piątek, 22 lutego 2013

A jak abominacja, b jak bezwstyd, c jak crossover, czyli Severus z Notre Dame

Witajcie!
Dziś mamy dla Was coś naprawdę niezwykłego. Wiemy, że często to powtarzamy, ale dzisiejsze opko naprawdę jest inne niż to, z czym do tej pory miałyśmy do czynienia.
Na pewno znacie fandom Harry’ego Pottera. Kojarzycie też powieść Victora Hugo “Katedra Marii Panny w Paryżu”, o pięknej cygance Esmeraldzie i nieszczęśliwym garbusie. Być może niektórzy z Was wiedzą, że w 1998 roku powstał musical na jej podstawie. Musical bardzo dobry, z dość znaną obsadą. Co mogło pójść źle? Ano to, że ponad 10 lat później pewna dorosła już (jak twierdzi) aŁtoreczka postanowiła napisać o tym opko. Niestety, najwyraźniej lubiła też Harry’ego Pottera - i postanowiła połączyć te dwa światy. Nie myślcie jednak, że poszła po  linii najmniejszego oporu i wrzuciła jedne postacie do innego świata. Nie.
Wyobraźcie sobie Harry’ego w
takiej stylówie, śpiewającego w TEN sposób; Snape’a, który dziwnym sposobem wygląda jak Garou, który wygląda jak Quasimodo (Incepcja level: over 9000); Dumbledore’a w roli starego zbereźnika surowego księdza, lecącego na młodą cygankę młodego cygana młodego weterana wojennego z blizną w kształcie błyskawicy i przeżywającego rozterki moralne, Lunę zamienioną w faceta o długich, brązowych włosach, snującą się poetycko po dzielnicy żebraków. Draco Malfoy paraduje w lśniącej zbroi i wymachuje mieczem różdżką, bo jest kapitanem oddziału królewskich łuczników aurorem - rola Febusa w końcu zobowiązuje - zwłaszcza że jego narzeczoną jest piękna i delikatna, choć nieco zaborcza Fleur-de-Lys Blaise Zabini o złotych włosach. Hermionę amputowano z fabuły; jest za to Ron, który przeszedł operację i teraz jest królem cyganów, czaroskórym przystojniakiem z dredami.
Takie to jest opko.
Jeśli macie odwagę czytać dalej - serdecznie zapraszamy!






Adres blogaska: http://www.fanfiction.net/s/7503685/1/Przekl%C4%99ty-z-Nokturnu
Opko zanalizowali: Vivaldi, Kalevatar, Pigmejka

Przeklęty z Nokturnu
Autor: Zilidya
Paringi: Harry Potter/Luna Lovegood, Harry Potter/Draco Malfoy, Harry Potter/Severus Snape, Harry Potter/Albus Dumbledore, Draco Malfoy/Blaise Zabini,
Ostrzeżenia: Powojenne, non-canon, crossover musicalu „Notre Dame de Paris"
Dla ciekawych:
Harry Potter — Esmeralda (cyganka)
Severus Snape — Quasimodo (dzwonnik)
Albus Dumbledore — Jan Frollo (archidiakon)
Draco Malfoy — Phoebus de Chateaupers (kapitan królewskich łuczników)
Ron Weasley — Clopin (król cyganów)
Blaise Zabini — Fleur de Lys (narzeczona Phoebusa)
Luna Lovegood — Gringoire (poeta)
Spełnienie życzenia Neko-wej.
Ta historia czasy dawne pamięta,
Pewnej katedry i miłości niewdzięcznej.
Wstąp, gdy nie lękasz się łez uronić,
Smutek, rozpacz oraz ból będziesz gościć.
Nie patrz przez pryzmat kanonów dwóch,
lecz na ukryte powieści piękno."
"Rozmarzają rzeki, płynie kra do morza,
Zwrotka nienajgorsza, tylko rymu nie ma"
Czyli jak w pretensjonalny sposób napisać, że w sumie połączenie jest głupie, ale nie zwracajcie na to uwagi. Jak powiadał Mencjusz: “Nie płaci się za zamiary, lecz za pracę, którą wykonano”.
Ale łzy, rozpacz i ból mamy jak w banku.

Blada, pełna blizn dłoń wysunęła się ostrożnie zza krawędzi wieży.
Muppety szukały świeżego mięska.
Jakie Muppety, to Gollum. I wiadomo czego szuka.

Spod głębokiego kaptura widać było tylko czarne oczy, obserwujące szkolne błonia.
Głęboki kaptur i czarne oczy powiadasz...
 
Mam dysonans poznawczy - przez chwilę zastanawiałam się, jakie, u licha, szkolne błonia przy katedrze Notre Dame?!
Coś czuję, że “dysonans poznawczy” to jest dobre podsumowanie całego tego tekstu.

Mężczyzna drugą dłonią poprawił kaptur, gdy wiatr chciał zerwać go z jego twarzy. Tu, na szczycie wieży wiało szczególnie mocno, lecz jego to nie odstraszało. Tu nikt nie patrzył na niego ze wstrętem.
Zapewne z powodu braku dzwonów, którymi można by budzić wszystkich o ósmej rano od poniedziałku do niedzieli.

Tłumy ludzi zapełniają każdy skrawek przestrzeni, od granic Zakazanego Lasu po brzeg jeziora. Barwne lampiony, fajerwerki, ogniska. Wszyscy świętują zwycięstwo Chłopca-Który-Znów-Przeżył depresję nad Czarnym Panem.
No i masz, teraz zastanawiam się, czy był też Chłopiec Który Przeżył Pod Czarnym Panem. A niech cię, podstępny szyku zdania!
Że niby Voldemort przytył i może teraz przygnieść ciężarem?

Wiosna była chłodna. Nie przeszkadzało to jednak setkom gości w zabawie. Nikt teraz nie liczył strat, chciano na razie o nich zapomnieć.
Innymi słowy rzecz dzieje się w niedługim czasie po zakończeniu HP, tak? Zresztą, po co ja pytam, jakby ktoś się kwestiami czasoprzestrzennymi w takich opkach przejmował...

Nie dla wszystkich skończyło się to tak dobrze.
No, na przykład dla tych, którzy zaliczali się do "strat".
Oj tam, o nich należy zapomnieć i bawić się nad jeziorem.

Severus Snape, niedawny mistrz eliksirów, teraz nie mógł już nauczać. Jeszcze nie tak daleko, patrząc wstecz, trochę tylko dalej patrząc na skos w lewo, lękano się go z powodu charakteru i ciętych uwag.
A nie dlatego, że był bucem?
W dodatku stronniczym?
I momentami agresywnym?

Dziś przerażał wyglądem, choć charakter uległ ułagodzeniu tym, przez co mężczyzna przeszedł.
Synonimy dla słowa “ułagodzenie” - m.in.: obłaskawienie, udobruchanie, stonowanie, przebłaganie, ugłaskanie. Hm... czy tylko ja mam wizję Snape’a głaszczącego swój mózg z jedwabistym “ciii, robaczku, już dobrze” wydobywającym się z jego ust?
Po prostu UBOGACIŁY go dramatyczne przejścia. A nie, przepraszam - uległ ubogaceniu przez przejścia. Oh my, coś czuję, że przyimki w tym opku zgotują gramatyce prawdziwy sajgon.
Opko uległo rozpłaszczeniu przez walec, jakim przejechali po nim analizatorzy.

Rany zdobyte w Ostatecznej Bitwie o Hogwart oszpeciły go na zawsze. Lewa część twarzy była jedną ogromną blizną, ciągnącą się od nosa, a kończącą dopiero za uchem.
Ale pomyśl, Sevciu, jakie ci to stwarza możliwości!



Inne spowodowały, że musiał chodzić zgarbiony i dodatkowo kulejąc, bo blizna biegnąca od barku do uda pobolewała, gdy chciał się wyprostować.
Pobolewała. Pobolewać to może kciuk po wbiciu weń igły, a nie szrama biegnąca niemalże przez całe ciało. Chyba że Snape przesadził ze scaryfikacją i maminsynek jest. Swoją drogą, ciekaw jestem, jak w autoreczkowej klasyfikacji określić np. ukrzyżowanie. Jako nieprzyjemny ból? Lekki dyskomfort.
Zaraz. Artura Weasleya poskładali po ataku węża mającego magiczny jad - a temu nie mogą pomóc? Śmierciożercy wybili wszystkich magicznych chirurgów?

Mroczne zaklęcia Czarnego Pana miały go zabić, jak przystało złapanemu zdrajcy.
Gramatyka w tym zdaniu jest pokraczna jak Quasimodo - nic do niczego nie pasuje. Podejrzewam, że miało ono znaczyć "Jak przystało na złapanego (lepiej: schwytanego) zdrajcę, miał zginąć od mrocznych zaklęć Czarnego Pana."

Jego szczęście w nieszczęściu odebrało mu dar śmierci.
Zabrało kościanego kucyka Pony.
Szczęście przykicało w nieszczęściu jak w worku. No i w tej sytuacji to raczej parszywe szczęście.
Wyobraziłam sobie takie szczęście ukryte w Worku Pecha, które wyskakuje jak diabeł z pudełka, wali Snape’a przez łeb i spierdziela.

Tygodnie leczenia nie przywróciły mu jego dawnego stanu nawet w najmniejszym stopniu, dodatkowo nie mógł też wrócić do uczenia. Gdy tylko przekroczył drzwi Wielkiej Sali młodsze dzieci zaczęły piszczeć, płakać i krzyczeć.
W sumie wcale niezłe, nie musiałby się przejmować ściąganiem na egzaminach.
Czyżby do Hogwartu zaczęli przyjmować trzylatki? Bo już w miarę ogarnięty jedenastolatek chyba umiałby się od tego powstrzymać. Zwłaszcza że czarodziejskie dzieci uczyły się o olbrzymach, sklątkach tylnowybuchowych i ogólnie różnych dziwnych stworach, dużo bardziej przerażających niż kaleka.

Musiał wycofać się do swoich komnat, dopóki nie zapadł zmrok. Skrył się na ulicach Nokturnu, czasami tylko przybywając do zamku, by dostarczyć eliksiry pielęgniarce, jego ciche podziękowanie dla dyrektora i dla niej za pomoc.
I naprawdę nie wpadł na to, żeby nosić maskę? Chyba że to garbienie się i utykanie było tak przerażające.
BTW, którego dyrektora? Dumbledore powinien być już dość... nieświeży.
Skoro Snape mógł zostać Quasimodo, to czemu Dumbel nie może być zombie?

Dziś, choć powinien być na dole i świętować z innymi, nie miał ochoty być wśród ludzi. Wolał patrzeć na pewnego młodego człowieka z oddalenia.
Peeping Tom i stalker w jednym.
 

Potter nie interesował się trwającą zabawą, choć przecież była na jego cześć. Miał ważniejsze sprawy na głowie, na dodatek nie dotyczyły tylko jego. Rozmowa z dyrektorem niestety nie toczyła się tak, jakby tego pragnął. Życie wielu osób było w jego rękach, a on nie mógł nic zrobić. Postępowanie Albusa Dumbledore'a zaskoczyło go.
E... a czy Albusowi jakoś tak... nie umarło się po drodze?
Ano. Z której strony by nie patrzeć, wyłażenie z grobu i dyrektorowanie jakby nigdy nic JEST zaskakujące.
“Rozmowa z dyrektorem niestety nie toczyła się tak, jakby tego pragnął. (...) Postępowanie Albusa Dumbledore'a zaskoczyło go.”
No, też byłabym zaskoczona, jakby dyrektor, zamiast ze mną rozmawiać, nagle zawył: “Móóóóóóóózg!”


— Niestety, Harry. Nie mogę się na to zgodzić. Wszyscy musicie odejść. Nowe roczniki zajmą wasze miejsce. Naprawdę nie mogę specjalnie dla kilkunastu osób robić wyjątków.
To brzmi jak rozmowa na polskiej uczelni wyższej...
Jak zwykle w opeczkach tej aŁtorki, Dumbledore odkrywa w sobie naturę pani z dziekanatu i generalnie uosabia wszelkie zUo. Ziewnijmy pospołu.

Dumbledore spojrzał smutno na chłopaka, siedzącego naprzeciw niego. Piękno młodzieńca raziło go tak bardzo, że tracił oddech. Był bowiem miłośnikiem turpizmu. Nie mógł jednak tego pokazać. Te kilka miesięcy, gdy chłopak zerwał się z łańcucha, który na niego nałożył, stworzyło jeszcze piękniejsze dzieło Merlina.
Długie niby miecz, twarde niczym kamień, dokonujące cudów w rękach prawowitego dziedzica...





Dziecięca niewinność zniknęła. Rysy twarzy stały się wyraźniejsze i tak cudowne, że chciało się tylko ich dotykać, by upewnić się, czy aby są prawdą, a nie iluzją.
50 shades of Merlin, czyli mokre sny o zakładaniu łańcuchów. To byłoby nawet zabawne gdyby nie przebijające spod tego wrażenie, że Dumbledore hodował sobie Harry’ego na testera swojej... różdżki.
I odmawia mu dlatego, że Harry jest taki wybiszowany prosto w kosmos? Nie lepiej trzymać takiego przy sobie?
Może chce go zamknąć w piwnicy, a niedopuszczenie do zajęć ma powstrzymać wścibskie komentarze “Gdzie podział się Potter i czemu od 2 tygodni nie ma go na lekcjach?”

Przełknął, gdy chłopak wstał, słysząc jego słowa.
— I tak to ma się skończyć, dyrektorze? Uratowałem wasz świat, a wy tak się odwdzięczacie?
To zawsze był przecież tylko wasz świat. Ja przyleciałem na Ziemię prosto z Kryptona, by wyświadczyć wam przysługę.

Nie pozwolicie nam nawet ukończyć szkoły?
— Harry! Zrozum. — Albus także wstał. — Nie mam wyboru.
Rada nadzorcza wiąże mi ręce.
Nie mamy wystarczająco dużo ławek w salach. Nadprogramowi uczniowie sprawiliby, że kilkoro z nich musiałoby siedzieć na ziemi. Sam rozumiesz, że to niedopuszczalne.

Odejdź, odejdź już!"
Imperatyw opowieści bohaterskiej: heros na końcu zawsze musi dostać kopa od swojego szefa/mentora i nagrodę odebrać sobie na własną rękę.
Mam wrażenie, że to początek tejże opowieści, czyli wyłączenie z domu rodzinnego i początek samodzielnego życia. Zresztą, co my się tu kulturoznawczo uzewnętrzniamy, skoro ta opowieść zmierza tylko w kierunku rozstrzygnięcia, kto będzie pukał Harry'ego i dlaczego Snape.

— Dlaczego pan nam to robi? Dlaczego? — krzyknął. — Walczyłem dla pana. Okłamywałem przyjaciół. Zabiłem Voldemorta!
Wszystko to po to, by mnie pan przytulił! Bezpieczeństwo moich przyjaciół, ich rodzin i całego magicznego świata były tylko bonusem!
Tak na marginesie też chciałabym wiedzieć, czemu Albus ich wywalił. "Takie są zasady, synku" jakoś do mnie nie trafia. "OMG, jakie z ciebie ciacho" też nie za bardzo.

— Odejdź, Harry. Nie pozwolę, byś tak się do mnie zwracał! — Albus uniósł głos, a jego oczy spojrzały na niego groźnie.
Taa, a w pokoju pociemniało i w ogóle. Widzę, że Albus podłapał od Gandalfa parę sztuczek.
Bo do wykładowców zwraca się per “panie profesorze”, a w listach tylko “szanowny panie”. Przy “witaj” człowiekowi słoma z butów wychodzi. A na witacza spada klątwa egzaminu warunkowego.

Zapadła niezręczna cisza. Mierzyli się spojrzeniami niczym wrogowie.
— Proszę wyprowadzić pana Pottera poza teren szkoły — polecił nagle dyrektor, podnosząc głowę i zwracając się do kogoś za plecami Harry'ego.
— Zajmę się nim, dyrektorze Fury. — W drzwiach stał Draco, opierając się na wyprostowanym ramieniu o drzwi. — Czy to Wybraniec, czy nie, nadal musi słuchać prawa. Nie ma wyjątków, Potter.
Zwłaszcza tych zarządzonych odgórnie przez megalomańskiego dyrektora dostającego zadyszki na widok pięknych, chłopięcych lic. Seems legit.
Syn Śmierciożercy rządzący się w szkole po upadku Voldemorta? Zaczynam węszyć SPISEG... (Voldi opętujący martwe ciało Albusa i powracający jako zombie - tak, to ma sens.)

Harry spojrzał na dyrektora ostatni raz i ruszył za odchodzącym w dół ruchomych schodów Draco. Jego serce zabiło szybciej.
A potem skoczyło wyżreć mu wątrobę.

Gdy się dostaje zadyszki nawet przy schodzeniu ze schodów, naprawdę nie jest dobrze.

Wspominał ostatnie chwile bitwy, kiedy to okazało się, kim naprawdę jest syn Malfoya. Auror na służbie ministerstwa.
Tego ministerstwa opanowanego przez śmierciożerców?
Tak. (Borze, Drakuś, co oni tu z tobą robią...?)

Pomagał Harry'emu pokonać Czarnego Pana, ochraniając go przed śmierciożercami. Nikogo nie zdziwiło, że jest za młody, by być aurorem.
Bo dostał nominację już w kołysce?
Bo ma gładką mordkę, ergo: jest z tych dobrych, ergo: pretenduje do pukania Pottera. Prawdziwy festiwal najmniejszych zdziwień świata.

Jego obrona była tak samo dobra jak Pottera, którego szkolił Snape przez ostatni rok na polecenie dyrektora.
Czyli do rzyci, bo treningi u Snape'a były prawdziwą porażką. Znaczy, w kanonie.

Przyznał się potem, że sam pobierał specjalne nauki u Kingsleya i to właśnie on namówił go na grę w agenta.
To trochę jak w pokera, tyle że tu jeśli przejrzą twój blef, urywają ci najpierw główkę, a później głowę. I nie ma żetonów, tylko penisowy tatuaż, którego będziesz się wstydził przed dziewczynami.
O ile oczywiście sam boss nie załatwi tego jednym błyskiem zielonego światła (i nie mam na myśli “latarką po oczach”).

Miał wstąpić w krąg zwolenników Voldemorta i stamtąd wspomagać jasną stronę w zwycięstwie nad Czarnym Panem.
— Nie masz wyboru, Harry — zaczął Draco, wyprowadzając go na zewnątrz zamku.
Ostatni goście odchodzili. Kilka osób patrzyło na Harry'ego, ale ten tylko pokręcił przecząco głową i ci także zaczęli odchodzić.
— Co mam teraz zrobić? Nie mam dokąd iść. Większość z nich także. Zostali wyklęci ze swoich rodzin po tej wojnie. Nie mają domów, do których mogliby wrócić. Rodziny winią ich za ataki — pożalił się.
Czego, podagry?
Wyklęli ich za to, że w wojnie obronnej walczyli za złem, pokonali je i zostali bohaterami? Nie powiem, motyw z powojennym nieprzystosowaniem całkiem fajny, ale czemu oni przypominają w tym momencie weteranów z Wietnamu? Ja rozumiem, że trzeba jakoś pożenić tych bohaterów z musicalowymi cyganami, ale srsly?
To dałoby się jeszcze jakoś przepchnąć, gdyby chodziło o samych Ślizgonów, konkretniej - dzieci śmierciożerców, którzy wylądowali w Azkabanie. Ci faktycznie mogliby nie mieć się gdzie podziać i generalnie stać się magicznymi pariasami. Ale bohaterowie wojenni? Potter? No way.
Dlatego moja teoria o Voldim w ciele Dumbledore’a ma coraz więcej sensu!

— Jest tylko jedno miejsce, gdzie możecie żyć. Nokturn — zaproponował. — Idź, tam się wkrótce spotkamy. Mam coś jeszcze do zrobienia.
Harry zdążył zapomnieć, że ma w spadku po rodzicach małą fortunkę? Co stoi na przeszkodzie, by kupił sobie dom i zaczął życie na własny rachunek?
To takie mało cygańskie. I nie byłoby amorów.

Pchnął Harry'ego lekko przez bramę Hogwartu. Ron już tam na niego czekał.
— Czego ten Ślizgon chciał? — Złapał przyjaciela za ramię.
Wślizgnąć się. Wiadomo gdzie. I z czym. I po co.

— Nic, chciał tylko pomóc. — Obejrzał się za odchodzącym, uśmiechając słabo.
— I ty mu wierzysz? — oburzył się rudzielec, kierując się w stronę Hogsmeade, gdzie pozostali mieli czekać na wiadomości od Harry'ego.
Malfoy szybko wrócił za mury szkoły. Natychmiast został złapany przez Zabiniego, swego narzeczonego, i przyciągnięty do czułego pocałunku.
Narzeczonego.
Już nawet czarodzieje zdążyli wprowadzić związki partnerskie... T T
Ale nie, serio - oto, jakie wynaturzone rzeczy rodzą się z takich crossoverów: Draco robi tu za Phoebusa, więc musi być zaręczony - ale przecież heterozwiązki się w tym opku nie zdarzają, więc rolę młodziutkiej Fleur-de-Lys dziarsko przejmuje Blaise. Normalnie widzę, jak popyla przez błonia w delikatnej białej sukieneczce, machając zwiewnie łapkami.
Łapkami, taaa...
Albo czymś innym. I śpiewając
"Moje czternaście wiosen
jest dla ciebie,
Ta diamentowa kolia
jest dla mnie.
W słowa twojej przysięgi
jeśli kłamiesz
nie uwierzę."
O tak. Totalnie widzę jego


W TEJ piosence (angielskie napisy, oczywiście):


— Czekałem na ciebie, Draco — szepnął.
— Wiem, Blaise. Dlatego śpieszyłem się do ciebie. — Oddał pocałunek, przyciskając go do ściany.
Przyciśnięty pocałunek zaskrzeczał słabo ociekając smętnie śliną.

Korytarz był pusty. Nikt nie przeszkadzał zajętej parze.
— Jeszcze kilka dni i będziesz tylko mój. — Zabini wtulił się w ramię Malfoya, ciągnąc go delikatnie w stronę wyjścia.
— Jestem tylko twój. — Uśmiechnął się i przytulił Blaise'a mocniej.
Lukier mi wypływa spod klawiatury.

Miłość Blaise'a do Malfoya była mało znanym faktem nawet wśród Ślizgonów. Obaj ukrywali to przez cały pobyt w szkole. Całowanie się na korytarzu też należy do “ukrywania się”? Ich rodziny na całe szczęście nie miały nic przeciwko ich związkowi. Oba rody były potężne i mogły zezwolić na tego typu ożenek. Teraz czekano tylko na wyznaczenie terminu ślubu.
Rody były potężne, nie widziano przeszkód dla ożenku i dlatego to ukrywano. Brzmi logicznie. Swoją drogą mamy tu bardzo otwarte społeczeństwo, skoro nikt nie przejmuje się jego reakcją. Z drugiej strony opko może być po prostu zaimpregnowane na takie kwestie.
Raczej prze po trupach (kanonów i logiki) do celu.

Harry musiał zgodzić się z pomysłem Draco. Żadne inne miejsce nie miało szans ich pomieścić.
Noo, na Nokturnie jest dość miejsca, by każdy miał swój karton.  Ale srsl - nie stać ich nawet na to, żeby sobie założyć wesołą komunę gdzieś na odludziu? Koczowanie w zakazanych zaułkach to najlepsze, co przyszło im do głowy?
Bo to takie romantyczne, nie uważasz? Każdy ma własny karton i nie musi się przejmować podatkami.
*kombinuje dalej* Może po wojnie Śmierciożercy tam mieszkający zostali dożywotnio wysiedleni do Azkabanu i została kupa wolnych mieszkań?

Prawie cały poprzedni rok, a także kilka osób z innych lat, musiało znaleźć sobie nowe miejsce zamieszkania.
I to jest tych “kilkunastu”, dla których nie warto robić wyjątku? Jak na garstkę to całkiem ich sporo...
I ich wszystkich nagle z dupy rodziny powyrzucały z domów? Nie mają krewnych ani przyjaciół? Brzmi bardzo prawdopodobnie.

Wszyscy młodzi czarodzieje z jego rocznika zostali wyrzuceni na bruk.
Bo to, że atak morderczej armii śmierciożerców uniemożliwił przeprowadzenie egzaminów, nie było żadnym usprawiedliwieniem.
No co, data sesji poprawkowej minęła, magiczny usos się zamknął i nie było zmiłuj.

Nikogo nie interesowało, co się z nimi stanie. Bez ukończonej szkoły mieli niewielkie szanse na jakąś normalną pracę, nikt nie chciał przyjmować niewyszkolonego czarodzieja.
Nawet takiego o nazwisku Potter, który zwyciężył Voldemorta. Wszyscy pracodawcy wręcz zabijali się, żeby go nie zatrudnić.

Większość czasu przesiadywali po tawernach.
A na siedzenie i chlanie tam mieli pieniądze, gdyż, niech zgadnę - tańczyli na ulicach w towarzystwie swoich magicznych kózek kotów, ropuch i sów?
Zaś ich bezproduktywność i bumelanctwo w prostej drodze prowadziły do wybryków natury chuligańskiej, podważającym wartość pracy człowieka i autorytet władzy ludowej czarodziejskiej.

Tam też często widywał go Severus Snape. Przychodził tu dlatego, że tu nikt nie zwracał uwagi na jego wygląd. Ukryty pod płaszczem wydawał się raczej starcem o lasce, niż tym, kim był naprawdę.
— Nasz król! — krzyczano dookoła, zmuszając go, by zajął główne krzesło przy stole.
Pijący nie interesowali się jego twarzą, lecz sakiewką, ale nie robiło mu to dziś różnicy. Wszyscy śmiali się koło niego, bawili. Nie zwracał na to uwagi.
Tu, kilka stolików obok, siedział Harry, a jemu to wystarczało. Widział go i nic więcej już mu nie było potrzebne do szczęścia. Nieważne, że on nie zauważał jego, było mu to obojętne.

Czyjaś dłoń zmusiła go nagle do powstania, pociągnęła w mrok sali i szepnięto do niego z naganą:
— Co ty tu robisz? Tyle razy ci powtarzałem, żebyś tu nie przychodził. Chcesz, by nadal wszyscy uważali, że jesteś śmierciożercą?
Mów głośniej, wtedy nikt się nie domyśli.
Przepraszam, nie zauważyłem tego napisu nad drzwiami "Wstęp tylko dla śmierciożerców". No i zmyliła mnie obecność Pottera w środku.

Nagłe pojawienie się Albusa Dumbledore'a spowodowało, że Snape skulił się w sobie.
Przecież dyrektor zawsze chciał jego dobra. To dla niego sfingował swoją śmierć na wieży astronomicznej.
Noo, fama mordercy Albusa Dumbledore'a przysłużyła się Severusowi lepiej niż miesiąc w spa i pokojowy Nobel razem wzięte.

To on zawsze stawał po jego stronie. Tylko dzięki niemu żył. To on dał mu pracę, gdy wszyscy inni odwrócili się do niego plecami.
Igor ssssłuży, Igor doooobry, Igor przyyyyniesie kapcie! Dobry pan, dobry...
A Dumbledore zawył:
Ten świat jest brudny, Ten świat jest podły
I tylko mnie zaufać możesz w całym mieście
Ja jestem szansą twą
Ja cię żywię, uczę, strzegę stale
Ja bez wstrętu patrzę w twoją twarz”.

Nikt nie zauważył, że Potter usunął się w cień kolumny i obserwował scenę z ciekawością. Dyrektor często pojawiał się na Nokturnie, ale nie wiadomo było z jakiego powodu. Niektórzy twierdzili, że sprawdzał, co dzieje się w tej dzielnicy jako czarodziej z Wizengamotu, inni, że kogoś odwiedzał.
Ale prawda była taka, że knuł coś po kątach.

— Chodź, Severusie. Zostaw to na zawsze za sobą. — Ostre spojrzenia, jakie starszy czarodziej rzucał na bywalców baru, nie wróżyły nic dobrego.
Czyżby wiedział, że karczmarz pędzi na lewo magiczny bimber z mandragory?
Albo że zaraz zacznie epicki barowy rozpiździel.

Mężczyzna wyszedł, kulejąc, za dyrektorem, który gromił pogardliwym wzrokiem wszystkich po drodze, jakby byli tylko pyłem u jego stóp.
Gdy przechodził, różdżki same wybijały o kufle rytm "Marsza imperialnego". Nerwowo przytrzymywał sobie doklejony nos z plasteliny. Póki co kamuflaż działał...

Harry powoli wysunął się zza filaru.
Severus jednak nie odszedł z Dumbledore'em.
Przypadkowy apostrof przygwoździł go do ściany.

Tu mieszkał i nie miał zamiaru wracać do szkoły, choć Albus wiele razy go o to prosił.
Miał co prawda własny dom, w którym nikt by go nie zaczepiał... no ale to nie byłoby takie dhrrramatyczne, prawda.
Teoria nr 2: To nie czarodzieje, tylko koty zaklęte w ludzi. Dlatego wolą siedzieć w kartonach ze szczurami niż w mieszkaniach.

Krążył teraz po uliczkach, obserwując z ukrycia Harry'ego, który nie mógł spać, tak jak i on. Ten jednak w końcu spostrzegł go i zaczął uciekać. Coś tak pokracznego nie mogło być człowiekiem, a już na pewno niczym dobrym.
Pomyślał czarodziej, który wcale nie miał do czynienia z większością fantastycznego tałałajstwa, począwszy od skrzatów po wielkie, owłosione pająki-ludożerców.
Tym bardziej, że Snape aż tak bardzo nie różni się teraz od Toma, barmana z Dziurawego Kotła, którego widok jakoś nie przyprawiał Harry'ego o spazmy.

Nagle potknął się i upadł na kogoś.
— Dokąd tak biegniesz, Potter? — To Draco złapał go za ramiona i postawił na nogi. — Mówiłem, że się wkrótce spotkamy.
Odnoszę wrażenie, że całe życie towarzyskie przeniosło się nagle do Nokturnu. Miejscowi raczej nie byli zachwyceni zalewem hipsterów cykających instagramowe focie talerzom plugawej zupy.

Uśmiech na jego twarzy nie spodobał się chłopakowi. Wyrwał się i odsunął, rozglądając się dookoła.
Ten uśmiech. A potem szybkim pełzem pobieżył w siną dal.
Póki nie zassał się na jakiejś leżącej w śmieciach butelce z resztką Ognistej Whisky Ogdena.

Poczwary nie było.
Można więc rozpocząć szturm na cnotę Harry’ego.

— Nie przejmuj się. Zająłem się nim — Malfoy zauważył jego spojrzenie, odsyłając dwóch aurorów, którzy mu towarzyszyli. — Już nie będzie cię śledził. Obronię cię.
Oj mój ty malusi śliczniusi zabójco Czarnego Pana, a ti ti ti! Nic się nie bój, twój rycerz cię obroni!
Czyli jakie abominacje wychodzą, gdy w roli czternastoletniej pięknej cyganki obsadza się dorosłego faceta, który dopiero co pokonał najsilniejszego czarnoksiężnika ich czasów.

— Nie chcę pomocy od aurora! — krzyknął, sam sobie nie wierząc.
Ja też nie wierzę, co czytam, ale ja tak mam od początku opka.

Odwrócił się do niego plecami i pobiegł przed siebie. Nie ufał nawet sobie, przebywając tak blisko byłego Ślizgona.
Targał nim żar namiętności i chuć tak przemożna, że gotów był dać mu nawet na jeżu. True story.
Niech oni wszyscy sobie pozawiązują kuśki na supełek, błagam...

— Spotkamy się więc jutro w „Czerwonej Latarni"! — krzyknął za nim rozbawiony blondyn.











Jeszcze bardziej nie wierzę. Cojaczytam?


Harry zatrzymał się przy zakręcie w następny zaułek.
— „Czerwona Latarnia"? — szepnął, oglądając się na Draco, i wznowił bieg.
Nagle dotarło do niego, z czym kojarzone są czerwone latarnie?

Draco był rozdarty pomiędzy dwiema miłościami. Kochał Zabiniego za jego delikatność, ale Potter nie opuszczał ostatnio jego myśli. Chciał go spróbować. Potargać te czarne, niesforne włosy. Pocałować te chętne usta.
Połowa Nokturnu potwierdza, że chętne. Druga połowa nie miała czasu na całowanie.
“I'm a divided man
Torn
Between the two women I love
Between the two women who love me
Is it my fault that I'm a lucky man?
One for the day
And the other for the night
One for love
And the other for life
One forever
Until the end of time
And the other for a time
A little bit shorter”

Śledził każdy jego krok, czekając na dogodną sytuację, wcale nie przejmując się uczuciami narzeczonego. Miał nadzieję, że chłopak przyjdzie. Miał zamiar pójść krok naprzód (Chce z nim ćwiczyć musztrę?) z tym Gryfonem. Parę rzuconych na wiatr obietnic powinno mu pomóc w zdobyciu tego, czego pożądał.
Przynajmniej nie udaje, że będą się trzymać za ręce i zrywać mlecze. Swoją drogą, nazywać numerek na boku miłością - to takie... typowo rycerskie.

Luna Lovegood chodziła ciemnymi uliczkami Nokturnu, nieświadoma oczu, które nie spuszczały z niej wzroku. Jako jedyna z wyrzuconych ze szkoły, miała dokąd wrócić, ale sama wybrała takie życie, by nie oddalać się od przyjaciół.
Blondynka przyciągała szumowiny niczym ogień ćmy. Ona nie lubiła tawern, były dla niej za głośne, parne i śmierdzące. Wolała patrzeć na nocne życie ulicy. Obserwować gwiazdy. Spacerować bez celu.
I przyciągała męty tą duszą lekkoducha, spoglądaniem w gwiazdy i samotnymi spacerami po ciemnych zaułkach szemranych dzielnic? No dobra, to ostatnie to faktycznie dobry powód.
A nieuprane od tygodniu ubrania, rozwalające się i przeciekające buty oraz niemożność regularnego mycia włosów - o regularnych posiłkach nie wspominając - napełniała jej duszę błogim spokojem i poczuciem jedności ze światem.

— Malutka, co tutaj robisz?
— Chodź z nami.
— Zajmiemy się tobą.
Różne propozycje dolatywały z bram i zaułków, ale nie zawsze zwracała na nie uwagi.
— Zostawcie mnie. Nic do was nie mam, tylko spaceruję!
Znakomita forma obrony. Prawie jak strzelanie do czołgu z procy.
Noo, te wszystkie zakazane mordy zawsze odpowadały "Aaa, to przepraszam, pani kierowniczko. Może knuta na winko?"

W pewnej chwili kilku chętnych jej ciała złapało ją i przycisnęło do ściany.
Z przeciwnej strony ulicy całą sytuację spostrzegł Potter, idący właśnie na spotkanie z przyjaciółmi po ciężkim dniu bo snucie się po ulicach bardzo go wyczerpywało,
— Harry, nie wtrącaj się — szepnął Ron, ciągnąc Harry'ego w drugą stronę. — To nie nasz świat. Nie możemy jej pomóc.
Bo wcale nie jesteśmy czarodziejami, którzy ubili Czarnego Pana i uratowali świat. Zresztą, jesteśmy tu tylko przejazdem. A w tawernie procenty z wódki parują.
Ron, zauważywszy, w jakim opku wylądował, bezzwłocznie porósł parchem i pryszczami i zaczął emitować przykry zapach z ust.
Może po prostu nagle zauważył transfer do powieści Hugo i chce spierdzielać gdzie pieprz rośnie?

— To Luna, nasza przyjaciółka! — Wyrwał się i pobiegł w stronę dziewczyny.
Dłuższą chwilę dyskutował z mieszkańcami Nokturnu.
Nad podatkiem progresywnym, rzecz jasna.
I nad żywotem Franciszka z Asyżu.

Nie był tu byle kim, by nie zwracano na niego uwagi. Eksbohater miał tu tyle samo wrogów, co zwolenników. Uratował od swego przybycia na ulicę Nokturnu parę słabszych osób i to właśnie oni stali za nim murem. Pomógł im w potrzebie. Stał się jakby światełkiem w ciemności dla niektórych. Mniejszość „tych złych" wolała na razie z nim nie zadzierać, tym bardziej, że nie należał przecież do słabych i niewyszkolonych czarodziei jak wielu z nich.











W końcu Luna była jego, i to dosłownie.

 Dosłownie:
 

Nokturnczycy wymusili na nim zaklęcie opieki. Przez trzy lata miał być odpowiedzialny za dziewczynę. Miał się nią opiekować, ale nie mógł się z nią kochać.
A Harry chronił, fapaniem mając obrzękłą prawicę. Bo przecież z jakiego innego powodu nawet mieszkańcy Nokturnu woleliby, by się jednak za bardzo do dziewczyny nie zbliżał?
Może ma parchy...?

To ostatnie nie bardzo ruszyło Harry'ego, choć mieszkańcy uważali to za zabawne. Potter był zbyt zauroczony pewnym aurorem i nawet piękna dziewczyna nie mogła mu zawrócić w głowie.
Ale wymusili w zasadzie po co? Żeby podglądać Pottera gdy wciska się w ciasne rajtuzy Supermana?
I gdy podąża za Luną z cichym "fap fap fap".

— Luno, czy to dobrze, że jesteś połączona zaklęciem z Harrym? — zapytał Albus, wkraczając następnego dnia na Nokturn.
Spotkał dziewczynę, która podzieliła się z nim tą wiadomością. A skoro Harry'emu nie przeszkadzało, że się nią opiekuje, to dlaczego ona ma grymasić.
No bo kto to widział, żeby jakaś tam trzecioplanowa bohaterka miała nie chcieć towarzystwa Mary Sue. We łbach im się poprzewracało, ot co.
Zawsze lepszy taki Harry niż Ron. Przynajmniej nie jest rudy.

Lubiła Harry'ego jak brata i z uśmiechem wspominała ich krótkie rozmowy. Nigdy jej nie wyśmiewał, zawsze traktował z szacunkiem.
— Tak, panie profesorze.
— On cię nie kocha.
Boru mój miły, czemu wszyscy zakładają, że będą chcieli się chędożyć albo co? To już zwyczajnie przyjaciel nie może przyjaciółce pomoc?
W opku? W życiu.
Dumbledore najwyraźniej należy do retardów, którzy uważają, że rozmowy i koleżeńskie zachowania to nic innego, tylko wstęp do wspólnego pocierania różdżek. To smutne, że nawet w tym wieku mu nie przeszło...

— Wiem, nie przeszkadza mi to. Ja jego też nie. Jesteśmy przyjaciółmi. Chce tylko ochronić mnie przed tutejszymi ludźmi i robi to w taki sposób, w jaki potrafi.
Nagły hałas odwrócił ich uwagę. Oddział aurorów ustawił na pokaz klatkę z poczwarą złapaną nocą na Nokturnie. Ludzie natychmiast zaczęli się zbierać na niewielkim placu.
Odkąd zaprzestano publicznego wieszania ludziom brakowało prostej, plebejskiej przyjemności obserwowania cudzych cierpień.
Biedni czarodzieje, tyle tracą bez Internetu.
Nie wiedziałam, że cała akcja i mentalność bohaterów przeniosła się nagle do XV wieku...