piątek, 29 marca 2013

Wilk w zielonym piekle czyli Sephiroth jedzie na dziku


Witajcie!


Zanim przejdziemy do samej analizy - dziękujemy serdecznie wszystkim, którzy przyszli na nasz panel na Pyrkonie! Nie myślałyśmy, że będzie Was tak wiele. Mamy nadzieję, że nikt się za bardzo nie wynudził i nie ma koszmarów sennych po zobaczeniu nas na żywo.
A bardziej serio - jesteście kochani! Naprawdę miło było Was wszystkich zobaczyć. :) Chcielibyście, żeby na następnym Pyrkonie również odbyło się analizatorskie spotkanie?


Dla ciekawych kilka zdjęć i filmików (nie mamy niestety nagranego całego panelu, ale lepsze kilka minut niż nic, prawda?):


Zdjęcia dzięki uprzejmości Tess.

 
Od lewej: Vivaldi, Pigmejka, Hagath (prowadząca panel), Szprota, Ewa Białołęcka, Dżul, Kalevatar








A to zdjęcie bardzo lubimy, gdyż widać na nim, że odwiedziła nas (i siedzi w pierwszym rzędzie!) uwielbiana przez ekipę PLUS-a... Ania Kańtoch!




A to Wy! :D


A tu linki do krótkich filmików z panelu:


I jako bonus - filmik z zeszłego roku (wart uwagi, gdyż słychać na nim Kalevatar)




A teraz - analiza! W dodatku dzieł z fandomu jeszcze u nas nieomawianego - uniwersum gier z serii "Final Fantasy VII". Jeśli nie wiecie, z czym to się je, wstydźcie się nie martwcie się: do zrozumienia pierwszego opka znajomość kanonu nie jest potrzebna, zaś w zrozumieniu drugiego nawet kanon nie pomaga. Bardzo pomaga za to odporność na wyszukane frazy, bowiem wszystko wskazuje na to, że przed rozpoczęciem pisania aŁtorka wcisnęła przycisk "Odpalić turbopoetyckość".
I teraz mamy.
Mamy buddyjskie strumyki i wilki na niskim levelu, bohaterów samotnych jak dziki i gorące, zielone piekło, które równie dobrze może być poetycką wizualizacją haju Sephirotha, który buzuje adrenaliną pod skórą i afirmuje się swoją ręką na szyi wojownika... czy jakoś tak. Ogólne srogie WTF - gwarantowane.
Miłego!



Opka zanalizowali: Kalevatar, Vivaldi, Pigmejka




tytuł: Nocne Requiem
fandom: Final Fantasy VII
kategoria: 13+
opis: ucieczka Zacka i Clouda
ostrzeżenia: można uznać lekki angst
znajomość fandomu: niekonieczna
status: skończony


Nocne Requiem


Noc późna już była.
Ciemno już, zgasły wszystkie światła
Ciemno już, noc nadchodzi... spóźniona.
Słońce już zaszło, psy się śpóźniły... yy, nie, jakoś inaczej to szło.


Księżyc w pełni stał wysoko na rozgwieżdżonym niebie.
O tak:
 


Liczne gwiazdy oświetlały swym delikatnym blaskiem liście drzew.
Ale tylko liście. Reszta świata była pogrążona w mroku. (Btw to chyba musiało być skupisko supernowych, a nie gwiazd...)


Mały strumyk cichutko szemrał, nie przejmując się pijącym wodę jeleniem.
Powinien go utopić, a z jego zębów zrobić sobie wisiorek.
Jednak zaprotestował stanowczo, gdy chciały się napić trzy wiewiórki i jeż.
Strumyk ćwiczył się w buddyjskich praktykach medytacyjnych, stąd jego obojętność na świat. Nawet nie szemrał już normalnie, tylko mantrami.
Gdzieś w oddali zahukała sowa i zaraz zamilkła, a z nią na krótką chwilę świat (też zahukał?), który zdawał się łapać oddech zanim drapieżcy przypomną o swojej obecności, gotowej by zabić tępą składnią.
Nie przejmujcie się, drapieżcy - o mojej obecności, gotowej, by analizować, świat też czasami zapomina. Wtedy powstają takie opka.


Las żył nocą, niebezpieczną, groźną, ale i tajemniczą.
Nie wiem, co to za drag ta “noc”, ale aŁtorka chyba nie doczytała ulotki i informacji o dawkowaniu.
Rozumiem, że w dzień las odsypia i leczy kaca?


Na małej polance stary dzik sennie rył ziemię w poszukiwaniu czegoś do zjedzenia. Czuł, że niewiele w nim życia pozostało, mimo to rył nadal.
Dzik czuje, że śmierć jest blisko. (…) Wstępuje na wzgórek. Tam, pod pięknym drzewem, są cztery żołędzie smakowite. Na zielonej trawie upada na wznak. Omdlewa, śmierć jego się zbliża.


Przygłuchy, nawet nie spostrzegł, kiedy wilki dopadły go do gardła.
Dzik czuje, że śmierć go bierze całego: z głowy zstępuje do serca. Biegnie odyniec pędem pod sosnę, położył się na zielonej murawie, pyskiem do ziemi. Obrócił głowę ku zgrai wilków; tak czyni chcąc, aby narrator powiedział i wszyscy jego ludzie, że umarł jako zwycięzca i jako zacny zwierz. Za grzechy swoje wyciąga ku Bogu swoją racicę.
Dzik czuje, że dobiegł już kresu. Leży na stromym pagórku twarzą ku polanie. (…) Aniołowie z nieba zstępują ku niemu.
Bo taki dziadzio-dzik to tylko błąka się biednie po lasku, stukając laseczką i klnąc za aparatem słuchowym pozostawionym przy innym paśniku. I rozumiem, że ten w dodatku nie miał węchu i miał zaćmę, że nie wyczuł watahy?


Krew trysnęła na trawę i dzik padł, nie próbując walczyć i wzdychając “taki karman”.
Wilki. Jakże inne zwierzęta.
Inne od czego? Od bździągwy?
Lisa Chytruska.
Mam nadzieję, że nie chodzi o TO znaczenie słowa “inny”.


Zdolne zabijać, sprytne i silne.
Ktoś tu najwyraźniej niedocenia dzików. Hint: ile trzeba dzików, by zabić jednego wilka i wilków, by zabić jednego dzika?
No wiesz? Przecież wilk to takie szlachetne zwierze, wyje do księżyca, jak go udomowić to i pogłaskać można... a dzik? Brzydkie to to, włochate, na mięso można wziąć, no i świnia na dodatek. Napisz o takim bohaterze, że był samotny jak dzik - toż to śmiać się będą na dzielni.
Niby racja... A i Cloud wyglądałby nieco mniej biszowato z medalionem z wielką dziką świnią.
Ale Freja wyglądała całkiem apetycznie jadąc na dziku:



Idealne, mocne zęby z łatwością rozszarpujące ciało. Te, wykorzystując słabość ofiary, miały tej nocy prawdziwą ucztę jakiej nie zaznały już od dawna.
Zęby żyły własnym życiem i miały ucztę? Co ja czytam? 0_o
Zwizualizowałam sobie samobieżną szczękę wpierdzielającą dzika. W sumie - skoro dupa z kawału mogła jeść antonówki...


Jadły świeże mięso, gryzły kości, nie szczędząc niczego. Wszamały nawet sierść i racice. A potem zagryzły psem razem z budą.
Nagle rozległ się pewien odgłos, jakże nieznany w tym zapomnianym lesie.
Napisz "jakżeż", będzie jeszcze bardziej podniośle. Albo "Przeto rozległ się". Poetyckość bez "przeto" się nie liczy.
I “Zaprawdę”. Wiesz: noc, mistycyzm, te sprawy...


Odgłos twardych butów ze skóry, miarowo uderzających o ziemię.
Na pewno było słychać to, że są ze skóry. (A “uderzanie” kojarzy mi się z tym, że ktoś walił butem w pień, żeby się sarnie odchody odkleiły od podeszwy...)


Wilki, spłoszone, uciekły. Nie, został jeden, młody bez doświadczenia.
Na niskim levelu.


Nie znał tego szurania, ciężkiego oddechu i dziwnego zapachu. Eee... przez las sunie Mroczny Leśny Mops? Powoli, zapominając o towarzyszach, ukrył się wśród gęstych krzaków. Patrzył nieruchomo w ciemność, w razie ataku gotów użyć swych ostrych jak brzytwa kłów, by przeżyć. Czekał. Na co? Imperatyw zabronił mu zachować się jak na normalnego wilka przystało i przymroził go do ziemi?
Najpierw ujrzał koślawą sylwetkę, rosnącą coraz bardziej i bardziej. To byli ludzie, jego wrogowie.
Ej, to jak to jest - rzecz się dzieje w lesie, którego ludzkie oko nie widziało i odgłos szurania buciorami jest rzadki niczym widok Zygmunta w moim portfelu, czy może ludzie w lesie bywają i wilki nauczyły się ich bać? (I rozpoznawać po sylwetce, a nie po zapachu, och lol.)
Bo wilki znały tylko małe dziewczynki biegające beztrosko po lesie w lekkich bucikach, z koszyczkiem w ręku i w kapturku na głowie. Spotkał dwóch spoconych soldatów to i zapachu nie rozpoznał, potem sprawdził - dwie nogi, dwie ręce, głowa na kadłubku - i już wiedział: człek jak w mordę strzelił.


Wilk zamarł, niepewny co robić – uciekać czy zostać. Czekał. Na oklaski chyba.
Było ich dwóch. Pierwszy z czarnymi włosami ciągnął ze sobą drugiego, pozbawionego przytomności.
Co wilk stwierdził na pierwszy rzut oka, nauczony wieloma kursami pierwszej pomocy.
Charakterystyka: jeden miał czarne włosy, a drugi nie miał przytomności. Sweet merciful fuck...


Jasne kosmyki opadały mu na twarz, nieco skrywając jej bladość. Co było idealnie widać w lesie, w nocy. (Może twarz była posmarowana fosforem...?) Jego bezwładne ciało było całkowicie zdane na łaskę przyjaciela,
Gdyby byli w yaoicu, to zdanie stanowiłoby początek wspaniałej... przyjaźni.
Głębokiej i zakończonej erupcją szczęścia.
A ja oczywiście przeczytałam, że “ciało było zdane na laskę przyjaciela”.


który wytrwale je chronił nawet na moment nie tracąc czujności. Na chwilę przystanął.
- Przepraszam. Wiem, że powinieneś odpocząć, ale wytrzymaj jeszcze trochę, ok?
Nie dostał odpowiedzi.
Good point: bezwładne ciało szybko się męczy. Trzeba je często przewracać, żeby równomiernie przypiekło się z obydwu stron.


Wilk coś poczuł. Zapach krwi = potencjalny obiad? Jakoś wiedział, że z ich strony nic mu nie grozi. Czemu ja się łudziłam, że to będzie coś normalnego... Niebezpieczeństwo dopiero nadchodziło. Słysząc liczne trzaski łamanych gałęzi, skulił się i zjeżył sierść. Niech jeszcze prychnie i zamacha ogonem... To chyba jest jednak kot, nie wilk. Jakiś powód, dla którego nie ucieka? Chociaż malutki? Wiele niebezpieczeństw. Takich, co mordują bez litości, odbierając wszystko z czystej żądzy.
Poznał ich zapewne po wielkich żółtych plakietkach z napisem “Żądny Krwi Morderca”.
Hm... szarańcza nadlatuje?
Okienka Czystej Żądzy czynne są od godz 11 do 22. Odbiór następuje za okazaniem legitymacji stowarzyszenia Wiele Niebezpieczeństw (Mordujemy Bez Litości).


Prawdziwi ludzie. Podkradali się coraz bliżej, okrążając tych dwóch.
Bo Zack i Cloud byli papierowymi elfami z lewymi uszami.


- Brać ich!
Zaraz zginą i to będzie koniec ich ucieczki, pomyślał wilk, dla którego z nieznanych przyczyn miało to fundamentalne znaczenie. Kuląc się jeszcze bardziej, wilk ze strachu zamknął oczy, nieświadom przebiegu całej walki.
Ehe.


Again: dlaczego on nie ucieka?!


Dla człowieka trwałoby to kilka sekund, ale dla przerażonego zwierzęcia to były lata.
Przerażonego tym, że grupka jakiś dziwnych zwierzaków wzajemnie się morduje - faktycznie, barbarzyństwo. A tego dzika przed chwilą to zajadali srebrnymi sztućcami. A aŁtorka powinna pamiętać, że jak opisuje wilka, to niech opisuje wilka, a nie sierściucha z mózgiem ludzkiego trzynastolatka.


Nie wiedział, czy ktoś go w końcu zauważy, czy da radę czmychnąć za swym stadem. Wiedział jedynie, że w pewnym momencie opuścił kryjówkę i krok po kroku, pchany czystą ciekawością, podszedł do pobojowiska.
Mieli tam hipnotyzera, czy jak? To nie wilk, to jest miękka faja zdupywzięta.
W poprzednim wcieleniu wilk był laureatem Nagrody Darwina.


Do jego nozdrzy dotarł zapach słodkiej krwi. Zaledwie parę metrów od niego leżeli ludzie, żywi, choć ciężko ranni. Wysunął język, smakując powietrze. Ludzkie mięso.
I w lesie, w którym nie bywają ludzie, byle młodziak potrafi rozpoznać smak ludzkiego mięsa. Ani chyba, dużo było tych kapturków.
Wszystkie okoliczne panny były fetyszystkami fandomu “furry” - to i się pałętały jak porąbane po lasach, szukając wilków...


- Chodź, spadamy stąd.
Jakże cicho zabrzmiał głos czarnowłosego w tym lesie.
Wszystko przez pijacką przyśpiewkę starego puchacza i wrzaski Pani Niedźwiedź wołającej za mężem rżnącym w karty u Lisa Chytrusa.
Bo jakby to powiedział jasnowłosy, to echo by przez pół lasu niosło okrzyk.
Zabrzmiał tak cicho, że wilk usłyszałby głos z Litwy, gdyby się dobrze postarał!


Przez kilka chwil wilk słyszał jeszcze to uderzanie butów o ziemię, (Ktoś tam naprawdę ma problem z oczyszczeniem podeszwy!) potem świat zamilkł.  Na krótko.
Nawet nie zdążył odwrócić głowy. Ten świat.
Wystarczył jeden celny strzał. Tak się zaczęła apokalipsa...
Wilk potoczył się ciężko po trawie, z coraz większym trudem łapiąc oddech. Stracił czujność i zapłacił za to najwyższą cenę. Jak przez mgłę widział podnoszących się ludzi.
Podnoszących się. Czyli, rozumiem, leżeli sobie na ziemi i łaskawie czekali, aż uciekinierzy pójdą sobie w cholerę? Ekstra. Czuć szkołę imperialnych szturmowców.
Musieli poczekać do końca cutscenki, no weź. Poza tym aŁtorka wyraźnie napisała, że ludzie byli ledwie "ciężko ranni", więc poleżeli sobie chwilkę i zaraz im przeszło.
A może to była pułapka na wilka? *wyobraża sobie myśliwych kładących się w środku lasu i czekających, aż coś zechce na nich zapolować*



Jeden trzymał coś długiego, błyszczącego. Znów czuł krew. Swoją krew.
- Głupie bydlę. Rzuciłoby się na nas!
- Daj spokój, lepiej zamelduję, że cele nam uciekły.
Dalej nic już nie usłyszał. Z wielkiego łowcy stał się ofiarą. Zamykając oczy, odszedł w cień.
Pretensjonalny ton jest? Jest. Krzywa składnia jest? Jest. Zgrana symbolika jest? Jest. Dramatyczne, targające sercem zakończenie jest? Jest. No to git, pańszczyzna odpracowana, można iść do domu pod pierzynę.



٭٭٭٭٭
- Idźmy dalej, dobrze? – Zack mocniej ścisnął rękojeść miecza.
A “Miśko, pan na Gnieździe, słynna płowa pyta Polan, nastroszył wąsa płowego jak wiecheć słomy i chrobrą ręką (...) ścisnął książęcy nabiał”.
(M. Cetnarowski, RP Productions)




Opis: Post AC/DC, niepełny kanon DC. W przeszłości pogrzebano więcej niż jeden sekret, jedną zbrodnię i jedną osobę, jednak wszystko, co ukryto, kiedyś musi zostać odkryte a niezagojone rany rozdrapane na świeżo. Śmierć nigdy nie jest przeszkodą.
Ostrzeżenia (może zmienić się później): 16+, przemoc, kontrowersyjne tematy, het, femslash, slash, oryginalne postacie, pseudonauka, częściowe AU w stosunku do DC, BC, CC.



Czas Niepokoju
Mam dziwne wrażenie, że tę nazwę zaklepał już inny fandom.


1. Wstęp: Piekło



Bitwa, która rozegrała się tego dnia, była jedną z potyczek mających swój wpływ na legendę.
Demoralizujący najpewniej.
Którą legendę? Tę o smoku wawelskim, czy może o świętym Aleksym?
Na tę o legendarnym wojowniku, który w kung fu był wręcz legendą.


Demon Wutai i jego Cień stali, skąpani we krwi, daleko od linii własnych oddziałów, w zielonym piekle, wilgotnym i pulsującym życiem.
Imperatyw Epickich Opowieści, wg. którego bitwy nie wygrywa strategia i zmysł taktyczny, ale jeden napakowany heros szarżujący w pojedynkę na wraże wojska, tym razem chyba się zaciął.
Zielone, wilgotne i pulsujące życiem piekło kojarzy mi się z przewodem pokarmowym jakiejś wściekle wielkiej gąsiennicy.
(Ewentualnie może być to wielka, zielona, zębata wulwa.)
Pigmejko, a Ty tylko o jednym... Już sobie nawet aŁtorka nie może dżungli metaforycznie nazwać, by się z wulwą nie skojarzyło. ;)


Generał, wciąż jeszcze będący dzieckiem, które zaczynało być mężczyzną,
Oprogramowanie “Dziecko” v. 2.0.4. Instalowanie modułu “Mężczyzna” w trakcie. Stan: 63%. Do końca pozostało: w c*uj dużo.
Generał zdecydowanie nie dorastał w czasie linearnym, a raczej w "a big ball of wibbly-wobbly timey-wimey stuff".


rozdrażniony walką i buzujący adrenaliną pod skórą,
Strzelił focha, bo trzeba było biegać, krzyczeć i machać ciężkim mieczem, a wrogowie jakoś nie specjalnie chcieli umierać, dziwacy.
Adrenalina bulgotała pod skórą, co wywoływało wrażenie, jakby mu bicepsy falowały.
No co, też byś była rozdrażniona po czymś takim.


poszukujący afirmacji na równi z własną dłonią znajdującą ścieżkę na szyi drugiego wojownika,
Szukał swej dłoni, afirmującej drugiego wojownika na jego ścieżce... eee...
Mnie z tego wyszło, że on kogoś dusi, ale jestem otwarta na inne interpretacje.
Prawdopodobnie. Ale czemu on się musi afirmować dłonią, tego nie wiem. Mało kobiet na froncie?


i Cień, którego zadaniem było jedynie chronić i służyć, całujący z francuska opuszki palców z niemal niewyczuwalnymi odciskami na języku od rękojeści tego niemożliwego miecza, Berła Słowian, Oszczepu na Dziewice* (Ale od takiego miecza to powinien boleć nadgarstek, a nie palce... Skąd wiesz, może od afirmacji akurat palce bolą.), odcięci razem od wszystkiego i wszystkich, w tym zielonym, pulsującym, gorącym, duszącym i jadowitym zielonym piekle.
*Michał Cetnarowski, RP Productions
Jak na Dramatyczną i Poruszającą scenę, zdecydowanie za mało tu przymiotników.
Aha, czyli jednak przełyk gąsienicy! Do tego jadowitej.
Duszący w piekle. Tak. Załapałam. Możemy dalej?


Każdy dotyk i oddech prowadzący dalej, jeden krok, jedno spojrzenie, aż za granicę, zza której nie było powrotu bo wizę zabrali, nie tutaj, nie teraz, nie kiedykolwiek tak mi dopomóż Bór, aż Generał leniwie spoglądał w ścianę zieleni nieprzepuszczającej słonecznego światła, duszącej, pulsującej i napawającej głębokim acz rozległym strachem, który odganiał Cień.
Pięć razy czytałem to cholerne zdanie i jedyne, co mi przychodzi do głowy, jest wizja Generała upalonego w trzy dupy i Cienia histerycznie odganiającego kłęby dymu.
A ja ogłaszam, że jak aŁtorka jeszcze raz napisze coś o duszącej zieleni, to JA idę się upalić. Bo na trzeźwo nie zniesę.
Nie no, Sephiroth (bo o nim mowa, prawda?) miewał czasem histeryczne stany i generalnie jego stosunki z rzeczywistością były raczej przerywane, ale - bardzo proszę - możemy już dalej? I, dla odmiany, z sensem?


Mimo to Demon Wutai wciąż wpatrywał się w liście – ten nieprzenikniony gąszcz ponad głową – pełen życia niezależnie od zwłok rozrzuconych w pobliżu – pełen życia i zielony jak zdradliwe mako.
Gąszcz zapewne w duchu skakał z radości z powodu darmowego nawozu. Swoją drogą co miałby zrobić - uschnąć ze smutku nad mięsem armatnim?
Poczekajcie trochę, i zwłoki też będą pełne życia. Co prawda życie będzie małe, liczne i pełzające, ale zawsze to coś.
No i masz, wyszło mi, że Sephiroth był zielony i pełen życia. Vivowa hipoteza z ujaraniem nabiera coraz więcej sensu.


To samo zdradliwe i zabójcze mako wtedy, gdy Cień odszedł, łamiąc wszystkie obietnice, które nigdy nie zostały złożone na głos, nie musiały i nie powinny, utopione w deszczu czerwieni,
Złamał wszystkie obietnice, których nigdy nie wypowiedziano na głos. I utopił je w deszczu. (A obietnica zrobiła “bulbulbulbul...” i już nie mogła być złożona.) Tak, to ma sens. Absolutnie.
A żyrafy smakują dokładnie tak samo, jak te słonie z trąbami.


i jak wtedy, gdy to małe śmiertelnie przerażone stworzenie przypominające jego Cień, ale z cała pewnością nim nie będące, odważyło się zostawić krwawy ślad na Masamune.
Innymi słowy wychodzi na to, że “małe stworzenie” samo nadziało się na jego miecz. Oh, wait...
Co za nietakt! A tyle czasu spędził na polerowaniu klingi.


Ale to było później, Generał zauważył, kontent w tej chwili, gubiąc palce w jasnych włosach.
Ile w tym, zdaniu, przecinków!
Sticky fingers, omnomnom!
Zgubić palce we własnej czuprynie... nikt mi nie wmówi, że to nie jest opis ostrego haju.


Czymże było parę więcej zadrapań, które goiły się błyskawicznie, tak, że nikt nie zdołał ich zauważyć.


Tak błyskawicznie, że nie pozostawał żaden ślad, nic materialnego, gdy nadciągał kolejny cykl, i pozostawało jedynie spoglądanie na wysuszoną równinę, nad którą szalała burza bez kropli deszczu (To na czym polegało “szaleństwo” burzy? Nożami padało?) i zastanawianie się, czy cokolwiek z tego, co pamiętał, było kiedykolwiek realne.
Nie wiem, jak Generał, ale dla mnie to opko jest bardzo realne i namacalne. Niestety.


Opierał wtedy czoło o chłodną szybę i wsłuchiwał się w bicie swego serca, którego rytmu nienawidził, całkowicie obcego i nieubłaganie odmierzającego czas.


W końcu, piekło tworzymy sobie sami, z pomocą szalejących przecinków i zajechanych metafor wszystkich spojrzeń oddechów dotyków słów myśli miłości nienawiści obojętności okrucieństwa kłamstwa nadziei dobra zła szaleństwa obcych szepczących nocami (obcych szepczących nocami można zniwelować za pomocą tabletek od psychiatry) (a egzaltację ogarnięciem się) powoli sączącą się truciznę zawodów rozczarowań radości zdrad smutku przyjaciół i wrogów, tych którzy byli, istnieli, i tych, którzy nie byli – nie zaistnieli lub nie zdarzyli się – w wielkim planie rzeczy.
Ja właśnie trafiłem do Piekła. Wystarczyło że Pisak zapomniał, jak wygląda i do czego służy przecinek, najwyraźniej nie mający zaszczytnego miejsca w Wielkim Planie Tego Opka.
Ja bym sobie bardzo życzyła, by w Planie Tego Opka pojawiła się jakaś celowość. Innymi słowy: zmierzasz do czegoś, narratorze, czy tak pieprzysz monologi "sztuka dla sztuki"?


Piekłem zawsze jesteśmy sami sobie.
Powiedz to ofiarom wojen, mój ty poetycko idiotyczny narratorze.


Zielone piekło, z którego nie chciał się uwolnić, o ucieczkę z którego nie chciał walczyć, ponieważ tylko tutaj mógł spotkać jedną jedyną osobę, która mogła wszystko zmienić – która, jeśli by istniała, mogła by wszystko zatrzymać, tam, dawno temu – nie u samego źródła, lecz wystarczająco wcześnie.
Czyli jak zamaskować patosem i poruszającym monologiem chęć pisania o dwóch facetach dzierżących wielkie miecze i o zwiększonym stopniu zażyłości między nimi.
To nie można było napisać “zostaję, bo chce mi się chędożyć”?!
Przeto to nie jest podniosłe! Jakżeż to tak?!


Jedną osobę, której spełniona przysięga oznaczała zbyt wiele.
Z głośnika popłynął zbolały głos: “Nie uniosę już nic więcej”


Oparł czoło o chłodne szkło, obserwując tańczące po niebie wyładowania, jakby wszystko było snem.
Thorze, walnij w tego natchnionego onirystę solidnym wyładowaniem, proszę.


W odbiciu spoglądały na niego błękitne oczy, wystarczająco blisko by dotknąć, nawet, gdy szyba rozbiła się w miliard raniących fragmentów pozostawiając za sobą przeklętą zieleń mako i nieskończone pole kwiatów.
To wygląda jak konkurs “Ile postaci z uniwersum FF VII jesteś w stanie wrzucić do tekstu, zanim ktokolwiek przestanie to ogarniać”. I chyba mamy zwycięzcę.
O co tu chodzi? Bo mnie wychodzi, że jakiś gościu oberwał szybą, szkło trafiło mu do mózgu i teraz ma kwieciste widzenia.
Nie wiem. Jedyną konkretną informacją, jaką dostaliśmy od początku tekstu, było to, że w dżungli generał stoi daleko od linii frontu, a szyba jest chłodna.















- Wszystko ma swój początek i koniec,- powiedziała ze smutkiem, uśmiechając się.- Pamiętaj o tym, Cloud.
Ja pamiętam o tym od chwili, gdy przeczytałem pierwsze zdanie tego tekstu...
I owego końca wyglądam z wielką niecierpliwością.


Opadł na kolana, dusząc się, walcząc o każdy moment i oddech, uderzając w ślepym strachu i instynkcie przetrwania w przeciwnika, który nie istniał.
Ciosy były tak silne, że przełamały kontinuum czasoprzestrzenne i załatwiły przeciwnika zanim ten zaistniał. Genialne, nie?
A to on nie dostał ataku astmy? Może to uczulenie na pseudopoetyckość...


Aż w końcu, wymiotując zielenią (za dużo pietruszki...?), pod palcami wyczuł zimny metal, i z rosnącym przerażeniem rozpoznał miejsce, zapomniane i opuszczone, pełne upiorów przeszłości. Eee... wymacał na sobie pas cnoty? Odkrył pokłady kłaczków w pępku! Odchylił głowę, wydając z siebie zwierzęcy wrzask bólu i strachu.



[Tu następuje jeszcze więcej rozważań z rzyci wziętych: ciach.]


Cloud usiadł, wpatrując się w burzę, która rozpętała się kilka kilometrów dalej na równinie.
I... niespodzianka! To wszystko było egzystencjalistyczno-dramato-tragedio-generującymi reminescencyjami. Znaczy facet śnił. Świetny wstęp, nie? Co? Co to znaczy “nigdzie tego nie widać”? Oczywiście że widać! Chamy bez kultury...


Błyskawice tworzyły pajęcze sieci na nocnym niebie, czasem uderzały w ziemię.
A czasem nie.
*pełne grozy zawieszenie głosu*
"Pada sobie deszczyk
Pada sobie rowno
Raz spadnie na kwiatek
Raz spadnie na..." Ekhem. Już nic nie mówię.
(Analiza bawi i uczy: “Według najnowszych badań Instytutu Fizyki Atmosfery na Uniwersytecie Arizony w Tucson stwierdzono, że 35 proc. piorunów uderza w ziemię w dwa, a nawet w większą liczbę miejsc, odległych od siebie o dziesiątki metrów. Na jeden piorun przebiegający z chmury do ziemi przypada średnio około 1,45 miejsc trafień”.)


Drżenie docierało nawet tutaj. Zielony poblask usuwał wszelkie wątpliwości co do natury zjawiska, i wszystko było jasne: ktoś rzucał avadę kedavrę blondyn swobodnie mógł powiązać je ze swoim snem – jednym z wielu od dłuższego czasu. Zacisnął usta.


Cień.
Wciąż „tam” był, gdziekolwiek „tam” było. Ktoś mógłby myśleć, że śmierć kładła kres życiu, niestety, nie odnosiło się to do tych, którzy mieli nieszczęście poznać bliżej Hojo.
Oj tam, nie tylko ich. Był jeszcze Ozyrys, Adonis, Damuzi, Attis, Jezus, Łazarz, kilka milionów zombiaków, Dean Winchester...
Freddy Krueger...
Spoko stary, o Lifestream to ty się jeszcze nasłuchasz...


Wiedząc, że nie zaśnie ponownie, Cloud złożył śpiwór. I ruszył prosto w serce burzy.
Ze śpiworkiem na plecaczku. Jak mrocznie!
Brakuje jeszcze tylko namiotu. I kuferka na przedmioty.
I drużyny!
***
Zamknął akta, na moment ukrywając twarz w dłoniach. Nie było końca, prawda? Oj prawda... Spoko, już tylko jedna strona została. :) Włączył interkom.
- Stratholm, przyjdź natychmiast.- Przesunął dłonią po teczce, odwracając ją w stronę sekretarza, gdy ten wszedł do biura.- Cokolwiek zostanie znalezione z tymi sygnaturami, cokolwiek je zawiera i cokolwiek chociażby się do nich odnosi, wszystko, dokładnie wszystko, trafia niezwłocznie na moje biurko, i nikt o tym nie wie.
Bo w olbrzymiej korporacji, zarządzanej przez - jakby nie patrzeć - socjopatę, prowadzącej różne dziwne badania, absolutnie nikt nie zauważy napływu bądź odpływu większej ilości materiału i dokumentów zawierających określony element wspólny. Jassssne.
Oj tam, zamydli mu się oczy kilkoma rozpoetyzowanymi akapitami pełnymi roztelepanych wewnętrznych monologów i będzie git.


Młody mężczyzna przytaknął.
- Coś jeszcze, o wspaniały ojcze dyrektorze?
- Nawet Rufus nie ma o tym wiedzieć. Zrób, co będzie trzeba,- Reeve Tuesti odprawił go, kończąc rozmowę. Gdy drzwi zamknęły się za Stratholmem, ponownie otworzył folder, wpatrując się w jego zawartość. Napis pod zdjęciem delikatnej kobiety z dłonią opartą na ciężarnym brzuchu podawał bardzo skąpe i w większości niezrozumiałe dane.
Nie do końca wiem, czemu Reeve - facet stojący na czele sekcji odpowiedzialnej za planowanie i rozbudowę Midgaru - przegląda sobie ot tak dokumenty dotyczące SOLDIER, ale... w sumie co tu się tak naprawdę trzyma kupy?
Who cares? W opisie opka był femslash, myślisz, że czytelnicy są zainteresowani czymkolwiek innym?


Jannae Strife, Obiekt Płci Żeńskiej A, wiek 29, implantacja materiału genetycznego OA, jednostka N. Asygnacja Projekt Gestalt: re-emergencja cech OA, SD/PGT/OA/005A-RE/C-001A.
Program shutdown. Amen.
Whatever.

Dla wszystkich, którzy dzielnie dotrwali z nami do końca - małe kotki!












Smacznego zająca i wesołego jajka
(albo po prostu miłych wolnych dni)! :*