piątek, 8 listopada 2013

Wiewiórka w piwnicy Mistrza, czyli fabrykacja dobrej zabawy

Witajcie!


Dziś notka nietypowa - zamiast opowiadań wzięliśmy na warsztat recenzje blogowe. Ten kto śledzi naszego fanpejdża na facebooku zapewne wie, że jakiś czas temu założyliśmy tam stronę Recenzenckie Wilcze Doły. Niedawno narodził się też pomysł, aby niektóre znalezione przez nas recenzje poddać analizie. Jako że na Wilczych Dołach staramy się, aby nasze uwagi były raczej merytoryczne, tutaj podejdziemy do sprawy bardziej na luzie, to znaczy - na wesoło.
Zanim przejdziecie do lektury - kilka uwag wstępnych.
Sama strona RWD i niniejsza analiza powstała, ponieważ uznaliśmy, że jeśli ktoś uważa się za miłośnika i znawcę książek
(a także, w jednym przypadku, za prawdziwego pisarza i redaktora), to powinien wykazać się czymś więcej, niż tylko głoszeniem owych zarozumiałych haseł. I wypadałoby, żeby czasem przed napisaniem czegoś zajrzał do wujka Google’a albo choć przeczytał swój tekst drugi raz. Poza tym recenzje pisane przez kogoś, kto ewidentnie NIE odrobił pracy domowej, mogą mieć wpływ na innych czytelników i zniechęcić ich do przeczytania czegoś, co mogłoby być wartościowe czy ważne.
Ponadto, tak jak w przypadku blogasków:
- Nie braliśmy pod uwagę recenzji pisanych przez osoby zbyt młode (poniżej 15 roku życia),
- nie braliśmy pod uwagę tekstów, w których tylko pojedyncze zdania “nie brzmią”, lecz takie, które są złe w całej swej okazałości (i kiepskość ta stanowi regułę na blogu recenzenckim ich autora) i na przykładzie których naprawdę warto pokazać, jak NIE pisać.
To chyba tyle. Mamy nadzieję, że analiza przypadnie wam do gustu!
Zanalizowali: Pigmejka, Kalevatar i Vivaldi.


Czarnoksiężnik. Władca wilków (Juraj Červenák)



...wiewiórka wskoczyła na drzewo.
Gdy Krwawe Psy napadają na bezbronną rodzinę, brutalnie gwałcą młodą kobietę, poniewierają jej dziećmi i mają zamiar zabić płaczące niemowlę, w ich obronie staje tajemniczy, bezlitosny łucznik.Zmieniając rodzinę w krwawą papkę i oszczędzając tym samym Krwawym Psom roboty, która niechybnie złamałaby ich kręgosłup moralny i nie dawałaby w nocy spać.
A poza tym jeszcze mogłyby się ubrudzić krwią i co wtedy.
Poniewieranie dziećmi wyobrażam sobie jako coś pomiędzy froterowaniem nimi podłogi a przerzucaniem z kąta w kąt.

Mężczyzna, niczym sędzia, wymierza oprawcom sprawiedliwość, ścina ich głowy i odjeżdża.
Boru, w polskich sądach sędziowie też tak robią?!
No ba. I po zakończeniu rozprawy odjeżdżają na karych ogierach w stronę zachodzącego słońca. Coś ty, nie widziałaś nigdy sędziego z katowskim toporem?


Mało kto wie o tym, że to Czarny Rogan, osławiony wojownik i pogromca Awarów.
Na przykład ścięci przez niego ludzie nie wiedzą, bo nie żyją, więc do wiedzenia zostaje tylko zgwałcona kobieta i ewentualnie dzieci, choć to zależy, jak bardzo zostały sponiewierane.


To człowiek, który dokonuje osobistej wendetty i nie spocznie, póki nie pomści własnej krzywdy. A da się prowadzić osobistą wendettę za cudzą krzywdę?
No, jeśli ktoś ma zwyczaj brać wszystko do siebie…(Oczywiście że się nie da. Gramatyka wariuje tu w zasadzie w każdym zdaniu.)


(...)
Akcja utworu ma miejsce we wczesnym średniowieczu – w czasach bohaterów, magii i miecza oraz wielobóstwa.
Chwila, moment - magii?
Zaiste, bardzo dokładna charakterystyka epoki. I w ogóle o jaką epokę i w jakim uniwersum chodzi recenzentowi? Bo jeśli o nasze, rzeczywiste - to nie przypominam sobie w nim  żadnych Krwawych Psów, a książka powinna przynależeć do gatunku powieść historyczna, a nie fantasy. Zaś jeżeli nowa o jakimś wymyślonym świecie - po co pisać, że akcja MA MIEJSCE W średniowieczu?
Dobór słownictwa wskazuje, że recenzent pod średniowiecze automatycznie podstawia sobie Heroes of Might and Magic.


To świat, w którym, aby przeżyć trzeba posługiwać się mieczem tak samo sprawnie, jak nożem i widelcem, a przeciwnicy nie znają litości.
No ba, przecież żaden rębajło, nawet taki, co z trudem kleci pięć zdań, nie zniżyłby się np. do jedzenia mięsa palcami. Średniowiecze jak średniowiecze, klasa ma być!
„Nóż stołowy wykształcił się dopiero w II poł. XVII w. (…)Widelec „przywędrował” do Europy w XI w. z terenów wschodnich. Według tradycji przywiozła go ze sobą pochodząca z Bizancjum księżniczka (…). Sprowadzony przez nią sztuciec nie został jednak zaakceptowany, a jego używanie uznano wręcz za przejaw heretyckiej demonstracji i skandal. (…) Widelec w tym okresie był wręcz uznawany za przedmiot niemoralny i zakazany przez Kościół. Z czasem jednak zyskał akceptację przy włoskim stole. Do Polski przybył najprawdopodobniej z księżniczką Boną Sforzą w 1518 r”.
Powodzenia z tym nożem i widelcem. A wystarczyła minuta w googlu TU i TU.
Wszystkie pozostałe okresy historyczne obfitowały we wrogów wyrozumiałych i miłujących pokój.


To rzeczywistość, w jakiej gwałty, ludzkie ofiary składane bogom i brutalne walki są na porządku dziennym.
Zaraz, o jakich czasach w końcu mówimy? Jeśli nóż i widelec, to najwcześniej środek oświecenia. Jeśli ofiary składane bogom, to naprawdę wczesne średniowiecze.  I nie, licentia poetica nie obejmuje tego, co jest zwyczajnie nielogiczne.


Czytelnicy lubiący taką mieszankę nie będą zawiedzeni, albowiem już w pierwszym rozdziale Červenák dość plastycznie opisał scenę brutalnego gwałtu.
Czytelnikami lubiącymi mieszankę gwałtów i brutalnych walk powinien chyba zająć się psycholog. Albo psychiatra.
Albo, w skrajnym przypadku, strażnik w więzieniu.


Potem jest już tylko ostrzej (Ostrzej niż gwałty i morderstwa? Już lubię tę książkę. Tylko że nie.) (Tym bardziej, że recenzent słowem nie przebąkuje, że te sceny służyć mają czemukolwiek poza wzbudzeniem niezdrowej podniety u pryszczatych czytelników.) i choć w notce od autora przeczytałem, że zmodyfikował pierwowzór tej książki, wykorzystując zmiany swojego stylu, jakie następowały na przestrzeni lat jego twórczości, to zostawił elementy, które podobały się czytelnikom.
Czyli coś tam zmienił, ale gwałty zostały. Bo ludzie lubią gwałty. Gwałty są cool. 
 
Zmiany stylu następujące na przestrzeni lat twórczości też są super (chociaż całkiem niegramatyczne).


Podejrzewam jednak, że część odbiorców mogą takie sceny odrzucać. Jeśli nie sam gwałt (bo gwałty są spoko *insert śmiech Leppera here*), to ukrzyżowanie i wyrwanie flaków żywemu człowiekowi czy przebijanie gwoździami oczu w odciętych głowach.
W sumie… jeśli głowa była już wcześniej odcięta, to oczom nie powinno to zrobić chyba większej różnicy. Może jestem dziwna, ale wolę to od gwałtu.
. . .
Ale dowiemy się wreszcie, czy te grindhouse'owe wstawki mają jakiekolwiek znaczenie dla fabuły albo świata przedstawionego? Choć z entuzjazmu, z jakim podchodzi do nich recenzent można wnioskować, że zręcznie robią za substytut jednego i drugiego.


Autor w niektórych momentach dał się ponieść wyobraźni, ale powieść, choć jest brutalna, posiada także ironiczne momenty, a bohaterowie, mimo że nie są kryształowi, w większości dają się lubić.Prawie jak Birmańczycy w czasach upadku drugiego imperium, gdy byli bardzo rozczarowani zachowaniem przywódcy portugalskich najemników, który był wyjątkowo niezdarny i tak się ustawił przy nabijaniu na pal, że umierał przez trzy dni.
Nowość na rynku wydawniczym - powieść będąca posiadaczką ironicznych momentów.
Pisząc o wykreowanych przez Červenáka bohaterach, nie mogę nie poświęcić im więcej czasu. (...) Krasa natomiast stanowi przykład odpowiedzialnej za swój lód (!!!) władczyni, która potrafi sprzeciwić się Radzie Starszych w obronie podwładnych.
A podwładni to, jak rozumiem, armia rożków truskawkowych i torcików lodowych?
Może włada lodowiskiem?


Autor dobrze pokazał, że płeć piękna jest równie silna, co synowie biblijnego Adama. (...)
Bo kobiety to reptilianie z Galaktyki Andromedy przywieźli.
Znaczy - kobiety są równie silni co ludzie, świetnie. (Bo recenzent chyba nie twierdzi, że córki Adama nie były ludźmi?) A poza tym - Jeżu, tam składanie ofiar bogOM, a tu nagle porównanie bohaterów do postaci biblijnych. Mózg mój powoli staje się rozjebion.
A mój zmysł estetyczny skwierczy w kącie. Ludzie - bardzo Was proszę - nie udziwniajcie rzeczy na siłę! "Kobiety są równie silne co mężczyźni", na bora!


Jeśli do tego kotła dołożymy bogów, wśród których występuje także Morena (A czemu recenzent wymienia akurat Marzannę? Czytelnicy chcieliby się dowiedzieć!), dość zaskakującą tajemnicę rodzinną Rogana i obecność wiewiórki najwyraźniej również boskiej (wspomniałem o niej w tytule tej recenzji i wrócę w jej dalszej części, ponieważ jest ważnym, intrygującym, denerwującym symbolem stanowiącym tak duży minus dla Władcy wilków, że przyćmiewa większość zalet powieści, choć bezpośrednio nie odnosi się do fabuły, tylko do polskiego wydania),
Minus dla Władcy wilków, karwasz twarz. Minus to masz na kalkulatorze. Powieści mogą mieć wady.


to otrzymamy panteon różnobarwnych postaci. W ich towarzystwie nie sposób się nudzić. (...)
Gratulacje dla każdego, kto pamiętał o czym było zdanie zanim zaczęło się wtrącenie w nawiasie, najwyraźniej dążące do niepodległości.
Ja wiem jedno: zła to wiewiórka, co przyćmiewa.


I w tym miejscu mógłbym zakończyć recenzję książki Červenáka, ale sumienie i lojalność wobec czytelników, których zachęciła ona do lektury,
Ona zachęciła, czyli kto - lojalność?
Wiewiórka.


nakazują mi wspomnieć o minusach powieści.
Wrrrr...


Myślę tu nie tylko o literówkach i fakcie, że w czasie lektury miałem wrażenie, iż dla autora krasnolud, skrzat i gnom to to samo stworzenie. Jest coś co, niestety, w moich oczach zdyskredytowało całą powieść, ale nie stanowi to minusa fabuły czy autora, (minus autora kojarzy mi się nieco miazmatycznie...) tylko polskiego wydania Czarnoksiężnika. Władcy wilków.
A ja chciałabym się dowiedzieć - niby czemu ma to cokolwiek dyskredytować? Typologii magicznych stworzeń jest od groma i jeszcze ciut, jeśli autor sobie wymyśli, że "krasnolud, skrzat i gnom" to różne określenia tej samej istoty, jego prawo. Nie ma przecież prikazu, by niewolniczo trzymać się D&D.

I teraz, moi drodzy, przygotujcie się na silne trzepnięcie mocą:
Wracam do pewnej wiewiórki, która nagle ni stąd, ni zowąd znalazła się w drugiej połowie książki i wskoczyła na drzewo. Sprawiła, że do końca powieści zastanawiałem się, co ona robi w utworze, do czego była autorowi potrzebna.
“W mitach skandynawskich wystepowała boska wiewiórka Ratatosk (Gryzący ząb), która biegała nieustanie w górę i w dół po pniu drzewa świata Yggdrasill i podjudzała do kłótni siedzącego na szczycie orła i leżącego u korzeni smoka-węża Nidhogga, opowiadając każdemu co o nim mówił przeciwnik. Łączono także wiewiórkę z bogiem ognia Lokim, a w czasach chrześcijańskich z diabłem, gdyż w rudym, zwinnie poruszającym się i trudnym do schwytania zwierzęciu widziano jego ucieleśnienie”.
Wybierz sobie, drogi recenzencie.
No patrz, gwałty łykamy jak kompocik, a wiewiórka nas wyprowadza z równowagi.
Wszystko wynika z tego, że na pewien czas straciłem kontakt z bohaterami (Bo co? Uciekli z kart książki i nie odbierali telefonu? Wiewiórka brzuszkiem zasłoniła tekst!) i trudno mi było połapać się w dalszej fabule. W książce po czternastym rozdziale następuje, powtórzony trzynasty, a po nim znów czternasty. Następnie w utworze pojawia się zdanie wiewiórka wskoczyła na drzewo i dalsza część, domyślam się, że siedemnastego rozdziału, osiemnasty i kolejne. Co ciekawe, w spisie treści nie ma błędów. W rezultacie w książce brakuje rozdziałów piętnastego, szesnastego i połowy siedemnastego, a ilość stron jest prawidłowa. Dziwię się, że taki egzemplarz ujrzał światło dzienne. (...)
Oczywiście sumienie i lojalność wobec czytelnika wcale nie przeszkadza autorowi recenzować półprodukt i bubel. Ba! Fakt, że w książce brakuje partii tekstu jest przecież na tyle niewielkim problemem, że bez żalu można tę informacje podać na samym końcu tekstu.
Bo przecież napisanie do wydawnictwa, że wysłali wadliwy recenzencki też jest zbyt trudne. W ogóle wszystko jest trudniejsze niż recenzowanie książki, która ma tylko ⅔ stron.

Źródło:
http://wielka-biblioteka-ossus.blogspot.com/2013/08/assassins-creed-bractwo-oliver-bowden.html
W "Assassin’s Creed: Bractwo" trup ściele się gęsto, a akcja pędzi na złamanie karku, ale publikacja nie zawdzięcza tego swojemu autorowi, tylko grze, na podstawie której została napisana.
Czyli ktoś podłączył drukarkę i wraz z postępami w grze komputer wypluwał kolejne strony powieści?
A gramatyka w tym zdaniu wije się i krztusi, ale nie zawdzięcza tego zasadom języka polskiego, lecz recenzentce.


Oliverowi Bowdenowi raz jeszcze udaje się prosperować na zbycie wydawniczym, jednakże nie z ówczesnymi sukcesami.
Dajcie kawy i Snickersa, bo chyba próbuję znaleźć w tym zdaniu sens…
Ja tu widzę jakąś stylistyczną pętlę czasową, ale to jest bardziej zagmatwane niż wizje Moffata w “Doctor Who”.
Idę połączyć się mentalnie z prof. Bralczykiem i prof. Hawkingiem, może we troje coś wymyślimy.


Oliver Bowden to jedynie nazewnictwo twórcze, pod którym zabezpiecza się Anton Gill.
Zawinął się w nie jak w wielką prezerwatywę.
Zabezpiecza się, bo obawia się bękartów w wydanym tekście!
Nazewnictwo twórcze to taki przerośnięty neologizm?


Mężczyzna jest cenionym pisarzem i historykiem charakteryzującym się znajomością renesansu.
Charakteryzować się to może ser francuski intensywnym smrodem, ale nie człowiek, przykro mi.
A może on ma tę znajomość wypisaną na twarzy, skąd wiesz.


Uważa się za zapalonego gracza oraz szczęśliwca, któremu dano okazję do rozszerzenia postaci uniwersum "Assassin’s Creed" w swoich książkach, a przynajmniej takich informacji udzielił w wywiadzie dla Ubiworkshop.
Rozszerzenia postaci? Znaczy co, pasł Ezia słoniną tak długo, aż ten przestał mieścić się w futrynie?


W krypcie pod Kaplicą Sykstyńską, Ezio Auditore da Firenze nadprogramowym przecinkiem pokonuje Rodrigo Borgię, znanego również jako papież Aleksander VI. Będąc pewnym, że ten dogorewa swojego nędznego żywota, pozostawia go na pewną śmierć.
Noc Popieprzonych Związków Frazeologicznych II: To dopiero Początek
Zdanie typu: Karol Wojtyła, znany również jako papież Jan Paweł II.


Szczęśliwym dla zwyrodnialca zbiegiem okoliczności, jego wróg myli się w osądzie. Mężczyźnie udaje się czmychnąć z objęć śmierci i opuścić mniemane miejsce pochówku.
Cud mniemany, miejsce mniemane…
Ale o którym zwyrodnialcu konkretnie mówimy? Bo trzeba uważać przy zastępowaniu imion postaci, z których każda jest w zasadzie psychopatycznym mordercą.


Jego powrót nie będzie jednak jedynym problemem asasynów.
 To niestety widać...


Italii zagraża również Cesare, syn Rodriga. Wróg, wraz ze swoją siostrą Lukrecją, szykuje potężną armię, Ma nadzieję, że dzięki niej uda mu się zawładnąć nad państwem.
 


W starciach z wrogami, wyrastającymi jak chwasty po deszczu (grunt, by oddzielić ziarno od mchu… grzybów… e, kosodrzewiny? Bo czego Jaś się nie nauczy, tego Janina mu nie wytłumaczy. Oj tam, mądrej głowie dość po słowie, a głupiemu nosił wilk razy kilka.), Ezio Auditore da Firenze nie jest osamotniony. Pomagają mi (mi, Eziowi) liczni przyjaciele, a nawet rzeczywiste postaci historyczne.

Z przykrością trzeba jednak stwierdzić, że nawet takie osobistości jak: Leonardo da Vinci, Michał Anioł, Niccolò di Bernardo dei Machiavelli, czy członkowie rodu Borgiów, bladną wobec bohatera przodującego.
Przoduje w eksporcie półtuszy wieprzowych, co daje mu trzecie miejsce na świecie, tuż za Marcusem Fenixem i hydraulikiem Mario.
- Towarzyszu Leonardo, podajcie no cegłę! Trza wyrobić normę!
Widzę to!
 



Ezio powraca w donośniejszym stylu niżeli wcześniej.
Znaczy co, jego powrót obwieszczają trąby, a nie piszczałki?
Wszystkie kwestie wygłasza na wysokim C.


Asasyn  jest teraz lepiej usytuowany w otaczających go sytuacjach, (a także umiejscowiony w towarzyszących mu wydarzeniach) potrafi więcej i dysponuje większą liczbą gadżetów. Wszyscy i wszystko inne mieści się za nim.
Wszystko mieści się za nim, bo ma taką wielką dupę, że przysłania nią świat.
I już wiadomo, jakim cudem asasyni pozostali w ukryciu przez te wszystkie wieki - chowali się za dupą Ezia.
Znajcie łaskę pana!


Włochy są wielce niebezpieczną areną rozgrywek politycznych, a Zakon Asasynów mieści się  w samym jej środku.
Wynajmuje mały namiot na środku Koloseum.


Rzym, niegdyś majestatyczna i potężna placówka, taki przyczółek trochę, ale spory, dziś obraz cierpienia i nędznego położenia swoich mieszkańców. Świat ulega zmianom, a za te przyjdzie płacić niewinnym ludziom.
Jak zawsze. I nie potrzeba do tego spisku, wystarczy kilku idiotów na nieodpowiednich stołkach.
I, jak nas uczy seria AC, Templariuszy. Co złe, to przez Templariuszy.


Oliver Bowden udowadnia nam, że choć siekanie wrogich jednostek przed ekranem monitora może być naprawdę pasjonujące, to czytanie o tym już nie koniecznie.
I co tam robi ta spacja.
Bo w książce jednak przydałoby się wrażenie, że bohater walczy z ludźmi, a nie sklonowanymi jednostkami rodem ze StarCrafta…
No i w książce tak fajnie krew nie tryska przed oczami.
Jakie tam siekanie, w grze chodzi o skakanie po dachach.


(...) Minimalna wnikliwość w fabułę dzieła na każdym kroku przypomina, że wnikliwość to nie to samo co wniknięcie (wbrew pozorom) bądź co bądź, mamy do czynienia z hybrydą.
Powieść co i rusz próbuje nam urządzić QTE i potrząsa groźnie padem.


Doświadcza się tego najbardziej podczas zapoznawania z postaciami, zwłaszcza historycznymi. To właśnie w ich przypadku oczekuje się ingerencji pisarza, rozszerzenia ich, pogrubienia, podkręcenia im loków tych jednak brakuje. Wszystkie postaci są puste i bardzo spłaszczone.
No patrzcie państwo, a gra w 3D przecież.
I to spłaszczenie świadczy o hybrydowości? Swoją drogą, hybrydą czego niby? Gry i książki? Na początku każdego rozdziału czcionka układa się w krótką cut-scenkę?
A ja te puste i spłaszczone postaci wyobraziłam sobie jak takie smutne płaszczki albo skóry zdarte z ciała…
Smętne strzępki tekstury powiewające na kikutkach kodu.


Niewielkim wyjątkiem jest protagonista, jednak nawet w jego wypadku pozostawiono wiele do życzenia, opierając się głównie na umiejętnościach.
Czyli za pomocą umiejętności pozabierano mu wszystko, pozostawiając tylko wiele do życzenia. Wow.


Odstępstwem żywego otoczenia nie jest martwe.
Daleko mniej dynamiczne, jakieś takie… pomnikowe. I nieruchawe, tak, zdecydowanie nieruchawe, jakby wielka kaplica albo inna bazylika, tylko by stała i stała. Nie wiem, o co chodzi z tym ostatnim zdaniem, ale wydaje mi się, że martwe jest trochę inne od żywego. Na ten przykład - żywe czasem gada i się rusza.
A może to jakiś fragment traktatu o istotowej tożsamości materii ożywionej i nieożywionej? A może tylko horrendalnie złe słownictwo? Kto wie.


Klarowanie krajobrazów przez twórcę jest tak samo bezpłciowe jak cała reszta.
Najpierw gotuje je na zbyt dużym ogniu, a potem nie radzi sobie z nadmiarem piany.
Może trzeba było dorzucić kostkę rosołową? Winiary wołowa jest dobra.
I wtedy krajobrazy wychodzą takie przypalone i cuchnące, fuj.


Podejście Olivera Bowdena do swojej fabrykacji, będzie jeszcze bardziej bolesne dla osób zapoznanych z grą.Książka, tekst, publikacja, ostatecznie wytwór czy dziełko - wszystko byłoby lepsze niż “fabrykacja”, która jest sama nie wiem czym.
Ja zapoznałam się zarówno z grą, jak i (niestety) z książką, ale żadne nie było dla mnie tak bolesne, jak fabrykacja recenzentki.

Ci nie dość, że przeżyją rozczarowującą powtórkę względem dialogów postaci i wydarzeń, zaznają dodatkowo niejasności i jedno stronniczości autora.
Im dłużej czytam tę recenzję, tym łatwiej mogę się wczuć w sytuację kontrolerów jakości w chińskich fabrykach zabawek.
Kto to widział, żeby w "upowieściowieniu" gry zawierać te same wydarzenia i postaci, co w oryginale. Ale niejasności zaiste doznaję potężnych, ledwo dycham.
Co to jest jedno stronniczość? Coś jak umysłowe 1D zamiast 3D?


Podsumowując: Oliver Bowden  powtórzył stylowo to co zaprezentował w poprzedniej części literackiej serii, a to co zostaje mu przypisane względem wiadomości oraz talentu pisarskiego to bujda.

Uwaga, tłumaczę: “Bowden się powtarza i jest grafomanem”.


"Assassin’s Creed: Bractwo" - Olivera Bowdena nie przejęło okładkowej schedy po swoim grywalnym odpowiedniku. Do wizerunku przedstawionego na oprawie nie można mieć jednak zarzutów. I ten element jest jedynym bezprecedensowym ze wszystkich.
Okładkowa scheda po grywalnym poprzedniku z bezprecedensowym elementem wizerunku.
 
A nawet
 


Nie znałam dokładnie zarysów zdarzeń "Assassin’s Creed: Bractwo", a po marnym popisie autora w[e] wcześniejszym tomie, spodziewałam się znacznych popraw przy aktualnym.
Na podstawie czego? Klucz gęsi lecących za zachód powiedział: "Nie pękaj, kolejny twór Bowdena będzie lepszy"?


Jednakowoż lektura okazała się kolejną mordęgą. Po jej zakończeniu zapoznałam się z gameplayem pierwowzoru i moja ocena względem przedstawianego odpowiednika zmalała doszczętnie. Stylowo powtórzył swój marny popis, a mordęga okazała się bujdą… pisarz okazał się bujdą… popis okazał się… hm… ktoś wie właściwie, o co tu tak naprawdę chodzi?
Coś komuś zmalało. Na przykład mnie chęć do życia. Państwo pozwolą,
 


Po niedogodnościach "Assassin's Creed: Renesans" wyrozumiałość i życzliwość odbiorców autora przybladła.
Wszyscy napisali mi o tym w ankiecie na FB.
Niedogodnościami tymi były oczywiście twardy materac i niezamiecione okruszki po piernikach.
Oraz papier w książce tak szorstki, że wszyscy zacinali się przy czytaniu.Proszę, odetnijcie jej od słownika synonimów, zbanujcie ją na stronach internetowych z synonimami, jej to szkodzi.


Nie mają oni już tyle cierpliwości dla człowieka, którego celem jest jedynie bezlitosne wyuzdanie zysków z popularnej renomy.
Chłoszcząc te zyski z lubieżnym spojrzeniem, czując jak pęcznieje trzymany w kieszeni portfel.
No i teraz widzę Bowdena w obcisłym lateksie, molestującego Ubisoft w czarnej - czarnej piwnicy.
A ja widzę Bowdena robiącego brzydkie rzeczy ciężarówkom i mieszkaniom dwupokojowym.


I w rzeczy samej, nie trudno nie przyznać im rację, choćby i niegramatycznie, gdyż prawdę mówiąc, "Assassin’s Creed: Bractwo" nie można polecić nikomu. Entuzjaści komputerowej rozgrywki znają fabułę rzeczonej pozycji na wylot, a wielbiciele twórczości literackiej nie zaznają w niej żadnych wysłannictw kunsztu pisarskiego.
Żadna erudycja nie wjedzie na koniu ze złotymi podkowami, żaden geniusz nie zaszczyci kwiecistą mową, czyniąc zadość poselstwu kunsztu, jeno smętna bujda przyjdzie, klepiąc chodakami o kocie łby.
Na szczęście recenzentka poczuła się w obowiązku zrekompensowania czytelnikom tego  owego i rozwiązała wór z kwiecistością, a ryczące fale idiotycznych eufemizmów zmiotły czytelników sprzed monitorów; ostali się jedynie analizatorzy.


Joyland

Najbliższy akapit będzie przykładem przerażającego lania wody, które NIE powinno znaleźć się w recenzji, a już na pewno nie w takiej ilości, jak tu - chyba że potencjalny czytelnik ma uciec gdzie pieprz rośnie już po pięciu zdaniach:
Ludzie pragną oderwać się od swego codziennego, szarego, jakże nudnego życia, i uciekają w zabawę. Zabawa jest najlepszą rozrywką,
Ciekawe co jest najgorszą rozrywką. Pewnie praca.
Człowiek chce się oderwać, przeczytać recenzję, a tu mu w pierwszym zdaniu dają po gębie takim banałem, że kapcie spadają.


pozwala choć na chwilę pojawić się uśmiechom na wymizerowanych, zmęczonych twarzach ludzi.
Bo przecież wszyscy ludzie na świecie na co dzień wyglądają tak:
 
(Ari Folman, Kongres, 2013)
Może recenzentka żyje w XIX wieku?

A najlepsza zabawa jest na weselu nielubianej kuzynki, z disco polo w wiejskim domu weselnym. Uśmiech od ucha do ucha, w przerwie między kolejnym łykiem siwuchy.
Cóż, nie na darmo Sapkowski w “Sezonie burz” napisał:
“Na samym skraju ludnego targowiska stał niedbale sklecony z desek stragan, obsługiwany przez babuleńkę-starowinkę w słomianym kapeluszu, okrąglutką i rumianą niby dobra wróżka z bajki. Nad babuleńką widniał napis: „Szczęście i radość - tylko u mnie. Ogórek gratis”. Geralt zatrzymał się, wysupłał z kieszeni miedziaki.
- Nalej, babciu - zażądał ponuro - pół kwaterki szczęścia.
Nabrał powietrza, wypił z rozmachem, odetchnął. Otarł łzy, które siwucha wycisnęła mu z oczu”.

Zabawa przybiera różne formy, jednak zawsze możemy zdefiniować ją jako kwintesencję szczęścia.
Tak? Bo ktoś może na przykład bawić się na imprezie i jednocześnie rozpaczliwie próbować zapomnieć o tym, że właśnie rzuciła go dziewczyna. A może siedzieć sobie w pokoju i patrzeć w okno, słuchając muzyki, i czuć się najszczęśliwszym na świecie. A można po raz piętnasty próbować zarąbać Gaping Dragona w Dark Souls i być zmachanym i złym jak górnik po dwunastogodzinnej szychcie.
No i proszę, Huizinga i Caillois tak się trudzili nad definicją zabawy, a tu przychodzi recenzentka i wie.

A 12 godzin snu i dobre śniadanie też się łapią do rozrywek?


Lubimy się bawić, lubimy. A któż z nas nie jest entuzjastą wesołych miasteczek?
Ja w sumie tak średnio przepadam. Za dużo dzieci i popcornu zrobionego na starym oleju.
Ja też niespecjalnie, mam lęk wysokości, a domy strachów bardziej mnie żenują niż bawią.

A JA LUBIĘ, BO TAK, RRRWA MAĆ!


To właśnie one potęgują zabawę, i sprawiają, że człowiek na chwilę przenosi się do świata lepszego, świata bardziej kolorowego, świata, który nie jest nudny i złowrogi, a wręcz przeciwnie - świata beztroskiego, w którym każdy czuje się jak małe dziecko.
Mogą też wywołać torsje, jeśli przesadzimy z popcornem i pójdziemy potem na diabelski młyn.
Albo szok, gdy dowiemy się, ile kosztuje przejażdżka na kolejce ewidentnie pamiętającej wczesnego Gierka. I nawet nie zaczynajmy o klownach.
Innymi słowy: jeśli tuż po oberwaniu w gębę banałem dostajesz po żebrach generalizacją, lepiej uciekaj.

Polecamy odwiedzić ten przybytek:


Jednak nie zawsze wesołe miasteczka są tak wesołe, jak się nam wydaje. Czasami są smętnymi, sypiącymi złuszczoną farbą trupami dawno minionej epoki, ratowanymi przed bankructwem wyłącznie skandaliczną ceną waty cukrowej ich wesołość ulatuje w nicość, a pozostaje jedynie budzący grozę strach. Strach, który paraliżuje, strach, który wszelką wesołość odprawia z kwitkiem. Wszelkie marzenia i nadzieje uciekają z krzykiem, tam, gdzie potworny strach ich nie złapie w swe okrutne szpony…
Wszystko to bardzo pięknie, tylko że przy takim nadmiarze słów całkowicie gubi się fakt, że tekst miał dotyczyć KSIĄŻKI. Recenzja to jednak nie esej ani felieton, gdzie możemy sobie pieprzyć do woli.

Internet nie papier, przyjmie wszystko.


Devin Jones to młody student, który w odróżnieniu od studentów podeszłych w leciech na okres wakacji postanawia zatrudnić się w lunaparku. Robi wszystko, by zapomnieć o swej byłej dziewczynie, która złamała mu serce. Devin bardzo przeżywa to rozstanie, przekonuje się, że miłość potrafi naprawdę boleć. W Joylandzie czeka go jednak wiele straszniejszych, brutalniejszych, dużo trudniejszych spraw natury życiowej, z którymi będzie się musiał uporać.
Rachunki?


Okrutne morderstwo sprzed lat, los umierającego dziecka i odkrywanie prawd o życiu i śmierci - to będzie przez najbliższy okres czasu spędzało sen z powiek Devina. Kto wie, jakie niespodzianki zgotuje mu jeszcze Joyland?
Recenzja mogłaby zacząć się od powyższego zarysowania fabuły - następnie byłaby kolej na opis bohaterów, stylu narracji, ewentualnie na dynamikę akcji czy porównanie z poprzednimi tomami Kinga. A co dostajemy od recenzentki? Otóż:
Pędziłam do księgarni na złamanie karku. Leciałam jak na skrzydłach, z promiennym uśmiechem wypisanym na twarzy.
Fap fap, tak kocham czytać, fap fap, ale nie o tym miał być ten tekst niestety. *smętne, ostatnie fap*
Ostatnie? Fapanie ciągnie się przez kolejne dwa gigantyczne akapity. =.=

A potem wytrysk lukrowanej szczęśliwości.


Obchodziłam swoje własne święto, bo oto mój Mistrz nad Mistrzami wydał swoją kolejną, zapewne mistrzowską (a jakże!) powieść, a mi dane było ją już, teraz, zaraz, pochwycić w swe czułe objęcia, i pożreć do ostatniej strony, rozkoszując się zacnym smakiem dobrej, kingowej opowieści.
Ten wstęp sugeruje nam oczywiście, że recenzentka postara się być obiektywna, że spróbuje przezwyciężać własne upodobania, by nie umknęły jej ewentualne słabości powieści oraz że podczas pisania zastanowi się, komu najbardziej spodobałby się ten rodzaj lektury.
(Ehe, chciałoby się.)

Czytasz to i nagle Misery już nie wydaje ci się tak nierealne...


Wpadłam niczym torpeda do księgarni, porwałam pierwszy egzemplarz Joylandu jaki tylko rzucił mi się w oczy, i pewnie wyleciałabym szybciutko bez płacenia, jednak w ostatniej chwili mój zdrowy poniekąd rozsądek (poniekąd rozsądek?) szepnął mi, że jednak wypadałoby zapłacić, coby nie mieć później żadnych przykrości, które dodatkowo utrudniłyby mi lekturę cudu, który wtedy trzymałam w rękach.
To zdanie ma tak wielki związek z recenzowaną książką, że pozostając na tym samym poziomie merytoryczności mogłabym je skomentować zdjęciem uśmiechniętego prosiaczka. Co niniejszym czynię, z korzyścią dla samopoczucia własnego i Czytelników.
 


Mam taką zasadę, że książkami Stephena chcę się rozkoszować, i precyzyjnie dawkuję sobie czytanie jego powieści, tak, aby a nuż za szybko nie zakończyć ich lektury. Mam taką zasadę, ale wiesz co, drogi Czytelniku?
Nie, nie wiem, i naprawdę mnie to nie obchodzi - proszę, dowiemy się wreszcie czegoś o książce?!

Jako że dzisiaj rocznica urodzin Rorschacha…
 


Jeszcze nigdy nie udało mi się nie pochłonąć łapczywie książki Mistrza. Musze poćwiczyć swoją silną wolę, oj muszę. Pytanie jednak: po co? Przecież w końcu zasady są po to, żeby je łamać.
 


W dziedzinie powieści Stephena Kinga mogę nazwać się mistrzynią,
Piszę książki Kinga lepiej niż on sam!

Mam egzemplarze wszystkich jego powieści oprawione w ludzką skórę.


i gdyby ktoś mądry stworzył taki kierunek jak Kingoznastwo, bez oporu mogłabym zostać wykładowcą na najbardziej prestiżowej uczelni. Poznałam Stephena od każdej możliwej strony (ekhm…), przeczytałam po kilka(naście) jego książek, w których bawi się różnymi gatunkami, od horroru, przez thriller, na fantastyce kończąc.
Obawiam się, że musiałabyś najpierw przeczytać trochę o teorii gatunków, ich inwariantywności, konwencjonalności, o zagadnieniu grozy w kulturze,  poczytać trochę o tej czy innej mitologii… a to nawet nie jest jedna piąta podbudowy teoretycznej.
Kilkanaście? On napisał ponad 60 książek, a do tego jeszcze scenariusze filmowe i inne mniejsze formy. Trochę strzelasz sobie w stopę, udowadniając jak niewielką masz wiedzę na jego temat.


Znam jego różne oblicza, wiem, że King ma kilka twarzy, a jego bratem jest Christian Grey i zależnie od nastroju objawia to w swoich książkach. Do tej pory myślałam, że mój ulubiony autor (jak to prostacko brzmi...) (napisz to po francusku, będzie bardziej wyrafinowanie スティーヴン・キングわ私のだいすきなちょしゃです。- a jak zajebiście brzmiałoby po japońsku!) niczym mnie już nigdy nie zaskoczy. Nie wiem, co Stefcio uknuł w tej swojej absolutnie niesamowitej głowie, jednak chyba postanowił zagrać mi na nosie, i skrupulatnie zaplanował coś, czego nawet ja się nie spodziewałam.
TAK, SPECJALNIE NA ZŁOŚĆ TOBIE NAPISAŁ!!! W końcu maniakalnie czyta twój blog!

Akurat tym razem postanowił nie zatrudniać żadnej ghostwriterki.


(...) Stephen King wbrew swemu ostremu wizerunkowi twórcy horrorów ma w sobie wielkie pokłady uczuć, czego nie boi się pokazywać na swój własny, nietypowy sposób w swoich powieściach.
Bo wiadomo, że twórcy horrorów to katatoniczni psychopaci z empatią dębowego kołka.
No ba. Przecież taki Jack Ketchum to sam osobiście tę dziewczynkę w piwnicy męczył.

I nigdy nie wychodzą z domu bez podręcznej siekiery w kieszeni płaszcza.


(...) Opowiedziana w tej książce historia poraża, zmusza do refleksji.
Więc czytelnik podczas lektury podryguje, jakby go kopał prąd i jednocześnie intensywnie myśli.

Podczas lektury recenzji na pewno.


King jednak nie zapomniał o swoim własnym ja, które tak kochają miliony czytelników, i dodał do tej opowieści nieco dreszczyku.
Miło wiedzieć, że powieść nie doprowadziła do rozpadu osobowości pisarza.
Ciekawe, czy chodzi o id, superego czy ego.


Prawa dłoń walczyła o wzniosłe uczucia, podczas gdy lewa rzucała mięsem na lewo i prawo, wrzucając do tekstu gore, seks i psychoanalizę w duchu Lacana.


(...) Tyle, że tym razem pokazuje nam się z zupełnie innej, nieznanej do tej pory strony. King bawi się swoimi czytelnikami, jak cyrkowymi małpkami.
Nie wiem jak recenzentce, ale mnie porównanie do cyrkowej małpy nieco ubliża. I od kiedy to one służą do zabawy?
Podtyka nam pod nos swoje dzieła, a my je łapczywie czytamy. Wierzymy Stefciowi jak nikomu innemu, pochłoniemy wszystko, co tylko przyszło mu stworzyć.
I jesteśmy takimi dojrzałymi i kompetentnymi czytelnikami, a zarazem merytorycznymi krytykami  oh wait.
A wujek Stefcio nas sadza na kolanach i czyta bajki o piesku, co to zagryzł swojego pana i jeszcze kilka innych miłych osób.

Uwielbiam tę modę na zdrobnienia. Mamy Małgośkę Szumowską, Stefcia Kinga… czekam, aż ktoś zacznie rzuci do Sapkowskiego “Jędrula, kopę lat!”, albo “Jacuś, jesteś moim Bogiem!” do Dukaja...


Nawet jeśli na coś kręcimy nosem. Bo to w końcu on jest Mistrzem. A my tylko błądzimy wśród jego twórczości niczym mrówki wśród traw.
Ja tam nigdzie nie błądzę, ja staram się przy nich dobrze bawić i - jeśli dają taką możliwość - wyłapać jakieś przesłanie albo znaleźć w nich odniesienia do elementów kultury. O obu tych rzeczach nie usłyszałam tu ani słowa. 

Jeśli błądzi się wśród twórczości pisarza, to coś jest nie tak albo z nim, albo z czytelnikiem.


Chciałabym swoim zwyczajem zacząć na coś narzekać, bo nie byłabym sobą, gdybym sobie standardowo nie ponarzekała bo wiadomo, jak krytyk, to musi KRYTYKOWAĆ - nawet jeśli nie ma czego. Dzisiaj będę się musiała niestety obejść bez mojego stałego zwyczaju, gdyż Stephen King zaserwował mi ucztę wprost wyborną, iście smakowitą, idealną do wołowych flaków (z olejem) po której czuję się syta i zaspokojona.Joyland spokojnie mogę nazwać jedną z lepszych książek Kinga ostatnich lat. (...)
Ocena: 10/10
Tak jest - po z górą dwóch stronach tekstu (większość wycięliśmy w trosce o zdrowie psychiczne Czytelników) wypełnionego słodzeniem, lukrowaniem, cukrzeniem i orgazmicznymi metaforami - dowiadujemy się, że ta książka jest "jedną z lepszych". A recenzentka w żaden sposób nie daje do zrozumienia, dlaczego nie "najlepszą" albo chociaż "bardzo dobrą". Jak mawiają internety, WTF, I don't even.
 
Bo gdyby była “znośna” albo “średnia”, recenzja miałaby tylko stronę i ćwierć. 



34 komentarze:

psyence pisze...

O żesz mać. To było świetne! Rozrywkowe w innym stylu, bo tylko dostawałam mikro zawałów serca przy waszych wybranych przykładach internetowych erudytów, a nie waliłam głową w klawiaturę jak przy blogaskach, jednak wciąż smakowite *^^* Jest więcej? :3

Serenity pisze...

Umieram na zakwik. Jeżu kolczasty, boru szumiący, dawno się tak nie bawiłam...

tuptaczek pisze...

Hm, wprawdzie została mi jeszcze jedna recenzja do przeczytania, ale oczka się już zamykają więc skomentuję już teraz.
Świetny pomysł na analizę! Przyznam się, że krytykowanie blogasków stało się dla mnie już nieco nużące i zaglądałam tu tylko od czasu do czasu, ale recenzje? To dopiero coś! Taki powiew świeżości. Liczę na kolejne, podobne odcinki. :)

Malcadicta pisze...

Ja chcę jedno i drugie! Blogaski i recenzje! (Ale jednak absurd osiąga swoje szczyty w blogaskach, więc...)

Skoro Stephen jest "Stefek", to co powiecie na Joaśkę Rowling?

emilyanne pisze...

Uśmiechnęłam się na sam widok linku silence-books. Ostatnio koleżanka podesłała mi recenzję Pratchetta tej ręcęzętki i trochę mnie ómarła. Bo w książce brakowało bajkowości (a każda książka Agathy Christe to tak naprawdę romans; adekwatnie dodałabym przy tym stwierdzeniu, że żadnej nie czytałam, ale to już byłaby ściema), a autorka dostawała "palpitacji w sercu". ;>

Fajnie się czytało analizę czegoś, co nie było opkiem, serio :D Kcem więcej! :D

Popo Polls pisze...

Cudne :) i oczywiście czekam na więcej. Ech, a moja znajoma kiedyś mi podesłała linka do bloga tego oto books-silence'a z pięknym dopiskiem, że również chciałaby tak pisać. Że jest zachwycona i w ogóle ach i och. No cóż... Każdy ma swoich idoli :) zresztą, ciekawa jestem, czy kiedyś traficie na bloga recenzenckiego mojej biednej koleżanki :-)

tuptaczek pisze...

Do ostatniej recenzji tylko jedno zdanie: boru, co za bełkot!

Degausser / N. W. pisze...

Ta recenzja książki Kinga zamordowała moją wiarę w ludzkość.

Anonimowy pisze...

A niech już bedę grammar nazi!
"スティーヴン・キングわ私のだいすきなちょしゃです。"

わ jest błędem w zdaniu. Zamiast niego powinno być は (mimo, że normalnie czyta się go jako "ha", ale jeżeli używamy go w zdaniu jako partykuły, wtedy staje się "wa"). ;)

Agata Włodarczyk pisze...

"スティーヴン・キングわ私のだいすきなちょしゃです。"
"Zamiast niego powinno być は (...)"

No i pomijając, że "すき" wymaga partykuły が :P

Piotr Vivaldi Sarota pisze...

Co do は się zgodzę - tak bardzo starałem się, żeby mi z wa nie robiło kanji, że nie zwróciłem uwagi nawet, co mi edytor wrzucił.
Natomiast co do が to akurat nie jestem pewien - jakby nie patrzeć, zdanie brzmi "... jest moim ulubionym pisarzem", a nie "najbardziej lubię pisarza ..." - w tym drugim przypadku が na pewno by się pojawiło.

Sick Boy Barker pisze...

"Mózg mój powoli staje się rozjebion." - oj, nie tylko twój.

Ogólnie te "recenzje" mnie zabiły (moja Mongolską Mamę też xd) i gdyby nie wsze komentarze to chyba bym tego nie przeczytała. Normalnie szapoba ;P

blinkowa

Anna Tatarczuch pisze...

Hehe, ta panna ma w zakładce "Czytam Kinga" wytłuszczone tytuły, które czytała. Na moje oko to się nawet jedna trzecia z tego nie uzbiera, wielka kingolożka.

Więcej takich analiz!

Anonimowy pisze...

"i gdyby ktoś mądry stworzył taki kierunek jak Kingoznastwo, bez oporu mogłabym zostać wykładowcą na najbardziej prestiżowej uczelni. Poznałam Stephena od każdej możliwej strony (ekhm…), przeczytałam po kilka(naście) jego książek,"
Tak, biorąc pod uwagę że książek i zbiorów opowiadań wydał ok. 70 (plus jeszcze scenariusze komiksowe i filmowe), po przeczytaniu kilkunastu pozycji na pewno panna została specjalistę magistrę od twórczości Kinga.

Krakatoa

Natalia SStefania Borucka pisze...

Po pierwsze, dziękuję Ci, Kalevatar, za prosiątko - faktycznie poprawiło mi samopoczucie :)
Te recenzje są códne, przyłączam się do chóru pragnących więcej. Mieliście rację - one nie są złe w jednej kategorii, ale po całości nadają się do kosza. Od gościa, co recenzował wybrakowaną książkę, przez tę bełkotliwą fankę Asasynów (czytać powieść na podstawie przed zagraniem w grę? WTF?), aż do psychofanki i zarazem najlepszej psiapsióły Kinga.

Tomek pisze...

Czytam i czytam. Tak sobie myślę, że do bólu wtórne to i przewidywalne. Jakbym oglądał kolejne odcinki "Mystery Science Theater 3000."

Tylko że MST3K jest autentycznie zabawne, bezpretensjonalne i nie jest bezinteresownie złośliwe (to ostatnie w Waszym przypadku ma być dowodem inteligencji, tak?)

Świecicie blaskiem odbitym od śmieci. Ścigacie się w politowania godnym wyścigu, kto mocniej, oryginalniej i "ironiczniej" zagra niestety zgranymi kartami.

Omawiane recenzje są kulawe, koślawe, kalekie, świadczą o pensjonarskich gustach lub nieumiejętności posługiwania się polszczyzną.

Ale one mogą drażnić tylko swoją nieświadomą niegramotnością.

Wy drażnicie, bo staracie się być fajni. Wyglądają te Wasze "cięte riposty" tak, jakbyście się ścigali w castingu do jakiejś literackiej wersji "Miłości na bogato."

Sorry...

Anonimowy pisze...

@Tomek, kogo draznią, to drażnią, jak widać po komentarzach i popularności Przyczajonej Logiki, to jednak w większośmi śmieszą i dają innym rozrywkę. No ale wiadomo, każdy ma swoją bajkę i swoje poczucie humoru.

Ten Zenon pisze...

Sorry Tomek, to jest Internet. Tu ludzie nie mają uczuć.

A tak na serio, nie powiedziałbym, że te karty są bardzo "zgrane". Jakby nie patrzeć, PLUS jest jedną z pierwszych analizatorni, a na pewno pierwszą analizującą recenzje.

Tomek pisze...

Tak, kryterium popularności jest kluczem, tak?

Znam popularniejsze ergo wartościowsze strony - Pudelek.pl, jebzdzidy, kwejk.pl...

Ale ok, bawmy się dalej w towarzystwie ludzi, którzy zdali maturę rozszerzoną z polskiego na 75%.

Zacne towarzystwo.

Anonimowy pisze...

Najwyraźniej Pan Tomek nie jest w stanie zaakceptować prostego faktu, iż ludziom podobają się różne rzeczy, a jego własne gusta nie są żadnymi wytycznymi. ;p A wystarczy tylko wrzucić na luz i nie czytać tego, co się nie podoba. Kropka.

Anonimowy pisze...

Dobra, towarzystwo, bo to już zatrąca kalizmem. "A wystarczy tylko wrzucić na luz i nie czytać tego, co się nie podoba" padało już w bojach z aŁtorkami i wtedy było obśmiewane, si?

Tomek ma prawo do posiadania i wyrażania swojego zdania. Ja akurat analizy lubię, ale stanowisko rozumiem i szanuję, do czego zachęcam pozostałych. Kropka.


A prosiaczek jest przesłodki. :D


Hasz

Anonimowy pisze...

Nie powiem, zabawnie się czytało, ale... mimo wszystko mam mieszane uczucia względem pomysłu. Wolę zdecydowanie blogaski. Rozszerzenie działalności PLUSa o recenzje martwi mnie - mam nadzieję, że za jakiś czas nie zaczniecie analizować komentarzy na wizaż.pl?

- thingrodiel

Pigmejka pisze...

@thingrodiel - zajmujemy się tylko tym, na czym się znamy dzięki zdobytemu wykształceniu i do czego tym samym mamy kompetencje - ale też jedynie wtedy, jeżeli uważamy jakieś zjawisko - w tym przypadku nadmiar naprawdę żenujących recenzji blogowych - za wyjątkowo szkodliwe. Więc spokojnie, niczego niezwiązanego z kulturą, filmem itp. nie będziemy tykać.

Nie martw się, głównym polem naszego zainteresowania tutaj będą wciąż blogaski - choć moim zdaniem recenzje takie jak powyższe są zjawiskiem równie niepokojącym. Jak wspominamy we wstępniaku - pisane przez osoby niemające odpowiedniej wiedzy mogą kreować fałszywe wyobrażenia na temat utworu. Co więcej – recenzenci ci najczęściej niewiele różnią się postawą od tych ałtoreczek, których tak nie lubicie. Zakochani w swoim głosie (piórze? klawiaturze?), kierujący się ślepo Zasadą Misi („mi się nie/podoba i już”), niepotrafiący poprzeć swoich tez żadną argumentacją, ślepi na konstruktywną krytykę. Jak napisaliśmy już we wstępniaku – jeśli jeszcze kiedyś wrócimy do analizy recenzji, nie sięgniemy po byle kogo, kto miał pecha napisać gorszy tekst, bo to zdarza się najlepszym – lecz właśnie po takie wyjątkowo nieprzyjemne przypadki. Analizowane osoby też nie są szarymi myszkami – dużo ich w Internecie, ich blogi mają fanów – więc nie jest tak, że ich wpływ na postrzeganie tego czy innego tytułu jest znikomy. I z tym chcielibyśmy trochę powalczyć. ;)

Anonimowy pisze...

Wiewiorka wskoczyla na drzewo :-D

Croyance

Anonimowy pisze...

Wiewiórka zrobiła mi dzień ;-D

Czytało się przyjemnie, chociaż muszę przyznać, że chyba jednak wolę analizy blogasKUF.

A z innej beczki, to nie pojmuję ludzi, którzy tracą czas na czytanie czegoś co im kompletnie nie sprawia przyjemności. A już w ogóle jest dla mnie zagadką, że jeszcze chce im się wypisywać komentarze. Czy nie lepiej poświęcić swój czas i energię na czytanie/robienie czegoś co daną osobę cieszy?

Osa

Anonimowy pisze...

Osa - tzw. ałtoreczki mogłyby się pod Twoim pytaniem podpisać wszystkimi kończynami :)

Pozdrawiam i kłaniam się nisko, Wypłosz

Anonimowy pisze...

Czyli teraz pora na blogaska, bardzo proszę o zanalizowanie tegoż "tforu" : http://pirates-life.blog.onet.pl/ .
Pozdrawiam i dziękuję z góry ;)

Anonimowy pisze...

Dziewczyny, wobec tego śpię spokojnie. :D

- thingrodiel

Anonimowy pisze...

Wolę analizę pek,ale ta recenzja Kinga to mocna rzecz.
Bo wiadomo, że twórcy horrorów to katatoniczni psychopaci z empatią dębowego kołka.Dobre!


Chomik

Elwen pisze...

"Czyli ktoś podłączył drukarkę i wraz z postępami w grze komputer wypluwał kolejne strony powieści?"

Jestem w posiadaniu tego dzieła. I tak, można podejrzewać, że właśnie tak wyglądał proces produkcji ;P

Anonimowy pisze...

Po co udawać znawcę i profesjonalistę skoro się nim nie jest? :/ Nigdy nie rozumiałam takich niby-że-profesjonalnych recenzji i ocen...

Anonimowy pisze...

Ja wiem, że to kilka dni temu było, no ale...
"Znam popularniejsze ergo wartościowsze strony - Pudelek.pl, jebzdzidy, kwejk.pl...

Ale ok, bawmy się dalej w towarzystwie ludzi, którzy zdali maturę rozszerzoną z polskiego na 75%."
Bwachachachacha!!!1! xD Pudel dostający zapaści z powodu czyjegoś cellulitu i największe zbiorowisko gimbazy w polskich internetach wyznacznikiem jakości, łomójborze, to jest aż nazbyt dobre xD

Krakatoa

Babatunde Wolaka pisze...

Ekskursja na terytorium recenzji blogowych okazała się bardzo ciekawym i odświeżającym doświadczeniem. Najbardziej podobał mi się kawałek o Assassin's Creed, który sprowokował mnie do postawienia pytania badawczego: gdzie aŁtorka zaopatruje się w grzybki? Też chcę.

"To świat, w którym, aby przeżyć trzeba posługiwać się mieczem tak samo sprawnie, jak nożem i widelcem"
Przypomina mi się zdanie, które przeczytałem dawno temu w "Magii i Mieczu", bodajże w artykule pt. "Miecz, tasak i inne kosy": "Trudno wyobrazić sobie rycerza dłubiącego w zębach mieczem".

"Jeśli do tego kotła dołożymy bogów, wśród których występuje także Morena (A czemu recenzent wymienia akurat Marzannę? Czytelnicy chcieliby się dowiedzieć!)"
Może to była Morena Czołowa.

"Klarowanie krajobrazów przez twórcę jest tak samo bezpłciowe jak cała reszta."
Znaczy on je klaruje przez pączkowanie, czy przez podział komórki i, za przeproszeniem, jądra?

"Im dłużej czytam tę recenzję, tym łatwiej mogę się wczuć w sytuację kontrolerów jakości w chińskich fabrykach zabawek."
Ja za to mam wrażenie, że tekst został przetłumaczony na chiński, a potem z powrotem na polski.

"bezlitosne wyuzdanie zysków z popularnej renomy."
To nagonka odgrzewania starego kotletu!

"mój zdrowy poniekąd rozsądek (poniekąd rozsądek?)"
Jak powiedział pewien oficer prowadzący szkolenie wojskowe studentów - "Okręty tego typu znajdują się w służbie Wielkiej niestety Brytanii i Związku poniekąd Radzieckiego".

"wiem, że King ma kilka twarzy"
Przynajmniej dwie - z brodą i bez.

"Bo wiadomo, że twórcy horrorów to katatoniczni psychopaci z empatią dębowego kołka."
Z humoru zeszytów: "Agatha Christie tym się różni od Lady Makbet, że nie wprowadza swoich pomysłów w życie".

"czekam, aż ktoś zacznie rzuci do Sapkowskiego “Jędrula, kopę lat!”, albo “Jacuś, jesteś moim Bogiem!” do Dukaja..."
Por. "Sapek, kiedy zabijesz Wiedźmina?" Notabene przeżyłem ostatnio szok, dowiadując się, że ponoć "Sapek" to określenie fana twórczości Sapkowskiego, a nie ksywonim samego autora.


Anonimowy pisze...

Babatunde Wolaka: "przeżyłem ostatnio szok, dowiadując się, że ponoć "Sapek" to określenie fana twórczości Sapkowskiego, a nie ksywonim samego autora."

Kiedyś było to na pewno pieszczotliwe określenie autora, ale potem poszła fama, że "za Sapka to można w mordę dostać".

Ja przeżyłam ostatnio szok, dowiadując się o kontynuacji zabitego poniekąd Wiedźmina.