piątek, 24 października 2014

Analiza będzie za tydzień

Witajcie!

Na początek  macie tygryska:

http://kawaiicase.com/blog/wp-content/uploads/2013/11/baby-tiger.gif

A teraz, kiedy już jesteście zasłodzeni, może zaakceptujecie informację, że analiza będzie za tydzień (wrócimy do zaczętego w wakacje opowiadania o yaoi smoku, które przypadło wam do gustu), bo balujemy na urodzinach u Vivaldiego.

Przy okazji - od tego sezonu łatwiej będzie nam wrzucać analizy w soboty. Mamy nadzieję, że bezboleśnie się przestawicie.


Pozdrawiamy ciepło znad butelki z cydrem!

Pigmejka i Kalevatar












piątek, 17 października 2014

Hello boys, we're back, czyli rejs z Admiralette

Witajcie!

Po długiej przerwie Przyczajona Logika rusza pełną parą. Wzmocnione siłami Szproty i Vivaldiego, bierzemy się za bary z fragmentem słynnej powieści Słynnego Blogera, marynistyczną fantasy o świecie "osnutym awanturniczym klimatem minionych wieków". Cóż, coś z pewnością snuje się po tym tekście, jednak niestety nie jest to klimat - raczej kulawe konstrukcje zdań, hordy pompatycznych epitetów oraz watahy mniejszych i większych idiotyzmów. Zaprawdę powiadamy Wam, "Admiralette" Andrzeja Tucholskiego złą książką jest.
Chcecie więcej? Chcecie wpadających w trans łydek, marynarzy malujących pokład na biało, by z nim ładnie kontrastować, drewna lakierowanego drewnem i wiatru zbierającego się na skórze w formie kropel? Chcecie poznać admirała, który ma mapę z marmuru i drzwi do kajuty zamykane od zewnątrz?
Jeśli tak - zapraszamy.

Zanalizowali: Pigmejka, Kalevatar, Vivaldi oraz Szprota.




Admiralette

Andrzej Tucholski

Beta-Czytelnicy: Moi cudowni Rodzice, Karolina, Michał, Rafał, Natalia i Maja
Redakcja i korekta: Paweł Grad i Kinga Kasperek przy współpracy z autorem
Bety, redakcja… nie powinno tu być więc zbyt wiele błędów, prawda?
tumblr_ndau74iGBA1rkeh8to1_500.gif

Poniższa książka to dzieło fikcyjne.
Znaczy…
Znaczy nie istnieje tak naprawdę i jest wytworem wyłącznie chorego umysłu.
Czyli ześwirowaliśmy już do końca i mamy wspólne halucynacje?
Albo to, albo analizujemy okropnie złą książkę. Wybierz sama.
No ba. Przecież wszyscy wiedzą, że Wodny świat z Costnerem był pierwszy.

Jakakolwiek zbieżność lub podobieństwo do rzeczywistych postaci, wydarzeń lub miejsc jest czysto przypadkowe. Chyba że masz potwierdzone namiary na wielotysięczną Flotę zrzeszającą przedstawicieli setek kultur, ale to wtedy chcę wiedzieć o niej pierwszy.
Zasadniczo znajdziesz w każdej międzynarodowej korporacji, tyle że samochodową.

Udanego dnia i przyjemnej lektury!

OPOWIEŚĆ PIERWSZA
Rój Czarnych Ptaków

Pogoda była tamtego dnia piękna.
A lato było piękne tego roku.
A w Bałtyku tego roku było tyle dorsza na filety.

Ogromne, rozmyte od bryzy słońce (musiała to być mocna bryza!) (i o wyjątkowo długim działaniu, w pełni dnia bryza przeważnie robi sobie wolne) prażyło zza pojawiających się gdzieniegdzie chmur.
Ale tylko zza chmur. Przyczaja się za nimi i… jak nie zasunie z promienia! Ninja-słońce. Silent, but deadly.
http://i0.kym-cdn.com/photos/images/facebook/000/011/189/azerz-pew-pew-pew.jpg
Jestem pewna, że fakt, że świeciło słońce, okaże się niezwykle istotny najdalej za pięć akapitów. Muszę tylko do tego czasu nie umrzeć z nudów.

Wąskie cienie tańczyły na niebiesko-turkusowym bezkresie.
Ktoś tu ewidentnie przesadził z rumem.
Albo dostał od słońca mocno w czerep.
Cienie rzucane, oczywiście, przez stada kłębiących się wszędzie epitetów.

Niewielkie grzywy spokojnych fal z rzadka rozbijały się o sunącą równo kawalkadę okrętów.
Grzywy spokojnych fal. Tak tak. A suche morze graniczyło przerywanie z miękkimi, elastycznymi skałami.
A kawalkada okrętów ma tyle sensu, co wataha autobusów.

Z monotonią morskiego krajobrazu kontrastowała feeria dźwięków. W doświadczonym uchu zlewały się pewnie w spójny, codzienny odgłos życia na morzu, ale w uchu laika brzmiały trochę jak Sonata C dur, a trochę jak śpiew wygłodniałego komara istocie stanowiły kakofonię tysięcy szumów, stuków i pokrzykiwań pochodzących z niezliczonych źródeł i gardeł.
Ach te małże i rozgwiazdy, nigdy nie przestają się drzeć. A już najbardziej hałaśliwe są krewetki i śledzie.
I szproty.  Oraz podskoczki mułowe: https://www.youtube.com/watch?v=ljv1fO4qrIw
Narratorowi udało się jakoś policzyć szumy, ale gardeł już nie. To pewnie te postukujące są takie trudne do policzenia.

Suchy trzask napinających się od wiatru żagli (które najwyraźniej były z drewna, skoro trzeszczały) przebijał się z trudem przez ogłuszający huk rozbijanej dziobami statków wody. Liny i węzły gwizdały od pędu.
Czasem gwizdały Marsyliankę, kiedy indziej znów - Międzynarodówkę. Były to bardzo otwarte na różne gatunki muzyczne liny. I węzły.
Ej, zaraz, a gdzie “spokojne fale” i “monotonny krajobraz”? Spacja je pożarła?
Malowniczość zaciukała je w ciemnym zaułku. Wiesz, morze, fale, srogie obrazy co dobrze wyglądają na ekranie. Nie ma miejsca na półśrodki.

Ktoś gdzieś wrzeszczał rytmiczną przyśpiewkę. Wysoko na niebie darły się ogromne mewy.
Pachniało oceanicznym chłodem.
I nieco zajeżdżało śniętą flądrą, nadpsutym mięsem i zawartością nocniczka.
Oraz znoszonych ciuchów, marzących o porządnym praniu.
Słońce prażyło, ale pachniało chłodem. Musi bosman znowu przeszarżował z pokrętłem klimatyzatora.

Flotę prowadził statek zdolny przysłonić słońce mniejszym jednostkom.
Zdolny, ale leniwy, więc przysłaniał tylko wtedy, kiedy szef patrzył.
Mniejsze statki kryły się pod jego żaglami jak kurczęta pod skrzydłami kwoki.
Popiskując bezbronnie.
No weźcie, mothership nie wzięło się znikąd.

Ogromny ośmiomasztowiec z czerwonymi, przywodzącymi na myśl łuski smoka żaglami.
Ach, a więc to one tak trzeszczały. Ciekawe, jak działa taki łuskowaty żagiel - nadyma się tylko od bardzo gorącego, pustynnego wiatru?
Ośmiomasztowiec, hyhy.
http://33.media.tumblr.com/tumblr_l83d741arb1qcos0wo1_400.gif
Miałem już pisać, że ten czerwony to chyba po to, żeby przeciwnik wiedział, gdzie celować, ale z drugiej strony z taką kobyłą chyba nie trzeba się nawet starać - wystarczy strzelać prosto i na pewno się w coś trafi…
Żagle inspirowane były jedną z sukni Daenerys. Za moment pewnie dowiemy się, że kadłub był inkrustowany masą perłową, a pokłady szorowano jedwabiem i koronkami.

Przecinał błękitną taflę pewnym ruchem. Masywna, wielopiętrowa konstrukcja pomieszczeń ponad pokładem pyszniła się liberią w złocie i czerwieni.
Zaś czytelnika powoli zaczynały boleć zęby od tej orgii barw.
Liberia to strój służby na dworze albo w hotelu. Rozumiem, że to był pływający hotel, jak te barki na Wiśle?
[komentarz czytelniczki Krystyny:] liberia, lamperia, lampart, lampucera - no którymś z tych się pyszniła.
[komentarz czytelniczki Ysabell]: Imponderabilia.
Tylko patrzeć góry lodowej zdenerwowanej anachronicznym tatuażem Kate Winslet.
(Do tego chyba właścicielem był Godryk Gryffindor. A nie Lannisterowie?)
Widzę mamuci okręt w czerwonej liberii i wielkiej, przypudrowanej peruce rozpiętej na masztach. Pomocy.

Po rozległym, lekko wklęsłym pokładzie poruszało się w zorganizowanym pośpiechu kilkadziesiąt mężczyzn i kobiet.
Pośpiech zorganizowany był w następujący sposób: przez 45 sekund wykonywano w morderczym tempie niezbędne czynności, zaś przez kolejnych 15 patrzono przed siebie baranim wzrokiem.
Musieli się spieszyć, inaczej uroda konstrukcji "kilkadziesiąt mężczyzn i kobiet" zmiotłaby ich z pokładu.
Właśnie dlatego pokład był wklęsły!

Burty zdobiły niezliczone furty armatnie, mocowania, sieci i haki.
Wszystko to pełniło wyłącznie funkcję ozdobną. Z haków majtkowie zrobili nawet wdzięczną instalację artystyczną, dotykającą problemów posthumanizmu.
To było zabezpieczenie: majtek spada, zatrzymuje się na haku, połowa majtka i tak spada, ale zawsze masz jeszcze drugą!
Burty prezentowały się na armatach i hakach bardzo malowniczo, aczkolwiek aranżacja sieci zostawiała trochę do życzenia.
- Jaki statek chciałby pan mieć? - spytano. - Pancernik, kuter rybacki, wielorybnik, statek handlowy?
- Wszystkie w jednym - odparł kapitan. - Stać mnie.

Kierunek kolosalnego okrętu wskazywał masywny, złoty galion w kształcie rogatego smoka.
Kapitan osobiście zażądał smoka, gdy po raz kolejny po beczułce rumu ruszył statkiem nie tym końcem, co trzeba.
Jak wiadomo, wszystko co ma smoczy ornament, momentalnie staje się ważne, cenne i bardzo badass.
A potem kończysz 16 lat i widzisz, że jednak nie.

Tuż za nim stała na palcach młoda, szczupła dziewczyna o smagłej, południowej karnacji. Silny, wiejący od rufy wiatr co chwilę zasłaniał jej twarz długimi lokami gęstych, ciemnych włosów. Nie poprawiała ich jednak.
Mrugała tylko gęsto, gdy loki atakowały oczy i w zadumie żuła rozdwojone końcówki.
Rozumiem, że to wiatr miał ciemne loki i tak na nią nimi dyndał? A to psotnik.
wind1.jpg

Trzymała drewniane belki dziobowego relingu brązowymi od słońca dłońmi o długich palcach. Opuszki miała wyraźnie zbielałe od nadmiernego nacisku.
Bo inaczej reling by się rozpadł. Dobrze choć, że dłonie ma zakończone palcami. Jakby miała dłonie o długich uszach, to byłby przypał.
Liczyła na cosplay Titanica, niestety Jacka nie było nigdzie w pobliżu.
Drewniane belki trzymane dłońmi zakończonymi palcami… Zakładam, że okręt zwał się "Rozbuchana Tautologia"?

Nic dziwnego, zważywszy że daleko pod jej bosymi stopami z huraganowym rykiem rozstępowało się przed ogromem i siłą mitycznego Queillinu samo morze.
Huraganowy ryk. Jeszcze raz spytam - gdzie te spokojne fale, prażące słońce i monotonny krajobraz? Chyba że ten okręt ma jakąś własną, prywatną burzę, która wędruje wraz z nim.
Schowany pod pokładem silnik napędzany magiczną kulą plazmy.
A co innego miałoby się rozstępować przed okrętem? Przepisy prawa spadkowego? Składy suszarek bębnowych? Chyba że mityczne okręty pływają po takich rzeczach, wtedy spoko.

Wiatr furkotał zieloną sukienką między silnie zarysowanymi łydkami dziewczyny. Krople bryzy skraplały się na otaczającym jej szyję srebrnym łańcuszku; uwypuklały ciągnący się od lewego oka aż za ucho czarny tatuaż. Zbierały się na gładkiej skórze, pomiędzy silnie ściśniętymi łopatkami.
Szanuję ten outfit, ale żeby wiatr się zbierał na skórze w formie kropel, to pierwszy raz słyszę.
Swoją drogą - żeby trzymać ręce przed sobą (ściska w końcu ten reling), a jednocześnie ściskać łopatki, to trzeba chyba być akrobatką.
Może to efekt fantomowego bólu po odciętych skrzydłach, na których unosiła się nad przestworem oceanu, szybując pośród chmur...

Dziewczyna uśmiechała się lekko. Oczy, czarne i nieruchome, skierowała ku majaczącej na horyzoncie nitce oddzielającej ocean od bezmiaru nieba.
W świecie Admiralette prócz linii horyzontu oceany stroiły się w dodatkową nitkę. Taki szlaczek dla podkreślenia elegancji sztuki nawigacji.

Na dziobowy taras statku weszła dojrzała kobieta w wąskiej, białej sukni. Srebrzyste włosy chroniła pod koronkowym czepkiem. Płatki uszu zdobiły jej przypięte w dwóch miejscach łańcuszki z białego złota. Przez lewą część ust biegła biała, wąska blizna.
Zatrzymała się na chwilę, by czytelnik mógł zapoznać się z jej dokładnym opisem. Bez tego czuła się jakaś niepełna.
Bij zabij, ale przed oczami cały czas miałem ją:
jetsons-tv-042.jpg
Jestem przekonana, że wąskie sukienki plasują się w czołowej trójce najwygodniejszych strojów do morskich podróży.

Prawą ręką muskała linię inżynieryjnego nadburcia, skonstruowanego ze stopów egzotycznych metali i najdroższego dębu.
Stop dębu musi być naprawdę niezwykłym materiałem!
(I jaki to jest najdroższy? Sprowadzany z Chujwiegdzietakdaleka?)
Ten z atestem. Swoją drogą zastanawiam się: skoro żyją na statkach, skąd biorą materiały do napraw? Większe statki pożerają mniejsze?
Inżynieryjne nadburcie z pogardą łypało na humanistyczne skalopsy.

Zatrzymała się przy ozdobionej złotymi płaskorzeźbami belce rozpoczynającej dziobową, drabiniastą część relingu.
Osobliwie lubiła stawać przy płaskorzeźbie przedstawiającej pewną zabawną, choć nieprawdopodobną anatomicznie scenkę erotyczną.
W sensie tam, gdzie kończy się nadburcie, tak?

Stała kilka kroków za plecami młodej dziewczyny i oblizywała nerwowo kończyste kły. Próbuję sobie wyobrazić tę sytuację i coś mi zgrzyta anatomicznie...
Odkaszlnęła głośno, lecz bezskutecznie.
Okruszki w gardle trzymały się dzielnie.

Dziki pęd wiatru zagłuszał pozostałe dźwięki.
To w końcu wiatr czy huk wody? Narrator najwyraźniej nie może się zdecydować.
Pisakowi się chyba wydaje, że jak żaglowiec szybko płynie po spokojnych falach, to się ma wmordewind jak na motocyklu.

Wydęła wargi z niesmakiem i zmarszczyła czoło. Po chwili jej plecy urosły od ogromnego wdechu.
http://s3.amazonaws.com/rapgenius/Quasimodo_24.PNG
A w gardzieli rozjarzył się smoczy płomień.

- Sephiro! - wrzasnęła z całych sił. - Admirał prosi cię uprzejmie do swojej kajuty!
Wybacz brak fanfar i czerwonego dywanu, ale tak na szybko nie dało rady załatwić.

Dziewczyna nie zareagowała od razu. Po paru miauknięciach mew skinęła lekko głową.
Ja rozumiem, że w filmach wszystkie zwierzęta to psy, ale to nie usprawiedliwia miauczenia mew.
Czasami smoki bywają kotami:
http://i.imgur.com/gAWVQ.jpg
...ale od smoka do mewy wciąż jest dość daleko, mimo że jedno i drugie ma skrzydła.

Resztę ciała miała nieruchomą, jak w transie.
Lewa ręka i nogi były w transie, brzuch próbował je ocucić, a uszy zajadały metaforyczny popcorn i śledziły rozwój sytuacji.

Siwa kobieta stała zatem dalej w milczeniu. Wiedziała, że w swoim czasie doczeka się posłusznego wykonania prośby. Tak jak zawsze.
W czasie sztormu do reszty załogi również stosowane są prośby o wykonanie rozkazu?
Tak, i można się do nich stosować w dowolnym czasie.

W pewnej chwili Sephira wychyliła się za prawą część dziobu i smarknęła przez palce prosto w ocean.
Za sterburtę, na litość. Oraz jest taka luźna i zmaskulinizowana, że ciekawe, czy sika na stojąco.

Przywitała szerokim uśmiechem zastygłą w głębokim zdumieniu opiekunkę. Wyminęła ją i spokojnym tempem pobiegła bocznym łukiem pokładu w stronę rufy.
I can tell Mary Sue when I smell one. Zamiast biegać w stronę rufy sunie jakimiś bocznymi łukami. Do tego piękna i arogancka, czekam na supermoce z dupy wzięte.
Przecież już ma: biega w slow motion…
Skrapla bryzę, wyciąga nitki z morza, ma wpadające w trans łydki...

Sephira znalazła dziurawe wiadro dokładnie tam, gdzie je zostawiła.
Hultaje marynarze kradną na potęgę, ale chyba nawet oni nie połaszczyliby się na dziurawe wiadro.

Leżało do góry dnem przy wielkich, lnianych worach pełnych materiałów czekających na pranie. Odwróciła je i wyjęła ze środka swoje buty. Jedyne z całej kolekcji, które tak naprawdę lubiła.
Zwłaszcza te najnowsze Louboutiny głęboko ją rozczarowały, kostki prezentowały się w nich całkiem niekorzystnie.
Powodzi się pannie, kilka par butów. Ja w jej wieku nie jadłam.
Buty trzyma razem z praniem, aha. To by w sumie tłumaczyło, czemu jest brudne...

Proste, skórzane, wiązane na rzemień. Sięgające lekko za kostkę, z podeszwą pokrytą dziwnym, miękkim materiałem wchodzącym z drewnem w niesamowite tarcie.
Jak się dobrze rozpędziła, rozpalała nimi ognisko w minutę!
Może to nie były buty, a fikuśna szlifierka do drewna?
Buty i pokład ścierały się na polu strategii rozwoju gospodarczego i kształtu rodziny.

Nie pamiętała już portu, w którym jednoręki mężczyzna zanurzył zwykłego trzewika w kadzi ze złą deklinacją śmierdzącą masą, ale często o nim myślała. Dzięki jego magii mogła chodzić po pokładzie w trakcie ulew, nawet pomimo bujania.
Bo gdy statkiem buja, marynarze z przestrachem chowają się w hamakach.
Ot i mamy drugą supermoc - buty z przyssawkami.
Ciekawe, czy cmokały pociesznie przy każdym kroku.

Otrzepała lekko bose stopy i wsunęła w obuwie. Stuknęła dla wyrównania piętami o siebie i szybko poprawiła niesforną grzywę na czole.
...tymi butami?
Bo jak Mary Sue zamiecie obcasem, to nie ma… pruskiego pirata na oceanie!
(Widzę to jako taki wiatraczek zamiast nogi.)

Weszła w cień masywnej, ozdobionej drogimi kamieniami i lakierowanej tysiącem odmian drzew nadbudówki.
Ja się nie znam, ale szybki gugiel mi pokazuje, że lakieruje się lakierem, nie drewnem.
Tysiąc odmian drzew… Widzę to tylko tak, że polerka była zrobiona z dykty, a dykta z tysiąca różnych wiórów.
Bardzo “drogie” musiały być te kamienie, skoro byle nadbudówka była nimi wytłoczona jak murki denkami butelek w okolicach lat 90…
Prawdopodobnie przypominała ser szwajcarski. Nie wierzę, że nikt niczego nie wydłubał i nie zamelinował się w jakimś porcie, hulając za kasę z kamyczka.

Przebiegła truchtem coraz ładniejsze i pyszniej urządzone piętra ważnych dla Floty notabli i administratorów. Minęła wejście do własnej kajuty.
Piętra. Czy oni mają na tym statku osiedle?
Osiedle Swoboda. Tylko patrzeć Dźwiedzia szukającego jakiejś roboty.

Przed drzwiami na samej górze siedzieli na schodach dwaj strażnicy. Byli lekko ubrani, przygotowani raczej do walki w korytarzach niż na otwartym pokładzie.
Bo na pokładzie wiało i trzeba było wdziewać sweterki.
Bo po co trzymać agresora na pokładzie, lepiej wpuścić ich do swoich mieszkań i napierdalać patelnią.
Wartownicy stacjonujący pod pokładem są przygotowani do walki pod pokładem. No kto by się tego spodziewał.

U stóp leżały im wąskie, pozbawione pokrowców zabójcze szable.
Szable były tak zabójcze, że człowiek zaczynał się czuć źle na sam ich widok.
Bali się nawet do pochew ich chować, bo a nuż same im głowy poodcinają. Albo i coś innego…
A te nagie miecze leżały im u stóp chyba jedynie dlatego, by mogli sobie porównać, kto ma dłuższy. Ewentualnie żeby wróg mógł je im zabrać.
A że statek miał supermoce po Sephirze, nie kołysało nim w ogóle i nie było obawy, że utną komuś coś przypadkiem sturlawszy się ze schodka.

Jeden z mężczyzn, o oliwkowej cerze, łysy i z rozległym poparzeniem na prawym ręku (temu rzeczowniku coś się stało w rodzaju) uśmiechnął się szeroko. Zwinnym gestem schował butelkę za plecy. Nazywał się Loith i w głupim wypadku dwa lata temu stracił pewność chwytu w swojej silniejszej dłoni. W efekcie z równą wprawą nauczył się fechtować lewą ręką. Był słynny na obu kontynentach.
I tylko dzięki tej sławie mógł tak zwinnie schować flaszkę.

Imienia drugiego dziewczyna nigdy nie mogła zapamiętać. Wiecznie wyglądał jakby dopiero co skończył tygodniowy cug tankowania grogu (bo to diesel, a podwyżki żołdu wciąż brak), ale zarazem co kilka dni czytał dzieła innego klasycznego filozofa.
Mujeju, a to się jakoś odbija na twarzy? Nadaje szlachetności obliczu i przenikliwości wejrzeniu, a oddech przepaja słodyczą?

Miał bladą skórę i błękitne oczy.
Admirał ufał im obu bezgranicznie.
Łysemu zabijace i bladawemu pijakowi. Seems legit.

- Sephiii! - przeciągnął z zabawnym akcentem łysy fechmistrz. Był pijany. - Witaj dziewczyno. Idziesz do Admirałaaa?
Nope, wybronować pole.

- Cześć chłopaki. Podobno mnie wołał.
- Wskaaakuuuj!
Doprawdy…
r2.jpg

Strażnicy odsunęli się bez wstawania. Loith z drobnymi problemami, bo nie chciał potrącić flaszki.
Która z szacunku do niego ignorowała przechyły i stała na schodku jak przyklejona.

Dziewczyna minęła szerokie przejście na mostek i stanęła naprzeciwko drzwi z misternym, srebrzonym emblematem róży wiatrów. Zapukała.
- Zapraszam - odezwał się natychmiast ze środka silny, męski głos.
Sephira zdjęła utrzymujący drzwi w zamknięciu skobel prostej blokadki i weszła do środka.
Z admirała to niezły figlarz, skoro miał kajutę zamykaną od zewnątrz.
Może jest wilkołakiem i trzeba go zamykać, żeby nie wyskoczył za burtę podczas przemiany?
Albo włada telekinezą i tylko się z nimi droczy.

Kajuta kapitana miała najbardziej oszałamiający widok spośród wszystkich statków całej Floty, co do ostatniej jednostki.
Była to bowiem kajuta z widokiem na morze.
Kajuta była tym zachwycona.
Ale narzekała na obsługę hotelową.
I jakieś dziwne pasożyty, co się w środku zalęgły.

Znajdowała się na wysokości kilkunastu wyprostowanych mężczyzn nad poziomem wody.
Rozumiem, że autor nie mógł się zdecydować na system miar i wag, ale mierzenie wysokości wyprostowanymi mężczyznami zabawnie działa na wyobraźnię (oraz mamy do czynienia co najmniej z pancernikiem przy tych wielkościach).
Mierzenie rzeczy zgarbionymi dziewczętami byłoby o wiele zabawniejsze.

Z jej bocznych iluminatorów widać było fragment bezkresu kawalkady. Kilkanaście ogromnych statków, kilkadziesiąt wielkich, kilkaset normalnych.
I parę tysięcy kompletnie popierdolonych, które zamiast iluminatorów miały zwykłe bulaje.

Tysiące rodowych herbów, haftowanych równo z rogatym smokiem na żaglach o milionie barw i faktur. Wiele okrętów sunących jak wzdłuż linijki, wiele zmieniających szyk w celach handlowych lub społecznych. Wiele niewidocznych, bo płynących poza zasięgiem okien.
Właściwie to z bulajów widać burtę sąsiedniego okrętu i niewiele więcej, więc Sephira wyobrażała sobie tylko, co sunie za oknem.
Zmiana szyku w celu społecznym polega na tym, że okręty ustawiały się w kółeczka, dziobami do środka, i mówiły rzeczy w stylu “Nazywam się Czarna Perła. Ostatnio w porcie gościłam dwa lata temu…”
A gdy trzeba było szybko porozumieć się ze statkiem na samym końcu, to na co piętnastym statku zapalali wielkie ognisko i puszczali znaki dymne.

Przednie iluminatory ukazywały dla kontrastu tłoczny, spektakularny pokład samego Queillinu.
http://www.vh1.com/celebrity/bwe/images/2011/02/titanic275.gif
Pokład był spektakularny oczywiście dlatego, że miał trzy poziomy, hydraulicznie opuszczaną platformę dla orkiestry i kurtynę z ciężkiego pluszu. Nie dlatego, że ktoś tu wrzucił losowe długie słowo.

Kajuta była małym, narożnym pomieszczeniem o niskim stropie. Skromnie urządzona, z nienagannie złożonym przy ścianie hamakiem, stanowiła żywo bijące serce całej Floty. Tutaj mieszkał, żył, dokształcał się i samotnie planował strategie Admirał całej nacji.
Nacji? To jest jakieś morskie społeczeństwo militarne?
Narożnym… czyli w przypadku ataku kajuta admirała jest jedną z pierwszych do odstrzału? Dobrze wiedzieć.
To wyjaśnia, czemu taka skromna.

Gdy chciał przejść na dopełniający piętra mostek admiralski i zluzować pełniącego tam służbę sternika, wystarczyły trzy kroki.
Kapitan był człowiekiem orkiestrą - prócz dowodzeniem statkiem (okrętem? flotą?) w wolnych chwilach wyręczał sterników i otulał ich kocykiem do snu.
I dziergał pajęcze koronki, którymi chłopcy okrętowi szorowali spektakularny pokład.

Przy jednym z regałów wisiała pusta klatka. Princ musiał mieć swój przydziałowy czas wolny na pokładzie.
W innych porach pracowicie wykuwał PKB skrzeczeniem przekleństw i machaniem wystrzępionymi skrzydłami.
I pozowaniem do zdjęć wycieczek z innych statków.

- Cześć tato - zasalutowała Sephira.
- Hej, młoda. Znowu stałaś na dziobie? - Admirał Arneh podniósł wzrok znad gigantycznej, kutej w marmurze i zdobionej szlachetnymi kamieniami mapy świata.
- Nie, kurwa, na rękach - obraziła się Sephira. - I jak ty właściwie składasz tę mapę w harmonijkę?
Prawdziwi mężczyźni nie składają mapy. Ryją na niej nowe szlaki zębami.
Czy jest na tym okręcie choć jedna część wyposażenia nie zdobiona szlachetnymi kamieniami? To jakaś flota nowych ruskich?

Jej węższe boki zdobiły płaskorzeźby obu kontynentów. Mniej więcej na środku centralnego akwenu znajdował się talerzyk z okruszkami ciasta.
To brzmi, jakby mieli tam naprawdę dziwne wyspy.
Pewnie to Maelstrom, tylko ryć im się nie chciało.
Maelstrom-Clarke.jpg

- Jak codziennie. Czy to ciasto to my?
- Tak jakoś wyszło.
Słodziutko.

- To ładnie z twojej strony, że zjadasz podwładnych. Czemu mnie wołałeś?
- Chcę, byś zaniosła Meteorologom jedno pismo ode mnie - wskazał palcem drobny pakunek zasłaniający lądy północnych nacji.
To ci musiały być maleńkie nacje, skoro drobny pakunek je zasłonił.
Lilipucie.

Sephira przekrzywiła głowę na prawe ramię.
- Przecież masz kurierów.
- Mam, ale chciałem sobie popatrzeć na córkę, skoro nadarzyła się okazja. Astronomię masz przecież dopiero po kolacji.
- Nie no, jasne, nie ma problemu - Sephira pokręciła głową - po prostu jestem zdziwiona.
- Ty też się nadajesz na posłańca. Przewietrzysz się. Dzięki córuś - Arneh podszedł do dziewczyny i potarmosił jej włosy.
Nie wiem w sumie, czemu założyłam, że rzecz się dzieje w wieku, na oko, dziewiętnastym. Może to przez te suknie. I mi teraz komitywa z ojcem zgrzyta.
To Mary Sue, ona ma komitywę z każdym. Taki imperatyw.
Córuś, wiem że dopiero co przywołałem cię z pokładu, ale weź to, idź się przewietrzyć, no to prędziutko, już już.

Sephira miała już siedemnaście lat i ostatniej jesieni sporo urosła, ale potężny ojciec i tak przerastał ją blisko o połowę. Dzięki ramionom byłego, zawodowego galernika musiał wchodzić do własnej kajuty bokiem.
[komentarz czytelnika Uerbe]: Dlaczego same ramiona? A reszta kadłuba nie?
[komentarz czytelniczki Kury]: Na reszta kadłuba mrok.
[komentarz czytelnika Vaubana]: "Resztę kadłuba oskrobcie z pąkli i pomalujcie na zielono. Ramiona możecie wyrzucić. Ha ha - roześmiał się kapitan - niech będą strawą dla rekinów".
Ale te ramiona byłego galernika admirał nosi jakoś przed sobą, jak pawęż, czy może mocuje je na plecach niby husarskie skrzydła?

Sephira dotknęła delikatnie palcami wnętrza jego otwartej dłoni, wzięła paczuszkę z blatu i ruszyła z powrotem. W drzwiach odwróciła się na pięcie.
- Widzimy się wieczorem na kolacji?
- Postaram się. Uważaj na siebie.
Postaram się, ale może mi coś wypaść. Przecież nie jest tak, że nie mam gdzie iść, bo znajdujemy się na okręcie oh wait.
Może po drodze wyskoczyć walczyć z wielkimi kałamarnicami. Wiesz, formę trzeba utrzymywać.
Albo liczy się z tym, że pijani gwardziści znowu zamkną go w kajucie.

Ostatnie słowa padły już w roztargnieniu. Admirał wrócił oczami na mapę i stracił uwagę dla czegokolwiek innego, nawet najbliższej rodziny.
Dla składni ją stracił z pewnością.

Dziewczyna patrzyła na niego jeszcze przez chwilę.
Był niecodziennym człowiekiem. Wysokim i postawnym, a zarazem niesamowicie oszczędnym i szybkim w ruchach.
Przyczajony tygrys, ukryty smok. Rogaty.
Jeleń w sensie?
vlcsnap-2014-10-07-18h04m26s69.png

Odróżniał się od większości innych marynarzy brakiem jakiegokolwiek zarostu. Golił się codziennie, podobno miał ten nawyk z młodości. Nie bardzo lubił za to zmieniać ubrań, wychodził bowiem z założenia, że szkoda je tak marnować.
W związku z czym bił od niego dziwny blask z podbródka oraz niepokojąca woń.
No tak, przecież ubranie nieprane, przyklejone na stałe do pocącego się ciała ani trochę nie niszczeje!
Jeśli Admirał nie dba o stan higieny na swojej krypie, to nie chcę wiedzieć, jak wyglądają inne...

W przeciwieństwie do popularnej na bogatych statkach mody na białe koszule preferował zatem kolory ciemne i stonowane.
Niektórzy wprawdzie szeptali mu za plecami, że białe giezła to nie burżujstwo, tylko zwykły rozsądek podpowiadający wybór taniego niefarbowanego płótna, ale, jak już wiemy, admirał był trudnym człowiekiem.
I ani trochę nie wynikało to z tego, że ciemne kolory pozwalały mu nosić te same ciuchy nieco dłużej.

Tylko dwa elementy zaburzały schemat. Trzymająca jego popielate włosy chusta reprezentowała oficjalne barwy Floty - karmazyn i złoto.
Znaczy się, jednak Godryk. Albo nuworysz z zacięciem bizantyjskim.
Chusta trzymała jego włosy w żelaznym uścisku, co objawiało się u admirała lekkim wytrzeszczem.

Podobny emblemat zdobił przepaskę na jego potężnym ramieniu.
Podobny do do tego emblematu, który ani słowem nie został opisany w poprzednim zdaniu.

Ciepłe kolory pasowały do jego szarawej karnacji.
Znajome autorowi szafiarki przyklasnęły z aprobatą.
Szarawa karnacja… Taaa, a mózgi jedzone na kolację pasowały do jego natury zombie.
Myślałby kto, że od przebywania na pokładzie człowiek powinien być raczej ogorzały, ale oh well…
Też byś się bał wychodzić na pokład, gdyby po schodkach do twojej kabiny hulały latające luzem szable.

Admirał nie nosił przy sobie żadnej widocznej broni, ale nawet najbardziej wlokące się z tyłu jednostki słyszały plotki o jego pojawiających się znikąd nożach.
Po dłuższym namyśle nikt nie zadał pytań, skąd brały się noże. Dziwna woń admirała nasuwała nieciekawe podejrzenia.
A może admirał miał na drugie Yondu? Co prawda tamten miał strzały, ale co za problem się przekwalifikować.
Przywoływał je z innego wymiaru.

Atakowano go już w wielu portach, ale jak do tej pory utrzymał się na czele stawki rajdu Paryż - Dakar bez ani jednej blizny.
Był genialnym strategiem, ale trudnym człowiekiem. Na wiele informacji reagował zaciśnięciem szczęki i ostentacyjną zmianą tematu.
- Panie Admirale, skończył się proszek do prania!
- *zgrzyt* *zgrzyt*
Jak na trudnego człowieka nie miał oszałamiających sukcesów w utrzymywaniu dyscypliny, sądząc po strażnikach w stanie wskazującym i przewalającej się po schodach broni.

Czasem bywał drażniący, ale Sephira na jakimś zwoju przeczytała, że to tak właściwie jej własna wina, bo przechodzi coś nazywanego „dojrzewaniem”. Uznała więc, że nie będzie go wkurzać więcej niż nakazuje zdrowy rozsądek.
[komentarz czytelniczki Krystyny]: To jest myśl. Opiszę swoje nastroje na zwojach i poumieszczam tu i ówdzie, niech czytają, zanim zaczną dupę zawracać.
Ja dobrze rozumiem, że to jej tatuś właśnie przechodzi dojrzewanie?

Minęła stanowisko strażników i zniknęła za rogiem. Tam przystanęła. Rozchełstała lekko górę sukienki, po czym schowała grubawą kopertę pomiędzy pasma bandaża, którym owijała co rano górę ciała.
Uuu, nie dość, że mamy toksyczną relację z (trudnym) tatusiem, to jeszcze odrzucamy własne ciało? Ciekawy przypadek z panny.
Albo to jej własna wersja stanika. Tylko współczuję piersiom traktowanym w ten sposób.
No bo przecież Mary Sue musi mieć czym oddychać. Widziałaś kiedyś bohaterkę fantasy bez konkretnego biustu?
Owszem, Ciri była raczej słabo wyposażona. Ale miała inne przymioty.
Ale doceńmy grację, z jaką narrator uniknął słowa "piersi".

Koperta ulokowała się nad żebrami idealnie. Wymościła sobie gniazdko i zamlaskała z ukontentowaniem. Gdzie ona sobie wepchnęła tę paczkę, pod obojczyk?  Sephira nie musiała przemieszczać swojego zaufanego ostrza w cienkim, skórzanym pokrowcu.
Ostrze znało wszystkie jej sekrety. Czasem zakradało się do kuchni poplotkować z łyżkami, ale one nie miały zrozumienia dla ludzkich spraw.

Miało ono uchwyt z kości gigantycznych, południowych słoni i ostrze wygięte w sierp niczym księżyc.
Incepcyjne ostrze, które samo miało ostrze. Rzeczywiście, idealna broń do ukrycia w jakimś zakamarku, wygięta klinga z pewnością ani trochę nie odznacza się pod ubraniem.

Trenowała nim kilka razy w tygodniu, z reguły na długo przed pierwszymi światłami brzasku. Szybko robiła się całkiem niebezpieczna.
Ojciec nie miał o istnieniu tego noża bladego pojęcia.
A Saphira trenowała całkiem sama. W wolnych chwilach fechtowała się także sama ze sobą, trenowała ciosy karate i manipulację telekinetyczną. Taka była zajebista.
Miała podręcznik i tutoriale na youtube.
(Oraz śmiem twierdzić, że w żadnych rękach nóż nie jest taki niebezpieczny, jak u niedoświadczonej, ale nadaktywnej nastolatki.)
O nożach z wygiętą klingą w ogóle nikt nie ma bladego pojęcia, bo to potworek na miarę rapiera do miotania czy obuchowej procy.

Sephira docisnęła skrytkę w bandażu by nie przeszkadzała i zapięła pod szyję zieloną sukienkę. Po chwili namysłu odpięła jednak najwyższy guzik.
Potem jeszcze jeden. Potem znów zapięła. Zachichotała. Wtarła trochę masła w dekolt. Odpięła i poprawiła biust w wycięciu sukienki.
Potem smarknęła przez palce i poszła dalej.

Pogwizdując bez większego sensu, zbiegła po schodach na pokład.
(...) Zatrzymała się przy najwyższym maszcie Qeillinu i spojrzała do góry. Dawno temu wyciosano go z pojedynczego pnia dzisiaj już rzadkich Drzew Wysokich.
Te, podobnie jak Drzewa Trochę Niższe i Drzewa Rosnące Liśćmi Do Góry, były już prawie wymarłe. Doskonale za to miały się Drzewa O Odkrywczej Nazwie.

Pokryty był lakierami warzonymi na tylko jednym półwyspie pewnego zachodniego królestwa opierającej się wciąż Rzymianom.
Pewnego królestwa, o którym narrator nie zdążył wymyślić nic więcej, więc sorry.

W stalowych prowadnicach biegł po całej jego długości biały, grubo pleciony sznur mieniący się rzadkimi, acz wyraźnie złotymi pasmami stanowiącymi średnią lokatę oszczędności. Jego koniec zdobił postrzępiony, wielki jak męska pięść węzeł.
Maszt miał na imię Bjorn i był hipsterem. W wolnych chwilach parał się lomofotografią, produkcją nawozu do skarlałych marchewek i szlifowaniem oprawek do okularów w instagramowe kwadraty.

Sephira zaparła się nogami o pokład i szarpnęła z całej siły frędzlem do dołu.
Też bym szarpnęła jakiś frędzel.
Wilq nie popiera szarpania bohatera.

Skupiła spojrzenie na błyszczącym pod chmurami punkciku oznaczającym górne gniazdo. Po dłuższej chwili wychynął zza jego obrębu tyci, z tej perspektywy, obiekt. Przedmiot zwiększał się w w miarę opadania bliżej pokładu.
Aż wreszcie jebnął Sephirę w łeb i ubił na miejscu. THE END.

W końcu dziewczyna porwała łapczywie gruby, skórzany pas na linie i zaczęła go łakomie żuć? i szybko przewiązała się w pasie. Musiała zablokować mechanizm o ostatnią możliwą dziurkę. Wciągarkę przewidziano raczej dla wielkich facetów.
Sephira zajrzała od góry w przymocowaną teraz do jej boku ażurową, stalową skrzynkę wielkości ludzkiej głowy. Sprężyna była naciągnięta, a skobel zatrzaśnięty. Córka Admirała sprawdziła luz naciągu cienkiej liny z orientalnego kraju i bez zbędnego czekania wzięła błyskawiczny rozpęd od masztu. W szczytowym punkcie napięcia linki pchnęła palcami skobel.
http://37.media.tumblr.com/3e63f53fc1d7622c15a232e8fd1b953e/tumblr_n8gpb90Gqx1s9rrcgo1_400.gif
A teraz niech mi ktoś powie, czemu służy ten cały powyższy akapit.
Domniemywam, że Pisak chce się popisać znajomością tematu i zamiast napisać: dziewczyna użyła wciągarki i przemieściła się do Obserwatora raczy nas tymi szczegółami.
Mnie zastanawia, co tu robi określenie “orientalne” stosowane przez ludzi regularnie KURSUJĄCYCH MIĘDZY KONTYNENTAMI W WIELKIEJ ARMADZIE?!
Zasiewa europocentryzm.

Charakterystyczny stuk haka o czaszę wciągarki postawił dziewczynie wszystkie włosy na karku. Rozpędzający się śpiew zębatego mechanizmu zwiększył jej tętno do absolutnego maksimum.
Jeśli wejście na gniazdo przyprawia o taki wzrost ciśnienia, to ciekawe, ile osób przeżywa sztormy...

Przez jedno, pojedyncze uderzenie rozszalałego serca, przez skazaną z góry na niepowodzenie próbę postawienia jeszcze jednego kroku w płaskim rozbiegu, nic się nie działo.
Po chwili skręt mechanizmu zrównał się z momentem wciągu i ciało Sephiry wystrzeliło pod idealnym kątem w niebo, jak z procy.
Rozbije sobie mordę czy nie rozbije?
Jaki kąt jest idealny?
To zależało od widzimisię ulokowanego na maszcie jury.

Zdążyła jeszcze tylko złapać udami nadmiar materiału sukienki i wsunąć prawą stopę w specjalne strzemiono.
Strzemiono wymyśliło plemiono, co ma jedno ramiono do wzruszania nim na meandry polskiej gramatyki.
Chwytne ma uda. Pewnie zwija nimi cygara tak, że aż iskry lecą.
Ja widzę TO:
lEUuoCv.png

Poszybowała przez zawieszone w niebie krople oceanicznej bryzy.
Jeżu Borski, aż w niebo ją wyniosło? Ten okręt ma mechanizm wniebowstąpienia?
Tak - jak zlecisz głową w dół, to po chwili znów lecisz w górę. W jakimś sensie przynajmniej.

Pęd powietrza natychmiast zwiał jej z twarzy wszystkie niesforne loki. Pchnął do tyłu zawieszkę na drobnym, srebrnym łańcuszku.
http://media.tumblr.com/8f8975f24835fa99ab78fca8412d44a6/tumblr_inline_mq3tlpWk791qz4rgp.gif

Sephira zmrużyła oczy. Lubiła startować, ale prawdziwa zabawa zaczynała się dopiero przy unikaniu żagli. Na szczęście była w te klocki najlepsza na całym statku.
Regularnie plasowała się na czele tabeli wyników z zerową liczbą kolizji. Co bardziej zawistni marynarze rozsiewali plotki, że leciała na kodach, ale niczego jej nie udowodniono.

Manipulowała prędkością wciągania, i odbijając się okazjonalnie od rei i pomniejszych ożebrowań, w niesamowitym tempie znalazła się aż na samym szczycie.
- Jestę Batmanę - szumiało jej w głowie. - Parkoury z ręki mi jadły.
Ożebrowanie: «wiązanie z belek, drewnianych lub metalowych, służące jako poprzeczne umocowanie kadłuba statku, łodzi»
Reja: «poziome drzewce omasztowania statku»
Naprawdę chciałabym zobaczyć to jej odbijanie się.
To jak pinball w 3D.

- Taa, tak czułem, że to ty - przywitał ją wiecznie naburmuszony obserwator.
- To po tatusiu - pisnęła Sephira. - Tak jak on, nie piorę ubrań.

- Admirał wyraźnie zakazał kątowego startu w zeszłym roku, pamięta?
Przez użycie trzeciej osoby zaraz sobie wyobraziłam stereotypową panią Wiesię, z wałkami na głowie i papierosem przyklejonym do dolnej wargi… Tylko że w stroju marynarza.

- No przecież mnie nie sypniesz - Sephira zluzowała zatrzask pasa i zsunęła go przez nogi. Puściła do marynarza oko. Ten westchnął ciężko, podniósł z podłogi sporą dźwignię i za jej pomocą zaczął od razu przewijać sprężynę, razem z liną, do pozycji wyjściowej.
A właściwie to czemu nie? Gdyby przypadkiem rozwaliła sobie łeb, to kto by za to beknął?

- Czego chcesz?
- Do Meteorologów.
- Przecież ich zwolniliśmy - zdziwił się Obserwator. - Cięcia kosztów, a na pogodzie tak, by kurs zaplanować i tak każdy tu się zna.

- Nie mogłaś skorzystać z barki?
Sephira spojrzała przelotnie przez bark na dwie barki transportowe przy burcie Queillinu. Tuż przy nich, przez lunetę, oglądał własny statek wyraźnie rysujący się na tle jasnego parkietu czarnoskóry Nario z Irvatty.
Zawsze malował parkiet na biało, by z nim elegancko kontrastować. Piraci go uwielbiali.

Na relingu, nieopodal, siedział Princ. Lubił fruwać przy komandorze sąsiedniego okrętu.
Komandor wprawdzie trochę narzekał na ptasie guano zasyfiające pokład, ale z Admirałem nie było dyskusji. Z Princem tym bardziej.

- Muszę się dostać do Meteorologów bezpośrednio, nie przez inne jednostki - zaryzykowała Sephira.
- Po prostu chciałaś sobie polatać z rozbiegu, przyznaj się.
- Przyznaję.
Obserwator między innymi dlatego nie przepadał za Sephirą, bo dziewczyna już dawno odkryła, że jak będzie wszystko szybko przyznawać to po prostu nie wejdzie w żadną z jego gier. Splunął razem z potężnym wiatrem. Strużki śliny oddaliły się od nich w zawrotnym tempie.
Mięczak. Twardziel by plwał pod wiatr i nawet nie mrużył oczu.
A ja to zrozumiałam tak, że wiatr też splunął. A potem strużki oddaliły się od marynarza i od wiatru.
Ciekawe, czy przybijają sobie piątki za każdego charcha, który spadnie na pokład płynących za nimi statków.

- No dobra. Do Metów weź mały zestaw.
Tym razem Sephira musiała założyć na siebie całą kamizelkę.
Teraz to dopiero będzie miała majtający się wszędzie nadmiar!
Ta sukienka to chyba w charakterze spadochronu była...

Czasza przy biodrze też była trochę większa. Koniec sznura wieńczył opalizujący silnie w słońcu płaski obciążnik, przypominający miniaturę klasycznego, kamiennego pachoła w porcie. Nie był bardzo ciężki, choć istniały większe wersje. Cała Flota miała na stanie tylko kilkadziesiąt takich urządzeń, pradawny prezent od uratowanego przed piratami odległego miasta.
0463_033e_500.gif

Dziewczyna nie do końca rozumiała ich działanie, ale wiedziała, jak się nimi posługiwać.(...) Wreszcie wybrała z wyłożonej aksamitem szkatułki pierścień z krzemieniem i wsadziła na kciuk.
Obserwator poczekał, aż dziewczyna w pełni się przygotuje i w międzyczasie usnął z nudów wraz z czytelnikami sięgnął po dużą, wklęsłą tarczę pełną idealnie okrągłych dziur wielkości jabłek. Była zrobiona ze sprasowanych nieziemską siłą i precyzją sklejek jasnego drewna.
Czy narrator sugeruje, że mają tam bogów/cudotwórców tworzących… sklejki?
Wkrótce okaże się, że okręt łatają płytą pilśniową.

Mężczyzna zaczepił ją ściśle o pasy na plecach wciągarki. Sephira sprawdziła ręką, czy kontrola na rancie ponad jej głową działa poprawnie. Wyglądała teraz jak całkiem ładny, tropikalny żółw.
- No dobra, jesteś gotowa - burknął obserwator. - Znasz dryl?
- W sensie - dyscyplina wojskowa, czy gatunek małpy?
- Tak.
- No, to śmigaj. Ale masz potem zwrócić to cholerstwo do mnie. Szyku komunikacyjnego został jeszcze kwadrans, więc i tak podróż barką cię nie ominie - marynarz wyszczerzył się wrednie.
Sephira potaknęła głową. No masz, ja zazwyczaj potakuję łokciem. Nie musiała zdradzać staremu wszystkich tajemnic Floty. których uczyła się w tempie trzydziestu na dzień.
Podeszła z trudem do krawędzi gniazda. Jej buty cmokały cicho
Ha! A jednak!

i tarły niemiłosiernie w zetknięciu z tą samą substancją, którą miała na podeszwach. Wylano nią od środka stalowe obserwatorium. Środki bezpieczeństwa.
Niektóre z Wielkich Okrętów płynęły lekko poza szykiem, bliżej siebie. Żeby im było raźniej. Dodawały sobie otuchy, szturchając się lekko masztami, co przyprawiało marynarzy o stan przedzawałowy. Był to jeden z genialnych pomysłów dziadka Sephiry. To on rozporządził, by przy dobrej pogodzie, trzy razy dziennie tworzyć linię komunikacyjną, po której mogli skakać kurierzy.
A ja myślałam, że wiadomości są przenoszone przez mewy między statkami ustawionymi w szyku z przyczyn społecznych.
Aż dziw, że u nas jakimiś chorągiewkami się posługiwali, leszcze.
Chorągiewki są dla leni i lamerów.
Przy złej pogodzie chowali się pod pokładem i czekali, aż wieści same się rozejdą.

I faktycznie, Sephira naliczyła w powietrzu naraz aż ośmiu ludzi strzelających wciągarkami. Za moment miała do nich dołączyć.
Na krawędzi najwyższego punktu całej Floty poczuła delikatny strach. Leciała już w podobny sposób kilkadziesiąt razy, ale dziś wiatr był wyjątkowo silny.
Cały czas mówimy o tej porannej bryzie, tak? Strach pomyśleć, co wyprawiała w czasie sztormu.

„No nic - pomyślała wykazując się czarnym humorem - na coś trzeba umrzeć”.
Czytelnicy, którzy dotąd nie umarli z nudów, padli ze śmiechu.

Tym razem wyciągnęła z bandażowej kieszeni pod ramieniem metalową agrafkę i spięła sobie sukienkę między nogami, zmieniając ją w prowizoryczne spodnie.
Nie byłoby prościej, gdyby zwyczajnie nosiła mniej zwiewną i niepraktyczną kiecę?
I może jeszcze przestrzegać zasad bezpieczeństwa? No co ty?
Jedną agrafką to ona sobie mogła przyczepić naderwany kołnierzyk, a nie suknię tak, by pęd powietrza nie zrobił z niej spadochronu.

Oparła nogę o rant obserwatorium. Drugą wsunęła w luźne strzemiono. Wyliczyła dokładnie odległość do kolejnego gniazda. Upewniła się, że żaden z już lecących kurierów nie przetnie jej kursu.
- Masz trzy nawroty, potem lina może zacząć się przepalać - pożegnał ją optymistycznie naburmuszony marynarz.
- Wystarczy mi jeden - odpowiedziała Sephira i skoczyła w pustkę.
(A nie mogłoby być żadnego?)
A pustka zrobiła mlask! i było po sprawie.

Serdecznie dziękujemy czytelniczkom i czytelnikom: Krystynie, Ysabell, Aleksandrze, Kurze, Uerbe i Vaubanowi za wsparcie merytoryczne i wytrwałe komentowanie postępów w analizie oraz czytelniczce ML za opinię ekspercką w kwestii terminologii żeglarskiej.