sobota, 29 listopada 2014

Nie kupujcie butów w Londynie, czyli Bitwa o Obronę Piaskownicy cz. 2/2

Witajcie!
Dziś krótko, bo w analizowanym opku stężenie nudy osiągnęło dość zabójczy poziom. Nasza boCHaterka zjawia się w Londynie, a tam, jak wiadomo, może ją spotkać tylko jedna rzecz - wyprawa do sieciówki na zakupy! Oraz atak magicznego chujstwa, bo w końcu jesteśmy w opku fantasy.
Przygotujcie się na Michała Wiśniewskiego z ewidentnymi problemami dermatologicznymi, pioruny uderzające pod dachem oraz boCHaterkę, która nawet wisząc na jednej ręce na krawędzi dachu ma czas kontemplować kolor oczu Tru Lofa.
Miłego!



Widziała już w myślach swój nowy obrazek : Ona, w wielkim Londynie. Mama jej opowiadała, że jest on ogromny i łatwo się tam zgubić.
Bo przecież nie istnieją mapy, GPS w telefonie i ludzie na ulicy, których można spytać o drogę.
Ale można w swym hipsterstwie nie korzystać z tych możliwości.

Zabrała jeszcze odtwarzacz mp3 i mogła wyjeżdżać. Nie pamiętała ojca. A budyń śmietankowy wyjątkowo dobrze smakował z piernikami. Bała się, że go nie pozna. Pamiętała tylko tyle, że nazywa się Rayne River.
Internet i mail, przez który można wysyłać zdjęcia też najwyraźniej nie istnieją.

Powiedział, że będzie na nią czekał na lotnisku w Londynie.
To szalenie precyzyjne. A powiedział chociaż na którym?

- Sylwia spokojnie, przecież nie masz aż takiej złej orientacji w terenie - Pomyślała. Usiadła na łóżko. Położyła się i patrzyła na sufit. Nagle usłyszała stukania pazurów o podłogę. Od razu wiedziała kto to.
Człowiek-Pazur?
Velociraptory z Parku Jurajskiego znowu wlazły do kuchni.

Nagle wskoczył przede nią rudawo-biały kocur. (...) Był wierny jak pies.
Powiedzieć o kocie “wierny jak pies” - naprawdę, co za brak szacunku.

Chodził wszędzie za Sylwią, spał z nią i czuwał przy niej, gdy była chora. Zaczęła płakać, więc Hunter wylizał jej twarz.
3e8.jpg
(Może to naprawdę jest pies?)

[Dziewczyna żegna się z kotem, mamą i młodszą siostrą, po czym wsiada do taksówki.]

Po pewnym czasie byłam na lotnisku. Nie było ono zbyt duże. Stało tam kilka samolotów, które latały tylko po Europie.
Stały tam sobie znudzone, jak autobusy na dworcu.

Sylwia zapłaciła taksówkarzowi i zabrała swój bagaż. Było bardzo tłoczno. Musiała się przeciskać, ciężko było cokolwiek zobaczyć. Miała już zakupiony bilet.
No way. To biletów na samolot nie kupuje się już na pokładzie, bezpośrednio u pilota?
Małe lotnisko, a taki tłok? Ona jest pewna, że nie trafiła niechcący na targ?

Podeszła do bramek, gdzie sprawdzono jej bagaż i dokumenty. Po odprawie usłyszała:
- Za 10 minut odlatuje samolot do Londynu. – Mówił głos kobiety z głośnika.
Linie lotnicze postanowiły strollować pasażerów i nie zamykać odprawy, mimo że do odlotu zostało 10 minut.

- To mój! – Wykrzyknęła Sylwia.
Zaczęła biec jak struś pędziwiatr. Przepychała się byle tylko zdążyć. W ostatniej chwili weszła na schody prowadzące do samolotu. Usiadła na ogonie samolotu i zaczęła się zastanawiać, czy w tych samolotach zawsze tak zimno, wieje i trudno się utrzymać na miejscu wyciągnęła swój dziennik i rozpoczęła rysować swój dom i rodzinę.
Po kilku godzinach wylądowała.
Był to rejs do Londynu przez Bangkok.
Nie, po prostu jakimś cudem był to kurs obsługiwany przez PKP, więc przez dwie godziny stał w polu.

(...) Wyszła z lotniska i zaczęła rozglądać się po ulicy.
Lol, to ten tatuś nawet się na lotnisko nie pofatygował?

- Sylwia, tutaj! – Dziewczyna usłyszała niski głos. Podążyła za nim. Okazało się, że wołał ją mężczyzna .
Bo po niskich głosach zazwyczaj rozpoznaje się kobiety, prawda. Also, spacja przed kropką.
Przecież mógł ją wołać, na ten przykład, krasnolud.

Był wysoki i miał czarne włosy i zielone oczy.
- Dawno się nie widzieliśmy - uścisnął córkę.
Wow, kolego, niezły eufemizm na osiem lat.

-Wyrosłaś na piękną szatynkę. – Od razu zarzucił komplement.
W komplement złapały się dwie staruszki, trzy gołębie i uliczny grajek.
“Ale blondynka to z ciebie paskudna” dodał w myślach.

Twarz dziewczyny zmieniła kolor na czerwony. Nie wiedziała co odpowiedzieć i jak się zachować. Zabrał walizkę i pojechali samochodem. (...) Z zaciekawieniem zaczęła podziwiać każdy kąt Londynu.
Tatusiowi najwyraźniej nie spieszyło się do domu. Albo miał wyjątkowo złośliwego GPS-a.
Zrobił jej wycieczkę objazdową, to miło z jego strony.

(...)Rayne mieszkał na ulicy Oxford Street, gdzie była olbrzymia ilość sklepów, ale i korków ulicznych. Znajdował się też tam H&M!
Doprawdy, powiew luksusu.
Korki uliczne wisiały na każdej latarni i panoszyły się na parapetach okien. Nocami chowały się do studzienek.

Sylwia zaczęła rozmyślać nad tym co by sobie mogła kupić. Po chwili dotarli na miejsce. Nastolatka niepewnie wyszła z samochodu. Trzymała przy sobie swoją torebkę z drobiazgami. Ojciec wyciągnął walizki.
- Co ty tam masz? Kamienie czy co? – Zażartował. Uśmiechnięty spojrzał na córkę.
- Nie wiedziałam co mam zabrać, to wzięłam wszystko co mam – odpowiedziała najszybciej jak potrafiła, by tata nie zauważył jej zakłopotania.
A matka nie mogła jej w tym pomóc, ponieważ była koniem.

[Opis nowego domu, ciach. Dziewczyna rozpakowuje się i poznaje Dianę, przyjaciółkę ojca. Oczywiście idą razem na zakupy.]

Następnie poszły kupić buty w H&M. Diana kłóciła się ze sprzedawczynią. Sylwię interesowały sandały na wysokim i grubym obcasie. Były koloru fioletowego i granatowego. Spojrzała przez okno. Zobaczyła czarne niebo. Zaczął padać deszcz, chociaż, że nie było chmur ani poprawnej polszczyzny.
Deszcz w Londynie, co za niespodzianka.
Deszcz bez chmur i do tego czarne niebo to jednak rzeczywiście pewne zaskoczenie.

Niepokoiło to dziewczynę. Nagle tuż przed nią trzasnął piorun.
Znaczy, w tym sklepie?
No, Thor kiepsko wycelował.

Podskoczyła ze strachu.
- Spokojnie, to tylko burza. – Uspokajała Diana, ignorując rozzłoszczoną sprzedawczynie. - Tu w Londynie tak mamy, że nam pioruny napieprzają pod dachem.
- Nie jestem tego pewna. – Nastolatka powiedziała do siebie.
To chyba jednak apokalipsa!

W pewnym momencie wszystkie okna roztrzaskały się. Dziewczyna zasłoniła oczy rękoma. Po sekundzie starała się zobaczył, co się stało.
Pigmejka też starała się zobaczyć, o co chodzi w tym zdaniu, ale nie szło jej to szczególnie niesamowicie.

Ta chwila zmieniła na zawsze jej życie. Jej oczom ukazało się bardzo dziwne zwierze, czarno metaliczne, przypominało jaszczura połączonego z lwicą.
Czyli że robochimera? Tylko taka wyleniała?

Miało wysokie nogi i przerażający pysk z wielką blizną przy oku. Jego ogon był ozdobiony kilkoma kolcami stojących w szeregu żołnierzy. Było wysokości konia i szerokości ananasa. Ludzie zaczęli krzyczeć. Nastolatka usłyszała jak ktoś dzwonił po policję. Niektórzy uciekali przez okna, a inni wyciągali kawałki szkła ze swojego ciała:
-Co to…Magda uciekaj! - Sylwia usłyszała jak Diana woła, ale nie mogła się ruszyć.
Kim, u licha, jest Magda?

Strach ją sparaliżował. Modliła się, by to był sen, koszmar, który zaraz minie. Jej nogi całe się trzęsły. Co to ma być za zwierzę? Jego oczy były przerażające, pełne niepohamowanej złości i rządne krwi. Dziewczyna miała wrażenie, że zaraz ją pochłoną. Bestia energicznie uderzała ogonem o podłogę, niszcząc ją. Jego kolce potrafiły z łatwością zabić człowieka.
Jego? (Hm, rozumiem, że cechy płciowe też były widoczne wyraźnie, i zapewne równie mroczne i przerażające.)
Albo chodzi o kolce tego ogona.

Nastolatka z trudem połykała ślinę. W pewnym momencie nie mogła już ustać na nogach. Upadła na kolana z głośnym hukiem.
Ponieważ kolana miała z granitu.

Potwór spojrzał na nią. Zaczął węszyć i po kilku sekundach oblizał się. (...) Po chwili potwór zaczął biec w jej stronę i skoczył, przewracając ją. Pysk miał kilka centymetrów od twarzy dziewczyny. Jego odór z paszczy był okropny. Sylwia słyszała głośne i lekko ochrypłe warczenie, przypominające furczenie lwa.
Nie wiem, czym lew może furczeć, ale mam dość śmieszne skojarzenia.

Kilka kropel kleistej śliny spływało po jej głowie. Łapy stworzenia przytrzymywały ją. Nagle paszcza potwora otworzyła się. Był gotowy zaatakować!
Toż już zaatakował, narratorze, ogarnij się.

Nastolatka zamknęła oczy i marzyła, że jak ma już umrzeć, to żeby szybko to minęło.
Tak, długie oczekiwanie na respawn jest upierdliwe, mówię wam. Podobno niektórzy czekają nawet i trzy dni!

- Zostaw ją! - Wyłapała jakiś dźwięk. Był to głos mężczyzny. Bestia zatrzymała się. Dziewczyna czuła końcówki kłów na czole. Na szczęście nie zraniła ją.
Ta końcówka. Albo ta kła.
Albo ta gramatyka.

Zwierzę odwróciło głowę do tylu, nadal warcząc.
- Mamy przynieść ją żywą.- odezwał się znów mężczyzna. Bestia popatrzyła na nią i z frustracją wypuściła z uścisku.
Mamrocząc pod nosem o głupich rozkazach, głupich ludziach i braku czasu na higienę jamy ustnej.

Oparła się na łokciach i zobaczyła młodego chłopaka. Ta bestia zobaczyła. Jego czerwone włosy zakrywały uszy. Grzywka zasłaniała kąciki zielonych oczy.
A kilka kosmyków zasłaniało poprawną ortografię.

Do tego miał oliwkową cerę. Ubrany był w czarne, sportowe buty, spodnie tego samego koloru, czerwoną bluzkę i czarną kurtkę z pomarańczowymi płomieniami na rękawach i przy suwaku. Sylwia zauważyła, że nosił na szyi czarny krzyż.
http://ocdn.eu/images/pulscms/Y2M7MDQsMCw0YywxYzIsZmQ7MDYsMTFkLGEw/8d893379b183f976e76c7f12c230251e.jpg
Jak to jest, że boCHaterki potrafią w ułamku sekundy ogarnąć wszystkie te kolory i dodatki? Jeszcze w takich okolicznościach?

Potwór stał teraz za mężczyzną , ale nadal na nią patrzył. Czasami powarkiwał. Chłopak miał skrzyżowanie ręce i przyglądał się, jak ze zdania na zdanie starzeje się i młodnieje o dziesięć lat. Usiadła z wyprostowanymi nogami i czekała. Nagle mężczyzna powiedział:
- Czy to jest Kapłanka?
- Myślę, że tak, skoro Pan nas tu wysłał - powiedział jaszczur. Zaraz, to on umie mówić!? Jego głos przypominał mówienie mężczyzny, głuche, ochrypłe i niskie.
Bohaterko, naprawdę właśnie to cię zaskakuje? W środku Londynu zmaterializowało się złe chujstwo i Michał Wiśniewski, a ty się przejęłaś dopiero, jak się okazało, że chujstwo gada?

- Tu było pełno osób, skąd możemy mieć pewność, że to właśnie ona?
- Ziemianie nie mają tak wysokiego Ryin. To musi być galaxianka. - odpowiedział potwór.
O czym oni mówią?! Nastolatka próbowała wstać, ale cała się trzęsła. Musiała wykorzystać sytuację , kiedy oni ze sobą rozmawiali. Okręciła się peleryną z czerwonym podbiciem i zaczęła pełznąć w stronę okna. Wszystkie mięśnie ją bolały. Musiała czołgać się na rękach po podłodze.
A nie na uszach? Byłoby szybciej.

Szkło niemiłosiernie kuło jej skórę.
Jak tylko kuło, zamiast przecinać i rozdrapywać, to i tak nie tak źle.
To zależy, czy kuło na zimno, czy na gorąco.
(A mięśnie właściwie bolą ją, bo…?)
(Nagły atak magicznej grypy?)

Nagle ktoś złapał ją za rękę i przewrócił na plecy. Był to ten czerwonowłosy chłopak. Złapał jej bluzkę i podniósł tak, że nie dotykała podłogi. Ta bluzka. No, bo się brudzi przecież i kto to będzie prał. Nie było to przyjemne uczucie. Kręciła się na wszystkie sposoby, by uwolnić się z ucisku.
Prawoskrętnie, lewoskrętnie, jak gówno w przeręblu - nic nie pomagało.

Jego oczy były pełne okrucieństwa, mściwości i tajemniczości:
Zwłaszcza tajemniczości. Objawiła się jako znaki zapytania zamiast źrenic.

- Czemu uciekasz? Nawet nic nie poczujesz - uśmiechnął się szyderczo. Nagle jeden z jego paznokci z drugiej ręki się wydłużył i zmienił kolor na ciemnoczerwony.
BoCHaterka mimochodem odnotowała, że miał nienagannie poprzycinane skórki.

Był bardzo cienki i ostry. Przyłożył ,,pazur" do szyi dziewczyny. Czuła jak jej tętnica szyjna pulsuje coraz mocniej. Sercem jej uderzało jak szalone.
Ciekawe co uderzało jej sercem i jak wlazło do klatki piersiowej.

Cała zesztywniała, patrzyła prosto w oczy chłopaka. Nagle odsunął pazur i wypuścił ją. Upadła na podłogę z hukiem. Popatrzyła z irytacją na niego.
“Co za impertynent! Jakby nie mógł mnie ładnie postawić na ziemi! Zły, całkiem niedobry i niemiły obcy!”

On patrzył na nią i nad czymś myślał. Nie odwracając wzroku powiedział:
- Dlaczego właściwie mamy ją zabić?
Kolego, ogarnij się, przed chwilą mówiłeś, że macie przynieść ją żywą.

- Bestia szybko skoczyła przed chłopakiem i brzuchem przy ziemi warknął:
Bestia-brzuchomówca?!

- Co ty mówisz! Przecież nasz Pan tego chciał, to jest Kapłanka trzeba ją zabić!
- A on nie może tego sam zrobić?
- Wiesz, że nie może przemieszczać się do innych wymiarów.
-Jeżeli ona zginie, to ja nie będę mógł władać wszystkimi światami.
- Czyli o to ci chodzi, chcesz sprzeciwić się Panu? Nie uda ci się to.
- Oczywiście, że tak. Wystarczy, że wykorzystamy Kapłankę.
Ten władca to chyba jakaś dupa wołowa, skoro wysyła na taką misję gościa, który jest jego potencjalnym rywalem. Tak tylko mówię.

- Nie pozwolę ci na to.
W tym momencie potwór zręcznie skoczył i złapał Sylwię w swoje kły. Wyskoczył przez okno.
- Nie, zostaw mnie! Ja nic nie wiem, proszę!- Zamknęła oczy. Słyszała jak ciężkie łapy uderzają w podłogę oraz ostre, pełne gniewu nawoływania mężczyzny.
Łapy uderzające w nawoływania - ta bestia jest naprawdę dziwna!

Oplotła ręce wokół szyi potwora najmocniej jak potrafiła.
Jasne, po co byś się miała próbować uwolnić!

Podniosła jedną powiekę i zobaczyła jak pędzili w ścianę. Zaraz mieli się zderzyć, gdy nagle bestia skoczyła na nią i zaczęła się wspinać. Dziewczyna widziała jak zwinnie wbija grube pazury, wchodząc coraz wyżej. Kiedy potwór wdrapał się na dach, spotkali się znów z tym samym chłopakiem. Energicznie zwierze obróciło się i skoczyło na sąsiedni budynek. Sylwia poczuła wiatr we włosach oraz obrzydliwy zapach bestii. Miała już dosyć, chciała odpocząć od tego biegu.
Noo, bo to takie nużące i można dostać choroby lokomocyjnej.
Dopiero teraz miała dosyć? Twarda jest.

Po kilku skokach została uwolniona z paszczy, ale gad przytrzymał ją swoją potężną łapą.(...)
- Teraz muszę zanieść cię do Pana. Nie chcę byś uciekała, więc odgryzę ci nogi - Kiedy otworzył paszczę, dziewczyna zamknęła oczy.
Dobrze się złożyło, że nie zdążyłam kupić tych butów, pomyślała.

- Stój! - Sylwia podniosła powieki, by zobaczyć kto jest źródłem głosu. Był to ten sam mężczyzna. Jego paznokcie znów się wydłużyły. Gad złapał nastolatkę w paszczę. Z każdym krokiem chłopaka w przód, potwór się cofał. Byliśmy coraz bliżej krawędzi.
Donosi narrator z pierwszej linii frontu.
A potwór nie może jej zabić teraz, bo…?

W oczach chłopaka zobaczyć można było gniew, ale i rozbawienie. W pewnym momencie bestia się zatrzymała. Dziewczyna widziała jak jej łapy się trzęsą ze strachu.
Poznała, że to strach, bo bestia dzwoniła też zębami z przerażenia.

Puścił ją i skoczył wprost na chłopaka. On uśmiechnął się i jednym płynnym ruchem przeciął brzuch potwora. Zwierze od ataku wpadło na Sylwię.
I troszkę zakrzywiło przestrzeń, skoro wylądowało w tym samym miejscu, z którego skoczyło.

Ona straciła grunt pod nogami i spadała z dachu.
Ale zaraz odbijała się od asfaltu jak kauczukowa piłeczka, wracała na dach i spadała znowu.
Chyba powinnyśmy się cieszyć, że nie została tu użyta typowa opkowa forma “po czym zaczęła spadać”.

Widziała jak w szybkim tempie oddala się od krawędzi. Znów zamknęła oczy, zastanawiając się, co właściwie się stało przez ostatnią godziną.
I tak się zastanawiała, zastanawiała, i spadała, i ziewała w międzyczasie...

Nagle coś złapało ją za nadgarstek. Gdy spojrzała w górę zobaczyła twarz tego samego mężczyzny.
- Dziękuję. – Powiedziała cichutko. Nie odpowiedział, tylko podciągną ją i mogła już spokojnie usiąść na dachu.
Znaczy - to całe spadanie to było tylko powolne zsuwanie się z dachu?

-Nie wiedziałam, że on ma takie pięknie oczy - pomyślała. Jego oczy dodawały mu wiele tajemniczości oraz wydawały mi się bardzo urocze.
https://p.gr-assets.com/540x540/fit/hostedimages/1380358524/709727.gif
Tak, bo było to w tej chwili absolutnie najważniejsze.

- O czym ja myślę w takiej sytuacji ?! - Popatrzyła na jego ręce, ale nie widziała już długich pazurów. Oczy skierowała na ulicę. Bestia leżała w kałuży krwi, która się powiększała. Była pewna, że nie żyje.
Kałuża, oczywiście.
Albo ulica, trudno stwierdzić.

Po chwili ciało potwora rozsypało się w górkę popiołu i rozwiał go wiatr. Nagle przeszedł ją przyjemny i ciepły dreszcz na ręce. Chłopak trzymał ją za nadgarstek i przyglądał się.
On poraża prądem przez dotyk? Cool.

Zarumieniła się, spoglądając to na niego to na swoje buty.
- Hmm… Skąd mogę mieć pewność, że jesteś Kapłanką? - powiedział.
- Ja nie jestem żadną Kapłanką - została zignorowana.
- Mam pomysł! Pójdziemy do Opiekunki Niebios – szybkim ruchem klasnął pięścią w wewnętrzną stronę dłoni. Sylwia uznała to za gest oświecenia.
W moich stronach jest to raczej gest spuszczenia komuś wpierdolu, no ale.
Może to Oświecony Kibol.

- Kim jest ta Opiekunka Niebios? – Znów zadała pytanie, na które nikt jej nie odpowiedział.

sobota, 22 listopada 2014

Ustawmy wojska w szyku dziobaka, czyli Bitwa o Obronę Piaskownicy



Witajcie!

Macie ochotę na odrobinę krwawego napierdalania i narratora, który opętuje bohaterów? To dobrze, bo dziś czeka was opis epickiej bitwy, w której księżyc będzie walczył z chmurami i zorzą polarną, a drzewa zaleją się łzami. W tle będą wyły wilkołaki, a pewna nastolatka będzie schodzić na śniadanie, na które przyrządzi sobie płatki z ciepłym mlekiem.
Jeśli to was nie wystraszyło - zapraszamy do lektury!


Zanalizowały: Pigmejka i Kalevatar

Rozdział I - Zaczęło się to od…


Prolog
Rozdział zaczął się od prologu! Ech, te ponowoczesne zabawy z formą.

Ciemne chmury zakryły niebo, kiedy armia ludzi stanęła naprzeciwko wojska humanoidów.
Zazwyczaj w eposach pojawia się motyw deszczu strzał, jaki zakrył niebo. Ci mają zwykłe chmury - cóż, dobre i to.
Może to były chmury gazu pieprzowego.

Ich miejscem spotkania (tych chmur) były spalone ziemie na wzgórzach, które wcześniej były pokryte zieloną trawą i rozmaitymi gatunkami kwiatów.
A także zamieszkane przez pewną ilość zwierząt.
A ten opis jest istotny, ponieważ? Rozumiem, że ziemię spalili z okazji bitwy, żeby walczący się o te kwiatki nie potykali/żeby było odpowiednio mrocznie?
Albo specjalnie się umówili akurat tutaj, bo tu i tak większego sajgonu nie narobią. Ktoś ogarnięty organizował tę bitwę.

Nieopodal ocalało kilka drzew, które wyglądały tak jak w czasie zimy: wyschnięte i spragnione. Patrzyły smutnie na wojowników.
I ukradkiem ocierały łzy, jak również układały kostki Rubika, bo przecież skoro już mają oczy, to czemu nie.

Wiedziały, że ta wojna będzie krwawa.
W przeciwieństwie do wszystkich innych, pokojowych i łagodnych wojen, podczas których wojownicy walczą na pluszowe misie i zabierają sobie klocki Lego.

W powietrzu czuć było zapach siarki oraz delikatnej i przyjemnej mżawki. Jedyne głosy jakie można było usłyszeć to nerwowe tupanie koni (tupały z zimna, bo im kopytka marzły) oraz mrożące krew w żyłach warczenie wilkołaków.
Konie nerwowo emitowały paszczą rytmiczne "tup tup tup". Nie miało to większego sensu, ale skoro narrator się uparł, to co poradzisz.

Do piechoty należeli młodsi jak i starsi mężczyźni.
A nie należeli starcy oraz niemowlęta. Narratorze, powiesz mi wreszcie coś, czego nie wiem?

Każdy bał się tej wojny, ale dowódca starał się podnosić wszystkich na duchu.
Czy oni w tym momencie nie powinni raczej bać się bitwy?

Na ich czele stał czarnowłosy młodzik ubrany w ciemnozielony płaszcz.
Ale na czele każdego czy wszystkich? Bo to kluczowe.
Mam nadzieję, że młodzik nie był dowódcą. Chyba że to Dzielnicowa Bitwa o Obronę Piaskownicy.

Był to syn znanego na całej Planecie generała Gerarda.
Znany był w całej sieci sklepów monopolowych jako wyjątkowo twardy zawodnik.

Chłopak na plecach nosił olbrzymi i legendarny Miecz Tytanów. Dumnie siedział na swoim białym i lekko nakrapianym koniu.
Na obu naraz, miał bowiem wyjątkowo duży tyłek.
Nie no, koń był do połowy biały, a od połowy nakrapiany. To logiczne.

Był bardzo odważny, ponieważ to on zachęcił ludzi do walki, to on przebył wędrówkę, by stworzyć Tunel Dusz.
...ok. Gdy już narrator przestaje mówić oczywiste oczywistości, to zaraz przegina w drugą stronę.

Wierzył, że znajdzie spokój, pokonując Boga Śmierci. Na szyi nosi kryształ, który otrzymał od swojej siostry. Miecz jego był wyrobiony z granatowego diamentu.
Póki co sprawdzał się głównie w oślepianiu wroga i zwabianiu całych stad srok, ale chłopak wierzył, że jeszcze wszystko przed nim.

Był to najtwardszy i najostrzejszy miecz jaki udało mu się znaleźć w składziku Klubu Teatralnego. Obok dowódcy stała Kapłanka na kasztanowym rumaku.
Kapłanka bogini Woltyżerki, odziana w ceremonialny trykot.

Ludzie mieli nadzieje, że dzięki niej pokonają Samuela. Szanse na wygraną były nikłe, ponieważ przeciwników było kilka razy więcej.
Może się zagapią na babę-cyrkówkę i będzie można ich w tym czasie wybić?

Dowódca wymyślił bardzo niezwykły szyk bojowy.
Oglądany z lotu ptaka w dzień letniego przesilenia wyglądał zupełnie jak niewiadomo co.
Ale jak się mocno zmrużyło oczy, to przypominał trochę dziobaka.

Podzielił armię na trzy grupy
Dochodzeniową, uderzeniową i prewencję.

i ustawił je w kilkunastu rzędach, tworząc kwadraty. Bokami figury byli rycerze odziani w zbroje i ciężkie, żelazne miecze.
W przeddzień bitwy rozgorzał spór, czy miecze należy zakładać tak, by mieć jelec na głowie, czy może między nogami. Konsensusu nie osiągnięto.
Wyobraziłam sobie spódniczkę z mieczy. Wiecie, taką jak się robi z liści palmowych, tylko że ta byłaby z mieczy.
Włosy na udach już nigdy nie byłyby problemem.

Wewnątrz niej stali wieśniacy.
Odziani w cepy?
I snopki słomy, tak.

Każdy z nich trzymał tarcze oraz lekką broń.
Ustawienie tarczowników wewnątrz szyku zaiste jest niezwykłym posunięciem.
Może tarczami mają popychać do boju tych z zewnątrz, w razie jakby chcieli spierdzielać?

Na twarzach ich malował się strach. Wilkołaki to bezlitosne i krwiożercze bestie. Miały tak ostre zęby, że potrafiły przebić każdy metal, a ich zręczność była olbrzymia.
2k14 i to nie licząc modyfikatorów!
(Ale dowiemy się, co miało na celu tak kijowe rozstawienie wojska, prawda? Bo narrator wyraźnie ucieka myślami gdzie indziej.)
Przeciwnik miał umrzeć ze śmiechu, to chyba oczywiste!

Do ich wrogów należeli też Jaszczury, o obślizgłych i złotych ślepiach.
Raz, odmiana czasownika. Dwa, przecinek. Trzy - obślizgłe ślepia?
Załzawione. Bardzo. I nieprzecierane tak długo, że aż stężało.

Doskonale posługiwały się ostrymi włóczniami oraz swoimi ogonami.
A ludzie byli mistrzami we władaniu mieczami oraz rękami i nogami.

W razie potrzeby używały też małych, ale ostrych zębów. Ich pyski przepełnione były jadem Osoba ugryziona przez Jaszczura umierała na skutek spalenia od środka.
Znaczy co, jad ulegał rozgorzeniu po kontakcie z układem krwionośnym?
Może to kwas był, jak u Obcego.

Nagle księżyc zakrył słońce oraz nastąpił gwałtowny przeskok narracji. Żółty blask zamienił się w gęste i srebrzyste promienie.
Promienie były tak gęste, że aż utrudniały chodzenie, przez co walczyć trzeba było w cieniu. Chmur z pierwszego akapitu opowiadania spozierały z daleka, obrażone.

Wyglądało to jak mgła o wiosennym poranku.
Promienie wyglądały jak mgła. Ciekawe, jak wygląda sama mgła, pewnie przypomina tęczę.

Nie można dostrzec ani jednej gwiazdy, na niebie widniała wielka i mieniąca się Zorza Polarna.
Widziana podczas zaćmienia słońca. Oczywiście. Oraz w co drugi piątek między 14:10 a 14:45.

Wiał silny i zimny wiatr. Nadszedł Dzień Oświecony, w którym moc Bogów wzrasta do maksimum.
Bo zazwyczaj bogowie są słabowici i ani trochę nie wszechmocni.
Jak nadszedł dzień, skoro jest noc?

Ludzie mieli nadzieje, że towarzyszy im Sheron.
Nie wiem, o co cho, ale też mogę mieć nadzieję, co mi tam.

Niedługo miała się rozpocząć bitwa.
Co prawda obie armie stały już naprzeciw siebie w szyku bojowym,ale nie wszyscy zdążyli jeszcze zaczekować się na fejsiku, więc czekano.

Dowódca ostatni raz spojrzał na swoich towarzyszy.
Wiedział już, że wszyscy zginą, ale było to poświęcenie, na które był gotów.
Może miał nadzieję, że tylko on zginie. Chyba chcę w to wierzyć.

W jego ciemnozielonych oczach można było zobaczyć smutek, ból, ale i nadzieje .
Jedną na zwycięstwo, drugą na placki ziemniaczane w domu, trzecią - na zlikwidowanie tej spacji sprzed kropki.

Chłopak wyciągnął miecz z pochwy i skierował ostrze w kierunku wroga:
W tych trudnych chwilach,
gdy tańczysz w wodewilach
gdy ciemność spowija nas,
a recenzenci biorą nas w nawias
wystarczy jedno światło,
aby nas w ziemię wgniotło
by rozpocząć starcie,
i znów tańczyć za żarcie
razem przejdziemy,
i na Broadway się dostaniemy
przez most nad otchłanią,
a nawet dach nad plebanią
demony nie wezmą nas w swoje ręce,
Ukryjemy się w Białołęce!
gdyż walecznych serc nie da się zgnieść!
Te bardziej strachliwe można zjeść!

- Arriba jarriba, łohohoho - zawtórowali żołnierze, kołysząc się i klaszcząc do rytmu.

Zabłyśnij, Sheronie!
Zagraj na puzonie
Niech twój blask odgoni ból i smutek,
I niech się cieszy każdy wyrzutek
Ochroń nas, Sheronie!
Daj każdemu po żonie
Razem, damy ukojenie planecie,
Nawet jeśli połowę poniesiemy na bagnecie

Płomienie pochodni falowały w powietrzu. Kilku najbogatszych rycerzy miało  nawet prawdziwe woskowe świece.

Do ostatnich sił walczyć będziemy,
Za skórę wam zaleziemy
Spokój rodzinom przyniesiemy,
Bo dzielnią tą trzęsiemy
Dziecięce koszmary odejdą,
aż szwy im się w majtach rozejdą
i szczęśliwe wrócą chwile,
- Zwrotka nienajgorsza, tylko rymu nie ma - wciął się pięknym barytonem sołtys Mysich Kiszek.
- Przecież robię co mogę! - sapnęła Pigmejka i szturchnęła sołtysa dzidą.

Za tych co odeszli,
i za tych, co podeszli
i za wygnane przez nas smoki,
I za pszczół odwłoki
Trzymać się będziemy razem,
pokonamy ich żelazem
Tylko tak pokonamy niemiłosiernego Samuela!
A ja już nie rymuję, bo rozpacz we mnie wzbiera!

Wspomóż, Sheronie!
Razem przezwyciężymy cierpienie,
Płoń, Sheronie!
Niech modły nasze zostaną wysłuchane,
Zabłyśnij, Sheronie!
Niech twój blask odgoni ból i smutek,
Ochroń nas, Sheronie!

Razem, damy ukojenie planecie!

Śpiewali wojenna pieśń rycerze i wojownicy, trzymając się za ręce i kołysząc.
https://38.media.tumblr.com/56ffff4431f8c7194be736309f9674ca/tumblr_ne2qb749qB1ry5ojao1_500.gif

Gdy dobiegła końca, pewien giermek zaintonował "Płonie ognisko w lesie", ale prędko gu uciszono. Chór niskich głosów roznosił się echem po spalonym polu. Przypominała ona im za co walczą. Wiedzieli, że większość z nich nie zobaczy nigdy więcej swojego przytulnego domu, gdzie czekać będzie rodzina. I się zaczęło, ale nie było to tak ważne, by zasługiwało na osobny akapit: wilkołaki pobiegły na swoich silnych i umięśnionych łapach, a konie po drugiej stronie rozpoczęły koncert, dudniąc kopytami.
Rozpoczęły klasycznie, od "Tańców węgierskich", ale w planie były jeszcze standardy jazzowe i Wagner.
Na bisy przewidziano “Orfeusza w piekle” Offenbacha. Proszę sobie wyobrazić kankana w wykonaniu koni!

Ludzie nadal śpiewali i krzyczeli, idąc w kierunku wroga. Nikt nie mógł przewidzieć jak ta wojna się skończy.
Ja chyba mogę…
Ale w sensie czy ochrypną czy nie?

W mieście Athos zostały tylko dzieci, kobiety i garść mężczyzn. Nie wiedzieli do kogo zwrócić modły, ponieważ nie od Bogów zależało, jak zakończy się wojna.
Trzeźwe podejście do sprawy, pochwalam.
(Ale zaraz, to nie mają żadnego boga wojny? Well, może jest jednym z tych, którzy nie dają faka.)

Wielki władca siedział na swoim krześle na balkonie i z nadzieją spogląda w dal.
Ku chromolącym się czasom narracji i wizji, w której dadzą mu jakiś lepszy mebel.

Widać było domy z drewna, kilka tawern i barów oraz wielki kamienny mur. Od wieków uważano, że ochroni on przed ciemnościom.
Panie, daj mi litość.
Tylko siły nie dawaj.

Pewien wędrowny grajek mówił, że mur powstał po to, by ludzie wiedzieli, gdzie mogą się skryć.
No przecież. Pierwsze, o czym myślę, jak widzę mur, to “O, tu się schowam!”
Czyli że najpierw był mur, a potem wewnątrz zbudowano miasto? Nowatorsko.

Za miastem była nieżyzna gleba, na której nic nie rosło. Nazywano ten teren Wieczną Pustynią. Można, by pomyśleć, że władca oglądał przebieg walki. Tak naprawdę podziwiał on konsekwentne popierdolenie akapitów (a raczej ich brak) w tej narracji. Nagle obok władcy stanął chłopak z ciemnobrązowymi włosami. Miał około siedemnaście lat. Był chudy i wysoki. Na prawym ramieniu miał znak klątwy.
A na lewej miecz obosieczny ostry i znak zakazu wyprzedzania.

Oparł się rękoma o obręcz cyrkową i oglądał srebrzysty krajobraz oraz piękną Zorzę Polarną.
Pewnie, patrz póki możesz, jak zaściele się trupami to już nie będzie taki ładny.
Ale kiedy ten krajobraz się zrobił srebrzysty? Przecież wszystko było wypalone.

- Dlaczego nie poszedłeś z nimi walczyć? – Zapytał niski głosem król. Zwrócił oczy w kierunku chłopaka.
- Ja… nie mogłem – odpowiedział i spojrzał w dół. - Jestem pacyfistą!
- Dlaczego? – Zdziwiony młodzik spojrzał na króla. Wiedział, że nie powinien wypowiadać się dwa razy pod rząd, a jeśli nawet, to nie tak, by podkradać królowi kwestie patrzeć władcy prosto w oczy, ale jak sam mówił, zasady trzeba łamać:
- Boje się… co jeśli nie powstrzymam potwora, który siedzi wewnątrz mnie? - Spojrzał na swoje buty.
A one naprawdę były potworne.

Władca wiedział, że ten chłopak był kiedyś przestępcą, ale w głębi duszy można było zobaczyć w nim dobro.
No tak, w krwawej bitwie przecież nie potrzebujemy wściekłych, niebezpieczych morderców, skąd. (Może naprawdę będą napieprzać się pluszakami?)

Lubił tego chłopaka, sam nie wiedział czemu. Może dlatego, że mu go przypominał jak był w jego wieku.
Czyli że gdy chłopak był w wieku króla, to go przypominał. A był w tym wieku w każdą środę.

- Grzechem nie jest bać się. Każdy z nas czuje strach, ale przy przyjaciołach nie masz się czego obawiać. Nie możesz uciekać od niego. Musisz go ujarzmić... - Powiedział król. - Czekają na ciebie. Tak, więc idź, każda pomoc się przyda. – Chłopak, ze zdziwieniem spojrzał w oczy pana, którego są przepełnione dobrocią i niegramatycznością sprawiedliwością. Młody mężczyzna wiedział, o czym myśli monarcha.
- Porozmawiaj z Gerardem. - rzekł król.
- Tak jest, Wasza Wysokość – Ukłonił się i wybiegł z pokoju. 
 Jakiego pokoju, przecież na balkonie byli.

Z korytarza dobiegało nawoływanie generała. Władca ostatni raz spojrzał w dal i zaczął się modlić za całą planetę Galaxy i za galaktykę Universe  inne wymiary. Po jego zmarszczonym i bladym policzku spłynęła słona i piekąca łza.
To logiczne: bohaterki płaszczą kryształowymi, a bohaterowie pieprzowymi, samotnymi łzami.

Czy ludzie dotrwają jutrzejszego dnia?
Ludzie jak ludzie, pomyślcie o analizatorkach.


Rozdział 1
              Przez wiele lat brązowowłosa Sylwia czekała na ten dzień. Wreszcie mogła się spotkać z ojcem, który mieszkał w Londynie. Jej rodzice rozwiedli się, kiedy miała 7 lat. Pamięta tylko, jak po nocach nie mogłam spać, ponieważ słyszała ich krzyki i płacz.
Kolejny typ narratora: Narratorka Wcinająca Się W Zdanie!

Kłócili się o wiele rzeczy. W końcu ojciec nie wytrzymał i wrócił do Anglii, do ojczyzny. Sylwia mieszka z mamą – Rebeką i siostrą – Leną. Jest o 3 lat starsza od niej.
Zagwozdka - od mamy czy siostry?

Żyła w małej mieścinie niedaleko Poznania.
W wolnych chwilach lubiła się bawić czasami w narracji.

Było im dobrze w małym, białym domku. Okolica była spokojna, wszyscy się tam znali. Mama Sylwii pracowała całymi dniami, więc to ona zajmowałam się domem, sprzątała i gotowała. Niestety jej potrawy nie były zbyt dobre ,często je przypalała.
Oburzające, jak dziecko śmie źle gotować.

Sylwia to szczupła, zielonooka licealistka. Od dziecka na prawym ramieniu miała dość dużą bliznę w kształcie litery ,,S''.
Cudzysłów otwierający, wielkie s, apostrof, apostrof. Przeznaczenie pojechało po bandzie.

Matka opowiadała jej, że w wieku 6 lat miała wypadek i dlatego nie pamięta nic co się stało przed tym wydarzeniem oraz miała ranę, która zabliźniła się.    
Cholerka, jeśli moje rany też się zabliźniają, to znaczy, że miałam wypadek jako sześciolatka?
Bankowo.
 
              Tego dnia, czyli 1 lipca, obudziły dziewczynę ostre promienie słońca. Nawet przy zamkniętych oczach ją raziły.
Powieki, robicie coś źle. (Może to nie słońce, tylko supernowa?)

Położyła dłoń na swojej twarzy.
Przez chwilę myślała, czy nie położyć dłoni na twarzy sąsiadki, ale uznała, że mogłoby to zostać źle zrozumiane.

Nie miała ochoty wstawać. Łóżko było takie mięciutkie i cieplutkie. Gdy przypomniała sobie jaki był dzień, wyskoczyła jak porażona. Spojrzała kątem oka na zegarek, który wskazywał godzinę ósmą. Była zbyt podekscytowana, by znów zasnąć. Szybko przebrała się w dżinsy i białą bluzkę z czarnym kotkiem
Ciekawy kostium na halloween!

i pobiegła po schodach na dół, by zjeść śniadanie.
Oczywiście. Mały biały domek musiał być piętrowy, by można było schodzić na śniadanie.

Podgrzała mleko i wsypała do niego swoje ulubione płatki. Zrobiła sobie jeszcze czekoladowe cappuccino w swoim różowym kubku z misiami.
Tu ze zdaniem jest wszystko w porządku, ale mój boru, ciepłe mleko. To chyba gorsze niż zła ortografia.

Dostała go od koleżanki z podstawówki. Wyjechała ona do Szczecina, do babci. Od tamtego czasu straciły kontakt, którego bardzo jej brakuje. Po zjedzeniu śniadania oparła łokieć na stole, ozdobionym czerwonym obrusem.
Szanuję to. Ten łokieć.
(Ale stół ozdobiony obrusem brzmi jak podłoga ozdobiona dywanem.)

Kuchnia była dość mała, ale wystarczało miejsca dla trzech osób. W kącie stała lodówka, która nie była połączona z zamrażalką, przez co rodzina nigdy nie miała w domu lodów.
http://replygif.net/i/311.gif

Następnie w rzędzie stał brudny i lekko zepsuty piec,
Truł mieszkańców czadem tylko od czasu do czasu.

zlew i na końcu, przy drzwiach była lada, gdzie można było przygotować jakąś potrawę. Po drugiej stronie przy ścianie było okno i parapet, na którym w doniczkach rosły białe oraz fioletowe fiołki. Sylwia siedziała obok okna na drewnianym krześle. Pijąc w spokoju kawę myślała o wyjeździe:
-Co ja mam zabrać? Nigdy na tak długo nie wyjeżdżałam – zadała sobie pytanie, odeszłam od stołu i pobiegłam do swojego małego pokoju.
To brzmi, jakby bohaterkę opętał duch narratora.

Ściany jego były koloru niebieskiego jak poranne niebo. W rogu przy oknie stało łóżko, które nie wyglądało na nowe przez kilka plam od soku pomarańczowego oraz sosu spaghetti.
A łóżka nie można było odczyścić, bo nie. Vanish jest dla słabych.

Naprzeciwko stało biurko, na którym był bałagan i duża, zapchana ciuchami szafa. Niedaleko wejścia do pokoju umieszczone były drzwi do przytulnej łazienki. Miała tam prysznic, umywalkę, szafkę. Ściany były pokryte kafelkami, a na podłodze leżał błękitny dywan.
Przepraszam, to opko pisał dekorator wnętrz? IKEA-entuzjasta?