piątek, 10 maja 2013

Złowrogie skrzypienie świerszczy, czyli strzała zaklęta na powolne opadanie

Witajcie!

W tym tygodniu pozostajemy w świecie gier komputerowych. Tym razem przyszła kolej na uniwersum Morrowind i losy najemnego zbira dzielnego wojownika Induriella, któremu niestraszne były ani orki, ani skrzypiące złowrogo świerszcze, ani plantacje willi. Jak zwykle, znajomość fandomu nie jest w ogóle potrzebna. Przyda się za to dużo cierpliwości do samego opka...

Indżojcie!

Adres opka: http://www.elderscrolls.phx.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=510&Itemid=499

Zanalizowały: Kalevatar i Pigmejka



„Leśny Łowca”

Noc powoli ogarniała Tamriel, kiedy Nurtill podążał przez puszczę gdzieś na wschód od Suran.
Jeśli dobrze pamiętam, na wschód od Suran były tylko pełne popiołu i lawy pustkowia.
Może to była puszcza z popiołu. I lawy. (Coś jak zagajnik w pobliżu Pompejów.)


Wokół panowała całkowita ciemność i cisza.
To ta noc dopiero zapadała, czy było już całkiem ciemno? Narrator nie może się zdecydować?
Hm... może tam mają noc polarną?


Jedynymi słyszalnymi dźwiękami było ciche cykanie świerszczy, gdzieś w głębi traw. Redgard coraz bardziej zagłębiał się w gęstwinę tajemniczych, mogłoby się wydawać żyjących wręcz drzew. Teraz cykanie świerszczy ustąpiło miejsca ich złogowrogiemu skrzypieniu.
Złowrogie świerszcze złowrogo skrzypią. Takimi małymi drzwiczkami.
Nie. Na nóżkach mają trzewiczki ze skóry. I ta skóra tak skrzypi.


Nurtilla coraz bardziej ogarniał niepokój. „Życie wysłannika jest na prawdę ciężkie” - myślał.
Kal też ogarniał niepokój. "Co ma piernik do po suszy szosa sucha", pomyślała.
Bo idzie taki wysłannik przez dzikie popielne lasy i słucha złowrogiego skrzypienia owadów. Co to za warunki pracy są?!


„No ale nic - przynajmniej słono mi płacą... Z drugiej strony, jak bardzo się narażam...”
Tu bohater przypiął sobie do piersi order Gierczanego Herosa Trzeciej Rangi, pogratulował sobie męstwa i zapewnił świat w ogólności, że w przyszłości również nie będzie szczędził poświęceń w służbie Niewiadomoczego. Tak pokrzepiony ruszył w dalszą drogę.


W tym właśnie momencie stalowy ucisk jakichś dłoni schwycił go w okolicach karku ale trochę też pod pachami.
Biedny bohater nie wiedział, że las ów słynął z grasujących w nim stad dzikich uścisków.
Takich, tylko rzucających się na karki:


Nurtill od razu zorientował się, że ucisk jest śmiertelnie niebezpieczny (bo źle mu z oczu patrzyło, temu uścisku) i nawet najmniejszy ruch jego, lub dłoni napastnika zakończy się śmiercią.
Co jakby wynika z definicji "śmiertelnie niebezpieczny". No ale jeśli możemy dwa razy napisać to samo, to nie będziemy sobie żałować, prawda.
Swoją drogą to chyba uścisk-bomba, skoro nawet najmniejszy ruch zaatakowanego może być śmiertelny.
Albo napastnik miał kolczaste rękawice.


„Kim jesteś i czego tu szukasz, szumowino?”- metaliczny głos odezwał się za jego plecami.
Metalicznie zgrzytał źle zapisany dialog, oczywiście.
Stalowy uścisk, metaliczny głos - kto go zaatakował, Blaszany Drwal?!
Wybiszowany blond ninja cyborg na obcasach!


„Spokojnie! Jestem tylko wysłannikiem! Nie rób mi krzywdy! Hueee....- stalowy ucisk jeszcze bardziej się zacieśnił.„Przysyła mnie Elndring Szkalne Oko! Mówi że Cię zna i ma robotę! - wyrzęził, starannie wymawiając wielką literę. - Błagam, puść mnie!” - jęczał Nurtill. „Hmm...Eldring... A tak, znam tego gościa... Dostałem kiedyś od niego ciekawe zlecenie...” - stalowy ucisk nie ustawał ani na chwilę. „Przysięgam! Mówił że słono zapłaci! To jedyne co wiem! Zlecenie jest w pergaminie w lewej kieszeni!
W kieszeni tkwił bowiem Wzorzec Questa z Sevres, zawinięty w pergamin.
Wraz z pogniecionymi punktami życia i przybrudzoną fiolką z maną.


Sam zobacz! Ale puść mnie do cholery!” - wrzeszczał redgard.
No patrzcie - a tam, gdzie by się przydała wielka litera, oczywiście jej nie ma.


„Dobrze... Niech Ci będzie – tajemniczy jegomość rozluźnił ucisk i pchnął posłańca na leśną ściółkę. - „Jestem Induriell – postrach wszytskich żywych istot, mających coś przeciwko literówkom  na sumieniu, co trapi innych... takich, którzy są gotowi zapłacić za ich zlikwidowanie...
W sensie za zlikwidowanie tych, których trapi? No, podejrzewam, że jest i taka nisza w asasyńskim biznesie.
Posiadanie zmartwień jest zabronione pod groźbą śmierci! Tu się wszyscy mają cieszyć!


- w tym momencie Nurtilla przeszedł dreszcz. Nie widział jakiej rasy jest adresat zlecenia, lecz Induriell spojrzał się na niego, a w jego oczach dały się dostrzec niebieskie płomienie.
Co dowodziło, że... należy do rasy, w której oczach dają się dostrzec niebieskie płomienie. Chyba.
Albo że ma w oczach palniki gazowe.


„Musisz mi wybaczyć – konieczne jest udać się do mojej kryjówki, aby przeczytać zlecenie, bo zostawiłem przy łóżku okulary do czytania, a nikt oprócz mnie nie wie gdzie się ona znajduje... - i jednym mocnym uderzeniem powalił Nurtilla na ziemię. Nieprzytomnego redgarda z łatwością wziął na ramię i pomaszerował w głąb dzikiej puszczy....
***
Gdy Inuriell dotarł z przybyszem do kryjówki, ułożył jego bezwładne ciało na posłaniu i wyjął z lewej kieszeni kawałek pergaminu. Otworzył go i zaczął czytać zawartość:
Dobrze że zawartość, a nie na przykład skarpetki.
Po co mu w ogóle ten wysłannik? Tekst listu znika, kiedy posłaniec się zbytnio oddali?
Induriellu,
Jestem Eldring Szklane Oko. Pamiętasz (a jak nie pamiętasz, to już twój problem), otrzymałeś ode mnie kiedyś zlecenie na pewnego nadzianego serem pleśniowym elfa wysokiego rodu. Obłowiłeś się wtedy nieźle gotówką.
I trochę flądrą.


Nie będę owijał w bawełnę – Mam robotę – niedaleko Vivek, znajduje się bardzo ciekawa plantacja – zapewne domyślasz się co mam na myśli – Plantacja Dren.
To jest jakiś eksperymentalny wiersz, czy może Szklanemu Oku rozsypały się myślniki?
“Ciekawa plantacja” brzmi, jakby Szklane Oko naczytał się kiepsko napisanych folderów turystycznych.


Otóż zarządza nią gość o takim właśnie nazwisku. Ostatnio przysporzył mi bardzo wielu kłopotów. To właśnie o niego mi chodzi. Zapraszam Cię do siebie, aby uzgodnić nagrodę za wykonany kontrakt. Przybądź jak najszybciej,
E. Szklane Oko.
Papatki, xxx :*
Eee... to nie byłoby prościej napisać, ile wynosi nagroda? Chyba że to całe zabójstwo to tylko taki uprzejmy pretekst do zwabienia Inuriela do swojego łóżka domu, coś w stylu "może wpadniesz obejrzeć moją kolekcję flaszek po skoomie".


Gdy Induriell kończył czytać zlecenie, Nurtill przebudzał się właśnie z niezbyt miłego, przymusowego snu.
Morderstwo byłoby “zdecydowanym wymuszeniem wieczystej drzemki”?


Przez półotwarte powieki spojrzał się na nieopisanie silną postać
Nawet jego mięśnie miały mięśnie.
A zaobserwował tę nieopisaną silność jak? Przebudził się akurat w momencie, kiedy Induriell zaczął wyciskać 200 kg na klatę?


– Induriell był świetnie zbudowanym mrocznym elfem. Dość wysokim i barczystym.
Co Nurtill ocenił fachowym okiem wcale-nie-znawcy-i-konesera męskich kształtów.


„Nieładnie tak podglądać bez zapytania” - wymruczał elf nie odciągając wzroku od listu. „Widzę, czuję i słyszę o wiele więcej niż Ci się zapewne wydaje...” - powiedział przyciszonym głosem.
Zwłaszcza "czuję" wydaje się w tym kontekście szczególnie znaczące.
Sugerujesz, że mrucząc, jednocześnie go macał?
Tak jakoś podejrzewam.


Redgard powoli zaczynał odczuwać respekt dla tajemniczego zabójcy.
Bo to, jak go wcześniej załatwił jednym nelsonem nijakiego respektu nie wywołało.
Może on lubi, jak go biją?


Poza tym, wciąż wydawało mu się, iż w izbie panuje atmosfera, pełna dziwnej magii.
I jeszcze dziwniejszych zupełnie niepotrzebnych przecinków.
Wunschpunsch!
Czarna magia, dziwna magia w tym wywarze
Wunschpunsch!
Czarną magię, dziwną magię wam pokażę!


„Zapewne domyślasz się, że moje mieszkanie chronią czary – masz rację – w końcu władze Morrowind nie przepadają za mną... Pomimo ich całkowitej głupoty i niezręczności (tu elf poprawił błyszczącą odznakę Gary'ego Stu na umięśnionej piersi), muszę się chronić przed nieoczekiwanymi gośćmi – zwykłymi przybłędami, których tu sporo. Tak się składa, że w moim długim życiu miałem okazję poznać już wiele ciekawych osób, od których wiele się nauczyłem. Byli wśród nich także bardzo dobrzy magowie... No, ale dosyć gadania, tym bardziej że widzę, że moja przemowa tyle wnosi, że ho ho, a ty pewnie chciałbyś wiedzieć, czemu cię walnąłem i przyniosłem tutaj czas mnie nagli. Wyglądasz na całkiem uczciwego redgarda, więc na drogę powrotną możesz sobie wybrać: chwilowe oślepienie, chustę na oczy... lub ponownego łokcia w skroń – wyjątkowo za nimi przepadam... szkoda że moi goście niezbyt... No więc??” - zapytał z ciekawością elf. „Wolę chyba mimo wszytko chustkę...” - odpowiedział Nurtill przełykając ślinę. Obaj porozmawiali jeszcze do zmierzchu, ale ględzili tak straszliwie, że to wyciąłem - ja, narrator,  i gdy ciemność ogarniała puszczę, wyruszyli..
Ej, chwila - toż noc była, jak bohatera ten elf znokautował. Mam rozumieć, że resztę nocy i cały dzień zajęło czytanie tego siedmiolinijkowego listu?
Nie no, gadali tyle. Patrząc sobie romantycznie w oczy.


Induriell miał na sobie długi płaszcz z kapturem, a wziął ze sobą jeszcze długi, przepięknie rzeźbiony zaklęty łuk, kołczan z magicznymi strzałami i dwa wspaniałe błogosławione sztylety. Nurtill szedł przodem z przepiękną opaską na oczach i z wspaniale wiązanymi rękami. Podążali w całkowitej natchnionej ciszy. W pewnym momencie jednak ta została zakłócona. „Nareszcie Cię znalazłem, Induriellu... tym razem tak łatwo mi się nie wymkniesz!”- gdzieś z głebi lasu dało sie słyszeć głos.
Starannie sylabizujący najbardziej ograne zdanie z "Podręcznika najbardziej ogranych tekstów ever".
Mam nadzieję, że to nie Jeż Jak Byk poleciał takim banałem.


W jednym momencie opaska oraz więzy puściły Nurtilla, który zobaczył przed sobą postać w przepięknej szacie, błyszczącej pomimo ciemności. Laboga, Edward im się objawił? Ale czemu sparkli nocą? Pędziła prosto na niego z wyciągniętym dwuręcznym mieczem.
Jak wiadomo, dwuręczny miecz jest szalenie efektywny w walkach w lesie i absolutnie nie zawadza co i rusz o żadne krzaczory ani nic.


Nurtill był bezbronny – nie miał żadnego oręża.
Czyli był bezbronny. Bezbronny był. Całkiem.


Mógł tylko patrzeć na postać, która najwyraźniej wzięła go za Induriella i chciała zabić.
Bo przecież tak łatwo jest pomylić Mrocznego Elfa z Redgardem.
Obaj mają wdzianka z metalowymi kółkami na wysokości mostka. To na pewno przez to.


W momencie kiedy stanęła przed nim i uniosła nad głowę miecz, za jej plecami ukazał się niczym zjawa elf. Błyskawicznym ruchem wyjął spod płaszcza sztylety i poderżnął gardło nieprzyjacielowi.
A nieprzyjaciel pozwolił to sobie zrobić, mimo tego miecza i w ogóle.


Krew obficie trysnęła z tętnic szyjnych napastnika, ciało zwaliło się na ściółkę a miecz spadł prosto pod nogi Nurtilla. „Oręż możesz wziąć dla siebie – nie oczekuję zapłaty. A opaska i więzy nie są już Ci potrzebne – jesteśmy już prawie na skraju puszczy” - powiedział Niewiadomokto. Nurtill podniósł błyszczącą broń – był to zaklęty deadryczny Claymore, na którego musiałby pracować najpewniej całe życie.
Bo przecież na naszego przezajebistego Mariana Słoja nie zasadzałby się ktoś uzbrojony w pierwszy lepszy cep. Toż to nietakt! Poza tym elf jest na pewno już na takim levelu, że nie opłaca mu się schylać po deadryczne miecze.


Wkrótce obydwaj rzeczywiście znaleźli się na skraju ogromnego, tajemniczego lasu.
Czy Wam też to zdanie brzmi tak, jakby oni się zbliżali do tego lasu, a nie z niego wychodzili?
Mnie to brzmi, jakby zmierzali do Piekła Dantego:
W życia wędrówce, na połowie czasu,
Straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi,
W głębi ciemnego znalazłem się lasu.
Jak ciężko słowem opisać ten srogi
Bór, owe stromych puszcz pustynne dzicze,
Co mię dziś jeszcze nabawiają trwogi.
Gorzko - śmierć chyba większe zna gorycze;
Lecz dla korzyści, dobytych z przeprawy,
Opowiem lasu rzeczy tajemnicze.


Księżyc świecił wyjątkowo mocno i znowu dało się słyszeć cykanie świerszczy. „Tutaj Cię zostawię. Idź w swoją stronę, ja pójdę w swoją. Nie próbuj mnie śledzić, bo pomimo tego, że nawet Cię polubiłem, mogłoby to się skończyć dla ciebie tragicznie...” Nurtillowi całkowicie to wystarczyło i ruszył gdzieś w kierunku Balmory. Natomiast Induriell udał się w stronę posiadłości Eldringa...
I pomyśleć, że całego tego tekstu i nic nie wnoszących zdarzeń można było uniknąć, gdyby tylko zleceniodawca nie sępił pieniędzy na gołębia pocztowego (czy czego tam w Morrowind używali).


***
Eldring wracał właśnie ze spaceru po swoich ogrodach. Zapadała noc, w budynku panował półmrok. Doszedł do drzwi swojego apartamentu, który wynajmował w trzygwiazdkowym hotelu wyciągnął klucz i wszedł do pokoju. Było w nim zupełnie ciemno. Szklane Oko rozejrzał się po pokoju. „Witaj Eldring” - człowiek popatrzył w stronę skąd dochodził metaliczny głos i ujrzał parę oczu płonących niebieskim ogniem. „Och.. Induriell.. Nienawidzę kiedy to robisz – za pierwszym razem mówiłem Ci że mam słabe serce” - powiedział z ulgą i wyrzutem zarazem. „Och, wybacz” - z ironią odpowiedział elf.
Diagnoza: stare dobre małżeństwo.


„Nie lubię tracić czasu – ile proponujesz?” - zapytał. „50 tysięcy smoków” - odpowiedział pewnie Eldring. „Słucham?!” „50 tysięcy” - powtórzył Szklane Oko. „Ogrim Ci do łba nasrał?! Za 50 kawałków to ja mogę sprzedać pełzaczowi jeden ze zrabowanych mieczy a Ty mi proponujesz tyle za gościa który siedzi na plantacji pod ochroną kilkunastu świetnie wyszkolonych ludzi?! 200 tysięcy MINIMUM” - wygłosił wściekły Induriell. „No dobra, dobra, nie wkurzaj się tak! Daję 220 tysięcy” - uspokajał człowiek.
Oj, ktoś tu nie umie się targować...
Droczą się przecież tylko, jak to w małżeństwie.


„Za mało. Chcę 250 tysięcy.” „No niech Ci będzie, Ty Dragot Uhr'owskie nasienie” - odpowiedział naburmuszony Eldring i tupnął nózią.
No i nie chodziło ci przypadkiem o Dagoth Ura?


„Uważaj na słowa, słabeuszu bo z Drenem mogę wynegocjować lepszy kontrakt na Ciebie!” - od razu zripostował.
W ogóle to robię ci łaskę, biorąc od ciebie pieniądze! Trochę szacunku dla głównego bohatera opka, mierna postaci drugoplanowa!
Dawaj 200 tysięcy za samo to, że raczyłem do ciebie przyjść!


„Przepraszam lekko mnie poniosło. Ostatnio nie wiedzie mi się najlepiej z forsą” - przyznał Szklane Oko.
Dlatego wynajmuję absurdalnie się ceniącego zabójcę, by rozprawił się z jakimś randomowym plantatorem. Absolutnie logiczne.


„Nie chciałbym być niegrzeczny ale nie obchodzi mnie to. Chcę 90 tysięcy TERAZ od ręki a resztę po wykonaniu zlecenia” - bezwzględnie wyrecytował elf.
Miał na takie okazje ściągę wypisaną na wnętrzu dłoni.


„Poczekaj chwilkę, przyniosę złoto” „Na to zawsze mogę stracić trochę czasu... Acha, masz dosyć poczciwego posłańca” - zawołał do Eldringa będącego w drugim pokoju. „Tak tak, to uczciwy chłopak, można na nim polegać I ma ładny tyłek!” - dało się słyszeć przytłumiony głos zza ściany.„Na początku potraktowałem go dosyć niemiło... pozdrów go ode mnie jak będziesz miał okazję. Zapytaj go jak się sprawuje miecz... będzie wiedział o co chodzi...” - z lekko zauważalnym uśmiechem wymruczał Induriell.
Niemamskojarzeń, niemamskojarzeń...
Ja też nie, ja też nie...
...Kogo my próbujemy oszukać?


***
Induriell wrócił do swojej kryjówki. Z zakurzonego kufra wyciągnął kilka starych pergaminów, przedstawiających plany plantacji – miał je już od dawna, ponieważ jedno z pierwszych zleceń otrzymał na prostego wieśniaka mieszkającego i pracującego na tamtejszej farmie. I od tamtego czasu oczywiście nic się na plantacji nie zmieniło. A aby zabić jednego wieśniaka, plan caaaałej plantacji potrzebny był mu do...?  Do odszukania chytrze poukrywanych znajdziek, ofkors. Przygotował sobie także stosowne do wykonania zlecenia ubranie i rękawice.
Niech zgadnę... czarne, skórzane, z wytłoczoną czaszką?
I ćwiekami. I powiewającą peleryną z czerwonym podbiciem.


Uzupełnił strzały w kołczanie i naostrzył sztylety. Następnego dnia wyruszył w długą podróż ku plantacji Dren.
***
Nad plantacją Dren zapadł mrok i pojawiła się wieczorna mgiełka.
Pory dnia znów następowały od końca. Mieszkańcy zdążyli się już przyzwyczaić.


Zapowiadała się piękna, gwieździsta noc.
Wiele będzie widać przez tę mgłę.


Strażnicy pilnujący willi na Plantacji stali na wyznaczonych dla siebie pozycjach wokół posiadłości Drena.
Na tej plantacji hodowali wille? *wyobraża sobie sadzonki w formie małych domków jednorodzinnych*


Induriell podpływał do plantacji od strony Vivek przez mały kawałek rzeki.
Chyba jednak nie taki mały, skoro podpływaaaaał (i podpływaaaał...). W ogóle to się nazywa “koryto rzeki”.
Może oni tam mieli rzeki w kawałkach, jak kostki brukowe, i układali sobie przy domu tyle rzeki, ile im było potrzebne?


Juz z daleka widział na pomoście jakąś postać, więc podpływał bezszelestnie.
Bo gdyby nikogo nie widział, to podpływałby na pełnej kurwie, z rykiem czterech silników spalinowych i napierdalając syreną przeciwmgielną.


Z bliska zorientował się, że kotołak jest niewolnikiem.
A z jeszcze bliższego bliska - że Vader jest ojcem Luke'a Skywalkera.


„Chcesz być wolny?” - wyszeptał elf. „Oczywiście Khaatei chce, ale nie wie jak” - odpowiedział. „To Ci pomogę – zacznij wołać najbliższego strażnika – tego, którego widać na schodach. Kiedy podejdzie, ja zajdę go od tyłu co z tego, że najpierw muszę wydostać się z łódki i w ogóle jakoś wejść na brzeg tak, żeby mnie nie zauważono i będzie po sprawie” - przedstawił plan.
Eee... a jak to ma sprawić, że tamten koleś przestanie być niewolnikiem? Zabity strażnik wydropi akt wyzwolenia go, czy jak?


„Plan podoba się Khaatei – zaraz zawoła” Induriell skrył się za pobliskimi krzakami a płaszcz wspaniale i malowniczo oraz dostojnie zlał się z otoczeniem.
Sam płaszcz. Reszta była doskonale widoczna.


„Aaach, Khattei boleć ogon, ty musieć mi pomóc, strażnik!” - zawołał. „Cholerny futrzak, znowu mu odbija... - z niezadowoleniem zamruczał strażnik i podszedł do kotołaka. W tym momencie zza krzaków z nieprawdopodobną szybkością została wystrzelona strzała,
To rzeczywiście nieprawdopodobne, że strzała leci szybko.
A to on nie mógł do niego strzelać od razu z łodzi? I tak wszyscy to usłyszą...


strzała, która przeszyła na wylot głowę strażnika i niewolnika zarazem.
Oni się tulili do siebie/całowali, że tak wyszło? Czy strzała była samobieżna i nadziewała ich po kolei?
Ze zdania może też wynikać, że strażnik również był niewolnikiem...


„ Zawsze czułem obrzydzenie do kotów” - pomyślał elf.
Ty złamany bucu, ta istota ci właśnie pomogła, a ty jej obiecałeś wolność.
Jakbym potrzebowała powodu, by nie lubić gościa jeszcze bardziej...


Zanim ciała zwaliły się na drewniane deski Induriell zdążył do nich doskoczyć i cicho odłożyć do zagłębienia pod pomostem.
Oni się chyba osuwali w bardzo slow slow motion.
A on miał baardzo długie ręce, żeby złapać w nie dwa ciężkie trupy.


Wyciągnął z głowy Khaatei'a strzałę, co nie sprawiło mu trudności, gdyż w rzeczywistości był to arbuz wytarł od krwi i włożył z powrotem do kołczanu. „Czas zająć się rzeczami trochę trudniejszymi...” - zamruczał elf. Zwinnie niczym kot wdrapał się na pobliskie drzewo i zaczął obserwować teren plantacji.
Wszyscy robotnicy dawno juz spali, jedynie strażnicy wałęsali się wokół posesji. Każde drzwi miały przydzielone po jednym strażniku, a naokoło krążyło jeszcze kilku. Induriell nałożył na cięciwę strzałę zaklętą na powolne opadanie, wymierzył i wystrzelił ja w kierunku strażnika stojącego na dachu willi.
A strzała leciała i leciała, by powoli opaść przed nogami strażnika.
Albo trafiła strażnika, a temu powoli zaczął opadać... poziom cukru we krwi.


Z zabójczą precyzją trafiła między oczy strażnikowi w żłoby dano, który niczym piórko położył się na dachu pod wpływem działania zaklęcia, nie robiąc żadnego hałasu.
Strzała trzymała go bowiem za uszy a potem się podłożyła pod niego, by zamortyzować upadek.


Przywiązał do gałęzi linę i wolno opuścił się na niej aż pod mury willi mijając pod spodem dwóch nic nie podejrzewających strażników.
Czy ja dobrze rozumiem, że on tę linę przywiązał do drzewa, a potem poziomo w powietrzu przewędrował po niej na dach? Nie mocując jej uprzednio do owego dachu? A ja myślałam, że takie rzeczy tylko w chińskich filmach...


Znajdował się niedaleko drzwi prowadzących do spiżarni willi. To jest tak napisane, że zaczynam podejrzewać, że chodzi o wilę, a nie willę. „Trochę tu nudno – przydałoby się trochę rozrywki” - trochę pomyślał trochę elf. Wziął mały kamyk leżący przy jego stopie i rzucił nim w hełm strażnika. Skałka odbiła się od niego i spadła przy nogach orka.
Pytanie filozoficzne: czy strażnik i ork to ta sama osoba?


Ten zrobił tylko głupią minę i stał dalej.
Ej, ale stereotypowe głupie orki to nie w tym fandomie!


Induriell powtórzył czynność. Tym razem głupi ork odwrócił się i spojrzał do góry, gdzie jeszcze przed kilkoma minutami na dachu stał jego kolega. „Hej, Nie rób tego do cholery!” - krzyknął zdenerwowany, ale zamiast zobaczyć swojego kolegę, zobaczył zwisającą głowę przebitą na wylot strzałą.
Cóż... ktoś tu właśnie oblał egzamin z niealarmowania strażników.


Chciał wywołać alarm, lecz nie zdążył, ponieważ elf, zaszedłszy go odpowiednio wcześnie, jeden sztylet wbił w szyję, a drugi w krocze
Musiał mieć naprawdę baaaardzo długie ręce.
I upodobanie do chodzenia uświniony krwią (i żeby tylko) od stóp do głów.


i z niesłychaną siłą pociągnął w przeciwległe strony.
...ręce Gadżeta wręcz.


Dało się słyszeć chrupot łamanych kości oraz dźwięk pękających mięśni i więzadeł. Po chwili na ziemi przed spiżarnią leżał ork w dwóch połowach. „To się dopiero nazywa dobra rozrywka” - pomyślał. Przepołowione ciało schował do dwóch pustych beczek leżących luzem w spiżarni.
A wszyscy w domu i pozostali strażnicy bardzo dokładnie niczego nie usłyszeli ani nie zobaczyli.
I wielka breja krwi, flaków i gówna wcale nie zdradzała miejsca, gdzie kogoś właśnie rozpłatano na pół.  


„No – to jestem w środku” - pomyślał.
Cicho schodami wszedł na parter i zobaczył dwóch dobrze opancerzonych ludzi. Stali odwróceni do siebie twarzami i o czymś dyskutowali.  Elf ze sztyletami brudnymi już od orkowej krwi
Tylko sztyletami!!! Haha, jasne.


podbiegł zawrotnie szybko niestety, nie bezszelestnie, w związku z czym opancerzeni odwrócili się do niego, sięgając po broń... ech, czemu ja się jeszcze łudzę.


podbiegł zawrotnie szybko od tyłu do jednego z wartowników i wbił je nad barkami po obu stronach szyi.
Czyli w okolice obojczyków. Niestety, jeśli byli dobrze opancerzeni, to znaczy, że ich zbroje zawierały także część zwaną "obojczykiem", chroniącą właśnie to miejsce...


Ostrza gładko zanurzyły się w miękką skórę nie chronioną pancerzem.
...więc coś takiego nie ma prawa się zdarzyć. No ale - skoro koleś ma czas i siłę, by nożykami przeżynać się przez żebra i miednicę, to po co zawraca sobie głowę szukaniem luk w pancerzu? Powinien przebić te zbroje bez problemu.


Wykorzystując rozpęd oparł się na konającym człowieku i wybił się w górę wyciągając sztylety.
Eee... jaki rozpęd? Biegł do kolesia i pchnął go od góry, więc wszelki rozpęd poszedł w krzaki. Gdyby go żgnął jakoś w przelocie, to jeszcze bym uwierzyła, ale tak?


Po zrobieniu efektownego salta znalazł się po za plecami drugiego strażnika który stał cały czas bez ruchu i czekał na swoją turę i bez problemu wbił sztylety w oboje oczu. Czyich? Swoich może? Narratora chyba, bo rzeczy, jakie się tu dzieją, nie przeszłyby, gdyby tylko ktoś spróbował wyobrazić sobie to, co opisuje. Krew polała się obficie po marmurowej posadzce. Induriell dosłyszał skradającego się za nim trzeciego strażnika, który wcześniej musiał być schowany za beczkami.
Które stały sobie w holu willi.
Plantator trzymał tam połówki innych strażników. I płody.


Wykonując półobrót rzucił błyskawicznie jednym ze sztyletów prosto w nieosłoniętą twarz.
Pomieszczenie wyglądało okropnie. Zmasakrowane ciała przedstawiały przerażający widok.
To jest opis miejsca, gdzie trzech ludzi oberwało względnie czystymi pchnięciami w tętnice i oczy. Z kolei miejsce, gdzie kolesia rozerżnięto na pół, po poutykaniu połówek w beczkach jest już czyściutkie i niewinne jak pupcia niemowlaka.


„Czas zająć się samym Drenem...”. Zostawił ciała i udał się na drugie piętro, na którym mieszkał właściciel plantacji.
I który spał mocnym snem, nie budząc się na odgłosy awantury na dole. Jakieś tam ciała w ZBROI upadające na MARMUR? Eeee tam.


Zza drzwi dało się słyszeć czyjeś jęki i pokrzykiwania.
Elf uchylił lekko drzwi i ujrzał w łóżku Drena, a na nim rozebraną kobietę – mieszkankę plantacji, która na pewno „zarabiała na dobrą opinię” właściciela.
Ależ absolutnie nie była przez niego wykorzystywana, w końcu to tylko jej pracodawca i (prawdopodobnie) właściciel... wredna sucz.


Dziewczynie falowały piersi a Dren ściskając je był w siódmym niebie. „Czas zakończyć tę miłą dla oka zabawę” (Miłą?! Bue, podglądacz!) - pomyślał Induriell i już nie skradając się zaszedł od tyłu ujeżdżającą dziewczynę. Jednym zgrabnym ruchem zdjął ją z Drena i wbił w jego klatkę piersiową obydwa sztylety.
Tym zgrabnym ruchem musiało być wyrzucenie sobie dziewczyny przez ramię, inaczej tego nie widzę.


Przerażona i zawstydzona dziewczyna kuliła się w kącie pokoju. „Nie bój się – Tobie nic nie zrobię – jesteś zbyt ładna.(...) Możesz udać się do posiadłości Eldringa Szklanego Oka – może tam znajdziesz godną pracę.” I to mówiąc wyciągnął sztylety z piersi monarchy.
To tam jakiś król był też? O.O


„Dziękuje Ci panie! - Jak mam Ci się odwdzięczyć?” - zapytała. W naturze, psiamać.  „Wystarczy że udasz się tam gdzie Ci powiedziałem. Może wtedy się spotkamy i mi to jakoś wynagrodzisz...” Odwrócił się w miejscu i wyskoczył przez okno sypialni na podwórze.
Co za pech, że nadział się na grabie.
Albo chociaż nie poślizgnął się na warstwie krwi i nie wybił zębów o wiadro.
***
Następnego dnia o zmierzchu Eldring wracał jak co wieczór ze spaceru. Otworzył drzwi. „Witaj” - usłyszał metaliczny głos. „Witaj Induriellu – dziś się Ciebie spodziewałem” - odpowiedział. „Wszystko poszło zgodnie z planem, jak się pewnie domyślasz – przyszedłem po resztę wynagrodzenia Na dowód mam absolutnie nic, no ale przecież wierzysz w me dżentelmeńskie słowo”. „Oczywiście – może się czegoś napijesz?” - zapytał. „Dzięki, ale wezmę smoki i będę się zbierał”. Wiesz, pranie się samo nie powiesi, poza tym zostawiłem obiad na gazie... - odpowiedział mu elf. „Oj coś czuje że byś tego później żałował – Jurinde! Przynieś mi i gościowi coś do picia!” - zawołał. Do pokoju weszła dziewczyna którą Induriell widział tamtej nocy na plantacji.
Tamtej nocy - czyli wczoraj. Jakim cudem ona dotarła na miejsce przed nim?


„Mówiła, że jest Ci cos winna...” - powiedział z uśmiechem człowiek. „No, skoro tak się sprawy mają...” - tu spojrzał na piękną a dziewczynę - „To chyba zostanę do jutra...”
To jest jednak trochę obrzydliwe.
BoCHaterze,
***
Kilka miesięcy później, kiedy słońce w Tamriel kryło się za horyzontem, Nurtill ponownie podążał gęstą puszczą z kawałkiem pergaminu w lewej kieszeni, a spod jego płaszcza wystawał kawałek błyszczącego miecza...



PS. W zeszłym tygodniu na Przyczajonej Logice wybił równy milion wejść na bloga! Cóż możemy napisać - dziękujemy Wam ogromnie. :)

https://fbcdn-sphotos-f-a.akamaihd.net/hphotos-ak-prn1/935178_502594839789514_1789995821_n.jpg

13 komentarzy:

korano pisze...

Kalevatar masz może kilka takich orderów?
Elf nadziany serem pleśniowym mnie zabił.

Patrząc sobie romantycznie w oczy i jedząc spagetti przy świecach.

Pigmejko z tym piekłem to coś może być na rzeczy. Sadzonki domków są śliczne, a przez dialogi w cudzysłowach miałam wrażenie, że bohaterowie porozumiewają się telepatycznie.
Co do miliona wejść powiem jedynie: tak trzymać :-D

Przepraszam za chaos niestety bloger nie lubi mojego telefonu.
Pozdrawiam

Madame Missclick pisze...

Pjenkna analiza, pjenkne opko!
Ale mam jedną uwagę... podlinkowałyście fotę rasowego Norda zamiast Redgarda. Skjor płacze. :C

CraftyKhajitt pisze...

Jeśli chodzi o gołębie: no cóż, na Vvanderfell (i chyba w całym Morrowind) nie używa się absolutnie niczego poza umyślnymi: list do Caiusa Cosadesa niósł sam bohater, tak samo list miłosny od Nelosa do Maurrie (niezapieczętowany), a wiadomość do Hriskaara leżała na stole, przybita sztyletem, czekając, aż Hriskaar podejdzie do stołu i przeczyta.
Od Pełzacza w życiu nie dostanie się 50 000, bo tenże ma 'tylko' 5 000. Wprawdzie wydaje resztę w przedmiotach, noale.
Przestanie być niewolnikiem następuje poprzez zdjęcie niewolniczych kajdan.
Beczki w holu Posiadłości Dren istnieją, zawierają m. in. mokradłowiec, solny ryż (z tych dwóch, za pomocą profesjonalnego zestawu alchemicznego gwizdniętego z Gildii Magów w Calderze, robi się miksturę przywracającą zdrowie), sloadowe mydło i dreughowy wosk, a czasami i księżycowy cukier.
Orvas Dren był księciem. Królem nie. Królem jest Helseth, i nie przebywa na Vvanderfell.

Vatelema pisze...

"Jedynymi słyszalnymi dźwiękami było ciche cykanie świerszczy, gdzieś w głębi traw. Redgard coraz bardziej zagłębiał się w gęstwinę tajemniczych, mogłoby się wydawać żyjących wręcz drzew. Teraz cykanie świerszczy ustąpiło miejsca ich złogowrogiemu skrzypieniu.
Złowrogie świerszcze złowrogo skrzypią. Takimi małymi drzwiczkami.
Nie. Na nóżkach mają trzewiczki ze skóry. I ta skóra tak skrzypi."

Oj tam, wszyscy wiedzą, że świerszcze grają na takich małych skrzypkach. A skrzypki skrzypią, jak sama nazwa wskazuje ^^


" - w tym momencie Nurtilla przeszedł dreszcz. Nie widział jakiej rasy jest adresat zlecenia, lecz Induriell spojrzał się na niego, a w jego oczach dały się dostrzec niebieskie płomienie.
Co dowodziło, że... należy do rasy, w której oczach dają się dostrzec niebieskie płomienie. Chyba.
Albo że ma w oczach palniki gazowe."

Ha, oglądałam Ao no Exorcist, więc wiem - on jest synem Szatana!

"Strażnicy pilnujący willi na Plantacji stali na wyznaczonych dla siebie pozycjach wokół posiadłości Drena.
Na tej plantacji hodowali wille? *wyobraża sobie sadzonki w formie małych domków jednorodzinnych*"

Może to były chatki na kurzych stópkach? Gdzieś muszą rosnąć... :D

Analiza jak zwykle genialna :)

Bumburus pisze...

Ej, to skrzypienie było ZŁOGOWROGIE! Zawierało tyle wrogości, że aż się złogi potworzyły... ;-)

Serenity pisze...

"W jednym momencie opaska oraz więzy puściły Nurtilla, który zobaczył przed sobą postać w przepięknej szacie, błyszczącej pomimo ciemności. Laboga, Edward im się objawił? Ale czemu sparkli nocą?"
Nie Edward, jedno ktoś w płaszczu z Edwardowej skóry. ;)

Gayaruthiel pisze...

Swierszcze zrobily mi dzien :D A Imie bohatera ciągle czytałam jako Industriel - anioł przemysłu :P

Anonimowy pisze...

>> Orvas Dren był księciem. Królem nie. Królem jest Helseth, i nie przebywa na Vvanderfell.

Księciem też nie był. Był tylko głową Camonna Tong i właścicielem plantacji. Księciem Ebonheart był jego brat, Vedam.

Honore Tanelorn pisze...

Czytając opka, które analizujecie, często zastanawiam się, czy AU-torzy opuszczają wszystkie lekcji przedmiotów ścisłych w szkole? A książki chyba palą... To jest tak nielogiczne miejscami, że aż przestaje być śmieszne i straszy.

Podziwiam was za to, że dajecie radę się przez to przekopać~

Bumburus pisze...

@Gaya: A ja tego drugiego jako Nutrill - anioł aprowizacji?

Winky pisze...

Celestia. <3
Kocham opka Pisaków, są pierdyliard razy lepsze od tych nudnych bzdur wypisywanych przez dziewuchy. ^^

kariolka pisze...

Byłam ostatnio u rodziców na wsi i świerszcze jakoś nie chciały skrzypieć... Oporne jakieś.

Babatunde Wolaka pisze...

Opisy walk w wykonaniu dzielnego (i miłego) Indurriela doprowadziły mnie do wniosku, że oto Dunmerowie pozazdrościli Bosmerom i zapragnęli mieć własny odpowiednik Elfiego Łucznika.
Świerszczom natomiast najwyraźniej skrzypiały stawy wskutek braku ruchu.

Ejno, ale Orvas Dren to nie "randomowy plantator", tylko szycha nr 2 w Volkswagenfell, zaraz po bracie-księciu... Inna sprawa, że czytelnik nie ma skąd się tego dowiedzieć.

"Ej, ale stereotypowe głupie orki to nie w tym fandomie!"
Czasem się zdarzają. Also, nasz "assa syn" może być dunmerskim szowinistą i z definicji uważać wszystkie orki za głupie.

"BoCHaterze, you are a douchebag..."
Powiem więcej: "You n'wah!"

Hasło: ovryje. Zaiste...