piątek, 27 czerwca 2014

Morlock, Mordor i Morghulis, czyli Zaporożec w kieszeni



Witajcie!

Dziś mamy dla Was opko, które jest plagiatem blogaska z zeszłego tygodnia. Trzeba mu przyznać, że pod wieloma względami jest dużo lepsze od poprzedniego, wiele kwestii zupełnie niedopowiedzianych w tamtym - tutaj się znalazło. Ale cóż z tego, skoro najpierw mamy wzorcowy niemal opis bohaterki, a później - Jima Moriarty’ego opowiadającego swobodnie o swoich terrorystycznych planach, jakby było to coś na miarę zarąbania jabłka z warzywniaka. Bohaterowie wciąż utrzymują średnią wieku na poziomie dwunastu lat, Sherlock jąka się i rumieni, a londyńskie parki przemieszczają się w losowo wybranych kierunkach.

Indżojcie!

Zanalizowały: Pigmejka i Kalevatar.

adres blogaska: http://fanfictionsherlockholmes.blogspot.com/

"Defekt socjopaty": Prolog

 Londyn, Melcombe Street, przecznica do Baker Street, stosunkowo niedaleko numer 221b.
“Stosunkowo niedaleko numer”? Znaczy, stoi tam taki znak drogowy czy co?
Ulica Melcombe dzieli się na "stosunkowo niedaleko numer 221B" i "całą resztę".

Mieszka tam Jane Morison, kuzynka Jima Moriartego. Jak to sama mówi: "Rodziny się nie wybiera.".
Ani pierwszego członu nazwiska. Morison, Moriarty… Inni kuzyni to pewnie Morlock, Mordor i Morghulis.
Mordred, Mortanius i ekscentryczny wuj Redrum.

 Jest jedną ze spokojniejszych osób na tej ulicy, co chyba wydaje się niemożliwe, jak żyje się z takimi "upierdliwymi sąsiadami" (sama tak uważa).
Rozumiem, że chodzi o Holmesa i Watsona - ale na bora, jacy tam z nich sąsiedzi? Chyba że bohaterka za sąsiadów uważa wszystkich mieszkających w tej samej dzielnicy.


                                                                           Jane Alex Morison
Wiek: 25 lat
Zawód: Radiolog w szpitalu Reichenbach, ale także, od czasu do czasu, pracuje w laboratorium szpitala.
W wieku 25 lat już pracuje jako radiolog? No cóż… załóżmy, że była jedną z tych genialnych dzieci, które ogarnęły proces nauczania w okresie dwa razy krótszym niż ich rówieśnicy.

Wzrost: 170 cm
Kolor oczu: Niebieski
Kolor włosów: Ciemny blond
Ech, uwielbiam te metryczki. Tyle się miejsca oszczędza w narracji!

Znaki szczególne: Okulary korekcyjne w oprawce koloru złotawego, lubi wszystko co jest związane ze zwierzętami (bardzo lubi sowy i psy).
A to lubienie jakoś widać? Ma tatuaż z serduszkiem i sową w środku tegoż?
I psem dookoła serduszka.

Najczęściej można ją spotkać ubraną w spodnie (zazwyczaj koloru zielonego, fioletowego, czerwonego, bądź, najrzadziej, żółtego, zdarzają się też w kolorze niebieskim i czarnym)
Krócej byłoby wymienić, w jakich kolorach nie występują te spodnie.

oraz płaszcz koloru moro, albo szary w kratkę.
A nie ma płaszcza koloru pepitkowego przypadkiem? Hint: moro to nie kolor.

Włosy upina w luźno zwisający kok, rzadziej w warkocz.
Jak się upina włosy w warkocz? Mam długie i mogłabym to robić, ale nikt mi nie pokazał jak! :(

Zainteresowania: Lubi długie spacery w samotności, zazwyczaj bierze książkę do czytania, bądź słuchawki by słuchać muzykę.
Jakby brała słuchawki do gotowania pomidorowej… no, to dopiero byłaby kuchnia fusion!
Mogła by też brać książkę do słuchania i czytać słuchawki.

Cele spacerów: Tamiza, odległy brzeg. Gra na gitarze.
Iść, ciągle iść… w stronę słońca gitary!
Moment - to ten brzeg Tamizy gra na gitarze?

Inne: Kuzynka konsultanta-przestępczy, Jima Moriartego,
- Dzień dobry, nazywam się Jim Moriarty, jestem konsultantem - przestępczą, w czym mogę pomóc?

rodzina mieszka poza Londynem. Sherlocka Holmesa i Johna Watsona zna tylko z widzenia, za panem Holmesem nie przepada, lecz zdzierży jego obecność.
Z pewnością panu Holmesowi jest z tego powodu niesamowicie wszystko jedno.

Posiada nieprzeciętną inteligencję.
Niestety, przechowuje ją w depozycie.

"Defekt socjopaty": Rozdział 1

 Był deszczowy dzień. Deszcz padał w całej Anglii, więc żadne źdźbło trawy nie miało szansy się przed nim uchronić.
Za to krzewy i drzewa schły w zastraszającym tempie.
(Chciałabym zobaczyć taki deszcz, który pada w CAŁEJ Anglii.)
Może opko rozgrywa się w czasach biblijnych i gdzieś tam na Bliskim Wschodzie Noe właśnie kończy zbijać arkę?

Jane Morison była w swoim mieszkaniu, przy, Melcombe, Street. Właśnie przyszedł do niej jej kuzyn, Jim Moriarty i zaczął opowiadać o swoich 'wielkich' planach (plany były takie żenujące, że nawet cudzysłowy ze wstydu zmutowały w apostrofy) zamachu na parlament, czy inną placówkę rządu Brytyjskiego.
O nie. Jeśli taki jest początek…
Nie muszę pisać, co sądzę o pomyśle rozpowiadania Tajnych Planów Destrukcji swoim kuzyneczkom,  prawda?
Plany zamachu na parlament czy jakąś tam inną budę… kto by się tym przejmował, meh.

- A weź się odczep! Przecież tyle razy tobie mówiłam, że nie chcę o tym słyszeć ani słowa! Weź mi tu nie zawracaj głowy tym swoim zabijaniem ludzi, wiesz, że mi to zwisa kalafiorem.
- A ja tyle razy CI mówiłem, żebyś nauczyła się używać zaimków osobowych!

- Ale przecież...zawsze mówiłaś, że chciałabyś zmienić diametralnie ten rząd.
No, jak nie patrzeć - wysadzenie jest dość trwałą zmianą. Dobrze kombinuje, mądrze.
http://media.giphy.com/media/12QqHhlcsHEFsA/giphy.gif
Za chwile się okaże, że Moriarty tak naprawdę jest dobry i tych wszystkich przestępstw dokonał w imię lepszego jutra, a nie dlatego, że mu się nudzi.

- Tak, ale nie w ten sposób! Nie w sposób zamachu na ludzi z rządu!
Znacznie skuteczniej jest masakrować ich złą składnią!

- To jak niby chcesz to zmienić?! Za pomocą wyborów… - zapytał Jim, dyskretnie zmieniając swoje nazwisko na wizytówce na "Leniniarty".

Tutaj Jane weszła mu w słowo:
- Prawdopodobnie tak. A przynajmniej w jakiś inny sposób zgodny z prawem, a nie w sposób typowy dla ciebie! To jest, mówiąc szczerze, chory i zdrowo rąbnięty pomysł!
Kuzynie, ciebie ze szczętem pogrzało. Jak jeszcze raz dokonasz masowego mordu, to zobaczysz! Przestanę ci karmić rybki podczas twoich wyjazdów i poskarżę twojej mamie!
Tak, bo Jim zawsze był prawdziwym wzorem zdrowia psychicznego. Chcieli go nawet w tym charakterze zainstalować w Sevres, ale spierdzielił.

- Jak chcesz, ale mnie przed tym nie powstrzymasz. - Jim powiedział to z takim stoickim spokojem, że Jane podniosła ze zdumienia lewą brew, zrobiła wielkie oczy i prawie otworzyła usta.
I wyglądała tak:
http://media.giphy.com/media/vkmVlPiZUudoc/giphy.gif

- Nawet mi się nie waż! - powiedziała Jane podniesionym i stłumionym głosem - Nie chcę, żebyś teraz ty trafił do więzienia, tak jak wujek! - powiedziała to takim głosem, że można by się w nim doszukać płaczu.
Pal sześć zabijanie ludzi. Żeby cię tylko nie złapali!
And Moriarty was like
http://media.tumblr.com/tumblr_m76bldJ2Qh1qdqgnh.gif

- Może to zrobię, a może nie. O to już nie zachodź w głowę. Wychodzę.
'Prawdopodobieństwo, że to zrobi jest bardzo duże.' - pomyślała Jane, patrząc na swój podręczny zamachomierz. 'Prawie osiem w skali Jokera' - 'Trzeba by go jakoś powstrzymać. Ale to już nie moja sprawa. Co ja jestem Scotland Yard?'
Przecież nie zadzwonię na policję ani nic. Nie mój cyrk, nie moje małpy. Zaraz, gdzie był mój kubek z herbatą i parapet do siedzenia…?
I dupa do mania w niej wszystkich mniej ważnych rzeczy.

 Ubrała się, wzięła parasolkę i słuchawki do telefonu, i miała już wyjść, gdy sobie przypomniała, że jak wychodzi, to zawsze zagląda do właścicielki, u której wynajmuje mieszkanie i pyta się czy czegoś nie potrzebuje oraz mówi, że wychodzi na długi spacer.
Mówi tak nawet jeśli idzie do ginekologa. Przebiegłość ma w genach!

- Pani West. - zawołała w drzwiach mieszkania właścicielki - Pani West! Jest pani?
- Tak, jestem w kuchni. - odezwała się już nie pierwszej młodości staruszka, lecz nadal pełna wigoru i chętna do działania na rzecz innych.
Miło wiedzieć, że staruszka była już nie pierwszej młodości. Nie żeby wynikało to z samej definicji bycia staruszką.

Miała około 65, bądź 70 lat
- (...) Wychodzę na długi spacer. Potrzebuje pani coś ze sklepu?
- Nie kochane, dziękuję za dobre chęci. - mówiąc to uśmiechnęła się szeroko. Miała piękny, pełny, biały i zdrowy uśmiech.
To jest kluczowa informacja. Poproszę jeszcze opis stanu cery i włosów.
Oj no, może narrator z zamiłowania jest stomatologiem.
(Zdrowy, biały i pełny uśmiech w wieku siedemdziesięciu lat? Albo dobra proteza, albo - pogratulować!)

- Dobrze, jak by pani czegoś jednak potrzebowała, to jestem pod telefonem. Do zobaczenia! - mówiąc to wyszła z mieszkania pani West.
 Otworzyła drzwi i zaraz uderzył w nią szum deszczu.
W tej Anglii mają wyjątkowo agresywne dźwięki.

Wciągnęła zimne, świeże powietrze,
W centrum Londynu? Chyba z butli tlenowej.

włożyła słuchawki do uszu, puściła "November Rain" Guns N' Roses ( https://www.youtube.com/watch?v=8SbUC-UaAxE ),
Iiii - obowiązkowe punkciki do ogólnej blogaskowatości za wrzucanie linków w narrację!

rozłożyła parasolkę i poszła w siną dal. Dokładniej to na drugi brzeg Tamizy, do zagajnika w parku oddalonego o ładne 2, bądź 3 kilometry od gramatyki Melcombe Street.
Jeśli dwa lub trzy kilometry, to Hyde Park albo St James Park. Jeśli drugi brzeg Tamizy - to na przykład Battersea Park lub Kennington Park - ale te dwa oddalone są już o jakieś pięć kilometrów. Przykro mi.
Może to był jakiś wolnostojący zagajnik, terenowa filia Kennington Parku?

 Gdy wracała było już około w pół do dziewiątej wieczorem.
'Pani West niczego nie potrzebowała. Nawet dobrze.' - pomyślała Jane - 'Nie będę musiała zachodzić do jakiegoś sklepu.'
***
 Krzyk. Jane stanęła na chwilę, ale pomyślała, że jej się chyba zdawało, lecz słuchawki już wyciągnęła z uszu. Poszła dalej. Tym razem krzyk był bardziej zdecydowany i ktoś krzyczał, z entuzjazmem, jej imię.
I miotał w nią przecinkami, by przyciągnąć jej uwagę.

Odwróciła się powoli, bo nie chciało jej się raczej z nikim rozmawiać (nie po to chodziła na samotne przechadzki by z kimś gadać!). Tą osobą, która krzyczała, była Mary Morstan, znajoma Jane z czasów gimnazjum i liceum.
- Cześć Jane! Dawno się nie widziałyśmy! Opowiadaj co tam u ciebie.
To rozkaz.

Mary szła ze złożoną parasolką, która ociekała wodą, po niedawnym deszczu.
Tak, wiemy, że padało. Podobno w całej Anglii. Chyba że narrator sugeruje, że Mary potrafi wytwarzać pole siłowe odganiające deszcz, ale akurat z tego nie skorzystała.

- Hej Mary. Jak widzisz wszystko dobrze. Mam gdzie mieszkać (a Mary widzi to po…?) (Jane niosła swoje mieszkanie na plecach, jak ślimak), pracę tak samo mam i nie jestem połamana, jak miałam niegdyś w zwyczaju być. - Jane powiedziała to z, bardzo nikłym, sarkastycznym uśmieszkiem.
- Ja za to - powiedziała Mary, nie czekając nawet na pytanie od znajomej - mam chłopaka od 4 miesięcy. Muszę się pochwalić, że mamy za sobą tylko jedną kłótnię.
Inne opko, a wiek mentalny dalej w okolicach dwunastu lat.

Nazywa się John Watson i jest emerytowanym doktorem wojskowym. Pracujemy razem w prywatnej klinice.
Dlaczego obie aŁtorki uznały, że właśnie tak zachowują się spotykające się po latach koleżanki ze szkoły? Serio, liczba kłótni w związku jest pierwszą rzeczą, jaką trzeba się pochwalić?

 Mary przedstawiła Johna Jane, a Jane Johnowi.
To zdanie brzmi jak z jakiejś czytanki do ćwiczenia wymowy głosek.
(“Dżdżystym rankiem gżegżółki i piegże, zamiast wziąć się za dżdżownice, nażarły się na czczo miąższu rzeżuchy i rzędem rzygały do rozżarzonej brytfanny.”)

Dopiero w tedy Jane zauważyła sąsiada, którego prawie w ogóle nie znała.
Całkowicie przysłoniła go ta spacja we "wtedy".

Uśmiechnęła się uprzejmie do Johna, a John odwzajemnił uśmiech i uścisnęli sobie dłonie (wcześniej jednak Jane musiała ściągnąć rękawiczkę, bo zmarzły jej ręce).
Hę…?
http://media.giphy.com/media/oD0YFMXHpwxDq/giphy.gif
No co ty, ty się nie rozbierasz, jak zmarzniesz? Nic tak nie pomaga na mróz jak ściągnięcie czapki!

Obok doktora stał wysoki brunet o pociągłej twarzy, prawie tak bladej jak u kościotrupa, i kręconych włosach.
- A to, Jane jest nasz przyjaciel Sherlock Holmes.
Jeszcze tylko dwa przecinki i to zdanie zacznie mieć sens.

- Witam. - zabrzmiał basowy głos detektywa.
Zaziębiony był, czy po prostu kolejna aŁtoreczka nie pamięta, że Sherlock jednak nie mówi basem?

Podał rękę z wielkimi otwartymi oczami.
eyes_c_u_.jpg

Czyżby kogoś mu przypominała?
A co, Sherlock podaje oczy tylko znajomym?

- Dzień dobry. - odparła Jane ze zdziwieniem na twarzy. - Przepraszam muszę już iść. - wyrwała dłoń z uścisku detektywa - konsultanta i odeszła szybkim krokiem, zostawiając całą trójkę z tyłu, naciągając rękawiczkę na prawą rękę i podnosząc kołnierz swojego płaszcza, żeby się nie zaziębić.
O, a zachowanie tej jeszcze bardziej z tyłka, niż u poprzedniej. Nawet nie wie czemu, ale spierdziela. Imperatyw ją pogonił czy co?
I po co w ogóle była cała ta scena, skoro już w "metryczce" zostało powiedziane, że Jane Sherlocka zna i niezbyt lubi?

***
 John i Mary dziwnie spoglądali na Sherlocka.
Nie na Jane, broń boru. Jej zachowanie nie wzbudzało niczyich wątpliwości.

Sherlock za to śledził wzrokiem dopiero co poznaną Jane. Dziewczynę w okularach, wzroście około 10 cm niższym od jego własnego (otrzymanego drogą kupna), długich włosach spiętych w warkocz, przerzuconym na bok Zaporożcem sterczącym jej z kieszeni, spodniach koloru fioletowego i w płaszczu, długim do kolan i w kolorze moro.
Jeśli ona nosi fioletowe spodnie do zielonego (jak się domyślam) moro, to się nie dziwię, że Sherlockowi mowę odjęło. Chyba że on po prostu nie mógł uwierzyć, co stało się z gramatyką w tym zdaniu.

Spoglądał tak przez dobre 5 minut (ona musiała naprawdę wooooolno iść, skoro aż przez 5 minut na nią patrzył) (A na chodniku przez ten czas wstrzymano ruch pieszych, żeby żaden przechodzień przypadkiem nie przysłonił mu widoku.), za nim zauważył, że mu jakaś dziwna spacja wyrosła John potrząsa jego ramieniem i mówi do niego.
- Sherlock... Sherlock... bez odzewu - zwrócił się do Mary - Sherlock - krzyknął. Detektyw w końcu oprzytomniał i spojrzał na niego pytającym wzrokiem - No nareszcie wróciłeś do rzeczywistości. Co tak się wpatrywałeś w... Jane? Zakochałeś się?
- Nie, po prostu zastanawiałem się, kto normalny nosi fiolet do moro.
Ale dobrze wiedzieć, że nie tylko bohaterki mają w tym blogasku po 12 lat. John najwyraźniej jest o krok od skandowania "zakochana para, Jacek i Barbara!".

- No co ty?! - powiedział detektyw z lekko zarumienionymi policzkami - Przecież wiesz, że nie wierzę w takie uczucia jak miłość.
http://media.giphy.com/media/bOEdqgRvbLqx2/giphy.gif
Kanoniczny Holmes za podobną sugestię załatwiłby go jednym drgnieniem brwi, ale ta łajza tutaj oczywiście się rumieni i tłumaczy. Litości.

- Tak, tak wiem! "Miłość to defekt chemiczny, który wyraża strona przegrana..." czy jakoś tak. Tak, znam twoją gadkę na ten temat - odparł John na niezadane pytanie.
Ktoś tu wyczuwał jakieś niezadane pytanie wiszące w powietrzu? Ja też nie.

- Znasz ją skądś? - Mary wtrąciła się do wymiany zdań między przyjaciółmi.
- Nie - odparł Sherlock z przeczącym kręceniem głowy.
Czemu wyobraziłam sobie głowę Sherlocka wirującą wokół własnej osi?

---
To jest pierwszy rozdział, tej dziwnej opowieści.
Fakt, jest cokolwiek dziwna. Przecinki też nie poprawiają sytuacji.

Dziękuję Wiktorii Skwarczyńskiej, za to pisze swojego bloga. To ona mnie natchnęła :3.
Komentujcie i podawajcie sugestie co mogłabym zmienić. Mam nadzieję, że wam się podobało ;)
Szalenie!

"Defekt socjopaty": Rozdział 2

 Jane weszła do swojego mieszkania i szybko się przebrała, bo była mokra, chociaż miała parasol. Ciągle była zdziwiona, że detektyw - konsultant to przyjaciel Mary, a jego przyjaciel to chłopak jej przyjaciółki.
Wyszło mi, że Watson jest chłopakiem jakiejś przyjaciółki Mary i też jestem zdziwiona.

W ciągłym szoku włączyła swojego laptopa, a z niego "Diablo Rojo" ( https://www.youtube.com/watch?v=LtY2qNIIkpY ), by poprawić sobie humor i odprężyć się. Przebrała się w luźne spodnie koloru czerwonego, bluzkę z krótkim rękawem w kolorze szarym z nadrukiem zebry.
A kolor skarpetek? A poziom letkości makijażu? Ja chcę to wszystko wiedzieć!

Ubrała do tego swój chałat malarski, coś w rodzaju białego, ale poplamionego farbami płaszcza, z dużymi kieszeniami.
Ubrała go w pełną zbroję płytową, rzecz jasna.

Zrobiła sobie zieloną, liściastą herbatę, którą lubiła bardziej niż herbatę z mlekiem.
A to ona lubiła herbatę z mlekiem? Nikt mnie o tym nie uprzedził! Teraz całe to opko nabrało zupełnie nowego sensu!
Oh wait, jednak nie.
A potem usiadła na parapecie!

 Usiadła na fotelu bujanym,
Też pięknie.

okryła się kocem i zaczęła robić na drutach sweterek dla swojej wnusi czytać książkę polskiego autora SF, Stanisława Lema.
Narratorze, kurwa mać. WIEMY, kim był Stanisław Lem.

Nagle ktoś zaczął pukać do drzwi. Jane z westchnieniem odłożyła książkę i krzyknęła "Idę, chwileczkę!". Po dwóch minutach próby ogarnięcia swojego wyglądu, otworzyła drzwi. Przy drzwiach stała Mary, tym razem sama, z wielkim i szczerym uśmiechem na twarzy.
- O! Cześć Mary. Nie spodziewałam się ciebie. Zwłaszcza, że cię nie zapraszałam i nie powiedziałam ci, gdzie mieszkam! Proszę, wejdź do środka. - Jane przywitała Mary ze szczerym uśmiechem. Nawet się nie spodziewała, że może szczerze się uśmiechać.
Nie odkąd dokonała chirurgicznego usunięcia mięśni twarzy. Szlag, tyle kasy poszło na marne!

- Cześć jeszcze raz. Tak właśnie myślałam, że się nikogo nie spodziewasz.
Bo jest późny wieczór, prawie noc, ale ci to nie przeszkadza, prawda?

- Kawy, herbaty, a może kakao?
- Jak byś mogła, to kakao.
ALEŻ OCZYWIŚCIE ŻE KAKAO.
Jak to jest, że w obu opkach jedna dorosła baba ani razu nie zaproponowała drugiej dorosłej babie jakiegoś wina czy choćby likieru?

 Weszły do obszernej kuchni, Mary usiadła na jednym z wysokich krzeseł barowych przy blacie, też wysokim, a Jane przygotowała dwa kubki ze słodkim, czarnym napojem.
Czarnym?! Czego ona tam dolała, sosu sojowego?!
Może pepsi? Albo bardzo mocnej kawy?

- Przepraszam, za to, że tak was szybko zostawiłam w parku - powiedziała Jane, dyskretnie sypiąc przecinkami.
- Ech... nic się nie szkodzi, tylko co tu robi to "się", ja się pytam i ty, i Sherlock mieliście dziwne miny. Czy coś się wcześniej stało, zanim was poznałam?
- Nie, znaczy raczej nie... Jak pewnie wiesz, mieszkamy w miarę blisko, może przez to mnie poznał.
A to ona spierdzieliła ze strachu, że może on ją poznał?

- Raczej nie. Jak wracaliśmy, to chociaż rozmawialiśmy, ciągle o czymś myślał i z jego zachowania wynikało, że o jakiejś kobiecie.
Znaczy co - rumienił się, jąkał i miał namiocik w spodniach?

Czyli zostałaś tylko ty. Ciebie ostatnio spotkał i to ty zrobiłaś na nim wrażenie.
To już przesądzone, wyrok jest prawomocny i w ogóle. Tylko ty i nikt inny.

 Jane zamyśliła się, gdy nalewała mleko i trochę je wylała.
Do czego ona nalewała to mleko, skoro kakao już było gotowe?

'Czy ja mu kogoś przypominam? Ożeż ty! JIM! Pewnie przypominam mu Jima! Ale jak?! Z twarzy? Raczej tak, bo włosy mamy całkowicie inne. No chyba, że oczy...?' - tak Jane myślała prżdżać.
Nie wiem, co znaczy to słowo, ale brzmi strasznie nieobyczajnie.
Oczy, sądząc po "metryczce", też mają inne.
I w skoro w tym blogasku Moriarty ma kuzynkę, do której wpada na pogaduchy, to jakim cudem bracia Holmes o tym nie wiedzą?

Zostajesz u mnie na noc. To już przesądzone.
- Jestem całą sobą za. - Mary wyszła do sąsiedniego pokoju i uzgodniła z Johnem, że nie musi dzisiaj po nią przyjeżdżać.
Przyjeżdżać po nią? Przecież to tylko przecznica dalej! Watsonowi więcej czasu zajęłoby szukanie miejsca parkingowego niż przyjście po Mary pieszo.

- To co oglądamy?
(...) Chodź. Rozłożymy materace i się przebierzemy w pidżamy. Wybierz sobie jakąś.
 Po półtorej godziny były gotowe.
Półtorej godziny na materace i piżamy. Dmuchały je najpierw, i to ustnie, bez pompki?

Dzbanek z kakao był gotowy, przekąski tak samo.
- A właśnie Jane! Pojutrze idziemy do opery. Idę ja i John. Pójdziesz z nami?
- Do opery? Szczerze, nigdy nie byłam. No nie wiem…
Ma dwadzieścia pięć lat i nie była w operze? Przecież to nawet szkoła jakieś wyjście zawsze zorganizuje. No ale dobra, przyjmijmy, że za każdym razem nasza Jane była chora.

- Oh come on, darling!
Eee… co to było? Mam rozumieć, że bohaterki w sumie to mówią po polsku, a na angielski przechodzą czasem dla zadania szyku?

Przecież wiesz jak lubię operę. A jak nie byłaś, tym lepiej. Musisz iść. Tylko musisz się ubrać wieczorowo. Wiesz savoir  vivre - i Mary zrobiła pozę z ręką zgiętą w łokciu, a dłonią wyrzuconą w bok.
Ja robię teraz taką pozę:
http://media.giphy.com/media/tZiLOffTNGoak/giphy.gif

Jane prawie położyła się ze śmiechu.
- Dobra pójdę - zdołała wykrztusić pomiędzy salwami śmiechu - A na co idziemy? I gdzie jest opera?
No, przynajmniej ta się zainteresowała.

- Idziemy na "Carmen". Idziemy do Royal Opera House, przy Bow Street. Spokojnie, przyjedziemy po ciebie.(...)
Oglądały do drugiej w nocy, a potem spały jak susły. Dobrze, że Mary miała akurat wolne, a Jane musiała być na przymusowym, miesięcznym urlopie, by nie mieć choroby popromiennej.
 Następnego dnia Jane odprowadziła Mary do domu. Resztę dnia spędziła na bardzo długim spacerze. Na szczęście tym razem nikogo nie spotkała, ale pomogła za to pani West w obowiązkach domowych.
Podczas tego spaceru. Praktykowała odkurzanie telekinezą.