niedziela, 31 maja 2015

Jak zwalczyć szamana goblinów, czyli spizgamy się tym jointem jak dzicy



Witajcie!

Z ulgą pożegnałyśmy poprzednie opko - nie znaczy to jednak, że w tym tygodniu będzie łatwiej. Dość powiedzieć, że imiona bohaterów z łatwością wygrałyby konkurs na niewymawialność nawet z irlandzkimi nazwami, a skutkiem ubocznym przy zwalczaniu szamanów goblinów za pomocą kwiatu wilkołaków są duchy wampirów. Poza tym - jest bitwa, jest nieustraszony rycerz, jest też najbardziej stereotypowy czarnoksiężnik wszechczasów i stada dzikich karczochów, krążące nad miastami.
Indżojcie!

Adres opka: http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/56844188


Zanalizowały: Kalevatar i Pigmejka, pomagała nam zaś Vatelema.

Rycerz i Czarnoksiężnik

Obu­dzi­ło mnie ra­żą­ce świa­tło. Czu­łem prze­ni­ka­ją­cą wil­goć i chłód. Po­tęż­ny ścisk i szum w gło­wie utrud­niał mi otwar­cie oczu.
Rażące światło, wilgoć, chłód i ścisk… Bohater jak nic jedzie tramwajem w godzinach szczytu.
Albo obudził się w rowie po szczególnie udanej imprezie.
Szum i ścisk w głowie sugerują jednak, że zamiast mózgu bohater ma tam wiec bardzo małych ale hałaśliwych żyjątek.

Nie­ste­ty, moje po­wie­ki oka­za­ły się jed­nak cięż­kie, jak że­la­zne szta­by.
Prawdopodobnie do policzków przytwierdził je ten zbędny przecinek.

Po­cząt­ko­wo le­ża­łem więc w zu­peł­nym bez­ru­chu, za­sta­na­wia­jąc się, gdzie je­stem i co się stało? W końcu, po dłuż­szej chwi­li udało mi się otwo­rzyć oczy. I to, co wokół zo­ba­czy­łem, po­dzia­ła­ło na mnie zu­peł­nie tak, jakby ktoś wylał na mnie stru­mień lo­do­wa­tej wody. Za­klą­łem wście­kle. Znaj­do­wa­łem się w lochu, stąd od­czu­wa­na prze­ze mnie wil­goć i chłód. Ro­zej­rza­łem się i zo­ba­czy­łem, że świa­tło po­cho­dzi­ło z wą­skie­go pro­sto­kąt­ne­go okna, które znaj­do­wa­ło się na szczy­cie jed­nej ze ścian. Z ulgą stwier­dzi­łem, że nie skuto mnie łań­cu­cha­mi. Jak też przy­pusz­cza­łem nie mia­łem przy sobie broni. Bo­la­ło mnie całe ciało, a na ciele zna­la­złem kilka lżej­szych ran.
Z kolei pod ciałem wypatrzyłem kilka cięższych.
Zapewne między tymi dwoma zjawiskami nie zachodził żaden związek. Ciało bolało samo z siebie, a rany przyczepiły się do niego z czystej złośliwości.

Ze wszyst­kich sił pró­bo­wa­łem prze­zwy­cię­żyć to fa­tal­ne sa­mo­po­czu­cie, jed­no­cze­śnie za­sta­na­wia­jąc się skąd się tu wzią­łem.
Facet budzi się w lochu, obity, poraniony i z dziurą w pamięci. Faktycznie, “fatalne samopoczucie” to idealne określenie na jego stan.
Może to Anglik…?

Po­wo­li w moim umy­śle za­czę­ły się po­ja­wiać ja­kieś za­ma­za­ne ob­ra­zy. Trwa­ło to dłuż­szą chwi­lę, zanim za­czę­ły się one ukła­dać w ca­łość.
Zaimki, wszędzie zaimki.

Przy­po­mnia­łem sobie moje przy­by­cie na dwór króla Sth­ris­sa oraz udział w wy­da­nej przez niego uczcie.
Król Srt… Sths… Sthriss. Spróbujcie to wymówić i nie dostać ataku kaszlu.
Brzmi jak kłaczek.

Nagle uro­czy­stość prze­rwał nie­spo­dzie­wa­ny atak słu­żą­cej kró­lo­wi gwar­dii zbun­to­wa­nych go­bli­nów.
Zaraz. Ktoś przyjął do gwardii zbuntowane gobliny? Hm, co mogło pójść nie tak…?
Może miały zaatakować dopiero po deserze.
Może to były gobliny, które buntowały się przeciwko antymonarchistom?

Wy­wią­za­ła się krwa­wa walka. Wtem po­czu­łem prze­szy­wa­ją­cy ból głowy i za­pa­dła ciem­ność. Za­pew­ne obe­rwa­łem mor­gen­ster­nem w głowę.
Poczułem ból głowy, więc zapewne oberwałem w głowę. Za kulisami Sherlock Holmes i Hercules Poirot padli sobie w objęcia, a panna Marple z uznaniem pokiwała głową.
Jak rozpoznać, czym oberwało się w głowę? Jeśli czujesz ból przeszywający - był to morgenstern, ból rwący - miecz, ból szczypiący - sztylet nasączony trucizną, a ból uciskający - maczuga.
Jeśli czujesz, że nie masz głowy, to prawdopodobnie trebusz.

To par­szy­wi zdraj­cy z tych go­bli­nów! Po­my­śla­łem, że skoro tutaj się zna­la­złem, mu­sie­li wy­grać walkę i praw­do­po­dob­nie opa­no­wa­li cały zamek.
I nie zabili mnie przy okazji, albowiem dość już bratniej krwi przelano i w ogóle.
Może dla odmiany on ma wystąpić w roli deseru.

Król być może zo­stał zgła­dzo­ny, a by­ła­by to wiel­ka szko­da, gdyż rzą­dził spra­wie­dli­wie i był dobry dla swo­ich pod­da­nych. Wład­cy są­sied­nich krain rów­nież go sza­no­wa­li, po­nie­waż sta­rał się pro­wa­dzić po­ko­jo­wą po­li­ty­kę, oczy­wi­ście o ile to było moż­li­we.
Jeśli nie było, najeżdżał tylko małe, przygraniczne wioski. I tylko dwa razy do roku.
A z poddanych zdzierał akurat tyle, aby mogli przeżyć.

Szcze­rze więc ży­czy­łem go­bli­nom, żeby po­chło­nę­ło ich pie­kło. Po­wo­li wsta­łem. Roz­ma­so­wy­wa­łem bo­lą­ce mnie mię­śnie, cho­dząc po lochu.
Mięśnie bolące wszystkich innych będą musiały trochę poczekać.
Krew z ran sikała na wszystkie strony.
To były lżejsze rany, więc pewnie tylko ciurkała smętnie na podłogę.

Stwier­dzi­łem też, że je­dy­ny­mi moimi to­wa­rzy­sza­mi były bie­ga­ją­ce szczu­ry oraz ko­ścio­tru­py, te ostat­nie w więk­szo­ści przy­ku­te łań­cu­cha­mi do ścian.
Ale część z nich biegała razem ze szczurami…?

Widok ten nie prze­ra­ził mnie jed­nak, gdyż już nie raz wi­dzia­łem w życiu o wiele gor­sze rze­czy.
Na twoim miejscu, bohaterze, zaczęłabym się zastanawiać, dlaczego ktoś przykuł kościotrupy do ścian.
I kiedy zaczną biegać.^^
Ale poważnie - to, że w tej celi leżały nawet nie trupy, a same szkielety, sugerowało, że do lochu nikt nie zaglądał dość długo, by więźniowie zdążyli umrzeć z głodu i zostać całkowicie zjedzeni przez szczury - i nikogo to nie obchodziło na tyle, żeby sprzątnąć ich zwłoki. Więc jeśli liczysz na to, że za chwilę zejdzie tu jakiś strażnik, to możesz się rozczarować.

Opar­łem się o ścia­nę za­sta­na­wia­jąc się nad pla­nem uciecz­ki. Nie mia­łem zresz­tą in­ne­go wyj­ścia, a czas od­gry­wał tu wiel­ką rolę.
No tak, jeszcze się spóźnisz na sobotnią wyprzedaż!
Szybko, szybko, zanim do nas dotrze, że to bez sensu!

I nagle przy­szło olśnie­nie. Wie­dzia­łem już w jaki spo­sób mam dalej dzia­łać. Jeśli cho­dzi o moją spraw­ność fi­zycz­ną i umy­sło­wą czu­łem, że już pra­wie do­sze­dłem do sie­bie.
Widziałem, jak odpowiedni pasek na moim HUDzie już prawie zmienił się z pomarańczowego w zielony.
Jak to było z tymi osobami chorymi psychicznie, które są przekonane, że nic im nie jest…?

Na­le­ża­ło tylko za­cząć re­ali­zo­wać plan. Wie­rzy­łem, że uda mi się. Je­dy­ne co po­zo­sta­ło w tej sy­tu­acji, to cze­kać na sprzy­ja­ją­cą oka­zję.
Czas odgrywał - podkreślmy to - wielką rolę, w związku z czym postanowiłem poczekać.
Czyli jego plan polegał na siedzeniu na dupie. No, warto sobie realistycznie określać cele.

Pró­bo­wa­łem do­da­wać sobie siły mo­dli­twą, jed­no­cze­śnie zda­jąc sobie spra­wę, że bo­go­wie mogą mi pomóc, ale tylko w pew­nym stop­niu, zaś koń­co­wy efekt bę­dzie tak na­praw­dę za­le­żeć i tak wy­łącz­nie ode mnie.
Modliłem się więc mnie więcej tak: "O, bogowie, jeśli mnie akurat przypadkiem słuchacie, choć nigdy was nie ma, gdy jesteście potrzebni - może byście mi trochę pomogli, co? Chociaż pewnie i tak wszystko będę musiał robić wszystko sam, wielkie dzięki, naprawdę, taki z was pożytek, że ja nie mogę…"

Ko­rzy­sta­jąc z chwi­li czasu, ale tylko chwili, bo przecież w tych lochach miałem taki zapierdol, że nie wiedziałem, w którego szczura ręce włożyć po­sta­no­wi­łem tro­chę po­me­dy­to­wać, a spo­koj­ny i re­gu­lar­ny od­dech wy­ci­szył mnie na tyle, iż po­czu­łem się cał­ko­wi­cie go­to­wy do re­ali­za­cji pod­ję­te­go za­da­nia.
Medytacja instant, no bo pamiętajmy - liczy się czas!
Loading nirvana in 3… 2… 1…
Ciekawe ile jeszcze akapitów poświęci na opis tego, jak to jest gotowy.

Krą­żąc po celi do­sze­dłem do przy­ku­tych łań­cu­cha­mi do ścia­ny ko­ścio­tru­pów i za­czą­łem je oglą­dać. Mocno na­pi­na­jąc wszyst­kie mię­śnie (także zwieracz), spró­bo­wa­łem wy­rwać naj­dłuż­szy z łań­cu­chów ze ścia­ny. Mę­czy­łem się przez dłuż­szą chwi­lę, nie­mniej jed­nak udało mi się to.
No patrz pan, a żadnemu z trupków nie wyszło. Widać żaden nie był głównym bohaterem.
Głupia, jak niby kościotrup miał napiąć mięśnie?!
Przedśmiertnie.

Na­stęp­nie ukła­da­jąc się po­now­nie na pod­ło­dze, scho­wa­łem łań­cuch pod sie­bie. Mi­nę­ła dłuż­sza chwi­la zanim usły­sza­łem chrzęst klu­cza w za­rdze­wia­łym zamku.
Chrzęszczące klucze robiły furorę wśród gobliniej gwardii; według zgodnej opinii załogi sprawdzały się o wiele lepiej niż mlaszczące i ciamkające.

Stare za­wia­sy wie­ko­wych drzwi skrzyp­nę­ły gło­śno.
Teoretycznie wszystko tu ok, a jednak - zdanie jak z ćwiczenia “Podkreśl wszystkie przymiotniki”.

Nie­ste­ty w tej samej chwi­li do­bie­gło do mnie kilka szczu­rów i za­czę­ło mnie ob­wą­chi­wać. Go­blin wszedł­szy do środ­ka pod­szedł do mnie od­rzu­ca­jąc szczu­ry kop­nia­kiem, które ucie­kły z pi­skiem.
Dajcie mi chwilę - muszę się w pełni zachwycić urodą tego zdania.

Na­stęp­nie na­chy­lił się nade mną, za­pew­ne chcąc spraw­dzić czy żyję.
Bo nie mógł tego osiągnąć krzykiem, kopnięciem ani szturchnięciem go zza krat drzewcem włóczni czy czegoś. Nie, musiał mu sprawdzić puls, zmierzyć cukier i odgarnąć loczek z czoła.
A gdzie tam - gobliny są znane z tego, że stosują metodę z lusterkiem i oddechem.

I to był błąd z jego stro­ny, na który cze­ka­łem. Nagle ze­rwa­łem się i w mgnie­niu oka za­rzu­ci­łem mu łań­cuch na szyję. Szar­pał się i ma­chał rę­ko­ma, nie po­tra­fiąc wy­do­być z sie­bie żad­ne­go głosu.
Z oburzenia aż mu mowę odjęło. A może to ostra reakcja alergiczna na rdzę? Bo nie wspomniano, by bohater ten łańcuch zacisnął.

W końcu padł mar­twy. Zdją­łem z niego kol­czu­gę i za­ło­ży­łem ją na sie­bie, cho­ciaż była tro­chę przy­cia­sna (go­bli­ny są mniej­sze od ludzi)
W nawiasie nastąpiła właśnie Ekspozycja Skrótowa Wsteczna, gdy narrator trochę za późno przypomniał sobie, że olał budowanie świata.

oraz za­bra­łem mu sza­blę. Wtem z ko­ry­ta­rza za­czę­ły do­cho­dzić od­gło­sy gło­śnej roz­mo­wy. Po­my­śla­łem, że inne go­bli­ny zbli­ża­ją się do lochu.
A nie że nad miastem przelatuje właśnie klucz dzikich karczochów? Niebywałe.

Wobec tego usta­wi­łem się przed wej­ściem, będąc go­to­wym na wszyst­ko.
W końcu dzikie karczochy bywają bardzo agresywne.

Gdy otwo­rzy­ły się wrota, oka­za­ło się, że było ich tylko dwóch. Zo­ba­czy­łem ich kom­plet­ne za­sko­cze­nie, gdy rzu­ci­łem się z sza­blą na tego, który stał bli­żej, ra­niąc go w bark. Wrza­snął wście­kły i dobył oręża.
Ten bark?

Ten drugi też za­ata­ko­wał. Oby­dwaj zdraj­cy za­czę­li krzy­czeć, alar­mu­jąc cały zamek.
Jestem pewna, że z lochu dźwięki niosły się znakomicie. Te wszystkie warstwy muru i w ogóle.
Za to plus za walkę, która wreszcie NIE rozgrywa się w systemie turowym.

Roz­go­rza­ła walka. Ostrza na­szych sza­bel zde­rzy­ły się jed­nak tylko trzy razy. Po­czu­łem bo­wiem, że dzie­je się ze mną coś dziw­ne­go, tak jakby mój umysł zna­lazł się gdzieś nagle w ja­kiejś prze­strze­ni.
A dotychczas istniał jak, wyłącznie w czasie?
Dotychczas go nie było.

Na do­da­tek wokół mnie po­ja­wi­ły się, nie wia­do­mo skąd, kłęby dymu.
Kierownik planu z uznaniem pokiwał głową kreatywnemu scenografowi.
Może szczury zaczęły zionąć ogniem i podpaliły bohaterowi rajtuzy?

Go­bli­ny wtedy od­stą­pi­ły ode mnie, ale do lochu za­czę­li do­bie­gać ko­lej­ni.
Kolejni gobliny.

Ja jed­nak nie byłem w sta­nie zwró­cić na nich swo­jej uwagi gdyż przede mną po­ja­wi­ła się nagle pio­no­wa, pro­sto­kąt­na ścia­na świa­tła, która za­czę­ła z ogrom­ną siłą wsy­sać mnie do środ­ka. I wtedy stra­ci­łem przy­tom­ność…
http://replygif.net/i/608.gif

Od­zy­sku­jąc przy­tom­ność zo­ba­czy­łem wokół ciem­ność, ogrom­ną ciem­ność, jesz­cze więk­szą niż nocą w lesie.
Była to ciemność wielka, ogromna, wręcz gigantyczna. Urosła tak, bo jadła fast foody po 22 i popijała dietetyczną kolą.

Póź­niej skądś z bar­dzo da­le­ka po­ja­wił się jakiś cichy głos, który w miarę jak sta­wał się gło­śniej­szy, za­czy­nał być coraz bar­dziej wy­raź­ny,
To wręcz niesłychane!

aż w końcu za­czą­łem roz­róż­niać po­szcze­gól­ne wy­ra­zy. Nagle wszyst­ko uci­chło. Nie­spo­dzie­wa­ny i nagły blask spra­wił, że otwo­rzy­łem oczy.
Nie będą mi jakieś odruchy bezwarunkowe mówić, że na nagły blask w ciemnościach powinienem je raczej zamknąć!
Poza tym… skoro dopiero teraz bohater otworzył oczy, to natura tej "ogromnej ciemności" jakby przestała być zagadką.

Po­cząt­ko­wo prze­szył je ból, lecz po dłuż­szej chwi­li za­czą­łem pra­wie nor­mal­nie wi­dzieć. Zo­ba­czy­łem, że leżę na po­sła­niu w ja­kiejś jasno oświe­tlo­nej kom­na­cie. Wszę­dzie pło­nę­ło mnó­stwo świec, wokół le­ża­ły ma­gicz­ne księ­gi.
I te wszystkie świece zapłonęły jednocześnie, niespodziewanie i nagle? Może były na fotokomórkę?
To przez te magiczne księgi. Zaklęcie zapalające się wydostało.
(A po księgach było widać, że są magiczne, gdyż kłapały okładkami i wychodziły z nich potwory z obcych wymiarów, jak rozumiem?)

Od razu zo­rien­to­wa­łem się, że jej miesz­kań­cem jest ktoś, komu nie­ob­ce jest zaj­mo­wa­nie się magią.
Ewentualnie mógł to być bibliofil z piromańskimi zapędami.
Albo bardzo egzaltowana nastolatka, lubująca się w pseudośredniowiecznych klimatach.

Pod ścia­ną znaj­do­wał się także ry­tu­al­ny oł­tarz obok któ­re­go stały dwa za­su­szo­ne ludz­kie szkie­le­ty.
Na ścianie obok szkieletów wisiały pęta kiełbasy - także dobrze obsuszonej.
Oraz ołtarz nierytualny, pełniący funkcję czysto dekoracyjną.
Estetyka taka, że pod sufitem wiszą pewnie wypchane czarne koty.

Przy nie­któ­rych księ­gach znaj­do­wa­ły się ludz­kie czasz­ki. Na jed­nej ze ścian wi­sia­ły półki, na któ­rych stały róż­nej wiel­ko­ści na­czy­nia, za­pew­ne słu­żą­ce do al­che­micz­nych prak­tyk.
Albo do gotowania obiadu. Nie wykluczajmy najprostszych hipotez.
A gdzie tam. Jestem pewna, że w naczyniach były serca nieochrzczonych niemowląt.

W po­bli­żu oł­ta­rza znaj­do­wa­ło się także mnó­stwo na­czyń z wie­lo­ma róż­ny­mi ro­dza­ja­mi su­szo­nych ziół. Okna w kom­na­cie za­sło­nię­te były wiel­ki­mi czer­wo­ny­mi za­sło­na­mi, na któ­rych na­ry­so­wa­ne były ta­jem­ni­cze sym­bo­le. W po­bli­żu miej­sca, na któ­rym le­ża­łem, stało zwier­cia­dło, oto­czo­ne krę­giem szkla­nych kul.
Cisza zda­wa­ła się być wiecz­no­ścią.
A zniesienie było nie do napięcia… czy jakoś podobnie.

Nagle otwo­rzy­ły się drzwi i do kom­na­ty wszedł czar­no­księż­nik. Miał długą siwą brodę i gra­na­to­wą szatę z kap­tu­rem. Na pal­cach nosił dro­go­cen­ne pier­ście­nie z dro­gi­mi ka­mie­nia­mi, na szyi zaś wartościowe amu­le­ty wy­ko­na­ne z gór­skich kosztownych krysz­ta­łów. Przed sobą trzy­mał długą, rzeź­bio­ną ma­gicz­ną różdż­kę. Czoło jego osła­niał dia­dem, z sym­bo­la­mi słoń­ca na środ­ku, a na głowie miał wieniec z gwiazd dwunastu.
Jakby wszystko to było nie dość wymowne, powiewała nad nim chorągiewka z napisem "CZARODZIEJ".
To wszystko jest tak ostentacyjne, że obstawiam raczej napis “Maggus”.

– A więc już do­sze­dłeś do sie­bie – po­wie­dział do mnie. Imię me Sthaf­fa­russ i zakrztusiłem się kłaczkiem je­stem po­tęż­nym czar­no­księż­ni­kiem jak również narratorem. Do­brze wiem kim je­steś. Na­zy­wasz się Hvart­tarr i
Nikt, nigdy, za żadne skarby nie zdołał wypowiedzieć twojego imienia.

je­steś sław­nym ry­ce­rzem. Ja rów­nież chcę oba­lić wła­dzę go­bli­nów, dla­te­go za po­mo­cą magii oca­li­łem ci życie.
– Skąd wie­dzia­łeś co się zda­rzy­ło? – spy­ta­łem zdu­mio­ny za­ist­nia­łą sy­tu­acją.
– Ob­ser­wo­wa­łem cię w ma­gicz­nym krysz­ta­le, wi­dzia­łem wszyst­ko.
I nie ostrzegłeś króla, że jego gwardia zbuntowanych goblinów szykuje atak?
To by przecież było logiczne.
Może kryształ miał lagi.

Muszę przy­znać, że je­stem pełen po­dzi­wu dla twej od­wa­gi, nie każdy zde­cy­do­wał­by się na coś ta­kie­go.
Racja, każdy inny leżałby w lochu i czekał, aż przyjdą go zabić.

Po­łącz­my zatem swe siły. Ty zbie­rzesz od­dział ry­ce­rzy i wo­jow­ni­ków, a ja po­mo­gę wam cza­ra­mi.
Z bezpiecznej odległości dziesięciu kilometrów.
Tylko jeden oddział do walki z goblinami, które obaliły króla?

– No do­brze, ale go­bli­ny mają w swych sze­re­gach po­tęż­ne­go sza­ma­na – od­po­wie­dzia­łem. On też zna różne groź­ne czary.
-Nic się nie martw, dziel­ny ry­ce­rzu -rzekł do mnie czar­no­księż­nik.
Nikt, kto mówi w taki sposób, nie może być godny zaufania. Kolego, lepiej uważaj, czy twój nowy znajomy nie zerka znacząco na pieniek do rąbania mięsa.
“Wszystko będzie dobrze!” - powiedział każdy bohater opowieści, który miał zaraz zginąć.

Dziś o pół­no­cy od­pra­wię ry­tu­ał, który uniesz­ko­dli­wi tego łotra, i to sku­tecz­nie.
Nie tak jak ostatnio, kiedy się odwinął i złoił mi dupę, aż świszczało. Tym razem będzie inaczej, słowo.

Aby jed­nak tego do­ko­nać, muszę na­zbie­rać świę­tych ziół. Chodź­my zatem do lasu…
Nie mogłem tego zrobić wcześniej sam, bo przecież ktoś musi za mnie się po nie schylać.

Księ­życ w pełni oświe­tlał po­kry­tą noc­nym ca­łu­nem pusz­czę, jed­nak nawet jak na taką noc było dość ciem­no.
Dojmujący chłód kąsał skórę niby wataha wygłodniałych wilków, albowiem piździło jak w Kieleckiem.

Mu­sie­li­śmy iść bar­dzo ostroż­nie, a drogę oświe­tla­li­śmy sobie świa­tłem po­chod­ni. W końcu do­szli­śmy do po­la­ny (mój nowy sprzy­mie­rze­niec znał las na pa­mięć) na któ­rej znaj­do­wa­ły się trzy stare, ka­mien­ne men­hi­ry. Były one po­ro­śnię­te mchem i po­kry­te ja­ki­miś dziw­ny­mi sym­bo­la­mi. Po­la­na była za­ro­śnię­ta mnó­stwem ziel­ska i ró­zny­mi ro­śli­na­mi.
Rośliny niezaliczone przez narratora do zielska dumnie wypięły liście.
Łąka jest to pole z pewną ilością zielska i innych roślin.

– Je­ste­śmy na miej­scu – rzekł Sthaf­fa­russ. To było miej­sce kultu na­szych pra­daw­nych przod­ków, któ­rzy ode­szli w za­po­mnie­nie, jed­nak ich wie­dza po­zo­sta­ła. Świeć mi teraz po­chod­nią, a ja będę zry­wać świę­te zioła.
A potem ujaramy się obaj jak nieboskie stworzenia.
http://www.penera.pl/upload/images/spizgam_sie_tym_jointem_jak_dzika_d_2014-12-03_14-27-30_middle.jpg

– Spójrz Hvart­tarr, to co teraz trzy­mam w ręce to za­win­nik leśny. Kie­dyś lu­dzie wie­rzy­li, że opie­ku­ją się nim skrza­ty,
Dlatego go zrywam - żeby je wkurzyć.
...a potem naślemy je na gobliny!

a to co ze­rwa­łem w tej chwi­li to z kolei błot­niak nie­zna­ny, który słu­żył do od­pę­dza­nia noc­nych mar. Zaś to ziel­sko ro­sną­ce wokół men­hi­rów jest w tym wszyst­kim naj­istot­niej­sze, na­zy­wa się kwiat wil­ko­ła­ków, za­wsze uni­ce­stwia­ło ono moce sza­ma­nów,
Jak sama nazwa wskazuje, prawda.
Nie czepiajmy się, gipsówka wytworna też ani z gipsem, ani z wytwornością nie ma wiele wspólnego.

pod wa­run­kiem jed­nak, że uży­wa­li ich tylko w złych in­ten­cjach.
Wow, zielsko ma własne rozeznanie w kwestii moralności.

W tym mo­men­cie czar­no­księż­nik prze­rwał zry­wa­nie ro­ślin i nie­spo­dzie­wa­nie za­czął wpa­try­wać się w nocne niebo. Świa­tło księ­ży­ca wów­czas w pełni pa­da­ło pro­sto na naszą po­la­nę.
Ale księżyca w pełni, czy w pełni padało?
Światło księżyca w pełni padało prosto, a światło księżyca w nowiu - lekko po skosie. To logiczne.

-Hvart­ta­rze to jest znak od bogów -po­wie­dział mój sprzy­mie­rze­niec – Bo­go­wie są po na­szej stro­nie… Wpa­tru­jąc się w księ­życ (w pełni)
Aha, dziękuję.

pa­dli­śmy przed nim na ko­la­na. Trwa­ło to dość długo zanim mój to­wa­rzysz zde­cy­do­wał, że wra­ca­my.
Zbli­ża­ła się już pół­noc. Wył wi­cher. Mógł­bym przy­siąc, że do na­szej pra­cow­ni do­cie­rał z ze­wnątrz śmiech cza­row­nic, które we­dług lo­kal­nych wie­rzeń la­ta­ły na mio­tłach pod­czas pełni. Sta­li­śmy obaj przed zwier­cia­dłem, ze szkla­nych kul mie­ni­ło się coś, jakby bły­ska­wi­ce.
Ekhem.
3064148700_1305296936.jpg
Ciekawe, czy reszta rekwizytów była równie szemrana.

Dla bez­pie­czeń­stwa za­ło­ży­li­śmy sznu­ry z bursz­ty­nów, które miały chro­nić przed opę­ta­niem przez duchy wam­pi­rów.
Duchy wampirów są normalnym skutkiem ubocznym przy zwalczaniu szamanów goblinów za pomocą kwiatu wilkołaków. Czasem spotyka się też klątwy zombie i opętane mumie.
Opętaną mumię egzorcyzmują zapewne za pomocą wywaru z suszonych palców biskupa, pozyskanych od najstarszej wiedźmy w wiosce.

Sthaf­fa­russ wziął do lewej ręki ofiar­ny róg, do któ­re­go wło­żył wcze­śniej świę­te zioła, w pra­wej zaś trzy­mał ma­gicz­ną różdż­kę. Za­czął wy­po­wia­dać za­klę­cie.
– Wzy­wam cię ta­jem­na po­tę­go przez świę­ty ofiar­ny ogień, ot­chła­nie bogów ar­cha­nio­łów, boga słoń­ca, boga księ­ży­ca, bogów wła­da­ją­cych le­śny­mi de­mo­na­mi, bo­gi­nie świę­tych źró­deł i krysz­ta­łów! Wepchnąłbym tu jeszcze kilka systemów religijnych, ale chyba już łapiecie, o co mi chodzi!
Ciekawe co to za tajemne chujstwo tajemna potęga, że ją wzywa poprzez wszystkie możliwe istoty magiczne (zabrakło chyba tylko Diabła Piszczałki).

Zniszcz złą moc sza­ma­na go­bli­nów, spraw by zła moc go opu­ści­ła, niech zga­sną jego czary, jak ga­śnie pło­mień świe­cy. Wzy­wam cie­bie po trzy­kroć po­tę­go nie­zna­nych sił!
Nieznane siły, czyli jakieś inne niż te wezwane wcześniej? To zaklęcie wygląda jak: "Hej, Zenku, Franiu i Zbyniu, weźcie mi… a nie, sorry, wy nie, ej ty tam, gościu, weź pomóż!"
Nie sądzicie, że to ryzykowne, zwracać się z taką prośbą do niewiadomokogo?

W tej wła­śnie chwi­li róg eks­plo­do­wał stru­mie­niem zło­te­go świa­tła, różdż­ka na­to­miast eks­plo­do­wa­ła świa­tłem bia­łym.
Mag, na szczęście, nie eksplodował.

Tego zaś, co na­stą­pi­ło póź­niej, nie je­stem w sta­nie opi­sać. Mimo wszyst­ko jed­nak spró­bu­ję.
*przypina narratorowi medal*
060.png


Wów­czas zwier­cia­dło tak jakby otwo­rzy­ło się i za­czę­ły się z niego wy­do­by­wać zło­to-bia­łe świe­tli­ste kręgi, które prze­ni­ka­ły całą kom­na­tę. Jed­no­cze­śnie nie wia­do­mo skąd dał się sły­szeć chó­ral­ny śpiew, ko­ja­rzą­cy mi się ze śpie­wem el­fich ka­pła­nek.
Zwłaszcza te charczące nuty i posępne growlowanie.
To chyba fale radiowe, i jak znam życie, to złapało im Radio Maryja.

Pło­mie­nie świec w całej kom­na­cie na prze­mian za­pa­la­ły się i gasły.
Stroboskopowe świece! Scenograf znowu dał czadu.
A czaszki nie kłapały szczękami? Jeśli nie, to się zupełnie nie liczy.

Wszyst­ko skoń­czy­ło się nie­spo­dzie­wa­nie, w mo­men­cie krót­szym niż upa­dek ziarn­ka pia­sku w klep­sy­drze. Na­sta­ła cisza. Czar­no­księż­nik otarł pot z czoła i po­wie­dział: mo­żesz już za­cząć zbie­rać armię. Mu­sisz mi jed­nak obie­cać jedną rzecz. – Słu­cham, o co cho­dzi? -spy­ta­łem. - I co się stało z zapisem dalogów?  – Sza­man go­bli­nów jest w po­sia­da­niu Dia­de­mu z Perłą z In­nych Świa­tów.
Który jest tak zajebiście magiczny i wyjątkowy, że aż kursywa sama wskakuje w zdanie.
Ale zaraz, ta perła jest z kilku światów naraz?

Prze­cho­wu­je go w do daw­nym kró­lew­skim skarb­cu. Gdy już po­ko­na­my tych ło­trów, przy­nie­siesz mi go. A teraz czas już wy­ru­szyć, by ro­ze­słać wo­jen­ne wici…
Szybko szybko, i nie zadawaj dodatkowych pytań, po co mi ten diadem, skoro mam już jeden. Po prostu lubię błyskotki, ok?

Po trzech dniach od tego wy­da­rze­nia, gdy słoń­ce za­czy­na­ło już po­wo­li za­cho­dzić, ale jego pro­mie­nie od­bi­ja­ły się jesz­cze wciąż w na­szych cięż­kich, pły­to­wych zbro­jach, zgro­ma­dzi­li­śmy się na na­ra­dę, na dużej, le­śnej po­la­nie. Była tam nas kil­ku­dzie­się­cio­oso­bo­wa gro­ma­da – kwiat ry­cer­stwa z ca­łe­go kraju.
Czytaj: wszyscy, których dało się skrzyknąć w trzy dni, a którzy nie mieli akurat zbiorów, sianokosów ani innych podobnych rzeczy.

Ran­kiem na­stęp­ne­go dnia miało do nas do­łą­czyć kil­ku­set wo­jow­ni­ków niż­szych sta­nów.
No ale wszyscy wiedzieli, że żadnym sposobem nie byli oni siłą zdolną przesądzić o zwycięstwie lub klęsce. W końcu byli niższych stanów!
To brzmi, jakby mieli przybyć chłopi z widłami.

Ude­rzyć na zamek pla­no­wa­li­śmy w po­łu­dnie.
Żeby nam słonko ładnie przygrzewało, a wróg nie został czasem zaskoczony. Nie chcielibyśmy przecież być niekulturalni!

– Część z nas spró­bu­je we­drzeć się na mury, resz­ta niech ude­rza w bramę ta­ra­nem – po­wie­dzia­łem – Czar­no­księż­nik cały czas bę­dzie nas wspo­ma­gał swymi cza­ra­mi. Na­to­miast sza­man go­bli­nów zo­stał już przez nas po­zba­wio­ny magii. Ja z czar­no­księż­ni­kiem wi­dzia­łem też w krysz­ta­le obraz, w któ­rym widać było iż nasza armia jest licz­niej­sza niż tych zdra­dziec­kich łaj­da­ków. Po­mó­dl­my się zatem do bogów wojny, niech oni nas po­bło­go­sła­wią!
I to tyle na temat narady. Część tu, część tam, jaka część, czyja, gdzie, dlaczego, kto tym bajzlem dowodzi - wot, zagadka.
Mnie ciekawi, jakiej wielkości mają taran, skoro ma go trzymać RESZTA.

Go­bli­ny zda­wa­ły sobie spra­wę z tego, że nasz atak wkrót­ce na­stą­pi.
Nie może być! Czyżby zaatakowanie w południe było błędem?!

Stali zatem uzbro­je­ni na mu­rach zamku, gdy ich za­ata­ko­wa­li­śmy.
Ale tylko stali. Po co mieliby cokolwiek robić.

Po­łu­dnio­we pro­mie­nie słoń­ca od­bi­ja­ły się zło­tym bla­skiem w ich sta­lo­wych kol­czu­gach i srebr­nych heł­mach. Gdy zo­ba­czy­li nas, wy­cho­dzą­cych z lasu i idą­cych w stro­nę zam­ko­wych murów, za­czę­li gło­śno wy­krzy­ki­wać do nas różne obe­lgi.
Na przykład takie:
https://s-media-cache-ak0.pinimg.com/originals/f2/c8/34/f2c834a0ba5c461ae4c4315e1aa17d08.jpg

Od­po­wie­dzie­li­śmy im tym samym.
http://99gifs.com/-img/5359afd51605fb536700003e.gif?w=400&h=400

Wśród nich nie było widać jed­nak sza­ma­na.
Za­czę­li strze­lać do nas z łuków, jed­nak my sku­tecz­nie osła­nia­li­śmy się tar­cza­mi. W końcu do­tar­li­śmy pod mury zamku i za­czę­li­śmy usta­wiać dra­bi­ny. Wtedy oni zrzu­ci­li na nas z góry grad ka­mie­ni i cięż­kich drew­nia­nych belek, nie czy­niąc nam jed­nak żad­nej krzyw­dy, po­nie­waż na skra­ju lasu stał nasz czar­no­księż­nik. Wy­po­wie­dział on za­klę­cie, dzię­ki któ­re­mu, spa­da­ją­ce belki i ka­mie­nie mo­men­tal­nie roz­wie­wa­ły się w dym.
Wot, madafaka! A nie miał czasem czaru, którym wysłałby wszystkie gobliny w kosmos, bez tej szopki ze szturmem? Bo to chyba podobny level by był.
Może magia działa tylko na to, co nie ma oczu?

Go­bli­ny wy­da­ły z sie­bie okrzyk wście­kło­ści. Ry­ce­rze za­czę­li wdzie­rać się po dra­bi­nach na mury. Ja zo­sta­łem na dole, jako do­wód­ca. Na mu­rach obron­nych roz­go­rza­ła ogrom­na walka.
Na murach zaczepnych - ciut mniejsza, ale zawsze.

Sthaf­fa­russ rzu­cił ko­lej­ne za­klę­cie, na sku­tek któ­re­go na nie­bie po­ja­wił się wid­mo­wy smok, który z furią rzu­cił się na go­bli­ny, wpra­wia­jąc je w po­płoch. I wtedy wy­da­łem z sie­bie okrzyk:
-Te­raz!
Na ten sy­gnał z lasu wy­pa­dło kil­ku­set wo­jow­ni­ków niż­szych sta­nów, o czym nie pozwolimy im zapomnieć, prawda, szar­żu­jąc ta­ra­nem w stro­nę bramy.
Kilkuset wojowników pędziło z jednym taranem…?
Ja chcę to zobaczyć.

Go­bli­ny nic nie mogły zro­bić, po­nie­waż za­ję­te były za­rów­no ry­ce­rza­mi pró­bu­ją­cy­mi we­drzeć się na mury, jak i smo­kiem. I stało się, wiel­ki cięż­ki drew­nia­ny taran roz­trza­skał bramę na ka­wał­ki. Prze­sta­li­śmy wtedy już sztur­mo­wać mury i wpa­dli­śmy na dzie­dzi­niec jak burza.
Bo na widok zniszczonej bramy wszystkie gobliny uzały, że pierdzielą taką robotę i poszły do innego opka.
Znaczy co, ci co byli na murach zeszli po drabinach w dół, żeby móc triumfalnie przebiec przez bramę?

Wów­czas i ja włą­czy­łem się do walki.
Dorzynanie uciekających było moim głównym talentem.
Jakie tam dorzynanie, bohatersko biegł za uciekającymi i wbijał im noże w plecy.

Mój miecz wzno­sił się i opa­dał, po­zba­wia­jąc życia ko­lej­nych wro­gów. Jak na razie nie do­zna­łem nawet jed­nej lek­kiej rany, pro­wa­dząc swo­ich ry­ce­rzy i wo­jow­ni­ków ku nie­uchron­ne­mu zwy­cię­stwu.
Rycerzy trochę bardziej z przodu, wiadomo.

W końcu, gdy już przedar­li­śmy się przez dzie­dzi­niec, za­bi­ja­jąc przed­tem wszyst­kie na­po­tka­ne na nim go­bli­ny, wtar­gnę­li­śmy do wnę­trza zamku. Wbie­ga­li­śmy po nie­zli­czo­nych zam­ko­wych scho­dach, prze­mie­rza­li­śmy kom­na­ty oraz kruż­gan­ki, wszę­dzie nio­sąc śmierć na­szym wro­gom (i kradnąc wszystko, co nie było przygwożdżone do ziemi). Moim celem był kró­lew­ski skar­biec, tak jak obie­ca­łem Sthaf­fa­rus­so­wi. Za­sta­na­wia­łem się tylko, gdzie może być sza­man go­bli­nów, który był ich przy­wód­cą. Oczy­wi­ście, jego nad­na­tu­ral­ne zdol­no­ści zo­sta­ły wcze­śniej uni­ce­stwio­ne, ale prze­cież mógł sta­nąć do walki uzbro­jo­ny w nor­mal­ną broń. Wszyst­ko się jed­nak wy­ja­śni­ło, gdy do­tar­łem do kró­lew­skie­go skarb­ca, w któ­rym, jak się oka­za­ło, ukrył się ten łotr. Sza­man na­tych­miast rzu­cił się na mnie, wy­da­jąc przy tym jakiś dziki okrzyk bo­jo­wy.
https://bkhemphill.files.wordpress.com/2014/07/tumblr_m2qqevkk7l1qa16yvo1_500.gif?w=474&h=284

Uzbro­jo­ny był on w wiel­ki dwu­ręcz­ny topór, ale udało mi się nie tylko za­blo­ko­wać ten cios, lecz także pchnąć go (tego ciosa?) mie­czem w bark. Wrza­snął na całe gar­dło i mimo za­da­nej rany nie wy­pu­ścił to­po­ra ze swo­ich rąk, za­da­jąc za to ko­lej­ny cios, który udało mi się odbić pio­no­wą blo­ka­dą.
*pomału siwieje z nudów*

Ode­pchną­łem go, a na­stęp­nie sze­ro­kim, za­ma­szy­stym cio­sem ucią­łem mu głowę. Ode­tchną­łem z ulgą ocie­ra­jąc pot z czoła i ro­zej­rza­łem się. Dia­dem z Perłą z In­nych Świa­tów leżał wśród klej­no­tów, sre­bra i zło­tych monet.
Wypatrzeć diadem w takim otoczeniu to pestka.
http://beverlypress.com/wp-content/uploads/2013/12/Tim-The-Hobbit.gif

Nie, to nie był zwy­czaj­ny dia­dem, to było osza­ła­mia­ją­co pięk­ne dzie­ło sztu­ki. Ostroż­nie pod­nio­słem go ze stosu skar­bów, gdy nagle usły­sza­łem śmiech. Od­wró­ci­łem się za­sko­czo­ny. Za mną stał Smaug Sthaf­fa­russ i uśmie­chał się zło­wiesz­czo.
– Głup­cze, zdo­by­łeś dla mnie coś, dzię­ki czemu znie­wo­lę świat. Wy lu­dzie bę­dzie­cie moimi nie­wol­ni­ka­mi.
Mwahaha! - zaśmiał się, żeby spotęgować klimat. - Mwahaha.Haha. Chrząk - chrząk.

– My­ślisz może, że po­mo­głem ci bez­in­te­re­sow­nie!? Znasz prze­po­wied­nię trzech ru­sa­łek?
Dżizas, narratorze, zlituj się, jakich rusałek, czemu rusałek.

Na tych zie­miach jest wciąż nie­zna­na, a do­ty­czy wła­śnie tego dia­de­mu. Gdy od­pra­wię nad nim ry­tu­ał sze­ściu bia­łych świec…
blank-stare-justin-timberlake.gif

A więc to o to cho­dzi­ło – po­my­śla­łem. Nie słu­cha­łem więc, co bę­dzie mówił dalej i z nie­sa­mo­wi­tą szyb­ko­ścią sko­czy­łem w jego stro­nę, za­bi­ja­jąc go jed­nym cio­sem mie­cza.
Wow, to jest dopiero sposób na uporanie się z nagłym zwrotem akcji!
Że też inni protagoniści na to nie wpadli...

Gdy padł, wy­tar­łem za­krwa­wio­ne ostrze o jego szaty.
Po za­bi­ciu wszyst­kich go­bli­nów uwol­ni­li­śmy z lo­chów uwię­zio­nych miesz­kań­ców zamku. Ku mo­je­mu za­sko­cze­niu, a za­ra­zem wiel­kiej ra­do­ści, król Sth­riss oka­zał się cały i zdrów. W na­gro­dę za swoje czyny każdy z moich ludzi otrzy­mał bar­dzo dużo złota, na­to­miast ja, ry­cerz Hvart­tarr zo­sta­łem mia­no­wa­ny do­wód­cą kró­lew­skiej armii. Czu­łem jed­nak, że to nie ko­niec moich za­gma­twa­nych losów, a przede mną ko­lej­ne przy­go­dy…
I tu koń­czy się moja opo­wieść. Na mnie już czas, późna już go­dzi­na… Lecz wra­ca­jąc do moich opo­wie­ści za­pew­niam was, że usły­szy­cie jesz­cze nie­jed­ną…
*na wszelki wypadek egzorcyzmuje komputer*
*na wszelki wypadek wyrzuca komputer i przeprowadza się do lasu*

KO­NIEC