sobota, 29 czerwca 2013

Skowyczący wąż spada zawsze na cztery łapy, czyli rajski ptak z Edenu

Witajcie!
Po dłuższej przerwie wracamy z nową analizą. Opko, które za chwilę przeczytacie, balansuje między legendą, thrillerem, dramatem rodzinnym i biblijną przypowieścią; dzieje się tu tyle, że fabułą można by obdzielić kilka innych opek - tylko że nie. Jest przeraźliwie nudno i głupio, nic nie ma sensu, w ciepłej stodole mieszkają marchewki, a pisklęta rajskich ptaków uprawiają wspinaczkę wysokogórską. Zatem:
Niech ryczy z bólu ranny guziec,
Pigmej niech fejspalmy strzela,
na dole jeż jak byk, na górze róże,
que sera, sera!

Miłego!
Zanalizowały: Pigmejka, Kalevatar i Szprota.


Gdzieś w oddali słychać było szum rzeki i głośne huki budowanych domów.
Albowiem w tym świecie domy buduje się z trotylu.
Ze śladami żołnierzy na elektrycznych motorynkach.
Domy huczały, stodoły muczały, po wzgórzach niósł się donośny rechot studni.

Słońce skryło się za ciemnymi chmurami. Do burzy brakowało tylko strug lejącego deszczu, który jednak nie spadał.
Zapamiętajmy to.
Bo grzmoty i błyski już były, tylko deszcz gdzieś zmitrężył po drodze.

Zerwał się silny wiatr i zaczął wiać we wszystkie kierunki.
Jeśli były tam jakieś drzewa, musiało fajnie wyglądać, kiedy wiatr próbował wygiąć je we wszystkich kierunkach jednocześnie.
Jeśli tam była Wierzba Bijąca, miała dzień jak co dzień.
A potem deszcz zaczął padać w górę po skosie.

Myszy skrywały się w opadłych pożółkłych liściach i zakopując się w nich czekały, aż minie ulewa.
Rozumiem, że norki im woda pozalewała, biedactwom?
To była mysia cyganeria, gardząca tak drobnomieszczańskim konceptem jak norka.

Deszcz siąpił ostrymi strugami.
To ten sam deszcz, co nie spadał dwa zdania temu, dobrze rozumiem?
Bo najpierw zawisł, a potem jak nie siąpnie!
Siąpił strugami, a potem lunął mżawką, obficie nawadniając okoliczne uprawy oksymoronów.

Nie zdążył się skryć przed burzą jeden mały ptak rajski i szukał schronienia wśród mokrej okolicy.
Niech też się zakopie w liściach.
Z tego co widzę, próbował najpierw zaszyć się w szyku zdania i zostawił po sobie straszny syf.

Miał tylko jedno wyjście: do ludzkich siedzib.
Tak? A nie było tam, no nie wiem, drzew, zarośli, jaskiń? (Chyba że to Żar Ptak i boi się, że jak zamoknie, to nie odpali na nowo.)

Lecz ptak wiedział, że jest legendarny i pochodzi z Raju Eden
A jego zły brat bliźniak pochodził z Piekła Inferno, a ich mamusia pochodziła z krainy Maślanego Masła.
A z jego przekonania o własnej legendarności wynikał szereg lęków o podłożu ontologicznym; gdy było szczególnie źle wyobrażał sobie nawet, że w rzeczywistości istnieje tylko jako bohater opka.

i nikt po za nim i innymi zwierzętami o nim nic nie wie.
Był bowiem legendarny w bardzo szczególny sposób - żadna z ludzkich legend ani słowem nie wspominała o rajskim ptaku z Edenu.

Nie mógł iść do Wsi, bo by tam wybuchło wielkie zdziwienie i rajskiemu ptakowi mogłoby się coś stać.
Oj tam, w najgorszym przypadku skończyłby jako de volaille.
A nie mógł się jakoś tak wślizgnąć, żeby nikt go nie zauważył, czy musiał koniecznie robić wjazd jak Sobieski pod Wiedeń?

Ale nie miał specjalnego wyboru, więc ruszył na własnych złotych nogach.
To skandal. Gdzie się podziali ci niewolnicy z lektyką?

Jeszcze nie umiał latać. to jak mógł się wzbić w powietrze...
Niech się odbije od tej nadprogramowej kropki. (Co za wyrodna rajska matka porzuciła pisklę?!)
Pewnie poleciała za ocean uciułać trochę rajptasich monetek na szkolną wyprawkę.

Szedł w stronę jednej majaczącej na horyzoncie Wsi. Deszcz lał jak z cebra, ciął mu pióra.
Czym tam pada, nożami?!
Sądząc po tym, co się dzieje z pogodą w tym opku, za moment zacznie siąpić słoniami.

Pogoda pogorszała się i zrobiło się ciemno. Ptak przypomniał sobie lecące dorosłe rajskie ptaki. W locie wyglądają jak lśniące złote promienie. Ptaki te miały czerwone upierzenia (Każdy miał kilka? ...wymienne miały, jak obudowy do telefonu?) (tej, pożycz mi te z błyskawicami na każdej lotce, bo swoje zachlapałem keczupem!)  z trzema złotymi włosami (i pięcioma łuskami pod lewym skrzydłem, ale tylko we wtorki), piórami na skrzydłach (niemożliwe!) i szpony (też na skrzydłach?!)(Tak. O dziwo, miały też głowy, łapy i trzustki.).
Ogon złożony był ze żółtych piór jak wachlarz.
   
Ptak nazywał się Orio  i teraz zdążał do pobliskiej Wsi, by skryć się przed ulewą.
Tak, to wiemy. Dalej nie wiemy, czemu nie schował się jak każde inne zwierzę pod drzewem.
Bo w rzadkich chwilach przytomności umysłu przypominał sobie, że chowanie się w czasie burzy pod drzewem to kiepski pomysł. Dla pewności wyłączył też komórkę i odłączył lapka z gniazdka.

Pierwsze co Orio zobaczył, to wielki ogrodzony płot z dróżką.
Przepraszam, że znów obrazek, ale:
Ogrodzony płot strzeżony był przez dwudziestu wartowników i dwa psy. Wszyscy we Wsi wiedzieli, że dróżka jest raczej niegroźna, ale płot to prawdziwy madafaka.

Po prawej stronie stała stodoła, a po lewej dom. A pośrodku stała tabliczka "Koniec wsi". Orio przeszedł przez ogrodzenie i stanął na podwórku, wziąwszy się pod boki. Rozejrzał się. Jedyne schronienie dawała mu stodoła. Na szczęście miała uchylone drzwi i ptak mógł wejść do środka. W stodole było ciepło i leżały stosy siana.
Troskliwy gospodarz zostawił w stodole włączoną farelkę, żeby sianu było ciepło. Przynajmniej tak to tłumaczył ubezpieczalni po pożarze.

Orio rzucił się w nie i zrobił sobie małe gniazdo. Znalazł w sianie marchewki i jedną zjadł.
Kwiiikchlip. Co za pisklę żre marchewki? Pisklę konia?
Może małe pegazy?
(Czy marchewkę trzyma się w stodole...?)
(Tak, wtedy znosi najlepsze jajka.)

Deszcz nadal padał na zewnątrz. Orio nie przejmował się tym. Ważne było, że znalazł kryjówkę, bo przebywanie na deszczu było dla rajskich ptaków niebezpieczne.
Unosiły się wówczas wokół nich kłęby syczącej pary i ziemniaki gorzej się przypiekały.

Rozglądał się po nowym znalezionym miejscu. Było mu ciepło. Orio trochę pochodził po stodole, oglądając piętrzące się żółte stosy siana.
Naprawdę dobrze, że to nie Żar Ptak. Jak pomyślę, co by mógł zrobić z suchym sianem i drewnianą stodołą...
Uważaj, kolego, w tym sianie mogą być asasyni.

Wktrótce zasnął.
Drzwi stodoły były uchylone. Przez noc nikt do niej nie zaglądał, ponieważ na razie nie miał po co.
No nie wiem nie wiem, znalazłabym parę zastosowań stodoły i sianka nocną porą.

Deszcz ustał po paru godzinach, a czarne chmury rozwiały się. Mrok rozjaśniło wstające czerwone słońce.
- Tej nocy przelano krew! - mruknął Legolas, rozglądając się za hobbitami.
- Było lepiej oznaczać flaszki - odmruknęli hobbici wpatrując się podejrzliwie w na wpół opróżnione butelki.

Złocistymi promieniami wpadło w sień stodoły rycząc przeraźliwie i rozrzucając snopki siana i gmerając w stogach gorącymi paluchami.
(Jeśli tam stodoła ma sień, to boję się pytać, co ma reszta budynków...)
(fosy i zasieki, jak sądzę)

Ptaka obudził świetlisty blask. Otworzył swe ciemnozłote oczy. Przeciągnął się i poskubał dziobem piórka. Teraz czuł się wypoczęty po męczącej wędrówce.
Uznał, że trzeba coś zjeść. Chwycił dziobem marchew i połknął ją od razu.
To jest chyba bocian, a nie rajski ptak. Albo jakiś mutant z wężem boa, już sama nie wiem.
Albo to były naprawdę małe marchewki.

Nie chciało mu się opuszczać przytulnego gniazdka, ale musiał przecież iść i odnaleźć rodziców, bo pewnie się martwili.
Niech nie zapomni umyć zębów i założyć czystych majtek.
Nie mógł wysłać SMS-a, że nie wraca ze szkoły prosto do domu? Ta dzisiejsza młodzież.
Tak czy siak - to już najwyższa pora, by w tym opku zaczęło się coś dziać. Narratorze, pamiętaj, możesz ruszyć z fabułą w każdej chwili.

Zauważył, że deszcz przestał padać i świat rozświetlało jasne słońce.
Widzę, że zjawiska pogodowe są dla tego uniwersum ważniejsze niż dla przeciętnej losowej sąsiadki napotkanej w windzie.

Wyskoczył z siana i zaczął w slow motion kierować się do drzwi stodoły, by opuścić ją raz na zawsze.
Narratorze, proszę mi tu bez takich tekstów, bo mi się w tle automatycznie włącza Hans Zimmer.

Nagle stanął jak wryty. Zaczął nasłuchiwać. Wszystkie pióra stanęły mu dęba.

Usłyszał bowiem ludzkie głosy.
W ludzkiej siedzibie?

Nie czekając na niczyją pomoc wskoczył w siano i zakopał się głęboko.
Dziesiątki przebywających w stodole postaci drugoplanowych gotowych służyć mu pomocą poczuły się nieco zlekceważone. A nie, przecież tam nikogo nie było!

Do stodoły wślizgnął się jakiś cień. Ptak obserwował, mimo że słoma zasłaniała widok.
Obserwował swoim trzecim, mistycznym okiem.
Przenikał wzrokiem ciało, stal i słomę.
Czy to samolot? Czy to Superman? Nie! To rajski ptak z opka!

Cień spoglądał na różne strony.
Jak to chłopi mają w zwyczaju, z samego rana przyszedł do stodoły popatrzeć, czy siano jest należycie sianowate.

Orio myślał, jak się wydostać, zanim go ten człowiek zauważy.
To nie człowiek, to cień.

A jeśli pójdzie i zamknie za sobą drzwi?
A jeśli pójdzie i nie zamknie?
A jeśli nie pójdzie?
A jeśli wszyscy jesteśmy tylko cieniami?

„Trzeba zaryzykować”- pomyślał Orio. Zacżął się czołgać. W kierunku najbliższego cmentarza. Widzę oczami wyobraźni, jak podpiera się skrzydłami... Trzymając nóż w dziobie, gdy nad głową gwiżdżą mu kule... Cięcie, zbliżenie na zaciętą, chamską gębę chłopa, w tle terkot kałasza. Cięcie. Zbliżenie na ubłocony dziób ptaka. Cięcie. Stodoła eksploduje z hukiem.
W sequelu ogrodzony płot uwalnia się i wyrusza na krwawą krucjatę zemsty, uzbrojony tylko w zardzewiały gwóźdź.

Gdy dotarł już do wrót wyszedł ukradkiem na zewnątrz. Powietrze orzeźwiło mu umysł i mógł już sprawnie myśleć.
Pewnie mógłby nawet pisać rozprawy filozoficzne, jakby mu ktoś dał atrament, w jakim można zanurzyć pazur.
W ogóle jak na ptaka to mamy do czynienia z nie lada intelektualistą. A to w sianie się zakopie, a to w wątpliwość popadnie. Gdzie te czasy, gdy ptaki jadły lub stawały się posiłkiem, kopulowały i defekowały w sposób niekontrolowany?
Wszystko przez to GMO, mówię Wam.

Stwierdził, że nadal jest we Wsi i trzeba jakoś się stąd wydostać. (A to ci myśliciel!) (We Wsi Moskal stoi). Ruszył w stronę ogrodzenia. Gdy już miał je minąć, usłyszał ludzkie krzyki:
- Spójrzcie! Co za ptak! Złapcie go! Łapcie! Szybko, bo nam ucieknie!
Orio zaczął biec. Jedyna szansa przed złapaniem to lot. Próbował machać skrzydłami. Nic z tego.
Poodpadały.
O ile pamiętam, były zakończone szponami. Zastanawiam się, czy nasz bohater jest odpadem GMO, czy, wręcz przeciwnie, efektem chowu wsobnego.

”Co za pech!”- przeraził się widząc dwóch biegnących za nim prześladowców z siecią.  "O matulu", zaklął szpetnie. Teraz wiedział, że na próżno ucieka. Ucieczka się nie powiedzie skoro tamci byli tak blisko.
Tego ptaka powinien otrzymać Kapitan Oczywistość. Razem stanowiliby świetny duet.
Myślę, że to nie jest Raj Ptak ani Żar Ptak tylko Zadum Ptak.

Nagle zamiast krępującej sieci poczuł silne chwytające szpony, a potem lecące złote promienie.
I unoszący się leniwie kisiel.
Te marchewki chyba były halucynogenne...
Albo zapomniał, że trzeba czasem odgasić po wypaleniu.

I gdy się zorientował, co się dzieje, spostrzegł, że leci na ptasim grzbiecie.
- Tata!- zawołał na widok rajskiego ptaka.
- Pinokio! - odskrzeczał jego wierzchowiec.

-    Nigdy nie zbliżaj się do ludzkich siedzib Orio, bo może to źle skończyć się dla ciebie- ostrzegł, skręcając w bok. Koło niego leciała jego matka.
- Kanapek do szkoły nie wziąłeś - narzekała. - I nie opowiadaj, że znów ci się rozładowała komórka!

Rajskie ptaki wylądawały w uplecionym z gałązek jarzębiny na skałach gnieździe. Przed nimi była pieczara, która służyła do schronienia się przed deszczem lub przed niebezpieczeństwem.  Orio zsiadł z ojcowskiego grzbietu. Jego tata pofrunął do pieczary po prowiant.
Mieli tam konserwy w puszkach; paprykarz z nasion głogu i takie tam.

Matka usiadła obok małego ptaka rajskiego i zaczęła skubać mu pióra, wyciągając z nich resztki słomy.
-    Byłeś w stodole?- zapytała. Orio spojrzał na nią. Jego oczy koloru złotego zmierzyły się z piorunującym spojrzeniem matki.

-    No... tak, ale nie miałem innego wyjścia. Przecież była burza, a ja musiałem się gdzieś schronić!- usprawiedliwiał się syn.
-    A wiesz, co mogliby ci wyrządzić ludzie, gdyby cię złapali- powiedziała twardo. Orio odwrócił specjalne wzrok, żeby nie męczyć się “kazaniem”, które wyprawi mu za chwilę mama.
Boru, nawet w opku o mitycznych zwierzętach rodzice muszą być do kitu?!
I nawet nie ma nadziei, że wyjadą zostawiając kartę kredytową!
I matka jest zawsze tą gorszą, tak tak.

-    Ale przecież nic mi się nie stało-odpowiedział jej. W tej samej chwili zobaczył tatę frunącego z jedzeniem w dziobie.
- Do McDrive’a była straszna kolejka! - wyjaśnił poprzez frytki i hamburgery.

“Uff!..”- pomyślał- “zawsze ratujesz sytuację”-. Ojciec przysiadł w gnieździe i rzucił poziomkę Oriowi do dzioba. Od razu zauważył, że w jego ogonie tkwi długa słoma, której nie spostrzegła matka.
A ja mam takie pytanie: czy tu się zacznie cokolwiek dziać?
Dzieje się przecież, mamy już grozę ciągnącą od ludzkich siedzib i konflikt pokoleń w rajptasim gniazdku.
Tak się dzieje, że mi zaraz kapcie pospadają z wrażenia.

-    No, ładnie tak chodzić do Wsi?- zapytał.
“A więc się domyślił!”- złościł się w duchu ptak rajski-“No nie. I znowu wszystko od początku!”
Słoneczko, ewakuował cię z opłotków Wsi, sprzed nosa wściekłej tłuszczy. Nie trzeba Sherlocka by się domyśleć, dokąd polazłeś.

-    Miałeś wyjątkowe szczęście - rzekł spoglądając na syna- gdybyśmy nie zdązyli na czas, już dawno pewnie gotowałbyś się w garnku ludzi.-.
-    Tato!- zawołał Orio.

(...) Orio znudzony, wyszedł z gniazda i powlókł się ku skalnej pieczarze.
(czekam aż skoczy pod blo... półkę skalną obok i wywoła domofo... nerwowymi piśnięciami swojego kolegę z kla... ze stada)

W duszy rozważał słowa ojca i matki. Zawsze muszą go czyms zdenerwować!
Biedny pisklak nie wiedział, że był podrzutkiem w rodzinie trolli.

Gdy wszedł do środka, opanowała go niezwykła ciemność, chociaż na dworze świeciło słońce. Ale tu panował mrok. I szatan.
Niby tacy mądrzy, a nawet ogniska nie potrafią rozpalić.

Po kilku minutach jego oczy przyzwyczaiły się do ciemnego wnętrza i mógł już rozpoznać kształty skał. Na kamennych ścianach były wymalowane dziwne malowidła, których nikt nie rozumiał. Nie wiadomo, co przedstawiały, ich znaczenie trudno było zrozumieć.
Na skalnych ścianach jaskini były namalowane niezrozumiałe malowidła, których nikt nie rozumiał. Potrójne pleonazmowe combo! \m/
A co, za dużo abrewiacji, enklaw i ligatur? Dajcie to dobremu paleografowi, ogarnie szybko i jeszcze się będzie jarać.

A ponadto były zaszyfrowane i zawsze budziły grozę u tych, którzy na nie spoglądali (Nie ma to jak idealny wybór miejsca na schronienie!)(To w pełni zrozumiałe, studenci historii wiedzą, jak bardzo przerażająca potrafi być paleografia i brachygrafia.), Orio wręcz przeciwnie! On wcale się ich nie bał, tylko interesował się nimi.
Z zapałem badał, czy ma przed sobą rustykę, bastardę czy pismo humanistyczne.
Był prawie pewien, że rozumie jeden z rysunków:

Z zamyślenia na temat rysunków na ścinach pieczary wyrwał go piętrzący się stos pożywienia. Było tam pełno owoców, zwłaszcza warzyw, ziół i innych składników.
Owoców, zwłaszcza warzyw.
Grzybków, wyciągów z kaktusa i ekstraktów z ziemniaków.

Orio przycupnął pod wielką górą. Wsunął dziób w jedzenie i zaczął łakomie łykać. Marchew, banany, arbuzy... Gdy już się najadł, stwierdził, że ma ochotę pospać. Ułożył się pod nawiększym malowidłem i zasnął.
Trzymajcie mnie, bo tak się wciągnęłam w fabułę, że koty już drugi dzień głodne chodzą.

    Jachtera niespokojnie kręciła się w kółko. Rasten także był bardzo zaniepokojony. W końcu powrócił z niczym.
-    Przykro mi! Nigdzie nie mogę znaleźć naszego syna. Orio zniknął.
Well, shit happens. Nie ma co okazywać jakiegoś szczególnego poruszenia... Zrobimy sobie nowe.

-    Jak to?! Przecież poszedł do jaskini. Wyraźnie to widziałam!- odparła matka.
-    Może ci się przewidziało- powiedział nerwowo obracając głowę na wszystkie strony rajski ojciec.
-    Nie mam sklerozy, Rastenie- rzekła twardo Jachtera- sprawdzałeś w pieczarze?
-    Jasne. Przysięgam do stu jezior, że go tam nie ma!- jeszcze bardziej gorączkowo się rozglądał.
Do czego przysięgasz? Jesteś rajskim ptakiem czy kormoranem?
Rajski, nie rajski - nadbrzeżne drzewa same się nie obsrają.

-    Niemożliwe! A jeżeli naszego syna nie ma w domu to znaczy, że ktoś go...
-    Porwał!!!- dokończył wielkim wrzaskiem Rasten.
Ale na cóż by? Nic mi nie wiadomo o ptasiej prostytucji, a i okup wydaje mi się cokolwiek wątpliwy.
Może mają jakieś wyjątkowo cenne pióra, leczące na ten przykład z czyraków?

W tej samej chwili Jachtera spanikowała, zaczęła lamentować i chodzić jak pijana w kółko.
Te kobiety.

-    Płacz nic tu nie pomoże- powiedział ostro Rasten- sami odnajdziemy syna, a temu kto go uprowadził. damy niezłą nauczkę!
A pan ptak na drugie ma Liam Neeson, tak?
Przeczytałam: pana ptak. Seems legit.
"Nauczka" nabiera zupełnie nowego znaczenia.
To mu dadzą:

-    Zgoda! Wytargam porywacza za uszy!- syknęła, po czym wzbili się w powietrze.
No, żebyście tylko nie przesadzili z tą żądzą zemsty.
Jeśli porywaczem nie jest sowa uchata, widzę pewien problem z targaniem.

Orio leżał na skałach wysmalonych przez lawę, która niebezpiecznie
kołysała się.
Jak lawa się kołysze?
Przecież masz napisane: niebezpiecznie.
Jak morskie fale, tylko z większym ogniem.

Ptak rajski powoli usiadł, próbując poukładać rozsypane myśli. Pamiętał tylko to, że zasnął w pieczarze. Skąd się tu wziął, tego nie wiedział. Wstał na równe nogi
Najpierw usiadł, a potem wstał, był bowiem alegorią małego chłopca.
Brakowało mu wprawdzie do kompletu egocentrycznej róży i kilku baobabów do wyrwania, ale nie bądźmy drobiazgowi.
Teraz czekam na zjawienie się węża, który połknął słonia.

i ostrożnie schodził po stromym zboczu skały, pilnując się, żeby nie spaść w lawę.
Bo wtedy musiałby zaczynać od ostatniego save'a.
Przytrzymywał się śliskimi od potu palcami i szczerze żałował, że nie pożyczył szpeju od kumpli ze ścianki wspinaczkowej.

Chlupotała dośc groźnie i nieraz przycinała ptakowi końcówki piór.
Czasem próbowała też zrobić mu trwałą albo chociaż lekkie pasemka.
No nic o te pióra nie dba, no! - mamrotała zirytowana. - A tyle razy mówiłam: nawilżać, nawilżać i jeszcze raz nawilżać!

Kilka metrów po prawej stronie była niewielka przełęcz.
Taka całkiem tycia, w rozmiarze idealnym dla pisklęcia.

Orio od razu się tam skierował. Ledwo dostał się na miejsce. Z uśmiechem stwierdził, że pokonał najtrudniejszy kawałek skał, po których przed chwilą się wspinał.
Popadłam w letarg od napięcia zbudowanego w tej scenie.

W oddali zobaczył wyjście ku białemu światłu.
*obowiązkowy suchar o nadjeżdżającym pociągu*

Ruszył, gdy usłyszał przerażający, grzmiący, echowy i głośnowy głos. Odwrócił głowę instynktownie.

Nikogo za nim nie było.  
Tak mu się zdawało, że to Wojski gra jeszcze, a to echo grzmiało.

-    Wracaj...- rozległ się przeszywający szept. Orio aż podskoczył. Nie widział tego, kto do niego mówił, ale wyczuwał obecność przeciwnika.

Ptak rajski wpatrzył się w ogień strzelający z urwiska. Do kogo strzelano? W tej samej chwili dostrzegł w płomieniach, czy może mu się wydawało, rubinowe, ogromne oczy.
Jahwe postawił na objawienia z zaskoczenia.
Dobrze, że poprzestał na świecących w mroku oczach a nie, powiedzmy, spadających znikąd tortach.
Ale jednak zamiana krzewu gorejącego na górę gorejącą to jest przeskok na wyższy level.

-    Kim... jesteś?- zapytał syn Rastena drżącym głosem. Oczy zaczęły się jakby śmiać, ponieważ Orio usłyszał szydercze chichotanie dochodzące ze strony piętrzącego się ognia.
Z czego wynika prosty wniosek, że to oczy się śmiały. Tak tak, prosimy nie regulować monitorów, to naprawdę jest takie głupie.
Widzę to:

-    Dobre pytanie, ptaku rajski. Odpowiedzi nie otrzymasz. A jeśli chcesz jej, to podejdź na chwilę do mnie. Ale ostrzegam, że bólu i rozpaczy nie oszczędzę tobie w tych godzinach.
Ja z pewnością bym podeszła po takiej zapowiedzi, a Wy?
Zależy. Po wyczerpującej sesji BDSM prawdopodobnie nabrałabym ochoty na jakiś lajcik.

Orio nie za bardzo zrozumiał słowa tajemniczej istoty. Ale mimo to zaczął podążać w kierunku urwiska.
No bo przecież co może pójść nie tak...?

Przyciągało go z tak wielką siłą, że nie mógł się oprzeć.
Magnetyczna lawa. W stanie płynnym. Yeah, sure, right.
To te oczy. Zahipnotyzowały go.

Zdawało mu się, że jego wróg doskonale go widzi, bo Orio czuł jego spojrzenie. Gdy znalazł się już dość blisko, by cokolwiek zobaczyć, oniemiał ze zdmumienia, wpatrując się w szkarłatność i oczowatość oczu. Okazało się, że oczy były oczami węża.
Lecz skąd wąż w lawie? Diabelskie to sztuczki!
Czy wąż ma w brzuchu słonia? Albo chociaż kapelusz?

Orio dostrzegł także w płomieniach dziwaczne kształty.
Orio, go home, you’re stoned as fuck.

Były niewyraźne, więc ptak nie mógł dojrzeć ich dokładnie. Ale wydawało mu się, że ciało w ogniu także płonie.

W tej samej chwili rozległ się syk, piekielne oczy przeszyły morderczym spojrzeniem ptaka. Orio gwałtownie się cofnął. Znowu usłyszał ten śmiech. Po chwili do jego głowy dotarł śpiew.
- Dammit - pomyślał nerwowo. - Jednak nie wyciszyłem komórki.

Był to głos piękny, czysty, który nie mógł należeć do płonącego stwora, ale jednak był.
Może wonsz połknął wcześniej Andreę Bocellego?

On śpiewał, i wtedy Oriozorientował się, że śpiew dotyczy odpowiedzi na pytanie, które mu zadał na początku spotkania:

Jestem ogniem z kamienia
Moje oblicze ze skał wyszło
Plomieniem na niebie i błyskawicami
Zaznaczam drogę
Płonącymi lasami
Wśród gigantycznego ciała mego
Spoglądam na świat
Jedyny z rodzaju pełzających istot
Jestem potomkiem tego, który kiedyś mieszkał
W Raju
Zwą mnie pod imieniem okrutnym lecz
ja tylko chcę się przytulać
Me prawdziwe imię to Drachmet
Jam jest wężów potomkiem
Piaszczystych kobr też
Pełzających żmij
Zatruwających jadem
I dalekich innych
I jeszcze kilku też
Ale nie chce mi się ich wymieniać
Zaprawdę
Elektryfikacja
(każdy wiersz jest lepszy z elektryfikacją na końcu)
Swoją drogą szalenie ekstrawertyczny ten wąż.
    Orio uświadomomił sobie grozę spotkania. Zarysy postaci w ogniu poruszyły się.
Lecz tylko zarysy - sama postać pozostała nieruchoma.

Orio ku swojemu przerażeniu zobaczył to, czego jego dusza nie chciała oglądać.
Jego mistyczne trzecie oko zamknęło się ze wstrętem.
I zacisnęło zwieracze.

Ogromne cielsko pełzało po rozgrzanej skale. Drachmet był wielkim wężem z czerwonymi oczyma i zielonkowatą oślizgłą skórą.
Porośniętą gąskami zielonkami.
Mmmm, zjadłabym zalewajki.

-    No cóż, widzę przerażenie w twych oczach. To dobrze, bardzo dobrze- zasyczał złowieszczo wąż.
-    Czego chcesz?!- prychnął ze strachem Orio. A potem warknął z zadowoleniem. Drachmet podpełzł do oszołomionego ptaka rajskiego.
-    Wyjaśnijmy sobie coś- powiedział zniżając łeb do głowy Oria.
To dobry moment na przypomnienie, że Orio jest ptakiem, który potencjalnie lata, zaś wąż zaledwie, cóż, pełza.

W jego paszczy błyszczały białe, ale ostre jak brzytwa jadowite zęby.
-    Nie! Nie chcę się niczego od ciebie dowiedzieć. Przed sekundą zapytałem tylko z grzeczności! Jesteś zdrajcą i oszustem, tak mówią wszyscy, przecież wiem, co zrobił ten pierwszy wąż w Raju, więc skoro ty jesteś jego potomkiem, to na pewno taki sam masz charakter jak tamten.
Ten tok rozumowania nie ma słabych punktów.
Mam ochotę opowiedzieć o bracie Dzierżyńskiego, Władysławie, znanym neurologu i przemiłym sąsiedzie.

Myślisz, że nie znam Biblii?.
W tej ich jaskini mieli też bibliotekę? Ciekawe, w jakim języku była święta księga...

Drachmet zasyczał wściekle. Rzucił ciche przekleństwo, którego Orio nie usłyszał. Po chwili wąż spokojnym głosem odpowiedział:
-    Mój mały- zaczął- nie należy wierzyć w wszystko, co masz napisane- próbował omamić młodego ptaka Drachmet
Omamić? Ja tu widzę samą prawdę (i fatalny błąd gramatyczny).
Omamianie ptaka brzmi trochę jak poskramianie trębacza.
Albo trzepanie kapucyna.

- w końcu to okropny błąd wierzyć w takie rzeczy...
-    Pismo Święte nigdy nie kłamie! A zresztą pochodzi od Boga, a przecież nasz Pan nigdy by nie oszukał! I w ogóle jesteś u pani!
I act the way I act because the Good Book tells me so
If I wanna know how to be good, it's to the Good Book that I go
'Cos the Good Book is a book and it is good and it's a book!

 Nie wierzę w twe słowa. Mówisz tak, bo jesteś przeżarty złością!-. Drachmet plunął jadem.
Taki starożytny gad i daje się sprowokować byle pisklakowi zamiast syczeć z jurajską cierpliwością?

Ten przeklęty ptak rajski zaczynał działać mu na nerwy. W końcu tak się rozzłościł, że zaatakował Oria, który poleciał aż na drugą stronę, uderzając w kamienną ścianę.
I wybijając w niej dziurę w kształcie ptaka.
Po co w ogóle wężowi pisklak? Znaczy zakładałabym, że do zjedzenia, ale czy ktoś z Was śpiewa swojej kolacji o tym, kim jest?

Potomek węża w Raju nie czekał, aż jego ofiara sie podniesie, tylko od razu rzucił się na niego. Próbował wbić mu zęby w ciało, ale trudno było to zrobić, ponieważ Orio bardzo się szarpał.
A wąż musiał wcelować akurat w dwa konkretne punkty, ponieważ.
Tak naprawdę punktów było pięć i Orio mógł po nich przejść pięć kroków, po czym by skonał w straszliwych męczarniach.

Usiłował wydostać się spod przygniatającego go ciała przeciwnika. Udało mu się, ale tylko przypadkiem.
Nie, serio, jestem fanką tego sposobu budowania napięcia. Totalnie widzę Homera, który streszcza się do dwóch zdań “Było wielkie pojebowisko, nasi wygrali”.

Rozgniewany Drachmet nie dał za wygraną. Uderzył swym wielkim łbem w Oria, który zapiszczał czując ból.
Sądzę, że to naprawdę musi być zmutowane pisklę konia. Żadne inne nie przeżyłoby raczej walki z wielkim wężem.

Ponownie wylądował na ziemi. Teraz jednak doszedł do wniosku, po długiej analizie danych, że jest unieruchomiony. W tej samej chwili Drachmet otworzył paszczę, gotowy ukąsić ptaka rajskiego w serce.
Serce, jak u każdego rajskiego ptaka, było całkowicie na wierzchu i dyndało smętnie u piersi pisklęcia.
Weźmisz czarno rajskie kure
ukręcisz jej łeb
a potem oskubiesz - tak to się robi.

    Orio przerażony przypomniał sobie o swoich rodzicach. Zaczął szlochać. Wtedy
stało się coś dziwnego. Zamiast spodziewanego się bólu ukąszenia, rozległy się bojowe okrzyki.
To gramatyka, zobaczywszy powyższe zdanie, przywołała posiłki.
Nikt nie spodziewał się bojowych okrzyków Hiszpańskiej Inkwizycji!

Drachmet nagle zasyczał i wył jakby zobaczył widmo.
Jak powszechnie wiadomo, skowyt węża w jaskini przynosi pecha.

Odskoczył od ptaka, czując dziobanie ze wszystkich stron. Orio podniósł wzrok. Nad okropnym wężem latały dwa ptaki rajskie, atakując wściekłymi ciosami przeciwnika.
“Ciosy – przekształcone górne siekacze niektórych słoniowatych”.
Ale to tłumaczy jedzenie marchewek.

Poczwara wiła się jakby miała padaczkę. Orio rozpoznał w dwóch ptakach Rastena i Jachterę.

    - Spuścimy mu porządne lanie!- krzynęła Jachtera i rzuciła się do ogona potwora. Dziobnęła w jego koniec. Drachmet przeraźliwe rozdarł się rykiem całe gardło.
A potem rozdarł się na szwie.
I rozsypał trociny.
Rykiem? Czyli jednak miał w sobie coś ze słonia?
(Mój Boru, to opko o mutantach...)

Jachtera pociągnęła nagle go za ogon. O TAK. Wąż powoli zaczął tracić równowagę.
Jak? Ten wąż balansuje na czubku ogona czy co?
Nie, utrzymuje nim równowagę jak kot. Skowyczący wąż spada zawsze na cztery łapy!

W końcu runął jak długi do tyłu, za siebie. Spadł prosto do wulkanicznej lawy, która nic mu nie zrobiła. Odbił się jednak od skały i otworzył paszczę na Rastena i Jachterę.
To jest ten moment, kiedy moja wyobraźnia odmawia odtworzenia tego, co tu się wyprawia.
Ja zawsze otwieram paszczę na ptaki, jak odbijam się od skały, wy nie?
Gollum mógłby się od niego wiele nauczyć.

Oni jednak uknuli coś lepszego. Z ich dziobów wytrysnął strumień wody, ktorej Drachmet bardzo nienawidził.
To są ptaki czy gargulce?!
Podobno woda szkodzi rajskim ptakom. To jak, są jak smoki, które cały czas mogą ulec samozapłonowi (tylko na odwrót)?

Uderzyła właśnie prosto w niego!! Teraz już wąż nie miał wątpliwości, że trafił na silniejszych przeciwników. Odbił się od kamienistej podłogi i miękkiej wykładziny wyściełającej górskie zbocza i runął ku wyjściu z gór (dobrze, że nie sieni albo przedpokojowi) z furią przekleństw.
- A, zaraza - mamrotał wściekle. - Od dziś tylko łagodne maści i żadnych mocnych eliksirów przed medytacją!

    Jachtera podleciała do syna.
-    Orio?! Jesteś cały? Wszystko w porządku?!- zapytała.
-    Myślę, że tak- odparł.- Dziękuję wam za to, że mnie uratowaliście.
- Luzik - odparł ojciec. - Mieliśmy robić nowe, ale jak pomyśleliśmy, ile czasu minie, zanim toto się trochę usamodzielni...

(...)Po chwili ciepły wiatr unosił ich w przestworzach wśród chmur typu cumulus w kolorze białym. Ktoś na dole zobaczył lecące złociste promienie na niebie. Ucieszył się bardzo, bo towar był naprawdę przedni. Słońce na horyzoncie majaczyło wraz z tym kimś na dole zachodząc czerwono. To na pewno słońce, a nie Mars? Ciągle takie czerwone... Zdawało się, że szkarłatny promień, ostatni z promieni słońca, przedarł się między wysokie drzewa i oświetlił wyryty fragment tekstu na kamieniu dla pewności używszy jeszcze wskaźnika laserowego.
               
“Szeroka jest brama i przestronna
przejedzie przez nią dwukółka dwukonna
a nawet bardzo pękata primadonna
Ta droga,
moje stare nogi, laboga,
dobrze, że to już koniec tego bloga
Która prowadzi do zguby,
słuchajcie, wy samoluby!
A wielu jest takich,
jak nasze raj-ptaki,
Którzy przez nią wchodzą.
choć wciagnięty brzuch uszkodzą.
Jakże ciasna brama i wąska droga,
to metafora seksu - okiem psychologa.
Która prowadzi do życia,
zapłodnienia, narodzin i pierwszego zawycia.
A mało jest takich,
którzy znajdą niebalny rym do powyższego
Którzy ją znajdują!”
choćby skały srały i chuj stawał chujom.
Paulo Coelho