piątek, 20 września 2013

Każde opko wygląda lepiej na tle wybuchu, czyli warszawskie Sin City


Witajcie!

Opko o Doktorze się skończyło - porzucamy więc klimaty science fiction na rzecz opowieści obyczajowej o problemach współczesnej młodzieży… No, prawie. Ale nie bójcie się, będzie całkiem ekscytująco! Przygotujcie się na wybuchy, podstępy knute przez pustą blondi oraz mroczne, gangsterskie oblicze Warszawy.
Tym razem do pomocy wzięłyśmy Vivaldiego.


Analizują: Pigmejka, Kalevatar i Vivaldi.


Prolog "Wspomnienia z przeszłości"
Z grubą warstwą masełka maślanego.

A to białe na kromce to nie jest cukier.


Godz: 23:42, piątek
Ciemność. Jedynym źródłem światła były reflektory przejeżdżających samochodów. Nie było ich za wiele. Reflektorów? Samochodów? Co jakiś czas pojawiało się kolejne. Po lewym pasie zmierzało jedno auto, wiśniowe porsche.
Którego kolor i marka były w tych warunkach doskonale widoczne dla postronnego obserwatora.

Jeśli oglądał je z perspektywy przedniego zderzaka to być może… Swoją drogą, od kiedy panuje u nas ruch lewostronny?

Ojtam, może po prostu na prawym pasie był korek.


Siedziały w nim dwie kobiety. Jedna starsza, a druga w rozkwitającym wieku.
Wiek wypączkował jej z ramienia i rozwinął się, wydzielając przenikliwy zapach złej metafory.

Może chodzi o
Sakurę obrosłą kalafiorami z jednej ze starszych analiz?
Młodsza prowadziła samochód. Jechały z ograniczoną prędkością. Ograniczoną tylko przez nędzne 500 koni mechanicznych pod maską Porsche.  
Fabrycznie zablokowano w nim napęd warp.

Ale zaraz, po co one jadą jakąś szosą oddaloną od wszelkiej cywilizacji i nocą (skoro nawet z daleka nie widać świateł z domów czy choćby stacji paliw) z “ograniczoną prędkością”? Zawsze myślałam, że strefa ograniczonej prędkości jest w terenach zabudowanych. Chyba że narrator ma na myśli to ograniczenie prędkości do 90 km…
A zresztą, nieważne.
Coś czuję, że to nie największy problem w tym blogasku…

Nie no, skoro było aż tak ciemno, to nawet rozsądnie że nie pędziła jak porąbana.

Ale gdy ktoś jedzie wolno lewym pasem na dwupasmówce,
to jest to wykroczenie, bo lewy pas służy do wyprzedzania, a nie do jazdy - do tego powolnej.
Lecz nie było dla nich przeznaczone jechanie tą drogą.
Centralna Inspekcja Przeznaczenia spojrzała w grafik i szybko wprowadziła środki zaradcze. Niestety, Ponadopkowa Agencja Gramatyczna nie miała takiej siły przebicia.
Z naprzeciwka jechało auto, zielone z białymi pasami po bokach, wyścigowe.
W odróżnieniu od Porsche, które było w zasadzie tyko spłaszczoną snopowiązałką.

Skąd tam taki wóz? Może one jeżdżą po torze wyścigowym?
Jechało slalomem… Kobiety rozmawiały. Zobaczyły tylko światła, a potem trach…  
I Porsche porwali obcy, razem z krową Malwinką. 
A wszystko przez to, że pomyliły im się kraje i ruch prawostronny z lewostronnym. Peszek. 
Jak wygląda trach? To samiec traszki?

Wszystko zniknęło.
I nastał Kononowicz. Przykryła je kocykiem błoga ciemność.  
Wszak bycie martwym to czysta radość. 
Wreszcie dostąpiły nirvany.  
Wypadek drogowy faktycznie kojarzy mi się w pierwszej kolejności z błogością.

A samochody zaczęły się palić. 

 Zgodnie z I Zasadą Hollywoodzkiego Zapłonu Pokolizyjnego, zakładającą, że nawet rower zapali się po czołowym zderzeniu z hydrantem.  
A potem z oparów dymu powinno wytoczyć się pojedyncze koło. ZAWSZE się tak dzieje.
Z zielonego wozu wysiadł pijany mężczyzna.  
Skubany, nic mu się nie stało. Jakim cudem, skoro samochody zaliczyły czołówkę? 
Może siedział w bagażniku…?
Chwiejącym krokiem oddalił się z miejsca wypadku, myślał, że ucieknie lecz grubo się mylił.  
Nie wiedział, że II Zasada Hollywoodzkiego Zapłonu Pokolizyjnego mówi, że najdalej pięć sekund po kolizji samochód musi wybuchnąć z siłą małej atomówki.
Rana na jego głowie była zbyt głęboka, zrobił kilka kroków na przód i upadł na tył ziemię. Ogień dostał się do gazu w sportowym porsche i oba samochody wybuchły wylatując w powietrze.  
A nie mówiłam? 
Iście hollywoodzki rozmach miała ta kolizja! Szkoda że z sensem nieco gorzej…


Tak wygląda Porsche Cayenne, w którym montaż gazu jest w miarę prosty (swoją drogą, skoro stać kogoś na takie autko, stać chyba też na benzynę?). Gdybym miał wybierać - w starciu ze sportowym samochodem, stawiałbym raczej na Porsche. Druga sprawa:
pożar i wybuch. O ile ten pierwszy jest potencjalnie możliwy, to ten drugi przypomina rojenia scenarzystów telenowel. Raz, że butla jest zamocowana tak, żeby dzwon jej nie przemieścił, dwa, że to stalowy pojemnik ze ściankami kilkumilimetrowej grubości, trzy, w razie uszkodzenia instalacji zawory uniemożliwiają wypływ gazu. Czyli dopóki ktoś nie gruchnie w niego pociskiem przeciwpancernym, jest całkiem bezpiecznie…
 Dla pewności dodam jeszcze, że benzyniaki wcale nie wybuchają łatwiej. Ostatecznie pisząc o "gazie" aŁtoreczka pewnie miała na myśli po prostu paliwo, w końcu wszyscy mówią "dodać gazu" itd. 
Może aŁtoreczka sugeruje, że to sfingowany wypadek, a tak naprawdę ktoś tam podłożył bombę…? 
Ruscy, dlatego kierowca był pijany. Pewnie jego auto miało brzozowe zderzaki.
Na dodatek Porsche jest firmą niemiecką. Nagle wszystko zaczyna mieć sens!

Auta, które przejeżdżały obok zatrzymywały się jedno po drugim. Jedna osoba zawiadomiła odpowiednie służby.  
Reszta tylko cykała foty i kręciła filmiki.
Po dziesięciu minutach w oddali rozległo się wycie syren. Straż pożarna, karetka i policja spieszyły się z nadzieją, że może ktoś przeżył, lecz nie było już kogo ratować. 
Ruscy już o to zadbali. Na filmikach było słychać strzały. 
Świadkowie zbierali się też w oddzielne zespoły, aby praktykować eksperymenty myślowe.
Strażacy gdy dojechali na miejsce zaczęli gasić pożar, jeden ze "świadków" zdarzenia  
Ale czemu tam jest cudzysłów?
  Bo miał dziwny, wschodni akcent.
 I czapkę uszatkę.  
I imitował śmigło.
znalazł nieprzytomnego mężczyznę, trudno nie było się domyśleć, że to on jest sprawcą tego wypadku. Karetka zabrała go do szpitala. 
Jego samochód znacząco machał drzwiami, a z płynu do spryskiwacza ułożył się na przedniej  szybie napis WINNY.  
Pewnie jako jedyny miał zapięte pasy. 
Nie, zmarł z zastygłym na twarzy wyrazem zawziętości i okrucieństwa. 
Ale skoro był tylko nieprzytomny to czemu narrator sugeruje, że nie było kogo ratować? Z miejsca uznali go za winnego, więc karetką wieźli od razu do kostnicy czy co?
Była trzecia nad ranem. W domu rodziny Barskich rozbrzmiewał dźwięk telefonu. Dzwonił chyba już z szósty raz, lecz nikomu nie chciało się wstać go odebrać, woleli przykryć głowę poduszką i spać dalej.  
Wchodzili pod kocyk, który przenosił ich w inną rzeczywistość, bez telefonów, spamu i firm windykacyjnych.
Gdy telefon znowu zaczął dzwonić w salonie zaświeciło się światło. To pan Michał zwlekł się z łóżka i niechętnie podniósł słuchawkę.
-Słucham? -spytał zaspany. Przez chwilę słuchał co ma mu do powiedzenia osoba po drugiej stronie słuchawki.
-Co? Kiedy to się stało?! -odrzekł zdenerwowany, w jego oczach malował się lęk i smutek
bo jak to tak, bez makijażu i kocyk taki wygrzany, a tu trzeba się ubierać. -Zaraz tam będę! -odłożył słuchawkę i pobiegł szybko do sypialni. Założył to co miał pod ręką i wybiegł z domu, otworzył garaż i zajął miejsce za kierownicą tego samobieżnego garażu. Zapalił auto i ruszył w stronę szpitala. 
Czy tylko ja mam skojarzenie z tym:
Nie. Ale trzeba przyznać, że płonące auto lepiej poradziłoby sobie na nieoświetlonej drodze. 
Trzeba to opatentować!
Po piętnastu minutach dotarł na miejsce. Zaparkował samochód przed budynkiem i nie zamykając go wbiegł do środka. Dotarł do recepcji, zdyszanym głosem spytał:
-Gdzie jest moja żona?|
-Nazwisko? -zapytała pielęgniarka poprawiając sobie okulary.
-Barski.
-Sala numer 20 na drugim piętrze.
 
Oczywiście każdy sobie może do szpitala wejść, pobiegać po korytarzach, pokręcić się po salach i oddziałach i nikogo to absolutnie nie dziwi. 
 Zwłaszcza o trzeciej w nocy.
-Dziękuję! -popędził ile sił w nogach po schodach, nie miał zamiaru czekać, aż winda się otworzy. Wpadł zdyszany do wyznaczonej sali, nawet nie zauważył napisu, który znajdował się na drzwiach -KOSTNICA. O. Kurwać.
Nie wiem, co piękniejsze: idea, że pielęgniarka ot tak, bez żadnej informacji odsyła go do kostnicy, fakt, że wchodzi tam bez żadnego problemu i nikt nie zastanawia się, co tam kurna robi, czy też to, że prosektorium - z uwagi na charakter “gości” - raczej nie powinno znajdować się na piętrze, pośród innych oddziałów…
 
Recepcjonistka-trollerka. A Efekt Komiczny jak stąd do Maroka, tylko że nieśmieszny.
Ciekawe też jak udało się w trzy godziny nie dość, że z całkowitą pewnością zidentyfikować ofiary wypadku (pamiętajmy o pożarze i eksplozji), to jeszcze ustalić i zawiadomić krewnych.
 
CSI: Miami nie oglądałaś?
Rozejrzał się po pomieszczeniu, na dwóch łóżkach leżały dwa ciała przykryte białym prześcieradłem.  
I miały bogato zdobione, dębowe ramy. Te łóżka znaczy się.
Krew zastygła mu w żyłach, serce na chwile przestało bić. 
 Ostrożnie, bo jeszcze będzie potrzebne kolejne łóżko w tej kostnicy.

Policja powiadomiła go o śmiertelnym wypadku jego żony i teściowej, ale miał nadzieję, iż żona przeżyła.
 
A tu klops. Pielęgniarka ani chybi postanowiła nie wyprowadzać go z błędu. 
Nikt mu nie powiedział, że rola, jaką dostała w Oszukać przeznaczenie 7 nie była główną...
Komisarz wyjaśnił jasno, że jedna osoba przeżyła, lecz gdy usłyszał te słowa nie chciał słyszeć nic więcej, tylko ubrał się i popędził z nadzieja w sercu. Podszedł bliżej mebli, wyciągnął rękę by ściągnąć płótno, lecz nie dał rady. 
Ale określić typ materiału już zdołał. Poza tym akurat stołu prosektoryjnego bym meblem nie nazwała, choć technicznie nim jest. 
W ogóle ten cały opis emocji sugeruje wielkie oddanie męża, co nie? To poczekajcie tak jeszcze z akapit...
-O dobrze, że pan już jest... musi pan zidentyfikować zwłoki. -powiedział lekarz stojący w drzwiach. -Pan Barski jak mniemam? 
KWIIIIIIIIIIIIIII!!! Czyli jednak nie mają pewności, że to jego żona, tak? I nie przeszkodziło im to budzić go w środku nocy i mówić ze stuprocentową pewnością, że zginęła? 
Bo to policja dzwoniła. Służby współpracują ze sobą tylko w amerykańskich serialach… oh, wait.
-Tak...-wyszeptał, zacisnął dłonie w pieści. Doktor podszedł i odsłonił twarz martwej kobiety.  
Po czołowym zderzeniu, pożarze i wybuchu z pewnością była doskonale do siebie podobna.
 *myśli* *myśli* Może miała na twarzy ognioodporną maskę…? Taką naprawdę dobrej jakości…? 
Albo jechała w tej lodówce, w której Indiana przeżył wybuch bomby atomowej.
-Rozpoznaje ją pan?
-Tak, to moja teściowa...-wyciągnął rękę w stronę drugiego ciała i drżącą ręką ściągnął prześcieradło ukazując twarz.
 
Widocznie udał mu się rzut na inicjatywę i ubiegł lekarza.
Na jego twarzy pojawił się przez krótką chwile uśmiech, lecz lekarz tego nie zauważył. -To moja żona...-spuścił głowę w geście zawodu, 
*gwałtownie gestykuluje nosem*
dalej ciągnął swoje żałosne przedstawienie. Wszystko po to by wszyscy mu uwierzyli, że był kochającym i dobrym mężem, a w rzeczywistości było inaczej. Nie zależało mu na małżonce, poślubił ja tylko dlatego, żeby przejąć firmę po jej ojcu. Mimo tego , że nie zależało mu na żonie kochał swoje dzieci. 
W końcu o alibi trzeba dbać. Swoją drogą, cóż za przebiegłość z jego strony: nawet bicie serca zatrzymywał, byle tylko się nie zdradzić! 
A te wcześniejsze teksty o nadziei na to, że ktoś przeżył dowodzą, że udało mu się nawet oszukać narratora. Albo że ktoś tu nie ma pojęcia, co pisze.  
Albo narrator jest w spisku i też dbał o pozory.


Minęło kilka dni. Na cmentarzu rozbrzmiewała żałobna melodia. Przy mogile stała duża grupa żałobników. Nad trumną pochylał się 'załamany' maż i dwójka jego dzieci. Łucja szlochała rozpaczliwie, Marcin tulił ją do swojej piersi. Po skończonej ceremonii Barscy szli powoli w stronę cmentarnej bramy. Na ich drodze stanęła elegancka blondynka, którą ojciec serdecznie witał. 
Witał, i witał, i witał zawzięcie i dogłębnie… Cóż, żonka w piachu, można olać pozory. 
Nie przekroczywszy nawet bramy cmentarza, żeby wszyscy wiedzieli, kto jest największym dupkiem opka. A blondynka z pewnością była samotna i wyrafinowana.

Marcin szarpnął się gwałtownie do tył i
w przód z wykrzywioną gniewem twarzą wysyczał do Ojca: 
Na boga się nie krzyczy. Znaczy można, ale nie wiem, czy to coś da. 
Da. Grom z jasnego nieba.
-Nawet w takim dniu nie potrafisz zachować się jak przystało! Tylko zakłócasz żałobę spotykając się z ta wywłoką!
Ojciec obrócił się i uderzył syna w twarz.
 Tak przy innych żałobnikach? Śmiałe posunięcie. 
Ot, kochający ojciec. Wszak mężczyzna ma być twardy, nie miętki. 
-Nie waż się tak do niej zwracać.  Marcin złapał siostrę za rękę i szybko poszedł do bramy
 Za drugą rękę łapiąc biednego narratora, któremu ojciec podbierał kwestie.


Pół roku później...
Bicie dzwonów w kościele! 
Jakie entuzjastyczne pierwsze zdanie! O matko!
Tatarzy nadchodzą! Grajcie hejnał!
 Książę Arthas wraca z wojny! Chowajcie królów do piwnicy!

Przed kilkoma minutami dwoje ludzi powiedziało sobie tak!
 
Pół roku - ciekawe, jak to załatwili. (“W tradycji kościelnej przyjmuje się, że okres żałoby po śmierci współmałżonka wynosi około jednego roku”.) 
 Zastanawiam się, czy to opowiadanie, czy artykuł z “Super Expressu”.

Goście wychodzą z kościoła, ustawiają się przodem do drzwi, szykują ryż, cukierki i pieniążki by wyrzucić wszystko jak małżonkowie wyjdą na zewnątrz.
 
Ba, majętni są, to co mają jeszcze dodatkowe miedziaki dostawać? 
Słusznie, w końcu czemu ktoś ma jeszcze po nich sprzątać? Nowożeńcy widzą, że przynieśli, tradycji stało się zadość i można to wypierdzielić w diabły.
Goście doczekali się upragnionej pary, wyrzucili do góry wszystko co wcześniej przygotowali. Orkiestra zaczęła grać, wszyscy poczęli bić brawa i krzycząc: Szczęście 'młodej' parze! 
Ciekawe jak sugerowali tonem ten cudzysłów. To nie mogło brzmieć szczególnie grzecznie...  
Zgrzytaniem zębów i metalicznym odgłosem ostrzonych siekier. 
To nawet nie jest cudzysłów, to dwa apostrofy. Pewnie spluwali przez zęby.
Gdy zaproszeni złożyli życzenia gospodarzom imprezy 
Tak oto nowożeńcy zostali zredukowani do obsługi weseliska.
wszyscy udali się do wyznaczonego na zaproszeniu lokalu. 'Młodą parę' powitali kelnerzy z chlebem i dwoma kieliszkami z szampana - musiało wszystko być tradycyjnie, 
Chlebem I szampanem? Rozumiem jeszcze chleb i sól, a potem szampan - ale szampan zamiast soli? :D To już lepiej chyba chleb zamiast szampana...

tak jak zażyczyła sobie pani młoda.
 
Pani młoda - narrator chyba naprawdę ma coś do kobiet, które już nie są nastolatkami…
 Starość zaczyna się w momencie, gdy nie możesz już więcej korzystać ze zniżki studenckiej na PKP.
 

Rozbite kieliszki, wnoszenie żony do środka na rękach, obiad, odgrywki 
(Czyli, jak twierdzi google - marsze weselne popularne w Małopolsce. Śledzenie pochodzenia aŁtoreczki w toku...) i zabawa. Wszyscy dobrze się bawili oprócz Łucji, ona jako jedyna nie była zadowolona z małżeństwa swojego ojca, bo przez nie jej brat wyjechał za granicę. 
A na wesele przyszła, bo…?
Smutna siedziała na huśtawce przed lokalem i patrzyła jak inni się bawią… 
Nie miał jej kto ściągać gier ze Steama. 
To zdanie nie brzmi, jakby była smutna z powodu powtórnego małżeństwa ojca, tylko dlatego, że nie pozwolono jej się bawić na weselu.
Tydzień później… 
Boru, dostaniemy w końcu scenę, która będzie dłuższa niż trzy akapity?
Dochodziło południe, Łucja dopiero wstała.  
Niektórym to dobrze...
Wykonała poranne czynności (yess!!!), ubrała się i wyszła z pokoju. Była sobota więc nigdzie jej się nie spieszyło. Przechodziła koło uchylonych drzwi do sypialni rodziców i usłyszała rozmowę macochy z jakimś obcym mężczyzną.  
Bo porządna kobieta, żona i macocha rozmawia tylko z innymi kobietami. Rozmawia z facetem i już wiadomo - latawica! 
Pewnie już knuje, jak tu męża wycyckać z firmy po teściu! *sprawdza, czy to wciąż blogasek, a nie scenariusz "Trudnych spraw"*
Zaciekawiło ją to więc stanęła i słuchała.
 Zanim zaczniecie czytać - doceńcie, proszę, kreatywny zapis tego dialogu!
-Tak, tak. Nie martw się, wszystko mam pod kontrolą!
=Ale wiesz, że on może zacząć coś podejrzewać?
-Błagam Cie...on jest ciemny, zatańczę dla niego w bieliźnie i facet odpływa! Mam nad nim władze! 
Oczywiście, bo facet jak pies - pomachaj kiełbasą i sprawa załatwiona… 
W tym przypadku to nie kiełbacha, a raczej dwa… kurze filety! 
W każdym razie machanie załatwia sprawę. Czasem nawet i kiełbasą. ^^
=Dobra, musisz zdobyć te papiery i po Michale! 
*włącza Mroczny Śmiech z pogłosem i burzą z piorunami*
-Tak skarbie, przecież ja cię nie zawiodę!
=Wiem, tylko się o Ciebie boje, a do tego musisz z nim spać...bleee 
Pytanie: jak głośno Mówiący Znakiem Równości musiał się drzeć w słuchawkę, żeby boCHaterka mogła go tak wyraźnie słyszeć? 
Mam mroczne przeczucie, że on stał obok… 
Może przez Skype’a gadali?
-Heh.. zazdrosny jesteś?
=A co nie mam powodów?
-No wiem, wiem...ale...
Dziewczyna ledwie że co słyszała, więc nachyliła się bliżej drzwi. Słuchała uważnie o czym rozmawia Aśka z tym mężczyzną. Gdy skończyli rozmowę szybko oderwała uszy od drzwi (Oba?!)  i pobiegła na parter do kuchni..."Ona chce zniszczyć mojego ojca..."-pomyślała.
I ona jest taka zła, bo wyszła za niego tylko dla pieniędzy, z chęci zysku, a to jest takie jawne skurwysyństwo i bezeceństwo i w ogóle on jej nie obchodzi a to takie… oh, wait. Czy Michał przypadkiem nie zrobił tego samego? 
Bo to działa tak, że jak on robi = dobrze. Jemu robią = źle. To logiczne.


"Ale mu tego nie powiem, bo mnie wyśmieje... muszę coś wymyślić!"
Wynajmij myśliwego i każ mu zabić macochę!
Wynajmij grupę teatralną, a potem wlej macosze truciznę do ucha! 
Wynajmij prywatnego detektywa i razem z nim szukaj sensu w opku.

Rozdział 1 "Bo życie nigdy nie jest takie piękne jakim się wydaje..." 

Wystarczy lepiej dobierać używki…

"Jeśli wydaje ci się, że wszystko idzie dobrze, to masz rację -  wydaje ci się."


Była zimna grudniowa noc. Na ulicach Warszawy tłoczyło się mnóstwo ludzi. Jedni śpieszyli się do domu, a drudzy wyjeżdżali z miasta aby spędzić gdzieś miło weekend. 
Tam zaraz miło. Po słoiki jechali!
Pewna dziewczyna, która jechała samochodem wraz ze swoim ojcem i macochą patrzyła na zatłoczone chodniki pustymi oczyma.  
To lepiej, niż jakby patrzyła na puste chodniki zatłoczonymi oczyma.
Była nieszczęśliwa i musiała udawać przed ojcem, że dogaduje się z przybraną matką.
 Bo wiadomo, że najlepszym sposobem na radzenie sobie z problemem jest udawanie, że nie istnieje.  
Musiała udawać, macocha wzięła do niewoli jej chomika.
A właśnie dzisiaj dowiedziała się, że ojciec ją opuszcza na cały rok. Musi wyjechać do USA na delegacje, aby negocjować ważny kontrakt i podejrzewa, że to zajmie mu cały rok. 
Negocjacje będą trwały rok? :D Co oni tam zamierzają robić, okopać się dookoła drugiej firmy i oblegać ją, odcinając od dostaw prowiantu aż szef nie zgodzi się podpisać umowę? :D (A wystarczyło zamiast “negocjacje” napisać “szkolenie” i już znalazłby się sens...)  
Może po prostu powoli czyta? A to jeszcze po angielsku i w ogóle… swoją drogą, na chłopski rozum, nie lepiej byłoby zabrać żonę i córkę ze sobą? 
Nie znacie się na wielkim biznesie. Oni prowadzili negocjacje w języku entów.
Może i by nie było problemu z wyjazd ojca gdyby nie myśl, że teraz jej prawną opiekunką będzie Aśka! 
Ale jakim cudem? Przecież jako macocha nie ma praw rodzicielskich - chyba że ją adoptowała, a tak dramatycznego wydarzenia narrator by nie pominął, prawda?


Ta zadufana i zapatrzona w siebie kobieta, która widzi tylko forsę jej ojca i to czy jej ubrania są najmodniejsze i najdroższe w mieście. Ma przecież Ona prywatnego projektanta, który spełnia każdą jej zachciankę.
 I prywatnego narratora, który uwzniośla jej opisy w tekście.
Wiele osób uważa, że ona ustala modę w kraju i ubierają się podobnie do niej! 
To skandaliczne! Jak ona śmie być popularna!
 Gorzej - jak śmie być popularniejsza niż bohaterka! I zapewne również ładniejsza, seksowniejsza, inteligentniejsza, z kupą adoratorów, znajomych, przydupasów, z wielką szafą i schowkiem na buty… pinda jak w mordę strzelił!

Samochód zatrzymał się na ulicy Żwirki i Wigury, gdzie znajdowało się lotnisko. Kierowca wyszedł pierwszy i otworzył drzwi, pierwsza wyszła wysoka, szczupła blondynka z krótkimi włosami w kremowym żakiecie od Marcina Paprockiego,
 
W tym sezonie zamiast loków i grzywek nosi się na głowie żakiety! 
Blondynka i włosy w żakiecie wyszły pierwsze po kierowcy, wpadając w pętlę czasową.
zaraz za nią młoda dziewczyna z długimi związanymi w kucyk włosami o kolorze ciemny blond i jej ojciec. Wysoki, szczupły mężczyzna o kasztanowych włosach i szarych oczach. 
 Ok, znamy już wszystkie kolory włosów i oczu. Co ten biedny narrator będzie opisywał przez resztę opka?
Kierowca zamknął za nimi drzwi od wozu i wyjął walizki z bagażnika. Cała rodzina weszła do budynku. Stewardesa czytała ogłoszenia dotyczące godziny odlotów samolotów. 
Nie jestem pewna, czy to jest zadanie stewardesy. 
Nie jest.

Samolot Michała odlatywał za dziesięć minut, pasażerowie jego lotu byli wzywani.
 
Co prawda samolotem wiele razy nie latałam, ale zdaje mi się, że na odprawie trzeba być nieco wcześniej niż na 10 minut przed odlotem…

Chyba że przyjeżdża się, żeby pomachać odlatującym. Albo sfingować swoją podróż, a potem zaszyć się na bezludnej wyspie i budować tam Imperium Zła!
Przytulił do siebie córkę i szepną jej na ucho: 
THE TRUTH IS OUT THERE.
- Nigdy nie stawiaj Ł na końcu czasownika. To niemodne.
-Słuchaj mamy.
-Dobrze-odpowiedziała by go uspokoić, wcale nie cieszyła się, że on wyjeżdża.
-Pa skarbie- zwrócił się w kierunku żony-dbaj o Łucję.
-Dobrze, będziemy za Tobą tęsknić!
Mężczyzna odszedł, kilka razy spojrzał przez ramię aby zapamiętać twarze bliskich mu osób.  
A to nie ma całej kolekcji zdjęć na swoim najnowszym modelu iPhone’a? Albo kurczę, tacy są trendy a nie mają Facebooka?  
Po przylocie przykują go do ściany i będą trzymać o chlebie i wodzie, bez dostępu do telefonu i Internetu.  
I nawet zdjęcia z portfela mu zabiorą!

Zniknął z pola widzenia kobiety, ta od razu zmarszczyła brwi i spojrzała na Łucje.
-Jeśli mnie nie będziesz słuchać to pożałujesz! -zagroziła dziewczynie. 
Po czym  wyciągnęła zza pazuchy dwie wredne córki i licencję Disneyowskiego Złoczyńcy.
-A co mi możesz zrobić? -zapytała rozzłoszczona.
-Ah...wiesz, możesz już zacząć się pakować bo po feriach jedziesz do szkoły z internatem. 
 Kwik. Albo ojciec ma córkę naprawdę gdzieś, albo rzeczywiście wyrusza na wojnę do kraju, gdzie nie będzie miał dostępu do żadnych mediów - bo inaczej nie wierzę, że by tak spokojnie przyjął fakt, że żona decyduje o losie jego dziecka bez konsultacji z nim. 

 
A czy do czegoś takiego nie trzeba przypadkiem zgody obojga rodziców? I dla bohaterki to chyba dobrze, że mieszkając w internacie nie będzie musiała się widywać z macochą.

Hahaha -zamiotła tyłkiem i poszła przodem do samochodu.
 
Była baba trzymająca miotłę cycami, najwyraźniej widzimy tutaj jej siostrę - babę trzymającą miotłę tyłkiem.  
Trzonek pewnie miała w dupie.

Łucja przez chwile stała w miejscu myśląc, bała się tego roku! Ale i tak dobrze, bo macocha ma zamiar ją wysłać do szkoły z internatem, tam źle nie powinno być.
 
Jak wiadomo, do takich szkół trafiają tylko księżniczki, które potem zaprzyjaźniają się z hinduskimi iluzjonistami, odkrywają ukryte przejścia do tajemniczego ogrodu i wciągają kokę, gdy nikt nie patrzy.
I z tą "dobrą" wiadomością ruszyła w stronę wyjścia, aby móc pojechać do domu i zamknąć się w swoim pokoju, i nie oglądać tej paskudnej mordy Aśki, na której jest chyba z tona tapety. 
Jak powszechnie wiadomo, tylko pindy się tapetują. Bohaterki zaś “nakładają letki makijaż”.

Wyszła z budynku, a przed nim nie było samochodu. Rozglądnęła się wokół siebie, bo może Pan Filip zaparkował auto gdzie indziej, lecz go nie było. "To pewnie jej sprawka i teraz muszę wracać do domu na piechotę!! Kurde nie wzięłam ze sobą kasy bo bym taksówkę sobie zamówiła! "-przeszło jej przez myśl.
 
A to kilku złotych też nie ma, żeby autobusem jechać? Czy nie chce mieszać się z plebsem?
 Boi się automatów biletowych, odkąd jeden zeżarł ratlerka ich sąsiadki.
Widzieliście kiedyś boCHaterkę w zbiorkomie?
Otuliła się kurtką i poczęła iść w stronę swojej willi. Szła wolno, cała się trzęsła z zimna i staruchu.
Jakiś staruch nią potrząsał? :/ 
Jack Frost.

Boru mój, boru, jaki Dickensowski obrazek. Tyle że nie.
 Nigdy nie chodziła nocą po mieście, a zwłaszcza sama. Zawsze towarzyszyła jej jakaś koleżanka czy kolega, a wiadomo, że w takim dużym mieście jakim jest Warszawa jest dużo przestępców i zboczeńców!
Bo w małych wcale a wcale nie ma. +hint:
większość ofiar napaści ZNA swoich oprawców.
Ta, aż dziw, że mimo to ktokolwiek jeszcze tam mieszka. Chyba że przestępcy i zboczeńcy kiszą się we własnym sosie.

Ba, przecież Wawa była inspiracją dla Sin City, tylko Frank Miller musiał trochę złagodzić to i owo, bo pierwowzór był zbyt drastyczny.

Na samą myśl, iż jakiś chłopak by do niej podszedł z nożem w ręku przymykała oczy i szła szybciej, prawie biegła.
Gdyby ludzie serio tak myśleli w momencie, gdy wychodzą wieczorem na miasto, Kraków byłby miastem duchów…
Bo wiadomo, że jeśli ktokolwiek chce jej zrobić krzywdę, to tylko chłopak z nożem. Cała reszta populacji jest niegroźna.
Gdy się zmęczyła, zwalniała, ale nie traciła czujności. Licho nie śpi, tak sobie zawsze tłumaczyła. Nosząc za pazuchą Glocka, którego akurat dzisiaj zapomniała. Jak pech to pech.
Przeklinała w myślach swoją macochę, jak ona mogła jej to zrobić. Przecież jest już dorosła jutro kończy piętnaście lat, to dużo! W Warszawie czternastolatki zostają matkami, a w Islamie to tak samo!  
Jak wiadomo, Warszawa sąsiaduje z Islamem przez Wisłę. 
A nie przez Odrę?
No, ale ona nie chcę zostać matką, chce tylko uwolnić się od Aśki i razem z bratem mieszkać w Niemczech! Czy prosi o zbyt dużo? Chce być tylko szczęśliwą, normalnie żyjącą nastolatką! 
Dobra, I see where this is going, i to się robi obrzydliwe.

Dochodziła już na miejsce, jeszcze tylko dwa zakręty i ujrzy swój dom. Nie mogła się już doczekać, chciała usiąść w swoim pokoju z gorącym kubkiem czekolady.
 
I kilkoma ciepłymi talerzami na zakąskę.
Skręciła w ciemna uliczkę, ciarki przeszły jej po plecach gdy zobaczyła w oddali dwie sylwetki. Po kształcie stwierdziła, że to mężczyźni, ale wolała się upewnić bo mogli pod czapką chować drugą głowę. 
Na szczęście stali do niej profilem, więc można było stwierdzić, że to mężczyźni. Ewentualnie kobiety z bardzo wypchanymi kieszeniami.
Bo przecież pod latarnią o tej porze stoi mnóstwo dziewczyn do towarzystwa i to mogły być właśnie one.
 Ja przepraszam, gdzie ci jej burżujscy rodzice mają dom, że w najbliższej okolicy kręci się takie towarzystwo?
Wiesz, ten dom to jest warownia, cztery baszty, most zwodzony, a za murem morze pohańców.
Szła cicho i tak by osoby, które chciała podglądnąć ją nie zauważyły. 
A nie lepiej byłoby po prostu iść w swoją stronę? 
Doskonały pomysł: jeśli będziesz wyglądać na wystraszonego szczeniaka z pewnością się nie domyślą, że właśnie nim jesteś.
-Gdzie się wybrałaś dziewczynko? -usłyszała za sobą, serce zabiło jej jak młotem, chciało wyrwać się z piersi, odwróciła głowę. Za nią stał młody mężczyzna, jego twarz szpeciła blizna pod prawym okiem, miał długie popuszczone brązowe włosy i niebieskie oczy. 
Gwałciciel, nie gwałciciel - opis koloru oczu i włosów musi być!
[Tu była scena próby gwałtu, którą wycięliśmy - bo ani to temat do żartów, ani nie było tam nic do komentowania.]

Gdy stracili dziewczynę z oczu dali sobie spokój z pościgiem. Łucja biegła ile sił w nogach, dobiegła do bramy swojej posiadłości,
swej hacjendy, była zamknięta. Zaczęła szarpać się z żelaznymi prętami, na szczęście zauważył ją ochroniarz i otworzył przed nią bramę. Przemarznięta weszła do holu, trąc ręce o siebie by się ogrzać.
-Na boga, gdzieś ty była?! -spytała niby zatroskana macocha. -Każę przygotować ci ciepły posiłek i kąpiel!! -zawołała pokojówki i kazała im przygotować to co wcześniej wymieniła.
 
Ochroniarz, pokojówki - a brama na zwykłą kłódkę, bez domofonu. Idealnie logiczne.
No i szofer, któremu zdecydowanie nie płacą za myślenie.

W domu zawsze udawała troskliwą mamę, która opiekuję się i troszczy o swoje dziecko. Dziewczyna udała się do swojego pokoju wspinając się po „metrowych” schodach,

A jakie to są schody metrowe w cudzysłowie? W życiu nie widziałam.
Może to jak z metrowym chlebem? Wchodzisz do marketu, mówisz “daj pan siedem metrów schodów”, dostajesz taką harmonijkę, a potem sobie dopasowujesz do hacjendy.
weszła do swojej sypialni i położyła się na łóżku. Za jakieś dziesięć minut przyszła służąca informując ją, że kąpiel została przygotowana. Wstała leniwie z łóżka i udała się do łazienki, rozebrała się
A to nie mieli oddzielnej służącej do rozdziewania panienki i jeszcze innej do mycia pleców? Dziwne…

Kryzys, trzeba było redukować etaty.


i weszła do gorącej wody. Uwielbiała takie kąpiele, jeszcze gdyby miała olejek waniliowy...
 
To zdanie totalnie sprawia, że ten motyw dziewczynki z zapałkami przemierzającej slumsy Mexico City wydaje mi się jeszcze bardziej prawdziwy i przejmujący.
wlała by go do wody i mogła by się odprężyć a tak to mogła tylko zgrzytać zębami. Po godzinie gdy wyszła z wanny (Mieli chyba jakiś podgrzewacz do wody, skoro przez godzinę woda nie wystygła...) jako nowo narodzona udała się do pokoju, tam czekała na nią gorąca kolacja, ale nie miała ochoty jeść, więc położyła się i zasnęła. 
Bo nie mogła powiedzieć pokojówce wcześniej, że nie jest głodna. Służba od tego jest, by robić, prawda. Ale to macocha jest złą, napuszoną pozerką, ona nie.
(A dla narratora brawa za pełen wrażliwości opis reakcji stresowej na sytuację na ulicy. A przepraszam, nie, przecież żadnego opisu nie było.)
 

Zaraz… to chcesz powiedzieć, że to jedzenie… ono… NIE ROBI SIĘ SAMO? O__o

30 komentarzy:

Anonimowy pisze...

"To pewnie jej sprawka i teraz muszę wracać do domu na piechotę!! Kurde nie wzięłam ze sobą kasy bo bym taksówkę sobie zamówiła! "-przeszło jej przez myśl.
A to kilku złotych też nie ma, żeby autobusem jechać? Czy nie chce mieszać się z plebsem?
Bez przesady, nie zawsze nosi się przy sobie pieniądze, szczególnie gdy się nie podejrzewa, że będzie trzeba ich użyć :D

Po godzinie gdy wyszła z wanny (Mieli chyba jakiś podgrzewacz do wody, skoro przez godzinę woda nie wystygła...)
Taki mój komentarz, mogła sobie co jakiś czas dolewać gorącej wody :)

Ale analiza cudna jak zawsze :D I będzie następna część tego opka?

Halabarda

Anonimowy pisze...

Hahaha, ja znam ten kościół z "Matko!". Mieszkam zaraz obok niego cale życie :D Mała rzecz w analizie, a cieszy.

Anonimowy pisze...

Ratunku! Przeczytałam Was dzisiaj bezpośrednio po NAKWie i miałam nadzieję, że wszelkie wyrafinowane panie mam już za sobą, ale nawet tu odwołanie - nie macie litości!
A sama analiza przednia, materiał też wybrałyście ciekawy - ach, te wyskakujące wtem! z Nienacka kostnice :D I właśnie tak ostatnio myślałam, że dawno Viva nie było.

Tonks

Anonimowy pisze...

I jak ja teraz z domu wyjdę i do fabryki podążę, jak tam lotnisko, uliczki i na pewno chłopcy z nożami?!

P.s: W fabryce pracuje delikwent o nazwisku... Silkstone. Zastanawiam się, czy nie jest spokrewniony z Kamiennojedwabnym Snejpem.

Anonimowy pisze...

Na upartego wcale nie musiała mieć ani grosza przy sobie, wystarczyło wsiąść do autobusu bez biletu, nawet jeśli by ją złapały kanary, to na karę ją przecież stać. Plusem mogłaby być ewentualna możliwość pochwalenia się tym tatusiowi, który zapewne chętnie dowiedziałby się, czemu jego córka, mając szofera do dyspozycji, musiała jechać na gapę tuż po tym, jak zostawił ją pod opieką troskliwej macochy. Internat bez zgody ojca - miodzio. Może on jednak jechał... nie wiem, na Antarktydę? Ale nawet tam chyba działa telefon satelitarny? Taka szkoła z internatem to też nie byle co, jakby ostro dała do pieca, toby ją stamtąd na bank wylali (choć ona chyba wspominała, że się cieszy na ten internat?). Trochę zaczynam podejrzewać, że ałtoreczka sama ma w domu macochę której nie cierpi i baaardzo próbuje opisać światu najgorszą poczwarę, jaką sobie można wyobrazić, z efektem oczywiście straszliwie karykaturalnym. Mam wrażenie, że w tak dużym domu ze służbą i wszelkimi wygodami Aśce łatwiej byłoby zwyczajnie olewać dziewczynę i się nią nie przejmować, bo ciężko uwierzyć, że chce jej się bawić w takie szczeniackie podchody, jak zostawianie dziecka na lotnisku i później zgrywanie nie wiadomo jakiej matki roku (a przecież szofer wiedział, że zostawili ją tam na lotnisku i mógłby powiedzieć ojcu, który - przypomnijmy - kocha ponoć swoje dzieci). Prawdopodobnie też służba (albo chociaż jej część)pracowała w tym domu jeszcze za życia matki boChaterki, można więc przyjąć, że chociaż jedno z nich mogłoby być lojalne wobec dziewczyny i jej ojca, a nie Aśki. Ach, logiko, ty nasz zagrożony gatunku :(
Świetlik

Vrolok pisze...

Tego... *rozgląda się niepewnie* Ja przepraszam, ale... no... Khem. Teraz się boję mieszkać w tym potwornym Sin City. Serio. Bo do tej pory nie bałam się specjalnie łazić po nocach, nawet pracować na lotnisku i przyjeżdżać tam o trzeciej rano...
Nie, no dobra, podróży na lotnisko przed trzecią nad ranem jednak się bałam, tym bardziej, że musiałam przeleźć przez park, pełen narkomanów, pijaków i bezdomnych. Ale tego akurat bałam się nie tylko ja, bo to specyficzna trasa autobusu (nie mylić ze specyficzną trasą ogólnie)z lotniska na dworzec Centralny, więc autobusy nocne są tam wyposażone w uzbrojoną ochronę (serio!). Niemniej, jakoś poza tym nie widzę tu aż takiego zatrzęsienia morderców. Plus samoloty z Okęcia latają do 23, więc gdzie ona lazła po nocy tak głębokiej, że na ulicach nie było nikogo, poza gwałcicielami?
Czasem wyobrażenia wiejskich dziewczynek o Wielkim Mieście, jakim jest Warszawa, mnie po prostu rozkładają na łopatki. XD Plus zastanawiam się, kto tu mieszka w "posiadłości" i trzyma służbę, bo nawet w takim przebogatym willowym Konstancinie, gdzie mieszka śmietanka, nie widzę podobnych cudeniek. I Konstancin to już nie Warszawa, a u nas niestety takich cudów niet.

Borówka pisze...

Służba najwyraźniej też nie znosi boCHaterki i dlatego sprzymierzyła się ze złą macochą.

Przerąbane w tej Warszawie macie i trup pewnie ściele się gęsto :P

Anonimowy pisze...

Analiza iście kwikogenna :) Mój monitor spływa herbatą.Też miałam skojarzenie z Trudnymi Sprawami. Oczami wyobraźni widziałam tą Łucję żalącą się na wizji. Brawo Analizatornio!

Sushi

Serenity pisze...

Łoboru! Próbuję napisać jakiś konstruktywny komentarz, ale nie mogę. Po prostu opko jest tak głupie, że tylko z waszymi komentarzami jakoś da się je czytać.

Dzidka pisze...

Uwaga techniczna - źle się czyta, jeśli komentarze są razem, a nie od nowego akapitu. Czy to przypadkiem nie jest jakiś błąd techniczny? Zwłaszcza że zauważyłam, że tam też brakuje odstępów między kolorkami. Tak jakby tam "miało być" od nowego akapitu, ale nie wyszło.
Wszystko tak bardzo mi się zlewa mimo kontrastowych kolorków, że z żalem, ale muszę lekturę odłożyć na jakieś później.

Bubu pisze...

To opko ma coś wspólnego z "Miłością na bogato", mianowicie dziwne wyobrażenia o życiu w wielkim mieście. A tak btw to jakim cudem mieszkając w Warszawie można dostać internat, skoro jest mnóstwo osób z małych miejscowości, którym bardziej on się należy? Chyba że w jakiejś szkole katolickiej, z dala od morderców i gwałcicieli :D

Babatunde Wolaka pisze...

"Jedynym źródłem światła były reflektory przejeżdżających samochodów. Nie było ich za wiele. Reflektorów? Samochodów? Co jakiś czas pojawiało się kolejne."
Kolejne reflektoro czy samochodo?

"Zobaczyły tylko światła, a potem trach… (...) Jak wygląda trach? To samiec traszki?"
Jako filolog wschodniosłomiański, podejrzewam, że zobaczyły po prostu sceny gorszące.

"Przykryła je kocykiem błoga ciemność."
I noc im oczy zakryła. (© Homer)

"Wreszcie dostąpiły Nirvany."
A nawet Metalliki.

"Z zielonego wozu wysiadł pijany mężczyzna."
W tym zdaniu w zasadzie nie ma nic szczególnego, ale i tak dobrze, że z pijanego wozu nie wysiadł zielony mężczyzna. To by znaczyło, że w sprawę zamieszane jest UFO.

"tak jak zażyczyła sobie pani młoda."
Gdy słyszę "pani młoda", to odbezpieczam leworwel.

"na jako jedyna nie była zadowolona z małżeństwa swojego ojca, bo przez nie jej brat wyjechał za granicę.A na wesele przyszła, bo…?"
Istotnym czynnikiem bywa możliwość nażarcia się za darmo.

"Dobra, musisz zdobyć te papiery i po Michale!"
Innymi słowy: "Po 29 września też musisz je zdobyć".

"Szła wolno, cała się trzęsła z zimna i staruchu."
Kwiii. A poza tym - może chodziło o tego kibolskiego guru?

"W Warszawie czternastolatki zostają matkami, a w Islamie to tak samo!"
Kwiiik tygodnia.

"Dziewczyna udała się do swojego pokoju wspinając się po „metrowych” schodach,[A jakie to są schody metrowe w cudzysłowie?]"
Może takie jak w metrze?

Jednej rzeczy nie rozumiem bardziej niż innych: gdzie tu w ogóle Japonia?

Hasło: atyhad. Prawie jak "ittihad", czyli coś jest na rzeczy z tym islamem.

Anonimowy pisze...

Bardzo mądrze, że ominęłyście scenę. gwałtu. Analizatorki jak zawsze taktowne.

Pigmejka pisze...

Cieszymy się, że analiza Wam przypadła do gustu! :D

Dzidka - już poprawiłam formatowanie, teraz powinno być dobrze.

Luiza Stańczuk pisze...

Jako żem jest dzieckiem służby zdrowia, to tak zauważyłam...
"Oczywiście każdy sobie może do szpitala wejść, pobiegać po korytarzach, pokręcić się po salach i oddziałach i nikogo to absolutnie nie dziwi."
Nigdy nie próbowałam tego o trzeciej w nocy, ale mnóstwo razy przychodziłam do rodziców w przeróżnych szpitalach, również w Warszawie, i NIGDY nikogo nie obchodziło, co ja tam robię i dlaczego chodzę po oddziale w odzieży wierzchniej i bez ochraniaczy na buciki. Raz mi się nawet zdarzyło pokręcić po salach, kiedy szłam na odwiedziny, też bez problemu. Tak to na w szpitalach wygląda. To tyle, teraz wracam do lektury.

Anonimowy pisze...

"Na samą myśl, iż jakiś chłopak by do niej podszedł z nożem w ręku przymykała oczy i szła szybciej, prawie biegła."

No i bardzo pięknie prezentowała się jako ofiara przed milionami przestępców, zboczeńców i chłopaków z nożami. Podstawowa zasada chodzenia po zakazanych dzielnicach: nie okazywać strachu. Nie rozglądać się nerwowo i nie biec. Trzeba iść pewnym krokiem, w miarę szybko, ale spokojnie (i wyjąć łapy z kieszeni).

Metoda może być coś warta, bo stosuję i jeszcze nikt mnie w tej straszliwej Warszawie nie napadł, ani nie próbował skrzywdzić, a chodziłam nocą po dość kiepskich miejscach typu dworzec wschodni albo okolice akademika na Kickiego.

Lenn pisze...

Drogi Anonimie z 21:12, w tych "straszliwych" okolicach akademika na Kickiego mieszkam od niemal 30-tu lat - i jeszcze ani razu nie padłam ofiarą napadu/zaczepek, choć miewam w zwyczaju spacerować po dzielni również nocą. ;)

Ale na fakt, że w opku występuje jakaś sztuczna Warszawa, najbardziej uczuliło mnie co innego, niż klimat Sin City, obwarowane domy ze służącymi etc. Nie znam chyba nikogo, kto by powiedział, że lotnisko znajduje się "na ulicy Żwirki i Wigury", zamiast po prostu "na Okęciu", ewentualnie "na/przy Żwirkach".

Sama analiza PRZE-WY-BOR-NA, gdybym chciała wymienić co lepsze fragmenty, musiałbym zacytować połowę tekstu. Best of the best:
"Negocjacje będą trwały rok? Co oni tam zamierzają robić, okopać się dookoła drugiej firmy i oblegać ją, odcinając od dostaw prowiantu aż szef nie zgodzi się podpisać umowę?"
To, oraz brzozowy zderzak. :D Kwiczę!

Anonimowy pisze...

Lenn: mnie też nie, ale akademik na Kickiego podobno funkcjonował jako straszak na studentów z Jelonek/Żwirek, którym grożono, że jak będą rozrabiać, to ich tam przeniosą.
Pamiętam też historię jednego lokatora, raczej wątłego z wyglądu, który raz czy dwa wrócił do akademika, niosąc jakiś śmieć w rodzaju zepsutego telewizora i nieszczęśliwym głosem wyjaśnił: "Kazali mi kupić".

Shirkus pisze...

'A samochody zaczęły się palić.' Zgodnie z I Zasadą Hollywoodzkiego Zapłonu Pokolizyjnego, zakładającą, że nawet rower zapali się po czołowym zderzeniu z hydrantem. A potem z oparów dymu powinno wytoczyć się pojedyncze koło. ZAWSZE się tak dzieje.
'Z zielonego wozu wysiadł pijany mężczyzna.' Skubany, nic mu się nie stało. Jakim cudem, skoro samochody zaliczyły czołówkę?Może siedział w bagażniku…? <----się uchachałam. :D I powiem tak - najczęściej pijanym osobom nic się nie dzieje w wypadkach, alkohol ugumawia człowieka. :D

Piękna analiza. Aż mnie korci, żeby poszukać jakieś moje opowiadanie z lat szczenięcych, przepisać na kompie i Wam podesłać do wnikliwej analizy. ;)

Anonimowy pisze...

Imitowanie śmigła i morze pohańców najlepsze!
Jakoś mi się skojarzyło z Lesiem:panna hrabianka obuwie zabrudzisz!

Chomik

Anonimowy pisze...

Kieliszki z szampana, lotnisko przy Żwirki i Wigury (w Warszawie? Byłam na tej ulicy i jako żywo lotniska nie zauważyłam, ale diabli wiedzą, może i jest), negocjacje w języku entów i żakiety na głowie. Ómarłam. XDDDD
Swoją szosą wzruszył mnie spacer z lotniska do domu na piechotkę. Bohaterka to chyba jakaś krewna panienki Cullen-Volturi z ostatniej analizy okołoZmierzchowej. :D

thingrodiel

Anonimowy pisze...

PS Kurczę, faktycznie jest przy Żwirki i Wigury!
thin

Jack pisze...

Jak miło zobaczyć w opku moją ojczystą potworną Warszawę.
Zaciekawiło mnie jedno - aŁtorka opka, ma identyczne wyobrażenie Warszawy jak moja babcia (wielka miłośniczka "Trudnych spraw"), która nie może się nadziwić, że mieszkam w Warszawie tyle lat i jeszcze mnie nikt nie zgwałcił i nie zadźgał. Wszak powszechnie wiadomo, że w Warszawie mordercy i gwałciciele czają się już na wycieraczkach xD
Cudnie, naprawdę cudnie mi się to czytało - zwłaszcza obraz Warszawy był zabójczy! :D

Analiza cudna, choć początek z pijanym kierowcą i podtekstem politycznym to mistrzostwo świata!

Mam nadzieję, że będzie druga część :D


Ps. Anonimie z 21 i 22: Mieszkam w Warszawie, co i rusz gdzieś jeżdżę/chodzę po nocy i jakoś nie spotkałam nigdy tych słynnych na całą Polskę warszawskich gwałcicieli, ale wiesz może w naszym wypadku sprawdza się stwierdzenie, że najgroźniejsze co się wałęsa po ulicach to właśnie my? xDD

Ps. Shirkus: Ja niedawno robiąc porządki znalazłam małą kopalnię moich opowiadań z czasów aŁtoreczkowych i czytając to doszłam do wniosku, że nic tylko je zanalizować :D

Anonimowy pisze...

Jack: uwaga o milionach gwałcicieli była, oczywiście, zrobiona z przymrużeniem oka, ale całkiem zgodna z uniwersum "opowiadania", gdzie tacy osobnicy czają się wszędzie.

Warszawa nie jest na pewno stuprocentowo bezpiecznym miejscem - kilku studentów z mojego roku napadnięto i okradziono na ulicy jeszcze przed pierwszą sesją. Ale właśnie dlatego, że było ich kilku na semestr, a nie kilku co tydzień, można wnosić, że jednak da się po tym mieście poruszać bez samochodu z kierowcą i przeżyć.

Krasno Ludek pisze...

Autoreczki kochane, aby nie było niepotrzebnych zgrzytów chciałam was poinformować, że buchnęłam wam zdjęcie główne bloga... ale zanim naszykujecie na mnie widły uprzedzam, że zrobiłam to tylko i wyłącznie w celach dla was dobrych (wychodzi na to, że promocyjnych) Jeśli wam by to nie odpowiadało to mówcie;)
Zdjęcie znajduje się tutaj:
http://wyrazoneslowami.wordpress.com/inicjatywy/warte-klikniecia/

Pozdrawiam serdecznie

P S: nic tam nie ma do końca października, potem może wam przybyć troszku obserwatorów;)
P S 2: nie da się coś zrobić z tym udowadnianiem, że nie jest się automatem? Żeby chociaż ciut wyraźniej te słowa nie wyglądały? (prośba krótkowidza;)

Anonimowy pisze...

A może to nie była Warszawa, tylko jednak mimo wszystko Kraków? - http://wiadomosci.onet.pl/krakow/krakow-miastem-nozownikow-co-kilkanascie-dni-ktos-ginie/hpqyt

Sarrie pisze...

Dalek i analizatornia AA zapraszają na swój skromny debiut w eksterminowaniu blogaskowej głupoty.
Na dobry początek naszej działalności pierwsza analiza o mrocznych odmętach nonsensu, czyli katastrofalnej wersji meksykańskiej telenoweli oczami analfabetki.

Zapraszamy:
http://anonimowa-analizatornia.blogspot.com/

Dzidka pisze...

@ thingrodiel
Teoretycznie lotnisko ma w adresie Żwirki i Wigury, ale nikt tak nie mówi, lotnisko jest na Okęciu i tyle. Zwłaszcza że ŻiW to długa ulica, a lotnisko znajduje się na jej samym końcu :)

Kadah pisze...

Książę Arthas wraca z wojny! Chowajcie królów do piwnicy!- W tym momencie oplułam kawą monitor. Jednak nie należy pić i czytać waszych analiz (gdzieś na stronie powinno być ostrzeżenie, i to dużymi literami). Świetna robota!

Anonimowy pisze...

PO SŁOIKI JECHALI! HAHAHAHAHA
O mamo, nawet nie wiecie jaką mamy polewkę ze słoików razem z moją ciocią z Warszawy - musiałam napisać, że kocham ten inside-joke ale teraz już wracam do czytania :P
Analiza, jak zwykle, cudna <3.
Ron (mogłybyście dać coś długiego z HP, dawno nie było ;>)