piątek, 28 grudnia 2012

Róża Lilia "Koza" Potter, czyli proszę, umrzyj


Witajcie!

Jeszcze raz przepraszamy za zeszłotygodniową przerwę w analizach - robimy co w naszej mocy, by się wyrabiać, ale czasem nadmiar czynników zewnętrznych nam w tym przeszkadza.
Za to w tym tygodniu mamy dla Was wyjątkowo okropny potteroid. Wszystko tu jest wkurzające: od głównej bohaterki, żeńskiego wcielenia Harry'ego, które zajmuje się głównie snuciem sadystycznych wizji i użalaniem się nad sobą, poprzez gramatykę, która leży w kącie i gnije, aż po zwroty akcji,  których... po prostu nie ma. Jest za to ból dupy czterech liter i przystojny, dwudziestoletni, brązowooki Voldzio. Próbowałyśmy trochę rozluźnić atmosferę dużą ilością obrazków - mamy nadzieję, że się nam udało.
Autorka w notce o blogu pisze “Gdybyście znaleźli jakieś błędy - śmiało walcie a je poprawie xD”
No, to walimy.


Indżojcie (mimo wszystko)!

Adres blogaska: http://a-kysz-mi-z-tym-cholerstwem.blogspot.com/
Zanalizowały: Kalevatar i Pigmejka

Prolog

„A kysz mi z tym cholerstwem!”

           Podeszła do okna, z trudem otworzyła je i oparła się rękami o parapet, by przyglądać się zachodzącemu słońcu. Robiła to od zawsze, gdy dostała ten pokój, z którego był idealny widok na wielką gwiazdę, która chowała się za domami.
Tylko za domami? To musiały być pieruńsko wielkie domy.

Uwielbiała ten letni wiatr, okalający jej twarz i zapach świeżo skoszonej trawy.
Zapach oparł się tuż obok i bębnił palcami w parapet.
A wiatr owinął wokół twarzy jak bandaż zakładany przy bólu zęba.

Tylko to lubiła na Privet Drive. Reszta przypominała jej wspomnienia, których nie chciała sobie przypominać.
 

           Dziewczyna miała około sto pięćdziesiąt centymetrów wzrostu. (...) Wyraziste brwi zmarszczyły się, a pełne usta wygięły się w grymasie odrazy, gdy przez okno widziała, jak daleko w parku Dudley z kumplami niszczył ławkę. Jej szmaragdowe oczy, zwykle przepełnione cichą radością, pozostały hałaśliwie smutne, jakby pobyt w tym domu był dla niej istną katorgą. Rzęsy, wyglądające na pomalowane tuszem, ale tak naprawdę pomalowane smołą zamrugały szybko, gdy dostrzegła panią Figg z mugolskimi siatkami na zakupy. (Mugolskie siatki różnią się od czarodziejskich tym, że... nie niosą się same? Zostały wykonane w mugolskiej fabryce?) Wyraźnie można było spostrzec, że starsza kobieta ciągle podglądała dom pod numerem czwartym, a zwłaszcza okno od pokoju dziewczyny...
           Wkurzona do granic możliwości z hukiem zamknęła okno, by nie widzieć kotów pani Figg. Czasami miała ochotę złapać kilka, ukryć się w krzakach i podrzucać je wprost pod koła samochodów.
To jest ten moment, kiedy resztki mojej sympatii do boCHaterki (kredyt sympatii, wiecie - Święta, pierogi, trzeba szukać dobra w ludziach i boCHaterach) spierdzieliły w podskokach, gnane falą czystej i niczym niezmąconej pogardy. Znaczy, srsl, aŁtorko - tak starasz się zaprezentować czytelnikom swoją heroinę? Mam ją po tej deklaracji lubić?
Bohaterka jest taka mroczna, nieustraszona i zbuntowana, że chce mordować bezbronne zwierzęta. So much cool... tylko że ani, kutwa, trochę.

Zamierzone okrutne morderstwo... hmm... nie miałaby żadnych wyrzutów sumienia.
Och, dzielna ty.
Umrzyj.

Tym wyczynem zmniejszyłaby kłopoty samej właścicielki, jak i ogrodu. No i samej jej. Nienawidziła tego gatunku zwierząt, od kiedy Krzywołap Hermiony podrapał ją po twarzy i rękach. A chciała go tylko pogłaskać!
Wiesz co? Nie lubię jak ktoś wieczorami gapi się przez okno - może wepchnę cię za nie pod samochód? Co ty na to, bohaterko?
Parafrazując Nostalgia Critica - Nie ma żadnego wprowadzenia, żadnej próby pokazania, przez co ta dziewczyna przechodzi, tylko zdanie: "Czasami miała ochotę złapać kilka, ukryć się w krzakach i podrzucać je wprost pod koła samochodów." I mam nadzieję, że wbijesz sobie różdżkę w mózg, świński smarku. Tak, nienawidzę jej i w żaden sposób nigdy jej nie polubię. Nie obchodzi mnie, czy zachoruje na raka, czy Voldemort zje i wysra jej przyjaciół, i tak będę nią gardzić. To było takie okrutne i takie zupełnie z dupy, że mam nadzieję, że szczeniara dozna spontanicznego samozapłonu odchodząc od okna.  
*podaje Kal meliskę, a bochaterce wciska do gardła odbezpieczony granat*

           Raz na dzień dostawała list od Syriusza – jej ojca chrzestnego, który był ścigany za morderstwo, którego nie dokonał. Przynajmniej on mógł poprawić jej i tak już zepsuty humor.
Syriusz z pewnością pęcznieje z dumy, że dostał tak ważną rolę w tym opku - może poprawić humor boCHaterce!  

Była zdenerwowana przez jeden, nic nie znaczący mały szczególik – Voldemort.
Nonszalancja - robisz to źle. Proszę, umrzyj.

Od jakiegoś czasu to, co nazywała swoim przekleństwem, dawało o sobie znać. Blizna piekła niemal codziennie. Nie miała pojęcie dlaczego tak się dzieje, ale wolała o tym nikomu nie mówić. Nie chciała pokazywać innym strachu. Musiała być dzielna, jak jej rodzice.
Wrzuć jakiegoś szczeniaka pod samochód, może ci ulży.
Albo powydymaj usteczka widząc wandali w parku. Pod żadnym pozorem nie zniżaj się do zwracania im uwagi, to nie dowodzi dzielności.

           Podeszła do biurka i usiadła przy nim, wyciągając z szuflady kawałek pergaminu, pióro i atrament. Poprawiła wielkie prostokątne okulary, z czarnymi oprawkami (Ueeee, ueeeee!!! *hipster alert*) i jeszcze raz zerknęła na okno. Po chwili namysłu z powrotem otworzyła je.
Okno, okulary, oprawki...?

Z dodatkiem świeżego powietrza zamoczyła końcówkę pióra i zaczęła skrobać po papierze.
Atrament wzbogacony o mieszankę tlenu i azotu był dwa razy bardziej wydajny.
Nawet sprawia, że pergamin zmienia się w papier! Cuda, panie.

           Kochany Wąchaczu!

           U mnie wszystko jest okay. Naprawdę nie musisz się o mnie martwić, po prostu ostatnio mam nastrój zbitego psa. (Musiałam to napisać :P).
Proszę zwrócić uwagę na tę niesamowicie zabawną grę słów powyżej. "Zbitego psa", rozumiecie? A Syriusz zmieniał się w psa. Bardzo zabawne.
Ahahaha. Ha.



Na Privet Drive straszna nuda. Dziękuję Ci za wszystkie listy. Hermiona i Ron wspominali, że odbędą się Mistrzostwa Świata w Quidditchu. Prawdopodobnie będę musiała tam jechać, co też zrobię z przyjemnością. (Łaskawa, dobrotliwa ty.) Naprawdę szkoda, że nie ma Cię tu przy mnie. Na serio tęsknie, chociaż widzieliśmy się niewiele czasu, czuję, że znam Ciebie od dziecka. :))
Co słychać? Mam nadzieję, że znalazłeś przyjemne lokum i może chajtniesz się z jakąś latynoską. Z chęcią zaopiekowałabym się chociaż parę razy Twoimi dziećmi, więc, drogi Wąchaczu, szykuj się ;D Powoli powinieneś układać swoje życie, mimo że jesteś w takiej sytuacji.
Podpisano: Stara Upierdliwa Ciotka Aniela, Która Zawsze Wpiernicza Się w Życie Reszty Rodziny.
Założę się, że uważany za mordercę przyjaciół, ścigany zbieg z więzienia o niczym innym nie marzy, jak o płodzeniu dzieci.

Tak, wiem, powtarzam się. Ale będę Ci to mówić w każdym liście, aż w końcu tego nie dokonasz. Tak, tak, tak... (Becikowe dla Dumbledore’a się samo nie uzbiera! Normę trzeba wyrobić! Dalej, jazda do rozpłodu! ) jestem prawie podobna do Lily, tylko trochę rysy twarzy i charakter podobny do Jamesa. (A co, James też robił za swatkę-dziecioględę? I też pisał do znajomych, jak bardzo przypomina rodziców, żeby usprawiedliwić się z chamskiego wpieprzania się w cudze sprawy?) Tysiąc razy to słyszałam :P Zwłaszcza od Remusa i nauczycieli. No ale to nie moja wina, że gen Huncwotów przeniósł się na mnie. Widocznie mamuśka też lubiła robić niecne rzeczy, jakie robiliście Wy.
Ale ma to taki związek z czymkolwiek, że...?

Martwię się o Ciebie. Uważaj na siebie bardzo, bo z nimi nie ma żartów.
Z Huncwotami? Z nauczycielami? *konspiracyjnym szeptem* Nie... z NIMI. No wiesz. *ekhm* Chyba wiesz, kim są ONI...?
Aaaa, ONI. Fakt, trzeba uważać.

Nie szwendaj się dużo i nie wąchaj nigdzie, Wąchaczu. :D (No chyba że suczki pod ogonami, tam nawet powinieneś.) Nie rób nic głupiego i lekkomyślnego, proszę Cię
Póki nie sprawdzisz, kim są rodzice partnerki i czy będzie dobrą matką, zawsze zakładaj prezerwatywę.
Powiedziała roztropna i pełna mądrości życiowej nastoletnia boCHaterka opka.

Szczerze mówiąc nie wiem o czym tu pisać, więc będę kończyć.
Taa, to widać. Znaczy - w tym liście nie ma absolutnie żadnej treści poza usilnym namawianiem do rozpłodu. Kurde, to tylko przychodzi ci do głowy, gdy myślisz o swojej jedynej rodzinie? Nic, co chciałabyś mu powiedzieć, z czego się zwierzyć, o co zapytać?

Mocne uściski i szczególne całusy :*
Koza

- A niech ją cholera weźmie – mruknęła dziewczyna, patrząc na pustą klatkę. Hedwiga znowu musiała polecieć na łowy, bo w końcu Dursley’owie pozwolili jej wypuścić sowę, która robiła mnóstwo hałasu.
Było ją samej karmić - teraz byś nie miała problemu. *wyobraża sobie Maerysójkę łapiącą myszy po piwnicach* Wspaniała wizja...
Ze zdania wynika, że były tam dwie sowy - ta hałasująca, którą krewni pozwolili wypuścić, i Hedwiga, która z tego tytułu też musiała polecieć.

           Przeczytała jeszcze raz list i gdy doszła do własnego podpisu, mimowolnie parsknęła śmiechem. Przypomniała sobie historię tego przezwiska. To Ron w pierwszej klasie przez przypadek ją tak nazwał, albo do tego zwierza ją porównał.
Bardzo zaszczytne przezwisko. Na jej miejscu zrobiłabym wszystko, żeby je zachować.
Ciekawe, czym sobie zasłużyła. Meczy? Ma brodę?

Nie do końca to pamiętała. Chociaż... tak, zaśpiewała pewną idiotyczną piosenkę i jej przyjaciel zaczął nazywać ją Kozą.
Czyli jednak meczy.

Nigdy nie lubiła swojego prawdziwego imienia.
Rosalie... brr... też mi coś.
Te (to!) imię było takie staromodne. Nawet zdrobnienia ją (jej!!!) nie zadowalały. Rose... ma nazywać się jak jakiś przereklamowany kwiat?A nazwij się Kunegunda Napomucena Bądzisława, oryginalnie będzie.
Taa, bo Koza jest tak oryginalna. Skoro lubisz bardziej swojskie imiona, nazwij się Warząchiew, będzie pasować do nazwiska.

Nawet głupi pseudonim Koza bardziej przypadał jej do gustu. Pamiętała doskonale, jak Remus parsknął śmiechem, gdy dowiedział się o tym. Syriusz też napisał jej w listach, że to śmieszne. A przecież koza to takie ładne zwierzę, nieprawdaż?
Piękne. Ponadto żre wszystko i śmierdzi.
I chutliwe jest ponad miarę.

Wolała już swoje drugie imię, Lily, ale nie chciała sprawiać bólu Łapie i Lunatykowi. Chociaż imię swej matki też kojarzyło jej się z kwiatem, a ich nie lubiła.
Lubiła za to plastikowe worki, sznury, skórzane kagańce i ćwieki. I kozy. I takie małe, puchate króliczki, ale do tego się nikomu nie przyznawała.

- No wreszcie – westchnęła, gdy zobaczyła swoją sowę. Pogłaskała ją trochę, zawsze ten gest uspokajał ich oboje.
Jego i sowę?

– Kochana, tam gdzie zawsze, do Wąchacza – mówiła, gdy przyczepiała jej list do nóżki. – Napij się jeszcze.
Po czym polała sówce brandy, co by zwierzątko się rozgrzało przed drogą.

Hedwiga zrobiła to, co do niej należało i już przygotowywała się do odlotu, gdy Rose mruknęła.
- Trzeba cię przefarbować na brązowo, bo jesteś zbyt rozpoznawalna.
Cisza. Sowa popatrzyła na nią wzrokiem, jakby to wszystko rozumiała. Zagruchała bardzo głośno i jak najszybciej wyleciała. Przecież nie da zmienić swoich ślicznych białych piórek na jakiś idiotyczny brązowy kolor!
Mała wskazówka: zmieniaj sowy.
Duża wskazówka: umrzyj. Bo totalnie nikt nie zwróci uwagi na śnieżną sowę pofarbowaną na brązowo. Są takie powszechne!

Mimo wczesnej pory Rose ziewnęła. Zaczęła chodzić po skromnym pokoiku, myśląc o Quidditchu. Jeszcze nigdy nie była na takiej imprezie i nie mogła przegapić czegoś takiego. To by było tak, jakby Voldemort osobiście przyszedł do niej, mówiąc „masz, oddaję ci różdżkę i mnie zabij”, a ona odpowiedziałaby „Nie, dzięki. Nie chce mi się, zrobię to potem, jak nie będę musiała napisać referatu z eliksirów”.
NIE! Znowu myślała o tym zgniłym przydupasie.
Eee... Znaczy Voldzio to jej prywatny przynieś-wynieś-pozamiataj?
Tak, w dodatku mocno nieświeży.

Jakby nie miała lepszych myśli!
A ma w ogóle jakieś? Z listu do Syriusza żadna nie przebijała...

Nie do końca świadomie rzuciła książką o ścianę w przypływie furii.
- O ku*wa – syknęła.
Jak się syczy gwiazdkami?
To był odprysk tynku ze ściany.

           Nie do końca trafiła książką i ta wyleciała przez okno. Na dodatek wolumin był o zaklęciach!
Chce zabijać koty, rzuca książkami...

 

Jęknęła cicho, gdy przypomniała sobie, że Dudley miał zaraz wrócić, tak samo jak jego ojciec. Doskonale wiedziała, że gdyby zauważyli taką rzecz, zostałaby ukatrupiona na miejscu. Zbiorowe morderstwo.
Bohaterka nam sugeruje, że istnieje w kilku osobach?
Boru, jeżu, niech ją zobaczą, NIECH JĄ ZOBACZĄ!!! *gorąco kibicuje Dursleyom*

Ale ona chciała żyć, nie? Chociażby dla piwa kremowego!
Myślisz, że jesteś zabawna? Zrób światu przysługę i umrzyj.

           Z nagłym impulsem wspięła się na biurko, postawiła nogę na parapecie i gwałtownie zaczerpnęła oddech. Mogłaby wyjść po ludzku – przez drzwi – ale nie mogła.
Jest sympatyczną bohaterką, ale jest wnerwiającą kretynką.

Ciotka Petunia od razu pytałaby się o co gra. Chwyciła się ramy i już całkowicie była na zewnątrz.
Ciotka Petunia, oczywiście. Zawsze wychodziła w ten sposób na długie spotkania z Panią Gramatyką.

Dlaczego miała lęk wysokości, skoro umiała niemal perfekcyjnie latać na miotle?
Bo to nie unoszenie się w powietrzu, a grunt zabija?

           Wyciągnęła rękę, by sięgnąć rynny. W końcu udało się jej, ale jak na zawołanie straciła równowagę i spadła w krzak kwiatów.
Proszę, niech to będą róże z jakimiś dużymi kolcami.

- Ku*wa – zaklęła po raz drugi.
Jeśli to czas Mistrzostw Świata w Quidditchu, jesteśmy na wysokości czwartego tomu, a ta irytująca podróba Harry'ego (plz, die) ma 14 lat. AŁtorko - rzucająca kurwami czternastolatka Nie Jest Zabawna. Rzucająca przedmiotami w przypływie furii czternastolatka Nie Jest Zabawna. Marząca o mordowaniu kotów czternastolatka Nie Jest, Kurwa, Zabawna!

Dopiero po kilku chwilach poczuła tępy ból pleców i czterech liter.
Cztery litery? Czyli co ją boli? Ręka? Usta? Ucho? Zęby? Mózg? ;)
ABCD?

Zacisnęła zęby, starając się nie jęknąć. Cholera! To bolało! Dobrze, że niczego nie złamała... Chwile poleżała i w końcu podjęła inicjatywę, żeby wstać. Z bólem wypisanym na całym ciele
Znaczy... ktoś tam jej zrobił przyśpieszoną skaryfikację?

zrobiła to i wolnym krokiem podeszła do książki. Nachyliła się jak jakaś starsza kobieta i wzięła ją do ręki.
           Od teraz nienawidzę zaklęć...
Obwiniać  za wypadek martwy przedmiot zamiast własny atak agresji - to takie... Hm, jestem pewna, że mają na to jakiś termin medyczny.
Wrzuć je pod samochód!
...jak ja nie znoszę tej marudzącej, pełnej pretensji do całego świata idiotki. Argh!

           Tylko jak miała się dostać do środka?
Nie obchodzi mnie to. Ja pierdziu, cokolwiek by się działo, nie zmuszę się, żeby jej kibicować. To opko brzmi jak przepis "Jak sprawić, by wszyscy nienawidzili twojego bohatera".

Nie pomyślała o tym wcześniej... Wiedziała, że i tak nie wepnie się na górę i będzie musiała wejść do domu po ludzku – przez drzwi.
Spróbuj się przypiąć. Albo wypiąć. Albo, bo ja wiem - wspiąć?
Niech zrobi z “krzaka kwiatów” kamuflaż i przemknie przez salon.

Ale gdyby ciotka albo ktoś inny z domowników zobaczył książkę, która pokazuje że jest się dziwadłem... nie, czarodziejem, to by miała przerąbane na całej linii. A przecież niedługo miały się odbyć Mistrzostwa w Quidditchu! Musiała na nich być! Trzeba ukryć książkę od zaklęć!
A to tak trudno włożyć ją pod bluzę? Albo poczekać, aż ciotka pójdzie do kuchni?
Whatever. Mam nadzieję, że uziemią cię na resztę życia.

PS Umrzyj.

           Spojrzała na podręcznik i z nagłym impulsem rzuciła ją w okno od jej pokoju. Nie trafiła.
Miała w ręku podręcznik i książkę, która miała własny pokój. Takie rzeczy się dzieją, gdy nie zwraca się uwagi na gramatykę.
Niech zbije szybę, proszę, niech zbije szybę...

- Ja pierdzielę! – syknęła i złapała się za głowę. Znowu bolało! Wolumin odbił się od ramy, bo oczywiście nie mogła trafić i spadł prosto na nią! Dzisiaj musiała mieć wielkiego pecha.
Ludzie, którzy rzucają książkami dostają to, na co zasłużyli.

Żeby tyle nieszczęść w parę minut? Toż to skandal! Nie, to karma. Warkot samochodu... Nie, Vernon przyjechał! Tak, Rosalie Lily Potter vel Koza zostanie zamordowana, a jej zwłoki zostaną zbezczeszczone w rzece!
Jak by nie spojrzeć - same plusy. Go, go, Vernon!

Jeszcze raz zamachnęła się ręką, która trzymała podręcznik i rzuciła nim z całej siły, by trafił w sam środek okna na piętrze.
- Yes! – ucieszyła się. Przynajmniej nie dostanie wpiernicz za to, że ma przy sobie coś za szkoły dla dziwolągów.
- Co ty tu robisz? – syknął wujek Vernon, gdy wyszedł z samochodu, który zaparkował obok domu. (...)
           Zdenerwowana i zestresowana dziewczyna z zaciśniętymi pięściami podreptała w stronę drzwi. Będzie źle. Czuła, że dziś stanie się coś takiego, że albo zwariuje lub postrada zmysły. Na jedno i to samo wychodzi...
To może być z nią JESZCZE gorzej?!


           Weszła do kuchni, gdzie krzątała się ciocia. W głowie powtarzała formułki modlitw, które poznała w podstawówce na lekcji religii. Przynamniej teraz na coś się przydały. Wiedziała, że kara ją nie ominie.
A te modlitwy w takim razie... mają podziałać znieczulająco, czy jak?

Ale w końcu jest Dzieckiem, Które Przeżyło, musi wybrnąć jak najwięcej z sytuacji.
O, już narratorowi się na mózg rzuca.

- Co tu robisz? Miałaś być na górze – powiedziała ciotka Petunia głosem, który zawsze używała kiedy mówiła do Rose.
- Właśnie, chcemy to wiedzieć, bachorze! – Twarz kogoś, kogo przez Kozę została nazwana Prosiakiem W Ubraniu Senior, nabrała kolor czystej purpury.
Gramatyka za to zsiniała i padła trupem.

- Powtarzam ci, żebyś nie wychodziła z domu gdy masz szlaban!
           Łał... to ja go miałam?
- Jeżeli jeszcze raz...!
           Ble ble ble... Gadaj sobie, prosiaku. Myślisz, że jak będziesz ciągle paplać tym swoim ozorem, to poziom twojej marnej inteligencji podniesie się z linii powyżej zera?
Przed chwilą trzęsła portkami i mamrotała modlitwy, teraz jest mocna w gębie - ale tylko w myślach! Brawa, brawa dla odwagi i nieprzeciętnej dzielności naszej boCHaterki!
 

[Nagle Petunia słabnie, a BoCHaterka przeżywa atak herzklekotki.]
Czuła się tak samo, jak ze spotkaniem z dementorami. Nie słyszała nic, poza głosem Voldemorta i krzykami jej mamy.
           Co się dzieje?
Nic, po prostu narrator uznał, że poziom dramatyzmu jest za niski i pompuje go taką wielką pompą, przez którą wzrasta ciśnienie w opku - a wy macie objawy uboczne.

           Nie wiedziała kiedy upadła na podłogę. Nigdy nie pomyślałaby, że ból psychiczny może przewyższać cielesny. Starała się nabrać powietrza, ale nie mogła. Zaczęła się dusić.
Whatever. Miałoby mnie to obchodzić?
 

           Krzyk. Nigdy nie słyszała tak przerażającego wrzasku. Nie uświadamiała sobie, że to ona krzyczała. Ból. Całe ciało płonęło żywym ogniem. Złapała się za bliznę, która paliła jak nigdy dotąd. Otworzyła oczy. Wszystko co widziała było rozmyte. Pewnie nie miała na sobie okularów... Hulk. Drzwi razem z futryną eksplodowały w wyniku zetknięcia się z zaklęciem.
Zaklęcie brzmiało "Smash", oczywiście.
Proszę, niech to, co weszło, zrobi bohaterce tak:


Wrzasnęła z bólu, który podwoił się. Pragnęła umrzeć. Oddałaby wszystko, byleby ktoś ją dobił.
Ja też niemało dołożę od siebie. Czy ktoś mógłby ją zabić? Proszę. Mam ciastka.
*dorzuca do puli żelki*

           W drzwiach stanęli ludzie, odziani w czarne szaty z białymi maskami na twarzach.
Gdzie szaty mają twarze?
Może o TAKIE COŚ chodzi?

Było ich dziesięciu. Naprzodzie stał natenczas  młody mężczyzna, wyglądał na około dwadzieścia lat. Nie miał maski, więc można było zobaczyć jego twarz. Niemożliwe! Cera młodzieńca była niezwykle blada, a czarne włosy jeszcze bardziej to podkreślały. Brązowooki zrobił parę kroków w stronę dziewczyny, a na jego przerażającej, a jednocześnie przystojnej twarzy można było odczytać tylko jedno – tryumf.
- Minęło dwanaście lat... – wyszeptał, wpatrując się w rudowłosą z teatralnym zafascynowaniem. – Co, boli? – zakpił, kiedy Rose ponownie zwinęła się z bólu.    Błagam... niech ktoś przyjdzie... ktokolwiek... Aurorzy, policja... pani Figg!
           Voldemort spojrzał z pogardą na mugoli.
Więc to był Voldemort. Przystojny dwudziestolatek z nosem i brązowymi oczami. Przecież on miał wtedy prawie siedemdziesiąt lat... nie wspominając o tym, że kanonicznie odrodzi się dopiero za rok.
Kanonicznie to tej bohaterki tu nie powinno w ogóle być.
Tak jak Voldemorta, w końcu dom był chroniony blokadą antyvoldkową.
Tylko mi nie mówcie, że z tego będzie Truloff albo coś w ten deseń.
Trochę się na to zanosi, z innych powodów nie występowałby w wersji Young&SoDamnHot.

Ciotka Petunia nadal była nienaturalnie blada, a pozostała dwójka wpatrywała się na nowoprzybyłych z olbrzymim strachem. A Potter miała dość.
Tiaa, teraz dopiero im pokaże. Będzie zrzędzić i narzekać i fochać się o wszystko i wpatrywać się NA nich złowieszczo i posępnie, aż Voldi z rozpaczy potnie się gumochłonem.

- Zabić ich – rozkazał Riddle, a Rosalie nagle oprzytomniała.
- NIE!!! Błagam! – wrzasnęła, otwierając oczy. Mimo palącego bólu blizny odszukała okulary, założyła je i spojrzała na Toma.
- Dlaczego nie? – Mężczyzna kucnął obok niej z kpiną, a potem poważnie wstał i wykonał patetyczną jaskółkę. – Dlaczego mam ich nie zabijać?
           Potter po raz kolejny wrzasnęła.
Rycz, mała, rycz
Płacz maleńka, płacz
Masz to u mnie od dziś...

– Zrobię wszystko... tylko ich nie zabijaj.
           Nie wiedziała dlaczego miała takie uczucia do Dursley’ów. Cichy głosik podpowiadał jej, by rzucić ich w cholerę. Przecież od zawsze traktowano ją u nich jak dziwoląga. Nie okazywali jej choć złamanego grosza szacunku i miłości.
I poprawnego używania związków frazeologicznych też jej nie nauczyli.

Nic. Jednak... gdyby nie oni... No właśnie... nie zawdzięczała im niczego... chociaż był tylko jeden powód – przygarnęli ją dwanaście lat temu do swojego domu.
           Voldemort spojrzał na sługi ze wzrokiem „nie zabijajcie ich”.
Sługi ze wzrokiem "zabijcie wszystkich" wciąż czyniły swą powinność.
A wąż o imieniu Niekąsaj radośnie wbił zęby w nogę ciotki Petunii.

Sam nie wiedział dlaczego to robi, przecież nienawidził mugoli. Po prostu chciał zobaczyć reakcję tej smarkuli.
Voldi, ale wiesz, że zaliczasz właśnie najważniejszy punkt z listy "Rzeczy, których nie będę robił jako Czarny Lord"? Po prostu ją zabij, damnit!
Nie wymagajmy od niego zbyt wiele. Kanonicznemu zajęło to 6 lat, a i tak zdupił na koniec.

- Przepraszam za moje maniery, panno Potter – powiedział, prostując się i lekko jej się pokłonił. – Mam nadzieję, że ugościsz mnie w tym... mieszkaniu. – Oczywiście było widać i słychać, że mówił to z ironią.
PIERDZIELISZ?!

– Dwanaście lat... Szmat czasu, co nie?
           Jednak Rose połowy wypowiedzi nie ogarniała. Ciągle czuła przerażający ból, który był nie do zniesienia. Chciała jedynie śmierci. A to, co Tom mówił, miała za przeproszeniem w czterech literach.
Bo w końcu od tego zależy tylko, ja pierdolę, życie twoich krewnych i twoje. Jasne, miej to w dupie. I umrzyj.
Ale zobacz, już jest per “Tom”. Ja ci mówię, on ją jeszcze w sobie rozkocha.

- Widzę, że nie chcesz mnie słuchać, Rosalie – zauważył Voldemort z uśmiechem, który nie oznaczał nic dobrego. Dziewczyna wzdrygnęła się i zamknęła oczy, oczekując ciosu. – Och, już myślałaś, że będę cię torturował? – zapytał z udawanym urazem łękotki Riddle. – Nie jestem niekulturalny, Rose. Zrobią to za mnie moi... towarzysze.
Moja wesoła kompania.
Moja drużyna wojów.
Mój chór wujów.

           Dlaczego nikt mi nie pomoże? – zapytała w myślach i próbowała zatuszować swój szloch.
Wiesz, mogłabyś na przykład słuchać tego, co się do ciebie mówi...
Albo nie wiem, miotnąć w nich jakimś zaklęciem, czy coś...

Marzyła tylko o jednym, jednak śmierć nie była łaskawa i specjalnie opóźniała ich spotkanie.
           Klątwy, zaklęcia, kopniaki, złośliwe słowa, śmiechy, krew, błagania o litość, łzy, upokorzenie. Tylko to było w domu przy Privet Drive.
Wiesz co? Wciąż mnie to nie obchodzi.
A mnie przeogromnie:


Sąsiedzi nawet nie mieli zielonego pojęcia co się dzieje, gdyż śmierciożercy użyli odpowiednich zaklęć, by to zatuszować. Petunia zatykała uczy, tak samo jak Dudley, by nie słyszeć krzyków dziewczyny, jednak nie dawało to żadnych rezultatów. Kobieta nie miała pojęcia, że świat tych dziwaków może być taki okrutny.
Znaczy, już zapomniała, że jej siostra rzeczywiście nie zginęła w wypadku? Że jeden z tych dziwaków chciał zabić roczne dziecko?
I ostatecznie - czy sama wraz z mężem nie robiła wszystkiego, by zrobić dzieciakowi z życia piekło?

           Kolejne klątwy, kolejny ból, który nigdy nie zniknie. Rose powoli uświadamiała sobie, że nie ma sensu walczyć. Przecież i tak Riddle ją zabije.
Hmmm.


Dumbledore jej nie pomoże. Nikt tego nie zrobi. Tym razem nie wyjdzie z tej potyczki cało.
Jakiej potyczki? Przecież Voldemort wali w nią jak w bęben a nie widzę, by ona choć raz mu oddała.

- Crucio!
           Kolejny wrzask. Gdy śmierciożercy zrobili sobie przerwę, rudowłosa pomyślała o bliskich. Ciekawe co robił Syriusz... Może rzeczywiście styknie się z jakąś kobitką?
Tak, na pewno na takie nonszalanckie rozważania stać torturowaną nastolatkę. Czekam, aż przejdziemy do kontemplacji wzoru na kafelkach i wyższości masła nad margaryną.

Pewnie gdy dostanie list, to jej już nie będzie. (...)
           Kolejne zaklęcie. Kolejny ból.
- Proszę... nie – szepnęła dziewczyna ostatkiem sił.
- Że co? Nie usłyszałem? – Voldemort zmarszczył brwi, przybliżając się do niej. - (...) Mam taki układ. – Kucnął obok niej i wykrzywił głowę, jakby przyglądał jej się dokładnie. – Oszczędzę cię, w zamian za życie tej trójki – wskazał wzrokiem na Petunię, jej męża i syna. Tym jeszcze bardziej zabiło serce. Teraz mieli pewność, że zginą.
Tak bardzo im współczuję.


           Rose zamknęła oczy. Pokusa była wielka, ale przecież Voldemortowi nie można było ufać. I tak umrze, więc po co skazywać na to innych. Wiedziała, że Dursley’owie też pójdą pod różdżkę, więc była tylko jedna odpowiedź. No... jedna odpowiedź, ale można było ją wyrazić w różnych słowach.
- Pieprz się z królową Elką, Tom – warknęła i zaniosła się ostrym kaszlem.
Ofiarowanie się za innych jest ze wszech miar szlachetne i godne podziwu... ale pieprzyć to. Jesteś tak niesamowicie głupia, arogancka i irytująca, boCHaterko, że po prostu  nie mogę wykrzesać z siebie nawet odrobiny sympatii. Na miejscu Voldemorta przejechałabym cię kombajnem. Proszę, umrzyj.
I nie mieszaj do tego Elki. Nie ma gustu do kapeluszy, ale to jeszcze nie powód, żeby ją wsadzać do tego opka.

- Myślisz, że Avada i po kłopocie? – zagadnął Tom i uśmiechnął się jeszcze szerzej. – (...) Pozdrów swoich rodziców, skarbie. Patiendoinipse! – Srebrny promień wyleciał z końca różdżki i trafił w rudowłosą. Śmierciożercy i mugole spodziewali się nieludzkich krzyków i wrzasków, lecz Rose tylko znieruchomiała. Jednak żyła nadal. Nie mogła ruszyć swoim ciałem, mogła tylko oddychać i patrzeć się w swojego oprawcę.
O, był taki motyw w Criminal Minds. To niezły odcinek był.

           Rose jęknęła, gdy poczuła nieprzyjemne mrowienie palców u rąk. Jednak te uczucie powoli się zmieniało. Zmieniało się w ból. Ogień. Tylko ogień. Chciała wrzeszczec, lecz jej się nie udawało. Pragnęła wiccanką zostać i tarzac się na podłodze z Tarzanem bólu, lecz była unieruchomiona.
- Żegnaj, skarbie – powiedział Voldemort, uśmiechając się tryumfalnie i zniknął, uprzednio wypowiadając dziwne zaklęcie.
           Po chwili dom stanął w płomieniach.
           Rose słyszała, jak Dursley’owie umierają, jak wrzeszczą w ogniu, krzycząc pomocy. Ogień dosięgał także i ją, lecz nie czuła różnicy. Klątwa była taka sama jak ogień.
           Ostatnią myślą dziewczyny byli bliscy. Muszą przeżyć tę wojnę...
Jak długo ona będzie martwa - dla mnie spoko.
 

______________
Blog jest dedykowany internetowej.33, Yokicie, Mike’owi, Rockowej Pumci, Linkowypotwórr (pewnie źle napisałam ;D), AnaRose, Shizu-chan, Czarnej, Kai i wszystkim komentującym.
Buziaki, buziaki i jeszcze raz buziaki! :**
Biedne dziewczyny.

Rozdziały będą się pojawiać w dużych odstępach czasowych, gdyż piszę Zaklinacza. A notki będą długie, po dziesięć stron, więc kolejnego rozdziału spodziewajcie się za kilkadziesiąt lat xD
Dzięki ci, dobry zielonolistny Borze.

Mam nadzieję, że się spodobało. :) To mój najdłuższy prolog jaki napisałam... ;D
Komentujcie! xD
No a myślisz że co robiłam przez ostatnie kilka godzin?!