sobota, 2 listopada 2013

Drzyjmy duszę na szmaty, czyli autostopem przez cierniste krzewy cierpienia



Witajcie!

Przepraszamy za to drobne opóźnienie - mamy jednak nadzieję, że jakość samego opka oraz analizy zrekompensuje Wam czekanie.
Wybrałyśmy dla Was opko idealnie pasujące do listopadowej aury - ponure, mroczne i z metaforami takimi, że Edgar Allan Poe zalałby się łzami. Będzie tu wrażliwa, nieporadna bohaterka bez rozumu, palców i uszu oraz szalony zbok, który najprawdopodobniej jest alkoholikiem, narkomanem i Darthem Vaderem. Będzie też lód zamieniający się w lód oraz - co warto chyba zaznaczyć - równie obrzydliwe co patetyczne sceny przemocy.
Miłego!

Zanalizowały: Szprota, Kalevatar i Pigmejka

Autostop


Był zimny, ponury dzień, okolica została zasypana białym puchem. Zbliżała się godzina szesnasta, a słońce powoli chowało się za horyzontem czarnego lasu.
Natomiast księżyc chował się za horyzontem zdarzeń. Żadne z nich nie chowało się za to za zwykłym horyzontem, obejmującym całość krajobrazu, a nie tylko las.

Jego promienia przedzierały się bajkowo spomiędzy drzew tworząc niesamowity, zimowy krajobraz.
Był zatem zimny, ponury dzień z bajkowym krajobrazem między drzewami.
 
Ciekawe jak promienie tworzyły ten krajobraz: malowały go na płótnie?
Szkicowały węglem.
Promienia, nie promienie. To ważne. Przedzierały się w towarzystwie siedmiu krasnoludków.

Świeże płatki śniegu opadały bezwładnie na asfalt,
Zataczając się i obijając o ściany budynków.
Natomiast lekko podgniłe płatki śniegu padały na asfalt z pełną premedytacją.

Świeże płatki śniegu opadały bezwładnie na asfalt, momentalnie zmieniając się w zamarzającą wodę.
Płatki zamieniły się w zamarzającą wodę… czyli w lód. Którym, technicznie, był już w trakcie opadania, ale rozumiem, że teraz był lodem BARDZIEJ.
Śniegocepcja, drodzy moi.
Chyba  że asfalt był posypany solą, wtedy na drogach robi się czasem taka warstewka mokrego lodu.

Nawierzchnia była bardzo śliska, zapach niebezpieczeństwa wisiał w mroźnym powietrzu.
Doświadczeni policjanci z drogówki zapach gołoledzi wyczuwali z dziesięciu kilometrów.
Ja o zapach niebezpieczeństwa zazwyczaj podejrzewam koty. A tu proszę - śnieg na asfalcie.
Wyobraziłam sobie to wiszące w powietrzu, śmierdzące niebezpieczeństwo w postaci pająka czyhającego na pajęczynie rozpiętej między drzewami.

    Przy drodze stała niska dziewczyna, wymachiwała drobną ręką by zatrzymać jakikolwiek samochód.
To specjalne opisywanie ręki nasuwa dziwne podejrzenia, że owa ręka nie należała do dziewczyny.

Była młoda, miała około dwudziestu paru lat.
Dokładnie dwadzieścia siedem i pół. I, nie uwierzycie, nadal była młodą dziewczyną.

Trzęsła się z zimna, nie ubrała się zbyt ciepło na taką pogodę.
Czyli… ubrała się w sam raz?

Nigdy przesadnie o siebie nie dbała, wolała zmarznąć niż się przegrzać.
Tak, w środku mroźnej zimy, przy lesie - totalnie grozi ci przegrzanie.
A ja bym się jeszcze chciała dowiedzieć, czy miała zwyczaj najadać się do syta i czy spała przynajmniej 6-7 godzin na dobę. Bardzo mnie to nurtuje w tym momencie.

Żałowała jedynie braku rękawiczek, jej palce były czerwone z zimna. Mimo to usilnie wymachiwała rękoma.
Myślałam, że z zimna odebrało jej władzę w członkach i dlatego stała na mrozie.

Trochę się bała, pierwszy raz łapała autostop. Ale musiała, cel jej drogi był za daleko, by iść pieszo.
A nie mogła wziąć taksówki/autobusu/poprosić znajomych o podwózkę, bo…?
Bo nie miała pieniędzy/ umiejętności czytania rozkładu jazdy/ znajomych.
Niewiele wiem o łapaniu stopa, ale stojąc w śnieżycy na poboczu tuż przy lesie ma się spore szanse na zamarznięcie. Nie lepiej byłoby iść w kierunku "celu drogi" i jednocześnie machać łapą?

Buty już dawno przemokły, prawie nie czuła stóp.
    Traciła nadzieję, gdy jeden z samochodów zatrzymał się na poboczu. Czarny jeep z przyciemnianymi szybami, jedna z nich uchyliła się lekko.
Przyciemniane szyby? Spodziewałabym się pruszkowskiej rejestracji i czterech bysiów z kałasznikowami.

Dziewczyna podeszła do pojazdu, poczuła ciepło ziejące z mechanicznej bestii.



I przylgnąwszy do maski całą powierzchnią ciała, poleciła: "Ja tu zostaję, jedź pan!".

    - Dokąd zmierzasz, nieznajoma? – odezwał się męski, niski głos.
Kierowca był uzbrojony w rozmówki pretensjonalno - kiczowate.

    - Do Nightville. – wypowiedziała słabo.
Lub do jakiejkolwiek innej miejscowości kończącej się na -ville, żeby było mrocznie.
Farmville.

    Była zmęczona i osłabiona. Tak bardzo chciała być już w nowym domu… Ogrzać się, wypić ciepłą herbatę, zdjąć te brudne, przemoczone ubranie.
To.

Spotkać wreszcie swoją siostrę, do której zmierzała.
A siostra nie mogła po nią pojechać, bo…?
Może leżała pijana w rynsztoku. Albo niańczyła piątkę drobnych dzieci. Albo nie miała samochodu.
Hej, może po prostu to takie miejsce w czarnej dupie wszechświata, gdzie nic nie dojeżdża, a lokalsi żyją z fotosyntezy?

Siąść przy gorącym ognisku, płonącym w ceglanym kominie i nie myśleć już o przeszłości.
Siąść przy ognisku w kominie. O ile rozpalić ogień jeszcze się jakoś da - można by jakąś platformę wstawić - to trochę przerasta mnie pomysł spuszczania się kominem jak Święty Mikołaj, żeby posiedzieć przy ognisku.

Rozpocząć nowy rozdział, jakim była praca w sklepie szwagra.
    - Jadę w tamtą stronę. Mogę cię podwieźć. Wskakuj.
    Niepewnie chwyciła za klamkę i otworzyła drzwi. Wahała się, lecz czując ciepło klimatyzacji, wsiadła do wozu.
Odbijając się od zbędnego przecinka i zręcznie przeskakując nad subtelną różnicą pomiędzy klimatyzacją a ogrzewaniem.

Siedzenie było obite skórą, w głośnikach grało głośno Dead Cell Papa Roach. Poczuła ostry zapach wody kolońskiej i kadzidełka, które przyprawiły ją o zawrót głowy.
Dodatkowo w oknach wisiały szklane paciorki, przy lusterku wisiała trójwymiarowa matka boska z obłąkanym uśmiechem, a siedzenia były wyłożone pluszem w ślady kocich łapek. Każdy by dostał zawrotu głowy.

Spojrzała na kierowcę wystraszonymi oczami. Ten uśmiechnął się do niej serdecznie.
    - Zamknij drzwi. Nie lubię jak zimno mrozu miesza się z ciepłem pomieszczenia.
Jakiegokolwiek pomieszczenia. Dlatego maniacko domykał sąsiadom drzwi od garażów, demontował fotokomórki w hipermarketach, a na widok drzwi obrotowych spluwał z obrzydzeniem.
Gdyby mnie ktoś walnął taką przemowę zamiast powiedzieć po prostu "Zamknij drzwi, wpuszczasz zimno", to bym poczekała na następną okazję. Come on, zaraz widać, że to jakiś psychol.

*
    Jechali w absolutnej ciszy.
Co, koleś wyłączył muzykę, żeby wydać się jeszcze bardziej creepy?

Dziewczyna patrzyła w odległą dal (a także pobliską bliżę) znajdującą się w bocznym lusterku.
Słyszałam, że można aparatem fotograficznym zabrać duszę, ale że lusterkiem - całą okolicę?!
Objects in mirror are more objects than they appear.

To nie odbicie samochodów jadących z tyłu ją fascynowało, lecz coś głębszego, czego nie każdy był w stanie dostrzec.
No ja myślę, że nie czytamy opka o byle dziewczątku lecącym na jeepy z przyciemnianymi szybami i inne wykwity motoryzacji, tylko o kimś pełnym tajemnic, zagadkowych uśmiechów i zaskakujących fałdek.
Wnoszę, że jest to jedna z tych bohaterek, które czytają książki siedząc na parapecie i pijąc herbatę w wielkim kubku po babci (i koniecznie musi wtedy padać deszcz).
Kakałko. To musi być kakałko.

Od dziecka była marzycielką, a dziś spełniała swoje najskrytsze sny. Dotąd słowa, które zapisała w liście do rodziców rozlegały się w jej myślach. Miała wątpliwości choć wiedziała, że jest już za późno. Nareszcie czuła się wolna, wyswobodzona z rodzinnego miasteczka, które zabijało ją z każdym dniem.
*wstaw dowolną piosenkę disneyowskiej księżniczki "chcącej więcej"*

Nie mogła znieść tej monotonii, nie mogła patrzeć dłużej na nieudolnych staruszków chodzących po ulicach.
Jeśli jeszcze chodzili, to byli całkiem udolni.
A w małych miasteczkach są tylko staruszkowie? To co ona tam robiła, była jedynym dzieckiem?
Ale czemu zaraz nieudolnych? Co chwilę kasowali się na latarniach?

Chciała poznać więcej młodzieży w swoim wieku, zacząć żyć jak prawdziwa młoda kobieta!
Zasuwać w korpo na trzy zmiany lub przesiadywać 20 godzin na kasie w biedronce, popuszczając w pampersa! To było życie, a nie jakieś tam senne miasteczko z ciepłą urzędniczą posadką!
Chyba naprawdę była jedynym dzieciakiem. Ciekawe, co się stało, jakaś Carrie wersja turbo wytłukła wszystkich poniżej 18 roku życia na szkolnej dyskotece i tylko nasza bohaterka się ostała?
Wszyscy już dawno siedzą w Londynie; niestety bohaterka trochę zaspała i została dla niej tylko rola w blogasku.

    - Jak ci na imię, nieznajoma? – podjął mężczyzna.
    - Jestem Linda. – wyciągnęła do niego rękę z uśmiechem.
    - Franky.
    Zapadło milczenie. Dziewczyna przyglądała mu się, jak prowadził samochód. Beznamiętne spojrzenie, podkrążone oczy oraz drżące dłonie, trzymające kierownicę.
Prawdopodobnie alkoholik.

Miał około trzydziestu lat, nie więcej. Na jego palcu nie było obrączki, prawdopodobnie kawaler. Wciąż się uśmiechał, delikatne zmarszczki wokół ust rysowały (flamastrem) pajęczynkę bruzd.
Prawdopodobnie znarkotyzowany.

Ciężko oddychał, jakby był chory. Odwrócił głowę w jej stronę, dostrzegła błysk w jego oczach.
Prawdopodobnie Darth Vader.

    Zmieszana Linda odwróciła wzrok. Poczuła zawstydzenie, miała wrażenie, że on czytał w jej myślach. Jej policzki zalały się (w trupa) ciepłym rumieńcem, pot spływał po karku.
Jak na doznawającą odmrożeń palców szybko się rozgrzała. To był samochód czy piekarnik na kółkach?
Po ilu zdrowaśkach Rozalka się uśmiechnie?

Podparła brodę o rękę, zaś łokieć położyła przy szybie.
A kolano upchnęła w bagażniku. Bo tak naprawdę była Pinokiem i miała odkręcane części ciała.
Pinokiem-gekonem, warto dodać. Gepetto zaszalał.

Uczucie dyskomfortu wypełniało jej wnętrze, pierwszy raz była w takiej sytuacji.
Pierwszy raz ktoś jej czytał w myślach? Pierwszy raz się komuś przedstawiła?
Ja się nie dziwię, też bym czuła dyskomfort po odkręceniu sobie ręki i nogi.
Aviomarin trochę na dyskomfort we wnętrzu pomaga…

Zaśmiała się cicho, pod nosem. Niezręczność sytuacji ją ogłupiała, nie mogła pojąć jak obcy mężczyzna zgodził się, by ją podwieźć do innego miasta.
Co jest niezręcznego w łapaniu stopa? Czy może bohaterka też jest z tych, którzy uważają, że jakiekolwiek spotkanie się dwóch osobników płci przeciwnej musi oznaczać seks?
Czemu od razu przeciwnej…
To wygląda, jakby ona złapanie stopa pojmowała w kategoriach wywoływania dżina z lampy - legendy mówią, że komuś kiedyś się to udało, ale normalni ludzie machają ręką tylko dla zasady.

    Nagle poczuła jego wielką dłoń na swoim udzie. Krew w jej żyłach przyspieszyła tempa, ruszyła z kopyta z piskiem krwinek, przestraszonym wzrokiem spojrzała na niego układając jej żyły w wielki znak zapytania. Szybko cofnął dłoń i położył ją na kierownicy. Zmieszał się, słyszała, że jego oddech przyspieszył. Zagryzła wargi, nie wiedziała, co zrobić. Kazać mu się zatrzymać i iść dalej pieszo? Czy zaryzykować?
Ja na jej miejscu zadzwoniłabym do siostry i całkiem przypadkowo powiedziała “No cześć, podwozi mnie bardzo miły pan Franky, ma taki ładny czarny jeep o rejestracji takiej i takiej, słuchaj, nie mogłabyś po mnie wyjechać, żeby nie robić panu problemu?”
Ja bym zapostowała na fejsie z podaniem danych geolokalizacyjnych.
A potem jednak lepiej wysiadła.

    Zapadła już noc, czarna i ponura kurtyna spadła na niebo niczym po skończonym spektaklu w teatrze. Gwiazdy rozbłysły na niebie niczym tysiące lamp wokół sceny.
Ałtoreczka sięgała po banalne metafory niczym potrzaskana.
Niech jeszcze napisze, że krzaki szeleściły niczym odgłos oklasków podnieconej publiczności.
Nawet przyroda poganiała fabułę. Jeszcze strona ględzenia o niczym, a płatki śniegu na szybie zaczną układać się w "get on with it!".

Linda zauważyła, że samochód skręcił w leśną drogę. Była to terenówka, nie straszny jej zimowy krajobraz.
Ale na widok pejzaży letnich, nadmorskich, pełnych słońca, uciekała z piskiem opon.
A krajobraz szczerzył do niej wertepy.
I w ogóle charakterystyka samochodu to w tej chwili jej największe zmartwienie.

Podskakiwali na wybojach, dziewczyna obijała się o drzwiczki.
A pasów to się nie zapięło, co?

Chciała krzyczeć, lecz brakło jej tchu. Bała się jakiegokolwiek ruchu, wiedziała, że powinna próbować uciec.
Ja wiem, że w panice nie myśli się racjonalnie, ale w opkach i tak nie ma nic racjonalnego - więc czemu bohaterka choć nie spróbuje wyciągnąć telefonu…?
Może nie ma? Wiesz, jak już szukamy logiki, to możemy zacząć od zastanawiania się, czemu bohaterka idzie zimą pieszo do jakiegoś w cholerę dalekiego miejsca.

    Zastygła w bezruchu, łzy potoczyły się po jej policzkach.
W bezruchu obijała się o drzwiczki, tak tak.

Las gęstniał, jedyne światło jakie było w okolicy, padało z reflektorów samochodu. Serce waliło dziewczynie jak młot, z każdą chwilą czuła, jak zbliża się do pęknięcia. Strach, panika, obawa –wszystkie negatywne uczucia mieszały się w jej głowie wraz z krwią, pobudzającą zmysły.
I tak strasznie chlupały, tak strasznie chlupały.
I przelewały się uszami i chlustały na tapicerkę, a kierowcę aż chuj strzelał na ten widok.
A pobudzony zmysł słuchu wychwycił dalekie tupanie Jeża jak Byka.

Wyczulone nerwy powodowały drżenie z każdym uderzeniem czy podskokiem. (Drżenie czego? Galaretki cytrynowej wiezionej w bagażniku?) Spazmy lęku rzucały dziewczyną.
Co stoi w pewnej sprzeczności z opisywanym wcześniej bezruchem, ale bądźmy poważni, to horror, spójność możemy sobie wetknąć w dowolnie wybrany otwór.

    Zatrzymali się nagle. Linda próbowała otworzyć drzwi, lecz zamknęły się mocno, zamek nie chciał puścić.
Yo, I’m happy for you, Imma let you finish, ale w takim wypasionym jeepie albo by puściły od razu albo po prostu są zablokowane.

Poczerwieniała od wysiłku i złości, nie czuła zimna, jedynie gorący gniew. Zaczęła walić w okno, gdy nagle poczuła silne, męskie dłonie (och, jakie silne, och, jakie męskie) zaciskające się wokół jej szyi. Czuła, że traci oddech, łapczywie łapała powietrze.
Ale nie próbowała niczego zrobić dłońmi, tylko powiewała nimi bezwładnie.

To na nic. On był dorosłym mężczyzną, ona jedynie drobną kobietą. Poczuła się słaba, jej oczy okryła biała mgła.
Dziewczyno, powinnaś reklamować instynkt samozachowawczy, ktoś tu solidnie spierdzielił sprawę.

Resztkami sił wbiła swoje paznokcie w przegub jego dłoni i wyrżnęła w nich krwawe rany w kształcie serduszek.
Nie chcę wiedzieć, co ona za tipsy miała, że udało jej się WYRŻNĄĆ rany na ręce.
I czemu on miał tylko jeden przegub.

*
    Obudziła się w ciemnym pokoju. Serce pełne strachu waliło niczym młot. Bało się, panicznie pragnęło ucieczki.
Już prawie wyrwało się z klatki piersiowej, ciągnąc za sobą żyły i ciskając się po całym pokoju.
Serce się bało, ale nerki, jelito grube oraz sama bohaterka już nie.
Mózg też był całkiem spokojny, malutki i nieużywany.

Biło w szalonym rytmie, niczym koń pędzący w galopie przez okręt pod pełnymi żaglami gęstą, nieznaną dzicz zwaną okrucieństwem, popędzany przez cierpienie, które przybrało postać cierni.
- ...jej serce było koniem ciernistych krzewów? - zdziwiła się słabo Szpro.
Koń pędzący przez cierpienie z cierni jest niczym penis wsadzony w krzak róży z kolcami. *głębia według Pigmejki*
Narrator galopował przez bezdroża idiotycznych metafor niczym pancernik Potiomkin przez gęstą zupę kalafiorową zwaną Stefan, popędzany przez daremną chęć nadania temu opku nieco klimatu.

Krew pulsowała w żyłach, ciśnienie wzrastało z każdą chwilą. Oślepiona dziewczyna widziała jedynie czarny materiał szmaty zawiązanej na jej oczach.
Nie, nie widziała. Gdyż była oślepiona. Tak?
Tak, a jakoby nie. Chyba.
Ciemność, ciemność widziała, widziała ciemność.

Mogła polegać tylko na słuchu, każdy najmniejszy odgłos przyprawiał ją o dreszcze.
Bo węch i dotyk poszły się czochrać o sztachety na widok czarnej szmaty.
Może całą ją obwiązał tą szmatą i tylko uszy pominął, bo za bardzo sterczały.
Może owinął ją w warstwę papy?

    Linda trzęsła się. Skulona w kącie niczym zbity pies, dyszała ciężko, a każdy jej oddech zmieniał się w ulotną parę wodną unoszącą się z lekkością w powietrzu.
Gdyby jej oddech przyjmował inną formę niż pary wodnej, byłabym szczerze zaniepokojona jej stanem zdrowia.
No nie wiem. Para wodna jest to stan gazowy wody, czyli monotlenka diwodoru. A jak ostatnio sprawdzałam, wydychaliśmy nie wodę, lecz mieszaninę azotu (79%), dwutlenku węgla (4%) i tlenu (16%)... Zdziwiłabym się za to, gdyby para wodna nie była ulotna i zamiast unosić się lekko, opadłaby na ziemię z łomotem.
Ja z kolei dziwię się, że narratorowi w takich okolicznościach chce się rozwodzić na temat wdzięku, z jakim obłoczki oddechu unoszą się w powietrzu. Może jakieś haiku?
Takie:
 

Dziewczyna czuła zimno. Dotkliwe, okrutne i przerażające zimno wody wypełniającej powoli pomieszczenie.
Nie rozumiem. Zamknął ją w kabinie prysznicowej?
Wrzucił ją do basenu i zaczął napuszczać wodę?
Zamknął ją w pralce?

Usłyszała skrzypnięcie drzwi i głośne przekleństwo. To znów on, czego chciał tym razem?
A co, już się zdążyła znudzić jego zachciankami?

Poczuła jak spierzchnięte wargi zetknęły się z jej policzkiem, w jej nozdrza uderzył ostry zapach alkoholu i brudnego człowieka. Szmata opadła ukazując dziewczynie zniszczone przez bruzdy oblicze dojrzałego mężczyzny.
Pewnego dnia bruzdy skopały jego oblicze w ciemnej uliczce i zostawiły tam, by sczezło. Lecz ono nie poddało się!
Jedno pytanie: skoro typ jest tak odpychający, czemu wsiadła do jego samochodu?
Bo zmarzła. Ludzie z zimna robią dziwne głupie rzeczy.

Jego oczy błyszczały dziko, usta wykrzywione miał w grymasie złości. Dziewczyna zamarła, koszmar zaczął się na nowo. Czemu on to robił? Jak długo to już trwało?
Podniósł ją gwałtownie i wyciągnął z pokoju. Opadła z hukiem na ziemię tłukąc sobie ramię.
Odłamki ramienia potoczyły się po całej podłodze.
Skoro ją podniósł, to czemu opadła na ziemię? On jest krasnoludkiem?

Nie mogła się podnieść, miała skrępowane dłonie.
Bo jak stawać, to tylko na dłoniach.

Mężczyzna zaśmiał się ironicznie i pomógł jej wstać.
Rzucając szyderczymi dowcipasami.

Zaczął ciągnąć ją ciemnym korytarzem do sypialni. Po drodze mijała stare już ramy, ich zbite szkło leżało na podłodze, kalecząc dziewczynę z każdym krokiem.
Szklane ramy to coś jak antyramy, tylko występujące w horrorze i czyhające na stopy gnębionych dziewic.
Na hasło “szklana rama” google pokazało mi to:
 
Nie ma co, prawdziwy mrok.

Widoczne w nich były fotografie całej rodziny. Uśmiechnięte kobiety, dumni mężczyźni.
Rodzina patchworkowa, jak widać.

Ojciec, matka, jego rodzeństwo… Wszyscy w komplecie. Wyglądali na szczęśliwych, nawet w oczach Franka był ten blask, promienność. Co się stało? Kto mu to zrobił?
Czy ona właśnie się litowała nad swoim oprawcą?
Tak. To głupie. Przestań.
Syndrom sztokholmski, wersja hard.

Dlaczego on ją tu w ogóle trzymał? Była chora, potrzebowała opieki medycznej, odrobiny ciepła. Wszystko ją bolało, miała wszy i grzybicę.
Grzybicę czego? Nie, zaraz, nie chcę wiedzieć.
A czemu mordercy mordują, a kleptomani kradną?

Rany gniły, wdarła się z nie gangrena.
Eee… i ona wciąż jest w stanie snuć dość składne i mocno współczujące przemyślenia? WTF?

Palce powoli odpadały, już dawno ich nie czuła. Nie miała też małżowin usznych.
Jednym słowem przez ciemny korytarz jest ciągnięty zawszawiony, opleśniały i gnijący półtrup. Który mimo tego ma siłę rozważać biografię swojego oprawcy.
Bo rany, wszy i gangrena sprawiają, że człowiekowi jest trochę niewygodnie.
Aż dziw, że jej jeszcze rączek i nóżek nie poucinał, żeby zostawić sam kadłubek.

Skręcili do dużego pokoju z czerwoną tapetą. Nie lubiła jej, zawsze kojarzyła się z domem publicznym.
Utratę uszu zniosła dzielnie, gangrena i grzybica tylko ją irytowały - ale czerwona, nieprzyzwoita tapeta przyprawiała o spazmy rozpaczy!
Bo jakże to tak, być gwałconą w takim burdelowym anturażu. Przecież to nieeleganckie.

Płomienie świec jako jedyne oświetlały łóżko. Prąd już dawno wysiadł, on nie umiał tego naprawić. Satynowa, czarna (oczywiście, że czarna) (oczywiście, że satynowa) pościel była już porwana, mnóstwo niezidentyfikowanych substancji pokrywało powierzchnię kołdry.
Kisiel, sos od pizzy, piwo, trochę makaronu sojowego… Ot, zwykłe mieszkanie w akademiku.
Satynowa pościel w akademiku?!
Coś mi mówi, że Ałtorka określa satyną każdą pościel o fakturze delikatniejszej od papieru ściernego.

Linda wiedziała, że są na nim zmieszane jej soki wraz z jego spermą, były też ślady zakrzepłej krwi. Okno zabito deskami od środka, nie przedzierał się przez nie nawet promyk światła. Czuć było zapach zgnilizny, z dziury w dachu sączył się deszcz.
Fajnie, że aŁtorka dba o nakreślenie klimatu wnętrza. Niefajnie, że czyni to niejako z perspektywy bohaterki, co sprawia wrażenie, że dziewczynę bardziej obchodzi dziura w dachu niż to, że zaraz znów będzie torturowana.

Spływał powoli w kącie tworząc brudne zacieki. Ściany powoli zaczynały zarastać grzybem tworząc dobrane towarzystwo do jej grzybicy wszystkiego.
Srsl, ta scena nie przedstawia dramatu więzionej i męczonej dziewczyny, tylko estetyczne traumy perfekcyjnej pani domu.

Mężczyzna rzucił dziewczynę na łóżko. Nie opierała się, wiedziała, że to nie ma sensu. Zamknęła oczy, szeptała cicho jedyną modlitwę jaką znała, zawsze uważała się za ateistkę, lecz tak bardzo chciała, by ktoś okazał jej miłosierdzie.
Totalnie zaraz bozia wyciągnie paluszek i pogrozi Franky’emu. To mu da do myślenia!

Jeśli Bóg istniał, czemu jej nie wysłuchał? Chciała tylko nowego życia… Czy każde dziecko uciekające z domu czekał taki los?
Nie, ale część z nich kończy na ulicy, więc trafiłaś niewiele gorzej.
Przynajmniej masz dach nad głową. Za to nie masz uszu. Hm… nie, jednak remis.
Pamiętajcie, drogie dzieci, nie zaczynajcie nowego życia, zasyczała zza narracji konserwatywna ideologia.

Dlaczego się nie posłuchała, wszyscy ją ostrzegali! Mogła poczekać te dwa tygodnie aż siostra zabierze ją z domu, zabrakło jej cierpliwości. Teraz płaciła za to najwyższą cenę. Była upokorzona, samotna, opuszczona przez świat.
W innych okolicznościach powiedziałabym: teen drama. Ale nasza Linda faktycznie była upokorzona, samotna i opuszczona przez świat. Oraz odpadły jej palce.
I uszy.

Demon wcielony w mężczyznę jedynie hańbił ją, rozrywał jej duszę na małe kawałki wraz z materiałem koszulki, którą miała na sobie.
Normalnie nie mieszamy dusz z koszulkami, ale mamy do czynienia z wyjątkową okazją. Przepis na zmieszanie tych dwóch substancji: porwać dwudziestoparolatkę, potrzymać przez jakiś czas w kabinie prysznicowej, pomolestować i gotowe. Do rozrywania używamy demona.
Po rozerwaniu mamy gotowe szmaty do mycia podłogi: dzięki dodatkowi duszy idealnie czyszczą wszystkie zabrudzenia!

Słyszała każdy najmniejszy odgłos. Głośne muskanie jego obrzydliwych warg o jej delikatną skórę.
 
Jej skóra po tygodniach w takich warunkach z pewnością była tak delikatna, że ojezu.

Podnoszenie materiału zniszczonej koszulki. Odpinanie wielkiej klamry paska. Rozsuwanie ciężkiego, zepsutego rozporka. Przyspieszony oddech, gwałtowne bicie serc.

Dziewczyna zagryzła mocno wargi. Starała się nie myśleć o bólu. O szorstkich dłoniach ściskających jej kibić. O swojej róży ponownie splamionej krwią i wstydem.
Słuchajcie, ja sprawdzam codziennie w różnych miejscach i nie mam żadnej róży. Wy macie?
Ja mam stokrotki, ale to na sukience, a nie na sobie. Liczy się?
Ja mam tylko chryzantemy w wazonie. :(
(Swoją drogą, to tutaj wcale nie jest śmieszne, tylko ohydne. Ale nie da się zachować powagi, kiedy spod sukienki w takiej scenie nagle wyskakuje RÓŻA.)

O ponownych otarciach na udach. O zadrapaniach na bladych plecach.
Czy ona naprawdę, z gangreną, brakiem uszu i w ogóle, zwraca uwagę na zadrapania?
Jedna pani podczas bombardowania, gdy wokół niej ginęli ludzie, rozpłakała się na widok oczka w pończosze, więc mnie to się klei.

Zaczęła krzyczeć. Bała się, nienawidziła tego, wszystko trwało tak długo, wieczność. Za każdym razem przed jej oczami przewijały się wszystkie, szkolne lata. Przyjaciele, pierwsze miłostki, imprezy i randki.
Jakby powiedział Terry Pratchett, widziała to tyle razy, że potrafiła przysnąć przy nudniejszych fragmentach.
Nie jestem psychologiem i nie znam się na reakcjach mózgu w ekstremalnych sytuacjach... Ale wspominanie randek w takiej chwili?

Na szczęście wiedziała, że to zmierza ku końcowi, mężczyzna szczytował. Jeszcze tylko chwila, zaraz znów nastanie przyjemna ciemność. Frank opadł ciężko na miejsce obok. Słyszała szczęk zapalanego płomienia w zapalniczce.
O pierdziu, szczękający płomień!

Poczuła duszący dym papierosowy. Jej wzrok utkwiony był w sufit.
Brutalny gwałt brutalnym gwałtem, a postkoitalny papierosek być musi.
Ty się ciesz, że to nie ona zapaliła.
Nie, za to kanonicznie gapiła się w sufit.

    Rumieniec z policzków powoli zanikał, oddech zwalniał, lecz serce nie chciało. Było młode, żywe, dlaczego się tu marnowało?
Właśnie, komuś jeszcze mogłoby się przydać.
Próbowała wyrwać je z piersi, lecz to za mało,
Operacje kardiololo lepiej zostaw konowałom.

Powinna już dawno uciec, chociaż spróbować. Lecz nadal tu była, leżała obok swojego kata, obojętna już na jego zagrywki. Nie wiedziała, co robić. Wolała czekać. Na co? Nie wiedziała…
Na księcia z bajki.
Na Godota.
Na oklaski. (Ona od 1 zdania tego opka nie jest w stanie nic zrobić.)

Spojrzała na mężczyznę leżącego obok. Ten zapatrzony w jakiś punkt na ścianie wydmuchiwał dym przed siebie. Ciekawe, co czuł? Jaki był jego stosunek do samego siebie? Czy cierpiał w związku ze swoją chorobą? Miał jakiekolwiek poczucie winy?
Czy zastanawiał się, skąd się wzięliśmy i dokąd zmierzamy? Czy rozważał istotę boga? Czy miał pogląd na naturę wszechświata? Może chociaż wiedział, czy w filmowej “Awanturze o Basię” tę kobietę naprawdę wepchnięto pod pociąg?
Potrzymaj go za rękę i spytaj, czy chce o czymś porozmawiać.
Mój boru, mnie to ani trochę nie obchodzi, a co dopiero bohaterkę… Narratorze - przeginasz.

    Kątem oka zerknął na dziewczynę. Wyciągnął rękę w jej stronę i chwycił kosmyk splątanych włosów. Pogładził je uśmiechając się przy tym. Wyrwała się i odsunęła na drugi koniec łóżka. W jej oczach płonął strach, jeszcze nigdy tak jej nie zrobił. Przez tyle miesięcy ani razu nie pogładził jej włosów z taką… czułością…
Gdyby tylko tak zrobił, jej palce odpadłyby w sposób mniej odpadający, a rany gniłyby mniej gangrenowo.
Gładzi po włosach, karmi, jeszcze nie zamordował - znaczy, że kocha!

Spuściła głowę i lekko odchyliła ją na bok w zadumie.
Rozchyliła również wargi, pośliniła brwi i przyszczypała lekko policzki. - “W końcu jestem boChaterką opka” - pomyślała. - Zaniedbałam się w wyglądaniu malowniczo.
Spróbowała się doczołgać do parapetu, żeby usiąść na nim malowniczo z książką i herbatą, ale po chwili przypomniała sobie, że nie ma ani książki, ani herbaty, ani palców, w których mogłaby je trzymać.

Nagle mężczyzna się zerwał. Chwycił dziewczynę za nadgarstek i szybkim krokiem ponownie zaprowadził do celi. Znów związał ją mocno, sznur wbijał się mocno w jej nadgarstki otwierając mocno na nowo niezabliźnione jeszcze rany. Łzy spływały mocno po jej policzkach, krzyczała.
- A mówiłeś, że mnie kochasz! Pogładziłeś mnie po włosach, pamiętasz?

- Błagam, nie zostawiaj mnie tu! Zrobię wszystko, uwolnij mnie tylko. – wrzasnęła prosto w jego twarz.
- Naprawdę chcesz odejść? – zawahał się.
- Nie, żartowałam tylko. Uwielbiam być zawszawiona i zagrzybiona.
Jeśli się okaże, że on ją puści, bo dotarło do niego, że ją krzywdzi, chyba coś sobie zrobię.

Spojrzała w jego oczy. Były czerwone, czuła, że jemu też puściły nerwy.
Bo jak ją wcześniej gwałcił i torturował, to był idealnie spokojny.

Przygryzał dolną wargę, kropelki potu wystąpiły na jego czole.
Najpierw wykonały balecik, potem odegrały lapidarnie “Romea i Julię”, a na końcu potresowały kilka dzikich zwierząt.

- Naprawdę pragniesz uciec ode mnie? Wiesz, że nie mogę puścić cię wolno… Nie teraz…
- Nawet jeśli to oznacza śmierć. – wyszeptała.
Wiedziała, że nic tak nie działa na zwyrolskich gwałcicieli, jak patetyczne deklaracje. W planach miała jeszcze przysięgę na konstytucję Stanów Zjednoczonych.
- To się da załatwić - mruknął i uśmiechnął się nieobecnie.

*
Mijały dni, mężczyzna nie pojawił się ani razu. Nie słyszała już kroków, nie słyszała nawet skrzypnięcia podłogi. Nic. Cisza, martwa pustka. Leżała beznamiętnie patrząc w odległą przestrzeń.
Czyli aż na którąś ze ścian celi. Chyba że przeniósł bohaterkę na dach.

Czasem przebiegł po niej szczur, kropla wody musnęła skórę.
Czasem porwało ją tornado i przeżywała jakieś przygody powiązane z dużą ilością zieleni i butów. Czasem wpadała do czarnej dziury i zjadała jakieś dziwne ciastka. Czasem biegała za ptakiem z czerwonym gardłem i dużo skakała przez skakankę.

Myślami była pogrążona… Chociaż nie. Ona nie myślała.
Yup, we figured it out already.

Nawet nie oddychała, serce już dawno nie biło. Gniła, jej ciało już dawno było szarozielone w taki modny panterkowy rzucik. Odór śmierci roznosił się po całej piwnicy i odbijał echem w rurach kanalizacyjnych. Woda i wysoka wilgoć przyspieszały ten proces.
Co to jest wysoka wilgoć? Bo sobie wyobraziłam nimfę wodną mającą 190 centymetrów wysokości.
Strzelałabym, że wilgotność, ale to chyba zbyt racjonalne.

Zimny trup patrzący w nicość – tylko to z niej pozostało.

 
(Nie wiem czemu, ale jakoś mi ten gif pasuje jako podsumowanie.)

22 komentarze:

Anonimowy pisze...

Odświeżanie przez pół dnia Waszego bloga opłaciło się! Dzięki, opko było przedziwne. Brakowało tylko dramatycznych programów w telewizji o tym, że jej szukają.

Anonimowy pisze...

Myślę, że to nie było opko na tyle złe, by je analizować. Ok, zawiera ze trzy durne metafory, ale poza tym jest w miarę. Nie widzę sensu w wyśmiewaniu ałtorek z potencjałem na autorkę. prędzej przydałby jej się komentarz z treściwą krytyką niż analiza. IMHO. :) ~A.

Anonimowy pisze...

A Franky? Odnalazł rodzinę? Zdobył miłość? Czy dalej tkwi w tym (z dnia na dzień coraz bardziej toksycznym) związku, gdzie Linda jeno coraz bardziej niemrawo patrzy w sufit po?
...będzie sequel?

Lin

Amy Gryffin pisze...

Nie zdobędę się na żaden konstruktywny komentarz co do treści opka. Powiem wiec tylko: znowu Dean! Yay ^^

Anonimowy pisze...

Carrie wersja turbo i spienione fale rozbawiły mnie najbardziej.
Opko sponsorowane przez właścicieli busików?
Tak,na pewno po gwałcie (kolejnym) "nastanie przyjemna ciemność!"
Ja bardzo proszę,niech one piszą o
Harrym Dzwonniku ze Snapem..

Chomik

sztefa001 pisze...

Czy tylko ja myślałam, że ona zostanie zombie i zacznie się na nim mścić ale potem odnajdzie mu rodzinę, i będą żyli długo, i szczęśliwie? x'D

Anonimowy pisze...

Skręcili do dużego pokoju z czerwoną tapetą. Nie lubiła jej, zawsze kojarzyła się z domem publicznym.
Utratę uszu zniosła dzielnie, gangrena i grzybica tylko ją irytowały - ale czerwona, nieprzyzwoita tapeta przyprawiała o spazmy rozpaczy!
Bo jakże to tak, być gwałconą w takim burdelowym anturażu. Przecież to nieeleganckie.

Dzięki, wieczór mam już pozytywnie ustawiony. Wasze recenzje są lepsze niż seks!

Anonimowy pisze...

Trochę mi niedobrze.

Anonimowy pisze...

A ja dalej myślę nad wielkością tej kabiny prysznicowej... Musiał mieć pieruńsko wielką łazienkę.

Anonimowy pisze...

"Słuchajcie, ja sprawdzam codziennie w różnych miejscach i nie mam żadnej róży. Wy macie?"

Mam nadzieję, że nie. Z "W pustyni i w puszczy" zapamiętałam wzmiankę, że jakaś NPCka cierpiała na różę na twarzy, z kontestu wynikało, że to ciężka choroba.

"oddech zwalniał, lecz serce nie chciało. Było młode, żywe, dlaczego się tu marnowało?
Właśnie, komuś jeszcze mogłoby się przydać."

Chodziłby potem i śpiewał: I have your heart, it beats inside, it's only three inches wide, I have your heart, I have your heart, I have your heart.

Anonimowy: "Nie widzę sensu w wyśmiewaniu ałtorek z potencjałem na autorkę."

Nie widzę tu szczególnie dużo tego potencjału. Bohaterka jest bezwolną meduzą, jej historia jest idiotyczna, bohaterowie płascy i kartonowi, natchnione pytania kompletnie od czapy, akcji w ogóle nie ma, tylko bezsesowne sceny dręczenia, no i brak odpowiedzi na najważniejsze pytanie: po co w ogóle powstał ten tekst? Nie wystarczy wziąć się za "poważną" tematykę, żeby tekst stał się lepszy. Wręcz przeciwnie: początkujący autorzy powinni trzymać się jak najdalej od tematyki, która przerasta ich słabiutki warsztat.

Anonimowy pisze...

Gratuluję udanej analizy.

Sushi

kariolka pisze...

gdybym miała biurko, z rozmachem waliłabym w nie głową :/ na szczęście nie posiadam tak luksusowych sprzętów, więc mi pojemnik na mózg ocaleje...

DRAMAT, drodzy państwo, DRAMAT.

Malcadicta pisze...

Jak to mówiła moja znajoma - ładnie napisane. Ładnie napisane, a charaktery postaci, fabuła i logika poszły się... paść na łące. Ale zdania ładne muszą być...

Teraz się zastanawiam, czy przy dżumie bohaterka skarżyłaby się na niewygodne łóżko?

Anonimowy pisze...

A mi się nie podobało, samo w sobie opko było złym wyborem, tak wg mnie, bo ciężko w jakikolwiek sposób skomentować coś takiego.

Anonimowy pisze...

E. Aż tak złe to opowiadanie nie było.

Pozdrawiam i kłaniam się nisko, Wypłosz

Anonimowy pisze...

Rozwaliło mnie to, że ta dziewczyna nie ma uszu, palców i ogólnie gnije, a rozmyśla na temat burdelowej tapety i życia swojego oprawcy. Co oczywiste, nie byłam nigdy w takiej sytuacji, jak ona... no, ale wydaje mi się, że oprawcę z marszu uznałabym z ścierwo i nawet się nad nim nie zastanawiała :/ I przede wszystkim próbowałabym cokolwiek wskórać... Może krzyczeć, może porozmawiać z tym facetem, może chociaż sprawdzić, czy wszystko jest domknięte i na pewno nie da się uciec. Nie, po co? Lepiej sobie leżeć i gnić. Masakryczne opko.

sadixx pisze...

Hmm, co sądzicie o tym blogu?
http://zwiadowcy-new-story.blogspot.com.es/

Chętnie przeczytałbym analizę :D

Anonimowy pisze...

Myślę, że to nie było opko na tyle złe, by je analizować. Ok, zawiera ze trzy durne metafory, ale poza tym jest w miarę. Nie widzę sensu w wyśmiewaniu ałtorek z potencjałem na autorkę. prędzej przydałby jej się komentarz z treściwą krytyką niż analiza. IMHO.

A ja myślę, że ałtorka znalazła w zapomnianym szalecie miejskim papier toaletowy, na którym pleśń ułożyła się przypadkowo w litery. Rozwinęła rolkę i było tam powyższe opowiadanie :D

Ten Zenon pisze...

Ja też się wkurzam, gdy mi się zimno mrozu miesza. Z czymkolwiek. Jestem uczulony na pleonazmy.

Sick Boy Barker pisze...

"Chyba naprawdę była jedynym dzieciakiem. Ciekawe, co się stało, jakaś Carrie wersja turbo wytłukła wszystkich poniżej 18 roku życia na szkolnej dyskotece i tylko nasza bohaterka się ostała?" - wyobrazilam sobie te Carrie w wersji turbo i ledwo sie powstrzymalam przed wybuchnieciem smiechem, a siedze na lekcji ;)

"I przelewały się uszami i chlustały na tapicerkę, a kierowcę aż chuj strzelał na ten widok." - rozbroilo mnie to ;)

"Koń pędzący przez cierpienie z cierni jest niczym penis wsadzony w krzak róży z kolcami." - Nobel, Pigmejko :D

Ja wam naprawde z calego serca gratuluje wytrwalosci, bo to gnijace scierstwo mnie zalamalo psychofizycznie.

Captcha: oomsslp. To brzmi jak chlupoczacy truB ;)

blinkowa

Lumi pisze...

" Gładzi po włosach, karmi, jeszcze nie zamordował - znaczy, że kocha!" - syndrom sztokholmski streszczony w jednym zdaniu <3
...czemu go równie pięknie nie opisałam na egzaminie? :( 5 byłoby na mur beton.

Alice Murphy pisze...

"Jedna pani podczas bombardowania, gdy wokół niej ginęli ludzie, rozpłakała się na widok oczka w pończosze, więc mnie to się klei."
Emm... To nie do końca była pani... ;)
http://m.filmweb.pl/Sniadanie.Na.Plutonie#