­la­zne szta­by.
Prawdopodobnie do policzków przytwierdził je ten zbędny przecinek.

Po­cząt­ko­wo le­ża­łem więc w zu­peł­nym bez­ru­chu, za­sta­na­wia­jąc się, gdzie je­stem i co się stało? W końcu, po dłuż­szej chwi­li udało mi się otwo­rzyć oczy. I to, co wokół zo­ba­czy­łem, po­dzia­ła­ło na mnie zu­peł­nie tak, jakby ktoś wylał na mnie stru­mień lo­do­wa­tej wody. Za­klą­łem wście­kle. Znaj­do­wa­łem się w lochu, stąd od­czu­wa­na prze­ze mnie wil­goć i chłód. Ro­zej­rza­łem się i zo­ba­czy­łem, że świa­tło po­cho­dzi­ło z wą­skie­go pro­sto­kąt­ne­go okna, które znaj­do­wa­ło się na szczy­cie jed­nej ze ścian. Z ulgą stwier­dzi­łem, że nie skuto mnie łań­cu­cha­mi. Jak też przy­pusz­cza­łem nie mia­łem przy sobie broni. Bo­la­ło mnie całe ciało, a na ciele zna­la­złem kilka lżej­szych ran.
Z kolei pod ciałem wypatrzyłem kilka cięższych.
Zapewne między tymi dwoma zjawiskami nie zachodził żaden związek. Ciało bolało samo z siebie, a rany przyczepiły się do niego z czystej złośliwości.

Ze wszyst­kich sił pró­bo­wa­łem prze­zwy­cię­żyć to fa­tal­ne sa­mo­po­czu­cie, jed­no­cze­śnie za­sta­na­wia­jąc się skąd się tu wzią­łem.
Facet budzi się w lochu, obity, poraniony i z dziurą w pamięci. Faktycznie, “fatalne samopoczucie” to idealne określenie na jego stan.
Może to Anglik…?

Po­wo­li w moim umy­śle za­czę­ły się po­ja­wiać ja­kieś za­ma­za­ne ob­ra­zy. Trwa­ło to dłuż­szą chwi­lę, zanim za­czę­ły się one ukła­dać w ca­łość.
Zaimki, wszędzie zaimki.

Przy­po­mnia­łem sobie moje przy­by­cie na dwór króla Sth­ris­sa oraz udział w wy­da­nej przez niego uczcie.
Król Srt… Sths… Sthriss. Spróbujcie to wymówić i nie dostać ataku kaszlu.
Brzmi jak kłaczek.

Nagle uro­czy­stość prze­rwał nie­spo­dzie­wa­ny atak słu­żą­cej kró­lo­wi gwar­dii zbun­to­wa­nych go­bli­nów.
Zaraz. Ktoś przyjął do gwardii zbuntowane gobliny? Hm, co mogło pójść nie tak…?
Może miały zaatakować dopiero po deserze.
Może to były gobliny, które buntowały się przeciwko antymonarchistom?

Wy­wią­za­ła się krwa­wa walka. Wtem po­czu­łem prze­szy­wa­ją­cy ból głowy i za­pa­dła ciem­ność. Za­pew­ne obe­rwa­łem mor­gen­ster­nem w głowę.
Poczułem ból głowy, więc zapewne oberwałem w głowę. Za kulisami Sherlock Holmes i Hercules Poirot padli sobie w objęcia, a panna Marple z uznaniem pokiwała głową.
Jak rozpoznać, czym oberwało się w głowę? Jeśli czujesz ból przeszywający - był to morgenstern, ból rwący - miecz, ból szczypiący - sztylet nasączony trucizną, a ból uciskający - maczuga.
Jeśli czujesz, że nie masz głowy, to prawdopodobnie trebusz.

To par­szy­wi zdraj­cy z tych go­bli­nów! Po­my­śla­łem, że skoro tutaj się zna­la­złem, mu­sie­li wy­grać walkę i praw­do­po­dob­nie opa­no­wa­li cały zamek.
I nie zabili mnie przy okazji, albowiem dość już bratniej krwi przelano i w ogóle.
Może dla odmiany on ma wystąpić w roli deseru.

Król być może zo­stał zgła­dzo­ny, a by­ła­by to wiel­ka szko­da, gdyż rzą­dził spra­wie­dli­wie i był dobry dla swo­ich pod­da­nych. Wład­cy są­sied­nich krain rów­nież go sza­no­wa­li, po­nie­waż sta­rał się pro­wa­dzić po­ko­jo­wą po­li­ty­kę, oczy­wi­ście o ile to było moż­li­we.
Jeśli nie było, najeżdżał tylko małe, przygraniczne wioski. I tylko dwa razy do roku.
A z poddanych zdzierał akurat tyle, aby mogli przeżyć.

Szcze­rze więc ży­czy­łem go­bli­nom, żeby po­chło­nę­ło ich pie­kło. Po­wo­li wsta­łem. Roz­ma­so­wy­wa­łem bo­lą­ce mnie mię­śnie, cho­dząc po lochu.
Mięśnie bolące wszystkich innych będą musiały trochę poczekać.
Krew z ran sikała na wszystkie strony.
To były lżejsze rany, więc pewnie tylko ciurkała smętnie na podłogę.

Stwier­dzi­łem też, że je­dy­ny­mi moimi to­wa­rzy­sza­mi były bie­ga­ją­ce szczu­ry oraz ko­ścio­tru­py, te ostat­nie w więk­szo­ści przy­ku­te łań­cu­cha­mi do ścian.
Ale część z nich biegała razem ze szczurami…?

Widok ten nie prze­ra­ził mnie jed­nak, gdyż już nie raz wi­dzia­łem w życiu o wiele gor­sze rze­czy.
Na twoim miejscu, bohaterze, zaczęłabym się zastanawiać, dlaczego ktoś przykuł kościotrupy do ścian.
I kiedy zaczną biegać.^^
Ale poważnie - to, że w tej celi leżały nawet nie trupy, a same szkielety, sugerowało, że do lochu nikt nie zaglądał dość długo, by więźniowie zdążyli umrzeć z głodu i zostać całkowicie zjedzeni przez szczury - i nikogo to nie obchodziło na tyle, żeby sprzątnąć ich zwłoki. Więc jeśli liczysz na to, że za chwilę zejdzie tu jakiś strażnik, to możesz się rozczarować.

Opar­łem się o ścia­nę za­sta­na­wia­jąc się nad pla­nem uciecz­ki. Nie mia­łem zresz­tą in­ne­go wyj­ścia, a czas od­gry­wał tu wiel­ką rolę.
No tak, jeszcze się spóźnisz na sobotnią wyprzedaż!
Szybko, szybko, zanim do nas dotrze, że to bez sensu!

I nagle przy­szło olśnie­nie. Wie­dzia­łem już w jaki spo­sób mam dalej dzia­łać. Jeśli cho­dzi o moją spraw­ność fi­zycz­ną i umy­sło­wą czu­łem, że już pra­wie do­sze­dłem do sie­bie.
Widziałem, jak odpowiedni pasek na moim HUDzie już prawie zmienił się z pomarańczowego w zielony.
Jak to było z tymi osobami chorymi psychicznie, które są przekonane, że nic im nie jest…?

Na­le­ża­ło tylko za­cząć re­ali­zo­wać plan. Wie­rzy­łem, że uda mi się. Je­dy­ne co po­zo­sta­ło w tej sy­tu­acji, to cze­kać na sprzy­ja­ją­cą oka­zję.
Czas odgrywał - podkreślmy to - wielką rolę, w związku z czym postanowiłem poczekać.
Czyli jego plan polegał na siedzeniu na dupie. No, warto sobie realistycznie określać cele.

Pró­bo­wa­łem do­da­wać sobie siły mo­dli­twą, jed­no­cze­śnie zda­jąc sobie spra­wę, że bo­go­wie mogą mi pomóc, ale tylko w pew­nym stop­niu, zaś koń­co­wy efekt bę­dzie tak na­praw­dę za­le­żeć i tak wy­łącz­nie ode mnie.
Modliłem się więc mnie więcej tak: "O, bogowie, jeśli mnie akurat przypadkiem słuchacie, choć nigdy was nie ma, gdy jesteście potrzebni - może byście mi trochę pomogli, co? Chociaż pewnie i tak wszystko będę musiał robić wszystko sam, wielkie dzięki, naprawdę, taki z was pożytek, że ja nie mogę…"

Ko­rzy­sta­jąc z chwi­li czasu, ale tylko chwili, bo przecież w tych lochach miałem taki zapierdol, że nie wiedziałem, w którego szczura ręce włożyć po­sta­no­wi­łem tro­chę po­me­dy­to­wać, a spo­koj­ny i re­gu­lar­ny od­dech wy­ci­szył mnie na tyle, iż po­czu­łem się cał­ko­wi­cie go­to­wy do re­ali­za­cji pod­ję­te­go za­da­nia.
Medytacja instant, no bo pamiętajmy - liczy się czas!
Loading nirvana in 3… 2… 1…
Ciekawe ile jeszcze akapitów poświęci na opis tego, jak to jest gotowy.

Krą­żąc po celi do­sze­dłem do przy­ku­tych łań­cu­cha­mi do ścia­ny ko­ścio­tru­pów i za­czą­łem je oglą­dać. Mocno na­pi­na­jąc wszyst­kie mię­śnie (także zwieracz), spró­bo­wa­łem wy­rwać naj­dłuż­szy z łań­cu­chów ze ścia­ny. Mę­czy­łem się przez dłuż­szą chwi­lę, nie­mniej jed­nak udało mi się to.
No patrz pan, a żadnemu z trupków nie wyszło. Widać żaden nie był głównym bohaterem.
Głupia, jak niby kościotrup miał napiąć mięśnie?!
Przedśmiertnie.

Na­stęp­nie ukła­da­jąc się po­now­nie na pod­ło­dze, scho­wa­łem łań­cuch pod sie­bie. Mi­nę­ła dłuż­sza chwi­la zanim usły­sza­łem chrzęst klu­cza w za­rdze­wia­łym zamku.
Chrzęszczące klucze robiły furorę wśród gobliniej gwardii; według zgodnej opinii załogi sprawdzały się o wiele lepiej niż mlaszczące i ciamkające.

Stare za­wia­sy wie­ko­wych drzwi skrzyp­nę­ły gło­śno.
Teoretycznie wszystko tu ok, a jednak - zdanie jak z ćwiczenia “Podkreśl wszystkie przymiotniki”.

Nie­ste­ty w tej samej chwi­li do­bie­gło do mnie kilka szczu­rów i za­czę­ło mnie ob­wą­chi­wać. Go­blin wszedł­szy do środ­ka pod­szedł do mnie od­rzu­ca­jąc szczu­ry kop­nia­kiem, które ucie­kły z pi­skiem.
Dajcie mi chwilę - muszę się w pełni zachwycić urodą tego zdania.

Na­stęp­nie na­chy­lił się nade mną, za­pew­ne chcąc spraw­dzić czy żyję.
Bo nie mógł tego osiągnąć krzykiem, kopnięciem ani szturchnięciem go zza krat drzewcem włóczni czy czegoś. Nie, musiał mu sprawdzić puls, zmierzyć cukier i odgarnąć loczek z czoła.
A gdzie tam - gobliny są znane z tego, że stosują metodę z lusterkiem i oddechem.

I to był błąd z jego stro­ny, na który cze­ka­łem. Nagle ze­rwa­łem się i w mgnie­niu oka za­rzu­ci­łem mu łań­cuch na szyję. Szar­pał się i ma­chał rę­ko­ma, nie po­tra­fiąc wy­do­być z sie­bie żad­ne­go głosu.
Z oburzenia aż mu mowę odjęło. A może to ostra reakcja alergiczna na rdzę? Bo nie wspomniano, by bohater ten łańcuch zacisnął.

W końcu padł mar­twy. Zdją­łem z niego kol­czu­gę i za­ło­ży­łem ją na sie­bie, cho­ciaż była tro­chę przy­cia­sna (go­bli­ny są mniej­sze od ludzi)
W nawiasie nastąpiła właśnie Ekspozycja Skrótowa Wsteczna, gdy narrator trochę za późno przypomniał sobie, że olał budowanie świata.

oraz za­bra­łem mu sza­blę. Wtem z ko­ry­ta­rza za­czę­ły do­cho­dzić od­gło­sy gło­śnej roz­mo­wy. Po­my­śla­łem, że inne go­bli­ny zbli­ża­ją się do lochu.
A nie że nad miastem przelatuje właśnie klucz dzikich karczochów? Niebywałe.

Wobec tego usta­wi­łem się przed wej­ściem, będąc go­to­wym na wszyst­ko.
W końcu dzikie karczochy bywają bardzo agresywne.

Gdy otwo­rzy­ły się wrota, oka­za­ło się, że było ich tylko dwóch. Zo­ba­czy­łem ich kom­plet­ne za­sko­cze­nie, gdy rzu­ci­łem się z sza­blą na tego, który stał bli­żej, ra­niąc go w bark. Wrza­snął wście­kły i dobył oręża.
Ten bark?

Ten drugi też za­ata­ko­wał. Oby­dwaj zdraj­cy za­czę­li krzy­czeć, alar­mu­jąc cały zamek.
Jestem pewna, że z lochu dźwięki niosły się znakomicie. Te wszystkie warstwy muru i w ogóle.
Za to plus za walkę, która wreszcie NIE rozgrywa się w systemie turowym.

Roz­go­rza­ła walka. Ostrza na­szych sza­bel zde­rzy­ły się jed­nak tylko trzy razy. Po­czu­łem bo­wiem, że dzie­je się ze mną coś dziw­ne­go, tak jakby mój umysł zna­lazł się gdzieś nagle w ja­kiejś prze­strze­ni.
A dotychczas istniał jak, wyłącznie w czasie?
Dotychczas go nie było.

Na do­da­tek wokół mnie po­ja­wi­ły się, nie wia­do­mo skąd, kłęby dymu.
Kierownik planu z uznaniem pokiwał głową kreatywnemu scenografowi.
Może szczury zaczęły zionąć ogniem i podpaliły bohaterowi rajtuzy?

Go­bli­ny wtedy od­stą­pi­ły ode mnie, ale do lochu za­czę­li do­bie­gać ko­lej­ni.
Kolejni gobliny.

Ja jed­nak nie byłem w sta­nie zwró­cić na nich swo­jej uwagi gdyż przede mną po­ja­wi­ła się nagle pio­no­wa, pro­sto­kąt­na ścia­na świa­tła, która za­czę­ła z ogrom­ną siłą wsy­sać mnie do środ­ka. I wtedy stra­ci­łem przy­tom­ność…
http://replygif.net/i/608.gif

Od­zy­sku­jąc przy­tom­ność zo­ba­czy­łem wokół ciem­ność, ogrom­ną ciem­ność, jesz­cze więk­szą niż nocą w lesie.
Była to ciemność wielka, ogromna, wręcz gigantyczna. Urosła tak, bo jadła fast foody po 22 i popijała dietetyczną kolą.

Póź­niej skądś z bar­dzo da­le­ka po­ja­wił się jakiś cichy głos, który w miarę jak sta­wał się gło­śniej­szy, za­czy­nał być coraz bar­dziej wy­raź­ny,
To wręcz niesłychane!

aż w końcu za­czą­łem roz­róż­niać po­szcze­gól­ne wy­ra­zy. Nagle wszyst­ko uci­chło. Nie­spo­dzie­wa­ny i nagły blask spra­wił, że otwo­rzy­łem oczy.
Nie będą mi jakieś odruchy bezwarunkowe mówić, że na nagły blask w ciemnościach powinienem je raczej zamknąć!
Poza tym… skoro dopiero teraz bohater otworzył oczy, to natura tej "ogromnej ciemności" jakby przestała być zagadką.

Po­cząt­ko­wo prze­szył je ból, lecz po dłuż­szej chwi­li za­czą­łem pra­wie nor­mal­nie wi­dzieć. Zo­ba­czy­łem, że leżę na po­sła­niu w ja­kiejś jasno oświe­tlo­nej kom­na­cie. Wszę­dzie pło­nę­ło mnó­stwo świec, wokół le­ża­ły ma­gicz­ne księ­gi.
I te wszystkie świece zapłonęły jednocześnie, niespodziewanie i nagle? Może były na fotokomórkę?
To przez te magiczne księgi. Zaklęcie zapalające się wydostało.
(A po księgach było widać, że są magiczne, gdyż kłapały okładkami i wychodziły z nich potwory z obcych wymiarów, jak rozumiem?)

Od razu zo­rien­to­wa­łem się, że jej miesz­kań­cem jest ktoś, komu nie­ob­ce jest zaj­mo­wa­nie się magią.
Ewentualnie mógł to być bibliofil z piromańskimi zapędami.
Albo bardzo egzaltowana nastolatka, lubująca się w pseudośredniowiecznych klimatach.

Pod ścia­ną znaj­do­wał się także ry­tu­al­ny oł­tarz obok któ­re­go stały dwa za­su­szo­ne ludz­kie szkie­le­ty.
Na ścianie obok szkieletów wisiały pęta kiełbasy - także dobrze obsuszonej.
Oraz ołtarz nierytualny, pełniący funkcję czysto dekoracyjną.
Estetyka taka, że pod sufitem wiszą pewnie wypchane czarne koty.

Przy nie­któ­rych księ­gach znaj­do­wa­ły się ludz­kie czasz­ki. Na jed­nej ze ścian wi­sia­ły półki, na któ­rych stały róż­nej wiel­ko­ści na­czy­nia, za­pew­ne słu­żą­ce do al­che­micz­nych prak­tyk.
Albo do gotowania obiadu. Nie wykluczajmy najprostszych hipotez.
A gdzie tam. Jestem pewna, że w naczyniach były serca nieochrzczonych niemowląt.

W po­bli­żu oł­ta­rza znaj­do­wa­ło się także mnó­stwo na­czyń z wie­lo­ma róż­ny­mi ro­dza­ja­mi su­szo­nych ziół. Okna w kom­na­cie za­sło­nię­te były wiel­ki­mi czer­wo­ny­mi za­sło­na­mi, na któ­rych na­ry­so­wa­ne były ta­jem­ni­cze sym­bo­le. W po­bli­żu miej­sca, na któ­rym le­ża­łem, stało zwier­cia­dło, oto­czo­ne krę­giem szkla­nych kul.
Cisza zda­wa­ła się być wiecz­no­ścią.
A zniesienie było nie do napięcia… czy jakoś podobnie.

Nagle otwo­rzy­ły się drzwi i do kom­na­ty wszedł czar­no­księż­nik. Miał długą siwą brodę i gra­na­to­wą szatę z kap­tu­rem. Na pal­cach nosił dro­go­cen­ne pier­ście­nie z dro­gi­mi ka­mie­nia­mi, na szyi zaś wartościowe amu­le­ty wy­ko­na­ne z gór­skich kosztownych krysz­ta­łów. Przed sobą trzy­mał długą, rzeź­bio­ną ma­gicz­ną różdż­kę. Czoło jego osła­niał dia­dem, z sym­bo­la­mi słoń­ca na środ­ku, a na głowie miał wieniec z gwiazd dwunastu.
Jakby wszystko to było nie dość wymowne, powiewała nad nim chorągiewka z napisem "CZARODZIEJ".
To wszystko jest tak ostentacyjne, że obstawiam raczej napis “Maggus”.

– A więc już do­sze­dłeś do sie­bie – po­wie­dział do mnie. Imię me Sthaf­fa­russ i zakrztusiłem się kłaczkiem je­stem po­tęż­nym czar­no­księż­ni­kiem jak również narratorem. Do­brze wiem kim je­steś. Na­zy­wasz się Hvart­tarr i
Nikt, nigdy, za żadne skarby nie zdołał wypowiedzieć twojego imienia.

je­steś sław­nym ry­ce­rzem. Ja rów­nież chcę oba­lić wła­dzę go­bli­nów, dla­te­go za po­mo­cą magii oca­li­łem ci życie.
– Skąd wie­dzia­łeś co się zda­rzy­ło? – spy­ta­łem zdu­mio­ny za­ist­nia­łą sy­tu­acją.
– Ob­ser­wo­wa­łem cię w ma­gicz­nym krysz­ta­le, wi­dzia­łem wszyst­ko.
I nie ostrzegłeś króla, że jego gwardia zbuntowanych goblinów szykuje atak?
To by przecież było logiczne.
Może kryształ miał lagi.

Muszę przy­znać, że je­stem pełen po­dzi­wu dla twej od­wa­gi, nie każdy zde­cy­do­wał­by się na coś ta­kie­go.
Racja, każdy inny leżałby w lochu i czekał, aż przyjdą go zabić.

Po­łącz­my zatem swe siły. Ty zbie­rzesz od­dział ry­ce­rzy i wo­jow­ni­ków, a ja po­mo­gę wam cza­ra­mi.
Z bezpiecznej odległości dziesięciu kilometrów.
Tylko jeden oddział do walki z goblinami, które obaliły króla?

– No do­brze, ale go­bli­ny mają w swych sze­re­gach po­tęż­ne­go sza­ma­na – od­po­wie­dzia­łem. On też zna różne groź­ne czary.
-Nic się nie martw, dziel­ny ry­ce­rzu -rzekł do mnie czar­no­księż­nik.
Nikt, kto mówi w taki sposób, nie może być godny zaufania. Kolego, lepiej uważaj, czy twój nowy znajomy nie zerka znacząco na pieniek do rąbania mięsa.
“Wszystko będzie dobrze!” - powiedział każdy bohater opowieści, który miał zaraz zginąć.

Dziś o pół­no­cy od­pra­wię ry­tu­ał, który uniesz­ko­dli­wi tego łotra, i to sku­tecz­nie.
Nie tak jak ostatnio, kiedy się odwinął i złoił mi dupę, aż świszczało. Tym razem będzie inaczej, słowo.

Aby jed­nak tego do­ko­nać, muszę na­zbie­rać świę­tych ziół. Chodź­my zatem do lasu…
Nie mogłem tego zrobić wcześniej sam, bo przecież ktoś musi za mnie się po nie schylać.

Księ­życ w pełni oświe­tlał po­kry­tą noc­nym ca­łu­nem pusz­czę, jed­nak nawet jak na taką noc było dość ciem­no.
Dojmujący chłód kąsał skórę niby wataha wygłodniałych wilków, albowiem piździło jak w Kieleckiem.

Mu­sie­li­śmy iść bar­dzo ostroż­nie, a drogę oświe­tla­li­śmy sobie świa­tłem po­chod­ni. W końcu do­szli­śmy do po­la­ny (mój nowy sprzy­mie­rze­niec znał las na pa­mięć) na któ­rej znaj­do­wa­ły się trzy stare, ka­mien­ne men­hi­ry. Były one po­ro­śnię­te mchem i po­kry­te ja­ki­miś dziw­ny­mi sym­bo­la­mi. Po­la­na była za­ro­śnię­ta mnó­stwem ziel­ska i ró­zny­mi ro­śli­na­mi.
Rośliny niezaliczone przez narratora do zielska dumnie wypięły liście.
Łąka jest to pole z pewną ilością zielska i innych roślin.

– Je­ste­śmy na miej­scu – rzekł Sthaf­fa­russ. To było miej­sce kultu na­szych pra­daw­nych przod­ków, któ­rzy ode­szli w za­po­mnie­nie, jed­nak ich wie­dza po­zo­sta­ła. Świeć mi teraz po­chod­nią, a ja będę zry­wać świę­te zioła.
A potem ujaramy się obaj jak nieboskie stworzenia.
http://www.penera.pl/upload/images/spizgam_sie_tym_jointem_jak_dzika_d_2014-12-03_14-27-30_middle.jpg

– Spójrz Hvart­tarr, to co teraz trzy­mam w ręce to za­win­nik leśny. Kie­dyś lu­dzie wie­rzy­li, że opie­ku­ją się nim skrza­ty,
Dlatego go zrywam - żeby je wkurzyć.
...a potem naślemy je na gobliny!

a to co ze­rwa­łem w tej chwi­li to z kolei błot­niak nie­zna­ny, który słu­żył do od­pę­dza­nia noc­nych mar. Zaś to ziel­sko ro­sną­ce wokół men­hi­rów jest w tym wszyst­kim naj­istot­niej­sze, na­zy­wa się kwiat wil­ko­ła­ków, za­wsze uni­ce­stwia­ło ono moce sza­ma­nów,
Jak sama nazwa wskazuje, prawda.
Nie czepiajmy się, gipsówka wytworna też ani z gipsem, ani z wytwornością nie ma wiele wspólnego.

pod wa­run­kiem jed­nak, że uży­wa­li ich tylko w złych in­ten­cjach.
Wow, zielsko ma własne rozeznanie w kwestii moralności.

W tym mo­men­cie czar­no­księż­nik prze­rwał zry­wa­nie ro­ślin i nie­spo­dzie­wa­nie za­czął wpa­try­wać się w nocne niebo. Świa­tło księ­ży­ca wów­czas w pełni pa­da­ło pro­sto na naszą po­la­nę.
Ale księżyca w pełni, czy w pełni padało?
Światło księżyca w pełni padało prosto, a światło księżyca w nowiu - lekko po skosie. To logiczne.

-Hvart­ta­rze to jest znak od bogów -po­wie­dział mój sprzy­mie­rze­niec – Bo­go­wie są po na­szej stro­nie… Wpa­tru­jąc się w księ­życ (w pełni)
Aha, dziękuję.

pa­dli­śmy przed nim na ko­la­na. Trwa­ło to dość długo zanim mój to­wa­rzysz zde­cy­do­wał, że wra­ca­my.
Zbli­ża­ła się już pół­noc. Wył wi­cher. Mógł­bym przy­siąc, że do na­szej pra­cow­ni do­cie­rał z ze­wnątrz śmiech cza­row­nic, które we­dług lo­kal­nych wie­rzeń la­ta­ły na mio­tłach pod­czas pełni. Sta­li­śmy obaj przed zwier­cia­dłem, ze szkla­nych kul mie­ni­ło się coś, jakby bły­ska­wi­ce.
Ekhem.
3064148700_1305296936.jpg
Ciekawe, czy reszta rekwizytów była równie szemrana.

Dla bez­pie­czeń­stwa za­ło­ży­li­śmy sznu­ry z bursz­ty­nów, które miały chro­nić przed opę­ta­niem przez duchy wam­pi­rów.
Duchy wampirów są normalnym skutkiem ubocznym przy zwalczaniu szamanów goblinów za pomocą kwiatu wilkołaków. Czasem spotyka się też klątwy zombie i opętane mumie.
Opętaną mumię egzorcyzmują zapewne za pomocą wywaru z suszonych palców biskupa, pozyskanych od najstarszej wiedźmy w wiosce.

Sthaf­fa­russ wziął do lewej ręki ofiar­ny róg, do któ­re­go wło­żył wcze­śniej świę­te zioła, w pra­wej zaś trzy­mał ma­gicz­ną różdż­kę. Za­czął wy­po­wia­dać za­klę­cie.
– Wzy­wam cię ta­jem­na po­tę­go przez świę­ty ofiar­ny ogień, ot­chła­nie bogów ar­cha­nio­łów, boga słoń­ca, boga księ­ży­ca, bogów wła­da­ją­cych le­śny­mi de­mo­na­mi, bo­gi­nie świę­tych źró­deł i krysz­ta­łów! Wepchnąłbym tu jeszcze kilka systemów religijnych, ale chyba już łapiecie, o co mi chodzi!
Ciekawe co to za tajemne chujstwo tajemna potęga, że ją wzywa poprzez wszystkie możliwe istoty magiczne (zabrakło chyba tylko Diabła Piszczałki).

Zniszcz złą moc sza­ma­na go­bli­nów, spraw by zła moc go opu­ści­ła, niech zga­sną jego czary, jak ga­śnie pło­mień świe­cy. Wzy­wam cie­bie po trzy­kroć po­tę­go nie­zna­nych sił!
Nieznane siły, czyli jakieś inne niż te wezwane wcześniej? To zaklęcie wygląda jak: "Hej, Zenku, Franiu i Zbyniu, weźcie mi… a nie, sorry, wy nie, ej ty tam, gościu, weź pomóż!"
Nie sądzicie, że to ryzykowne, zwracać się z taką prośbą do niewiadomokogo?

W tej wła­śnie chwi­li róg eks­plo­do­wał stru­mie­niem zło­te­go świa­tła, różdż­ka na­to­miast eks­plo­do­wa­ła świa­tłem bia­łym.
Mag, na szczęście, nie eksplodował.

Tego zaś, co na­stą­pi­ło póź­niej, nie je­stem w sta­nie opi­sać. Mimo wszyst­ko jed­nak spró­bu­ję.
*przypina narratorowi medal*
060.png


Wów­czas zwier­cia­dło tak jakby otwo­rzy­ło się i za­czę­ły się z niego wy­do­by­wać zło­to-bia­łe świe­tli­ste kręgi, które prze­ni­ka­ły całą kom­na­tę. Jed­no­cze­śnie nie wia­do­mo skąd dał się sły­szeć chó­ral­ny śpiew, ko­ja­rzą­cy mi się ze śpie­wem el­fich ka­pła­nek.
Zwłaszcza te charczące nuty i posępne growlowanie.
To chyba fale radiowe, i jak znam życie, to złapało im Radio Maryja.

Pło­mie­nie świec w całej kom­na­cie na prze­mian za­pa­la­ły się i gasły.
Stroboskopowe świece! Scenograf znowu dał czadu.
A czaszki nie kłapały szczękami? Jeśli nie, to się zupełnie nie liczy.

Wszyst­ko skoń­czy­ło się nie­spo­dzie­wa­nie, w mo­men­cie krót­szym niż upa­dek ziarn­ka pia­sku w klep­sy­drze. Na­sta­ła cisza. Czar­no­księż­nik otarł pot z czoła i po­wie­dział: mo­żesz już za­cząć zbie­rać armię. Mu­sisz mi jed­nak obie­cać jedną rzecz. – Słu­cham, o co cho­dzi? -spy­ta­łem. - I co się stało z zapisem dalogów?  – Sza­man go­bli­nów jest w po­sia­da­niu Dia­de­mu z Perłą z In­nych Świa­tów.
Który jest tak zajebiście magiczny i wyjątkowy, że aż kursywa sama wskakuje w zdanie.
Ale zaraz, ta perła jest z kilku światów naraz?

Prze­cho­wu­je go w do daw­nym kró­lew­skim skarb­cu. Gdy już po­ko­na­my tych ło­trów, przy­nie­siesz mi go. A teraz czas już wy­ru­szyć, by ro­ze­słać wo­jen­ne wici…
Szybko szybko, i nie zadawaj dodatkowych pytań, po co mi ten diadem, skoro mam już jeden. Po prostu lubię błyskotki, ok?

Po trzech dniach od tego wy­da­rze­nia, gdy słoń­ce za­czy­na­ło już po­wo­li za­cho­dzić, ale jego pro­mie­nie od­bi­ja­ły się jesz­cze wciąż w na­szych cięż­kich, pły­to­wych zbro­jach, zgro­ma­dzi­li­śmy się na na­ra­dę, na dużej, le­śnej po­la­nie. Była tam nas kil­ku­dzie­się­cio­oso­bo­wa gro­ma­da – kwiat ry­cer­stwa z ca­łe­go kraju.
Czytaj: wszyscy, których dało się skrzyknąć w trzy dni, a którzy nie mieli akurat zbiorów, sianokosów ani innych podobnych rzeczy.

Ran­kiem na­stęp­ne­go dnia miało do nas do­łą­czyć kil­ku­set wo­jow­ni­ków niż­szych sta­nów.
No ale wszyscy wiedzieli, że żadnym sposobem nie byli oni siłą zdolną przesądzić o zwycięstwie lub klęsce. W końcu byli niższych stanów!
To brzmi, jakby mieli przybyć chłopi z widłami.

Ude­rzyć na zamek pla­no­wa­li­śmy w po­łu­dnie.
Żeby nam słonko ładnie przygrzewało, a wróg nie został czasem zaskoczony. Nie chcielibyśmy przecież być niekulturalni!

– Część z nas spró­bu­je we­drzeć się na mury, resz­ta niech ude­rza w bramę ta­ra­nem – po­wie­dzia­łem – Czar­no­księż­nik cały czas bę­dzie nas wspo­ma­gał swymi cza­ra­mi. Na­to­miast sza­man go­bli­nów zo­stał już przez nas po­zba­wio­ny magii. Ja z czar­no­księż­ni­kiem wi­dzia­łem też w krysz­ta­le obraz, w któ­rym widać było iż nasza armia jest licz­niej­sza niż tych zdra­dziec­kich łaj­da­ków. Po­mó­dl­my się zatem do bogów wojny, niech oni nas po­bło­go­sła­wią!
I to tyle na temat narady. Część tu, część tam, jaka część, czyja, gdzie, dlaczego, kto tym bajzlem dowodzi - wot, zagadka.
Mnie ciekawi, jakiej wielkości mają taran, skoro ma go trzymać RESZTA.

Go­bli­ny zda­wa­ły sobie spra­wę z tego, że nasz atak wkrót­ce na­stą­pi.
Nie może być! Czyżby zaatakowanie w południe było błędem?!

Stali zatem uzbro­je­ni na mu­rach zamku, gdy ich za­ata­ko­wa­li­śmy.
Ale tylko stali. Po co mieliby cokolwiek robić.

Po­łu­dnio­we pro­mie­nie słoń­ca od­bi­ja­ły się zło­tym bla­skiem w ich sta­lo­wych kol­czu­gach i srebr­nych heł­mach. Gdy zo­ba­czy­li nas, wy­cho­dzą­cych z lasu i idą­cych w stro­nę zam­ko­wych murów, za­czę­li gło­śno wy­krzy­ki­wać do nas różne obe­lgi.
Na przykład takie:
https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/originals/f2/c8/34/f2c834a0ba5c461ae4c4315e1aa17d08.jpg

Od­po­wie­dzie­li­śmy im tym samym.
http://99gifs.com/-img/5359afd51605fb536700003e.gif?w=400&h=400

Wśród nich nie było widać jed­nak sza­ma­na.
Za­czę­li strze­lać do nas z łuków, jed­nak my sku­tecz­nie osła­nia­li­śmy się tar­cza­mi. W końcu do­tar­li­śmy pod mury zamku i za­czę­li­śmy usta­wiać dra­bi­ny. Wtedy oni zrzu­ci­li na nas z góry grad ka­mie­ni i cięż­kich drew­nia­nych belek, nie czy­niąc nam jed­nak żad­nej krzyw­dy, po­nie­waż na skra­ju lasu stał nasz czar­no­księż­nik. Wy­po­wie­dział on za­klę­cie, dzię­ki któ­re­mu, spa­da­ją­ce belki i ka­mie­nie mo­men­tal­nie roz­wie­wa­ły się w dym.
Wot, madafaka! A nie miał czasem czaru, którym wysłałby wszystkie gobliny w kosmos, bez tej szopki ze szturmem? Bo to chyba podobny level by był.
Może magia działa tylko na to, co nie ma oczu?

Go­bli­ny wy­da­ły z sie­bie okrzyk wście­kło­ści. Ry­ce­rze za­czę­li wdzie­rać się po dra­bi­nach na mury. Ja zo­sta­łem na dole, jako do­wód­ca. Na mu­rach obron­nych roz­go­rza­ła ogrom­na walka.
Na murach zaczepnych - ciut mniejsza, ale zawsze.

Sthaf­fa­russ rzu­cił ko­lej­ne za­klę­cie, na sku­tek któ­re­go na nie­bie po­ja­wił się wid­mo­wy smok, który z furią rzu­cił się na go­bli­ny, wpra­wia­jąc je w po­płoch. I wtedy wy­da­łem z sie­bie okrzyk:
-Te­raz!
Na ten sy­gnał z lasu wy­pa­dło kil­ku­set wo­jow­ni­ków niż­szych sta­nów, o czym nie pozwolimy im zapomnieć, prawda, szar­żu­jąc ta­ra­nem w stro­nę bramy.
Kilkuset wojowników pędziło z jednym taranem…?
Ja chcę to zobaczyć.

Go­bli­ny nic nie mogły zro­bić, po­nie­waż za­ję­te były za­rów­no ry­ce­rza­mi pró­bu­ją­cy­mi we­drzeć się na mury, jak i smo­kiem. I stało się, wiel­ki cięż­ki drew­nia­ny taran roz­trza­skał bramę na ka­wał­ki. Prze­sta­li­śmy wtedy już sztur­mo­wać mury i wpa­dli­śmy na dzie­dzi­niec jak burza.
Bo na widok zniszczonej bramy wszystkie gobliny uzały, że pierdzielą taką robotę i poszły do innego opka.
Znaczy co, ci co byli na murach zeszli po drabinach w dół, żeby móc triumfalnie przebiec przez bramę?

Wów­czas i ja włą­czy­łem się do walki.
Dorzynanie uciekających było moim głównym talentem.
Jakie tam dorzynanie, bohatersko biegł za uciekającymi i wbijał im noże w plecy.

Mój miecz wzno­sił się i opa­dał, po­zba­wia­jąc życia ko­lej­nych wro­gów. Jak na razie nie do­zna­łem nawet jed­nej lek­kiej rany, pro­wa­dząc swo­ich ry­ce­rzy i wo­jow­ni­ków ku nie­uchron­ne­mu zwy­cię­stwu.
Rycerzy trochę bardziej z przodu, wiadomo.

W końcu, gdy już przedar­li­śmy się przez dzie­dzi­niec, za­bi­ja­jąc przed­tem wszyst­kie na­po­tka­ne na nim go­bli­ny, wtar­gnę­li­śmy do wnę­trza zamku. Wbie­ga­li­śmy po nie­zli­czo­nych zam­ko­wych scho­dach, prze­mie­rza­li­śmy kom­na­ty oraz kruż­gan­ki, wszę­dzie nio­sąc śmierć na­szym wro­gom (i kradnąc wszystko, co nie było przygwożdżone do ziemi). Moim celem był kró­lew­ski skar­biec, tak jak obie­ca­łem Sthaf­fa­rus­so­wi. Za­sta­na­wia­łem się tylko, gdzie może być sza­man go­bli­nów, który był ich przy­wód­cą. Oczy­wi­ście, jego nad­na­tu­ral­ne zdol­no­ści zo­sta­ły wcze­śniej uni­ce­stwio­ne, ale prze­cież mógł sta­nąć do walki uzbro­jo­ny w nor­mal­ną broń. Wszyst­ko się jed­nak wy­ja­śni­ło, gdy do­tar­łem do kró­lew­skie­go skarb­ca, w któ­rym, jak się oka­za­ło, ukrył się ten łotr. Sza­man na­tych­miast rzu­cił się na mnie, wy­da­jąc przy tym jakiś dziki okrzyk bo­jo­wy.
https://bkhemphill.files.wordpress.com/2014/07/tumblr_m2qqevkk7l1qa16yvo1_500.gif?w=474&h=284

Uzbro­jo­ny był on w wiel­ki dwu­ręcz­ny topór, ale udało mi się nie tylko za­blo­ko­wać ten cios, lecz także pchnąć go (tego ciosa?) mie­czem w bark. Wrza­snął na całe gar­dło i mimo za­da­nej rany nie wy­pu­ścił to­po­ra ze swo­ich rąk, za­da­jąc za to ko­lej­ny cios, który udało mi się odbić pio­no­wą blo­ka­dą.
*pomału siwieje z nudów*

Ode­pchną­łem go, a na­stęp­nie sze­ro­kim, za­ma­szy­stym cio­sem ucią­łem mu głowę. Ode­tchną­łem z ulgą ocie­ra­jąc pot z czoła i ro­zej­rza­łem się. Dia­dem z Perłą z In­nych Świa­tów leżał wśród klej­no­tów, sre­bra i zło­tych monet.
Wypatrzeć diadem w takim otoczeniu to pestka.
http://beverlypress.com/wp-content/uploads/2013/12/Tim-The-Hobbit.gif

Nie, to nie był zwy­czaj­ny dia­dem, to było osza­ła­mia­ją­co pięk­ne dzie­ło sztu­ki. Ostroż­nie pod­nio­słem go ze stosu skar­bów, gdy nagle usły­sza­łem śmiech. Od­wró­ci­łem się za­sko­czo­ny. Za mną stał Smaug Sthaf­fa­russ i uśmie­chał się zło­wiesz­czo.
– Głup­cze, zdo­by­łeś dla mnie coś, dzię­ki czemu znie­wo­lę świat. Wy lu­dzie bę­dzie­cie moimi nie­wol­ni­ka­mi.
Mwahaha! - zaśmiał się, żeby spotęgować klimat. - Mwahaha.Haha. Chrząk - chrząk.

– My­ślisz może, że po­mo­głem ci bez­in­te­re­sow­nie!? Znasz prze­po­wied­nię trzech ru­sa­łek?
Dżizas, narratorze, zlituj się, jakich rusałek, czemu rusałek.

Na tych zie­miach jest wciąż nie­zna­na, a do­ty­czy wła­śnie tego dia­de­mu. Gdy od­pra­wię nad nim ry­tu­ał sze­ściu bia­łych świec…
blank-stare-justin-timberlake.gif

A więc to o to cho­dzi­ło – po­my­śla­łem. Nie słu­cha­łem więc, co bę­dzie mówił dalej i z nie­sa­mo­wi­tą szyb­ko­ścią sko­czy­łem w jego stro­nę, za­bi­ja­jąc go jed­nym cio­sem mie­cza.
Wow, to jest dopiero sposób na uporanie się z nagłym zwrotem akcji!
Że też inni protagoniści na to nie wpadli...

Gdy padł, wy­tar­łem za­krwa­wio­ne ostrze o jego szaty.
Po za­bi­ciu wszyst­kich go­bli­nów uwol­ni­li­śmy z lo­chów uwię­zio­nych miesz­kań­ców zamku. Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu, a za­ra­zem wiel­kiej ra­do­ści, król Sth­riss oka­zał się cały i zdrów. W na­gro­dę za swoje czyny każdy z moich ludzi otrzy­mał bar­dzo dużo złota, na­to­miast ja, ry­cerz Hvart­tarr zo­sta­łem mia­no­wa­ny do­wód­cą kró­lew­skiej armii. Czu­łem jed­nak, że to nie ko­niec moich za­gma­twa­nych losów, a przede mną ko­lej­ne przy­go­dy…
I tu koń­czy się moja opo­wieść. Na mnie już czas, późna już go­dzi­na… Lecz wra­ca­jąc do moich opo­wie­ści za­pew­niam was, że usły­szy­cie jesz­cze nie­jed­ną…
*na wszelki wypadek egzorcyzmuje komputer*
*na wszelki wypadek wyrzuca komputer i przeprowadza się do lasu*

KO­NIEC

21 komentarzy:

Tomasz Gwóźdź pisze...

Nie czuję się wzbogacony wiedzą o tym świecie, wydaje mi się że autor nie chciał nam o nim opowiadać.

Anonimowy pisze...

Rycerze w zbrojach płytowych wspinali się na mur po drabinach? Mam nadzieję, że wzięli ze sobą swoje rumaki bojowe.

Kaja

Kinga pisze...

Opko i analiza jak zwykle na wysokim poziomie. Ale pomysł by zabić tego złego podczas wyjawiania mrocznego planu jest niezłym pomysłem. Ile razy było zabiję cię, ale najpierw opowiem historię mojego życia. A tu cios i po sprawie.

Anonimowy pisze...

Piękna robota, dziewuszki, poprawiłyście mi humor! :) Opko wydawało mi się jakąś bardzo przeciętną bajką dla małych dzieci, ale dzięki Analizatorkom stało się dziełem sztuki :D
Serdeczne pozdrowienia, czekam na kolejne analizy, a teraz wracam do tych zaległych C:

Anonimowy pisze...

Opeczko cudne, a co do książek, to obstawiam, że okładki odbijały oktarynowe refleksy, na pewno.

Anonimowy pisze...

Dawno nie komentowałam, bo ostatnio przeniosłam się na czytanie opek nieco, ekhem, wyższych lotów, ale ta analiza utwierdziła mnie w przekonaniu, że czasem trzeba i szity poczytać, zwłaszcza z Waszymi cudownymi komentarzami. Najbardziej chyba rozwaliły mnie: gwardia zbuntowanych goblinów, jakże poetyckie zdanie o Kieleckim i uroczo logiczne zdanie o duchach wampirów, będących skutkiem ubocznym. I jeszcze ostatni gif, bo nie dało się tego ująć inaczej. Ale dla aŁtora jeden plusik - za zabicie zUego, zanim ten skończył przemowę.

Tonks

Anonimowy pisze...

"Rażące światło, wilgoć, chłód i ścisk… Bohater jak nic jedzie tramwajem w godzinach szczytu."

Z moich doświadczeń wynika, że w tramwajach w godzinach szczytu jest raczej zaduch i wściekłe gorąco. Ale reszta analizy epicka, szczególnie modlitwa do bogów w więzieniu

Sha pisze...

Ech, jakieś mdłe to było. Znaczy opko samo w sobie. Może dlatego, że ciężko wczuć mi się w coś, co nawet nie pochodzi z żadnego fandomu - według mnie takie bullshity najbardziej nadają się do analiz, bo jest jakiś kanon i trzeba się go mniej lub bardziej trzymać, a tutaj to... Meh. Los postaci tego opka jest mi zupełnie obojętny, nawet nie mogę się wypowiedzieć, czy ktoś nie skrzywdził moich ulubionych postaci, na temat których mam również jakieś headcanony.
Stąd też i nabijki mało. Nie Wasza wina, ale polecam jednak prostowanie fandomów...

Leleth pisze...

"Dożynanie uciekających
Jakie tam dorzynanie"
Nie możecie się zdecydować na jedną wersję? ;)

Ryszard Mikke pisze...

Przyznam, że mi też się spodobał pomysł z zabiciem czarnoksiężnika, nim skończył pieprzyć. Trochę w stylu Indiany Jonesa.

Oraz, analiza jak zwykle setna :D

Anonimowy pisze...

Czarnoksiężnik najwyraźniej nie czytał poradnika Evil Lordów - "Nie będę tłumaczył bohaterowi swojego misternego planu, po prostu go zabiję".

Anonimowy pisze...

Fajne,a modlitwa najfajniejsza!

Chomik

Ome pisze...

Ubawiłam się porządnie (to była miła odmiana po poprzednio analizowanym opku, które jako ciągnący się na kilometry opis bohaterów było jeszcze do przełknięcia, ale jako "właściwa akcja" z gimbucerą - już nie) i bardzo za ten ubaw dziękuję :) Szczególne zaś dzięki za Monty Pythona w analizie - bohater opka mógłby się od nich sporo nauczyć na temat planowania i prowadzenia bitwy...

Ome

Anonimowy pisze...

Jedyną znaną mi istotą,zdolną do wymówienia imion głównych bohaterów jest mój kot w czasie wykrztuszania kłaczka.
Trochę brakuje mi Potterowych blogasków.

Gabs pisze...

http://youtu.be/TMZs_TVpwx0 proszę przewinąć do 4:49 ten oto młody dżentelmen uczy nas jak czytać imiona naszych ukochanych bochaterów

Nami pisze...

Chyba mam gorączkę, bo czuję fabularny niedosyt. Chciałam poczytać jakąś zawiłą, przedszkolną rymowankę rusałek i ceremonię sześciu świec, zapewne przypominającą jakieś przywoływanie Caspra, a dostaję jedynie lakoniczny tekst na zakończenie, w klimacie "jeśli mi nie pociśniecie i będziecie się zachwycać mą ogromną zajebistością, to napiszę Wam ciąg dalszy". Guffno.
Ale analiza przednia! Szczególnie moment z wbijaniem noża w plecy sprawił, że się zakwikałam prawie na śmierć (serio, bo akurat piłam, dotąd czuję sok pomidorowy w nosie xD).

Lubię Kebaba pisze...

Ciągle kminię zabójstwo maga.
Taki facecik bierze diadem, ma miecz w ręce (najwyraźniej) a zanim mag.
Złowieszczy kłaczkowy chichot.
A pchnę cię luju, coś smoka widmowego przywołał!

To opko jest takie cholernie przewidywalne że szok!

Kebabka

karton realista pisze...

"Król Srt… Sths… Sthriss. Spróbujcie to wymówić i nie dostać ataku kaszlu."
Akcja utworu dzieje się w Chorwacji. Tylko to tlumaczy takie imiona.

Angelika Anderson pisze...

"Szybko, szybko, zanim do nas dotrze, że to bez sensu" - kocham was za cytat z króla Juliana :""")
Właśnie dzisiaj oglądałam Madagaskar i jego kontynuację, a tu takie coś... Przypadek? xD
W każdym razie pozdrawiam. Eh, przez was nie mogę spać, tylko ciągle czytam :////
Endżi

Czytelniczka DP pisze...

Kilkuset napakowanych gości trzyma jedrn taran. Brawo.

Anonimowy pisze...

Tekst modlitwy to arcydzieło. Bardzo ubawiła mnie też wzmianka o bohaterze tyrającym w więzieniu tak bardzo, że nie wie, w którego szczura ręce włożyć (chociaż trudno mi przeczytać to zdanie tak, żeby mózg nie spadł mi natychmiast do rynsztoka). A poza tym rośliny dumnie wypinające liście, podziękowania za księżyc w pełni, mag, który na szczęście nie eksplodował i rycerze niższych stanów, o czym narrator nie dał im ani na chwilę zapomnieć <3