sobota, 10 listopada 2012

Kiedy Draco poznał Ginny, czyli krew jak dżem z naleśnika, część I

  Witajcie!

Od jakiegoś czasu w komentarzach pod analizami pojawiały się prośby o analizę opka potterowego. Postanowiłyśmy spełnić Wasze oczekiwania i oto jest - blogasek poświęcony gorącemu truloff... Ginny i Dracona. Opko zawiera duże ilości angstu, Weltschmerzu i homeryckich oraz kulinarno - kanibalistycznych metafor. Wiatr będzie w nim robił nieprzyzwoite rzeczy takiej małej karteczce, a krew będzie niczym dżem krojony w naleśnikach.

Indżojcie!


Adres blogaska: http://flames-of-ice.blogspot.com/

Zanalizowały: Kalevatar  i Pigmejka

INFORMACJE

Ginny Weasley rozpoczyna szósty rok nauki w Hogwarcie. Szybko jednak okazuje się,że w tej szkole niż już nie będzie takie jak wcześniej.
Teraz będzie już tylko wyż. Demograficzny.

Harry opuszcza ją, by szukać horkruksów.
Lord Voldemort się odradza i przejmuje Ministerstwo oraz Szkołę Magii.
Śmierciożercy nie znają litości.
No tak, zwłaszcza to jest czymś całkiem nowym i niespodziewanym.

Draco Malfoy jej nienawidzi, ale jednocześnie wydaje się ją obserwować.
Tę litość, tak?

Ale wszystko to, co kiedyś dziewczyna miała za pewnik, ulega wątpliwości.
Natomiast te, które wcześniej lekceważyła, zrozumiały się same przez się.

Ginny bowiem będzie musiała dokonać trudnych wyborów, które na zawsze zmienią jej życie.  
Czerwony lakier do paznokci, czy opalizujący niebieski...?
Cieniowane do ramion czy jeżyk?

Będzie musiała wybrać między drogą, w którą sama wierzy, a w którą każą jej wierzyć.
A nie lepiej nie polegać na wierze, tylko na wiedzy? Z tą drugą przynajmniej wiadomo na czym się stoi i nikt nie spali nas na stosie za złą interpretację.
Ja mam wrażenie, że ona będzie musiała przejść tą niewidzialną drogą wiary, jak Indiana Jones w końcówce Ostatniej Krucjaty.

Będzie zmuszona zdecydować między tym, który ją obdarzył uczuciem, a tym, którego ona chce nim obdarzyć.
A, czyli rozważa bycie z kimś, kogo nie kocha? Fajnie się zaczyna, nie ma co.
Czemu miałam wrażenie, że w podejmowaniu dramatycznych decyzji w czasach wojny, nienawiści i prześladowań będzie chodziło o coś więcej, niż wybór chłopa...

I zmierzyć się z mroczną prawdą, ukrytą gdzieś za mgłą wspomnień.
I za siedmioma ścianami gęstego budyniu niepamięci.
I za jednym zbędnym przecinkiem.

Prolog

Tego dnia wszystko było zupełnie inne.
Krowy latały leniwie w powietrzu, wygrzewając się w ciepłych promieniach księżyca. Czasami podlatywały do gigantycznych grzybów rosnących na jeziorze i delikatnie skubały porastającą je czerwoną trawę.
A Voldemort kopał studnie dla biednych dzieci w Afryce.

Choć mieszkańcom towarzyszyły promienie słońca, stale przypominające o swojej obecności,
Plątały im się koło nóg i szarpały za nogawki, poszczekując nerwowo.

to nie dawały już tego samego ciepła.
Ha, czyli miałam rację z tym księżycem!
W skrócie: nadeszła jesień?

Po błękitnym, jasnym sklepieniu pozostały już tylko wyblakłe wspomnienia. Teraz na niebie tworzyło się morze ciemnych, burzowych chmur, które co jakiś czas wylewały obfite ilości okazałych wielkości kropli.
Po chmurach biegali Perun z Thorem, targając wielkie kadzie z wodą, które opróżniali wylewając za brzeg obłoków. CHLUST! - i kolejny strumień wody leciał w dół.
- Cholerna Mokosz, jak zwykle zasnęła w kąpieli i zalała łazienkę, a my musimy po niej sprzątać! - warknął jeden z bogów.
A wielkości kropli z łoskotem spadały na ziemię.

W powietrzu unosił się nieprzyjemny swąd rozpaczy, smutku i bólu.
- O szlag, znów przypaliłem obiad! - westchnął Hades, z rezygnacją zeskrobując z patelni resztki potępionych dusz.
A to nie Indra delektujący się zapachem napalmu o poranku?

Jakaś mała karteczka wymknęła się z bukietu kwiatów swojej wiekowej właścicielce i poczęła tańczyć w parze z zimnym, nieprzyjemnym wiatrem. To on nadawał jej rytm, nakazywał wznosić się i upadać. To nie brzmi jak opis tańca... Wiatr robi jakieś nieprzystojne rzeczy tej karteczce. Miał nad nią istotną przewagę, więc poddawała mu się do czasu, aż on na chwilę zniknął. Wykorzystała tę okazję i opadła bezradnie na trawę, dysząc po przeżytych uniesieniach cierpliwie oczekując na powrót kochanka zdeptania przez czyjeś buty.
No nie, takie połetyckie opisy fruwającej karteczki (po co?), a w finale deptające buty.

- Dzisiejszego dnia, dokładnie 24 czerwca, chcielibyśmy pożegnać wspaniałego człowieka, jakim był Dracon Lucjusz Malfoy. Został nam on zabrany po przeżyciu wyjątkowych, sześćdziesięciu trzech lat... - niedaleko stojąca postać, okryta eleganckim, czarnym płaszczem, załkała głośno. Wszystkie twarze zwróciły się w jej stronę, a ksiądz umilkł na parę sekund.
Ksiądz? Śmierciożercy byli katolikami? O.O

Z peleryny wyślizgnęły się płomiennorude kosmyki, które zafalowały na wietrze, samobieżne włosy w żałobie... a zaczerwienione od płaczu, czekoladowe tęczówki wbiły wzrok w nagrobek.
Szkoda, że nic nie zobaczyły, bo człowiek nie patrzy tęczówkami.
Toteż one nie patrzyły, tylko miotały wzrokiem jak oszczepem. Ciekawe, jak nagrobek to zniósł.

Ich właścicielka nikogo już nie słuchała.
Próbowała sobie przypomnieć, czym się patrzy?
Albo przypominała właśnie swoim palcom, śledzionie i trzustce, kto jest ich właścicielką. Miała stosowne akty notarialne, jakby co.

Nie powstrzymywała więcej łez, które płynęły niczym rzeka na zaróżowiałe policzki.
To "zaróżowiałe" brzmi, jakby policzki zaszły jej jakimś różowym parchem...

Teraz, gdy jeszcze raz wszystko sobie przypomniała, nie mogła udawać niezależnej, tak jak przez cały ten czas od śmierci ukochanego. Nie mogła udawać, że nie ulega sile wspomnień tamtych dni.
A miałaby udawać, bo...?
A niezależni ludzie nie płaczą na pogrzebach, bo...?

Bo czyje dłonie znów zmierzwią jej włosy?
Bo czyje ramiona znów przyciągną ją ku sobie?
Bo czyje usta znów zapieczętują pocałunek?
Borze, kto ci usta pieczętował, biedna dziewczyno?! Nic dziwnego, że płaczesz...

Odpowiedź była wyjątkowo prosta, a przez to niewiarygodnie raniąca. Brzmiała ona : niczyje.
Bo gdy się pochowa pierwszego chłopa, to już nic cię w życiu nie czeka. Nic tylko zamknąć się w klasztorze.

Musiała się z tym pogodzić. Taka była naturalna kolej rzeczy, tak już musiało być.
Nad każdą czarodziejską wdową czuwał pracownik specjalnego departamentu Ministerstwa Magii, zajmującego się niedopuszczaniem do zabronionych kontaktów towarzyskich.

I choć wmawiała to sobie wielokrotnie, to i tak nie docierało do niej dostatecznie. Cały czas myślała, że może to tylko okrutny sen, że zaraz się obudzi i znów zobaczy jego uśmiechniętą, uradowaną twarz. Być może zmęczoną, po całym dniu pracy, jednak szczęśliwą, że wrócił do domu. Wtedy ona usmaży mu pyszny obiad, usiądą razem, porozmawiają.
Jeśli Malfoy codziennie jadł smażeninę, nic dziwnego, że odpadł tuż po sześćdziesiątce.

(...)
- Babciu, musimy już iść. - z rozmyśleń wyrwał ją cichutki, dziecięcy głos.
Musimy? Co, tuż za nimi czekają inni żałobnicy, chcący kogoś pochować w tej samej dziurze? Na cmentarzu mają taki przerób, że przyznają limit 15 minut na pogrzeb? Wnuczka martwi się, że zamkną jej galerię handlową? Do ciężkiej i poprzecznie prążkowanej cholery, jaki musi być powód, by popędzać wdowę do opuszczenia cmentarza w kilka minut po rozpoczęciu pogrzebu?

Spojrzała w tamtą stronę wzrokiem, który został obdarty z wszelkich emocji. A potem zdała sobie sprawę z tego, że oto obok niej stoi Andrea. Jej własna prywatna wnuczka. Ich wnuczka. Została jej jeszcze ona. Zdała sobie sprawę, że ma dla kogo żyć, że ma misję do wypełnienia.
Oj? Coś wybiło jej dzieci, całą rodzinę Weasleyów, Hermionę i Pottera, że Ginny została TYLKO wnuczka?

Nie może pozwolić sobie na żadne rozproszenie, żadną myśl samobójczą. Draco na pewno nie chciałby, by jego wnuczka wychowywała się z pozbawioną uczuć babcią, która nigdy nie dawałaby jej tak istotnego w dzieciństwie ciepła i zrozumienia.
Kanonicznemu byłoby to pewnie idealnie obojętne, ale ok, realia blogaska jak zwykle są inne.

      Kobieta rozejrzała się trzeźwym wzrokiem po cmentarzu. Na miejscu pogrzebu zostało już tylko parę osób. Wzrokiem wyłapała Rona i Hermionę, a także ich dzieci i wnuki.  Ku jej zdziwieniu, ujrzała również Harry'ego Pottera,
...aha, czyli jednak nie wybiło ich mroczne szujstwo. Ale może jest z nimi skłócona, nie czuje w nich oparcia, skoro chciała się zabić, a o wnuczce mówiła tak, jakby była jej jedyną rodzinę? (Pytanie retoryczne - oczywiście że nie.)

Harry'ego Pottera, który skupionym wzrokiem wpatrywał się w napis wyżłobiony na jasnym marmurze. Była temu mężczyźnie tak strasznie wdzięczna, za to wszystko co zrobił. Już kilkadziesiąt lat temu obiecała sobie, że zostanie jego dłużniczką do końca życia.
W sensie, że zaciągnie u niego kredyt hipoteczny? Bo gdy się coś komuś po prostu zawdzięcza, to nie podejmuje się decyzji o zostaniu dłużnikiem, tylko się nim zwyczajnie jest.

       Płomiennowłosa odebrała i pokwitowała, jak przez jej ciało przepływa przyjemny dreszcz, a na swoim ramieniu poczuła delikatnie wbijające się  w płaszcz palce (subtelnie przebiły jej skórę i weszły w mięśnie?). Odwróciła się zwinnie jak na swój wiek i ujrzała swoją córkę, trzymającą małą Andreę za niewielką rączkę.
Rozumiem, że druga rączka Andrei była większa, tak?Albo Andrea miała kilka rączek różnej wielkości i matka trzymała ją akurat za tę niewielką.

Scarlett była taka podobna do swojej matki z przeszłości. Te same, tycjanowe włosy, idealnie podobne rysy, a także kształt oczu. Jednakże te stalowo – szare tęczówki już zawsze będą jej przypominać Dracona.
Biedactwo, kolejna z metalowymi implantami. Hint: "stalowo - szare" = "w części stalowe, w części szare".

To była jedyna, istotna różnica pomiędzy rodzicielką, a córką.
Niestety - dzieliły ich też nadprogramowe przecinki.

- Idziesz z nami, mamo? - spytała miękkim głosem, ale kobiecina tylko pokiwała przeczącą głową szepcząc cicho “Laboga!”.
Kobiecina. *wyobraża sobie zgarbioną, skurczoną Ginny z chustką na głowie, wspierająca się o lasce* Ale te dwie głowy - jedna do przeczenia, druga do potakiwania - musiały robić wrażenie na postronnych.

Na jej twarzy pojawiły się liczne zmarszczki, niczym plisy na balowych sukniach.
Idealnie proste, z wyraźnie zaznaczonym kantem. Gdy się uśmiechała, w kącikach oczu powstawały kontrafałdy, a na policzkach - bufki.
W kącikach oczu czaiła się mereżka z kurzych łapek.

- Ja... zaraz do was dołączę. (...)
Wreszcie zostali sami.
Tylko ona i on.
       Spojrzała na marmurowy nagrobek i zamknęła ociężałe powieki. Przypomniała sobie całą historię, która ich łączyła. (...) Mimowolnie na jej zniszczonej wiekiem twarzy zagościł triumfalny uśmiech. Starowina uniosła do ust szkarłatną różę i ucałowała ją na pożegnanie.
Starowina, jeszcze lepiej!
AŁtorko, Ginny jest młodsza od Dracona o rok, czyli ma w tej chwili 62 lata. Dokładnie tyle, co:
Wendie Malick
 
Christine Lahti
 
czy Susan George
 
Naprawdę, to już nie te czasy, gdy ludzie po pięćdziesiątce stali jedną nogą w grobie i wyglądali jak suszone śliwki.

- Zawsze będę cię kochać. - szepnęła cicho, a potem ułożyła kwiat starannie na nagrobku i odeszła od tego, który nauczył ją sensu życia.
“(...) świat jest piękny. Musisz wyjść mu na przeciw, kochać każdego. Postaraj się wszystkich uszczęśliwić i zawsze nieś z sobą pokój i radość”. A więc zostałem kelnerem. Wiem, że to żadna filozofia, ale... Pierdolcie się! Mogę sobie żyć, jak mi się spodoba. Odpierdolcie się! Nie łaźcie za mną!”

***

No to pojawił się prolog. Jak się Wam podoba? Mnie naprawdę nie zbyt pasuje, więc bądźcie proszę wyrozumiali.
Nie. Sorasy, ale nie ma zmiłuj. Jeśli Ci nie pasuje, nie podoba się, jesteś przekonana, że stać Cię na więcej - nie publikuj. Nikt przecież nie każe rozpoczynać prowadzenia bloga już teraz - zaraz.

Rozdział I : ,, Na co czekasz ? "


Cisza.
Czasem jest naszą największą ulgą, wytchnieniem. Niekiedy musimy o nią błagać, a nawet walczyć. Pewnie wydaje ci się to dziwne, ale taka prawdziwa, idealna cisza, zdaża się niezwykle rzadko i trzeba na nią czekać czasami nawet latami.
Najlepiej ze słownikiem ortograficznym w dłoni, żeby wszelkie "zdażanie" zduszać w zarodku. No, można też po prostu wyjechać na wieś, albo zamknąć się w wytłumionym pomieszczeniu, albo po prostu wywalić dzieci z domu.
Są też klasztory objęte regułą całkowitego milczenia, w których można spędzić życie w całkowitej izolacji. Myślę, że nie trzeba z nikim walczyć, by się tam dostać.

Jest to takie uczucie, gdy nie słychać nic, ni szumu wiatru, ni czyiś głosów w oddali. Jest to stan, gdy nie dociera do twoich uszu nic, prócz rytmicznego bicia twego własnego prywatnego serca.
Klasztor jest idealnym miejscem!

Czasami zdarza się jednak, że ów cisza sprawia niesamowite wprost katusze, niemal takie jak źle odmienione "ów", prosi o pozwolenie na wejście, a gdy jej już go udzielisz, zmęczona ciągłymi prośbami, zaczyna powoli i skutecznie wyniszczać twoją psychikę od środka i przeżerać duszę.
Mam wrażenie, że to jednak nie cisza, a gaz bojowy.
Albo niechcący zjedzony  Kret do udrażniania rur.

Ale wiesz co jest w tym wszystkim najgorsze?
Że ten wstęp nie ma żadnego sensu? Znaczy, po co latami czekać na absolutną ciszę, jeśli potem okazuje się, że to gaz musztardowy albo coś równie paskudnego?

To, że nie masz pojęcia kiedy twoje cierpienie się skończy.
Eeetam, wystarczy włączyć radio.
Albo zamieszkać przy głównej ulicy miasta. Albo przeprowadzić się do akademika. Albo wydłubać z uszu zebraną przez dziesiątki lat woskowinę.

I pozostaje ci tylko czekać, niczym umarły człowiek, zamieszczony (i tak dobrze, że nie zawsiony) między życiem, a śmiercią, między trzecim a czwartym akapitem Wieczności, tuż obok przypisu o reinkarnacji, czekający na chwilę Odkupienia. Nie może wznieść się do nieba, by tam zaznać odpoczynku, lecz nie pozwolono mu także pożegnać się po raz ostatni z bliskimi. To podmiot w końcu żyje jeszcze, czy już odpadł, bo zaczynam się gubić? Siedzi w czyśćcu, razem z Deanem Winchesterem. Szepnąć im, jak mają żyć, by być szczęśliwymi. Aha, czyli po śmierci dostaje się receptę na szczęśliwe życie.  Ubertrolling. W milczeniu obserwuje ich poczynania, jak za szybą, nie mogąc wykonać żadnego ruchu, żadnego gestu. Nie może im ani pomóc, ani zaszkodzić. Jedynie, na co mu pozwolono, to czekać i tworzyć kolejne mosty z myśli,
I przypomina dziecinne twoje sny
Chcesz rozbić taflę szkła, a ona się ugina
I tam są wszyscy, a naprzeciw - ty.
(...)
Gdy obojętnie mijają mnie przechodnie
Próbuję wierzyć, że przetrze się ta mgła
Że będę mogła znów naprawdę czegoś dotknąć
I cud się stanie - zniknie tafla szkła.

tworzyć kolejne mosty z myśli, sięgające daleko poza granicę Czyśćca. Po których i tak nikt nie może przejść, bo rozpadają się, ilekroć próbuję postawić stopę.
To się dopiero nazywa homeryckie porównanie. Szkoda, że AŁtorka pocwałowała w dal na spienionym rumaku metafory i zapomniała dodać, jaki jest związek między mostami z myśli nad brzegiem czyśćca, a ciszą - gazem musztardowym i jak to wszystko odnosi się do Ginny.
Mają się tak, jak pięść do nosa, a analizator do blogaska, to proste.

         Stoję przy jasnej framudze okna, ozdobionej małymi rzeźbionymi aniołkami, które ojciec ręcznie wykonał jeszcze przed moimi narodzinami.
Znajdziemy jakiś powód tego natłoku chrześcijańskiej symboliki w domu Weasleyów, czarodziejów z dziada pradziada?
Może Artur miał kolejny napad mugolofilii i interesował się sferą sacrum (a wyszło mu jak zwykle)?

Przesuwam po nich ręką, palcami wyczuwam tłoczenia i prawie na własne oczy mogę ujrzeć tatę z narzędziami. Co jakiś czas ociera pot z czoła, drapie się po głowie i ponownie zabiera do pracy. Jest zmęczony, w końcu trudno się mu nie dziwić.
Czyli... to jednak dziwne, że jest zmęczony, tak?
A męczył się tak ze struganiem ich, bo...? Pracował w fabryce robiącej figurki, bo go wyrzucili z Ministerstwa Magii, i musiał wyrobić ich dzienną normę?

Opieram się niedbale o parapet, wykonany z jasnego dębu, i przyciskam ciało mocniej do drewna. Wtedy czuję ukłucie w okolicach nadgarstka i patrzę w tamtą stronę. Gwóżdż boleśnie wbija mi się w skórę i przecina ją.
Ach, te gwożdże!
Zwizualizowałam sobie takiego podstępnego gwożdża tnącego ranę maleńkim nożykiem i chichoczącego złośliwie.
Gwożdże już tak mają...

Krew zaczyna wylewać się z świeżej rany niczym dżem z naleśników,
Serio? Dżem z naleśników? To jest dramatyczne porównanie? Gdyby to był krwotok tętniczy, krew pewnie tryskałaby jak flaki wołowe z Biedronki, gdy przekłuje się foliowe opakowanie.
A gdyby odcięła sobie palec, kawałek ciała odskoczyłby jak odkrojona z pęta parówka.

gdy natniemy go nożem.
Po co nacinać dżem? Może ktoś go trzymał w zamrażalniku i mu się stwardniało, temu dżemu?

Obserwuję to w milczeniu, nawet nie próbując zatamować karmazynowego płynu, który właśnie spłynął z mojej dłoni, pozostawiając widoczną smugę na drewnie. Teraz właśnie zdaję sobie sprawę, że wcale nie poczułam bólu.
"Gwóżdż boleśnie wbija mi się w skórę". Plączesz się w zeznaniach, skarbie.
Ja też kilka razy krzyknęłam “ała!” na zapas, a potem się okazało, że wcale nie bolało. Może to taki przypadek?

To po prostu mózg nakazał mi tak rozumować i wierzyć, że moje ciało nie jest z waty, nie doznające niczego.
Czyli... tak jak u wszystkich ludzi? Znaczy, odczuwanie bólu to głównie kwestia mózgu, nie wiem, nad czym się roztkliwiasz. Chyba że faktycznie jesteś z waty.

Ten sam organ tworzył właśnie niespokojne myśli, pełne strachu.
Lepił je z Plasteliny Niepokoju i Gliny Niepewności.

Gdzie oni są? Czemu jeszcze ich nie ma ?
Najgorsze jednak zdawała mi się myśl, że mogą właśnie umierać, podczas gdy ja stoję bezczynnie przy oknie, nie mogąc im pomóc. Czuję się tak, jakbym ich zostawiła. Chciałam iść na tę misję, uczestniczyć w niej.
Przeżyć lub zginąć. Nie dbam o to.
Byle tylko nie czuć się niepotrzebną i nic nieznaczącą.
Z pewnością twoi przyjaciele byliby zachwyceni, gdybyś zginęła, żeby nie czuć się niepotrzebną.
Ona ma jakieś polskie korzenie? Sporo ludzi u nas tak zginęło swego czasu.
Bezsprzecznie, ze strony aŁtorki.

Jeśli ktokolwiek z moich przyjaciół zginie, to będzie to tylko i wyłącznie moja wina. Mogłam przecież tam być i tą osobę ochronić, nie pozwolić jej na śmierć.
Bo mam całkowitą kontrolę nad życiem i śmiercią, prawdaż, a Śmierciożerców wciągam nosem.
Może bohaterka zdobyła kody do gry w rzeczywistość?

Jednak moja obecność na misji nie była możliwa, ponieważ nie ukończyłam siedemnastego roku życia. Zresztą Harry i tak by mi nie pozwolił, niezależnie od tego, czy miałabym szesnaśnie lat, czy sto szesnaście. Ta ciągła chęć ratowania wszystkich jest jedyną cechą, której w nim nienawidzę.
Gdyby szedł po trupach do celu, nie oglądając się na jęki konających przyjaciół, byłby o niebo bardziej atrakcyjny.
E tam, wystarczyłoby, gdyby pozwolił jej dać się zabić.

    Ktoś czule dotyka mojego ramienia, delikatnie je gładząc. Mięśnie ciała naprężają się jeszcze bardziej, tworząc ze mnie prostą strunę.
Ekhm, przepraszam, ale mnie się kojarzy! KLIK [uwaga, link +18!]

Mama podchodzi bliżej okna i wystawia głowę, spoglądając w dal. Gdy na spojrzenie odpowiada jej pustka,
A Nietzsche ostrzegał: gdy patrzysz w otchłań, otchłań patrzy na ciebie. Nie wspomniał tylko, że chodziło mu o widok z okna domu Weasleyów.

skroń i okolice oczu zaczynają zapełniać się od wyraźnie zarysowanych zmarszczek, które zawsze przypominają mi mugolską bibułę.
Skóra jak bibuła?! To nie zmarszczki, to musi być jakaś ciężka choroba skóry...

Bynajmniej plisy nie powstały od starości, lecz od żelazka był to nieodzowny znak, że jest ona czymś strapiona.
Jak widać, idealnie proste zmarszczki z kantem są przekazywane z pokolenia na pokolenie.

- Wszystko będzie dobrze – mówi jednak, pomimo zupełnie odmiennego wyrazu twarzy. (...) Odwracam głowę z posągowym wyrazem, choć brwi mimowolnie zaczynają się marszczyć ze zdumienia, jakie kłamstwa matka jest w stanie znieść, byle tylko dać mi fałszywą nadzieję.
Bo właśnie dostałam cynk od Voldemorta i wiem, ze wszyscy wrócą w plastikowych torbach na zamek?
Musi być źle, bo inaczej bohaterka nie miałaby powodu do THE DRAMY.

I wtedy kąciki ust rodzicielki wyraźnie się podnoszą, tworząc coś na kształt uśmiechu. Mam ochotę wybuchnąć histerycznym śmiechem lub wykrzyczeć jej prosto w twarz moją frustrację. Frustrację, zmieszaną niewidzialną łyżką ze strachem (To łyżka do mieszania pokrojonego krwawego dżemu.) tak dokładnie, że nie sposób jest je teraz odróżnić.
Moje uczucia też są czasem mieszane, ale nie potrzebuję do tego łyżki.


Mam blender.

- Spóźniają się – mówię zamiast tego. Wpompowuję powietrze do płuc, by zaraz potem go nich pozbawić. (czyt. “oddycham”) Zaczynam niecierpliwie odliczać jakieś liczby, zupełnie nie dbając o to, że mylę się w najprostszych obliczeniach. Robię to jedynie po to, by zająć się czymkolwiek innym od czekania. Bezowocnego, pozbawionego sensu czekania.
15,16,18,25...
Hm, może lepiej w tym czasie wytapetuj pokój? Będzie bardziej produktywne i zajmie ci myśli.

- Przylecą, zobaczysz – matka dotyka czule mojego policzka (...) Czuję jak coś we mnie pęka, przerywa barierę dobrego zachowania i próbuje przedostać się przez gardło.
- A co, jeśli nie? A co, jeśli teraz właśnie umierają? Nadal ci jest to obojętne?! - krzyczę zdenerwowana.
A w którym momencie Molly powiedziała, że jej to zwisa kalafiorem? Prawdopodobnie to jej dzieci są na tej misji. Spróbuj choćby wyobrazić sobie, przez co musi przechodzić. Ach, zapomniałam, ty jesteś ważniejsza.

Przez targające mną emocje mój głos nienaturalnie podskakuje w górę, tworząc nieprzyjemny dla ucha pisk, przypominający skowyt myszy, gdy zostaje przytrzaśnięta pułapką z serem.
Brrrrr, na dodatek z serem... zgroza.

Po policzkach zaczynają tłoczyć się łzy gniewu (przepychając się wzajemnie, klnąc i poszturchując), który nadal buzuje w moim krwiobiegu, prawie wyrywając mi żyły, niczym stare drzwi z zawiasów.
I zaciskając zęby, niczym za krótki pasek od zegarka na nadgarstku posła Kalisza.

- Ginny... - zaczyna matka, wciąż wodząc palcami po moim rozgrzałym policzku, lecz ja strząsam jej rękę i staram się sprawić jej podobny ból do tego, który odczuwam, jedynie samym wzrokiem, choć wiem, że to niemożliwe.
Dobijaj mamusię, jak to miło z twojej strony. Bo przecież to wszystko to jej wina, prawda.

Oddalam się od niej i podchodzę bliżej drzwi, próbując wymacać klamkę. W końcu mi się udaje i pociągam za nią gwałtownie. Mahoń zaczyna niemiłosiernie skrzypieć, otwierając się na oścież tak niespodziewanie, że prawie upadam na twarz.
Nora przeniosła się do Blogaskowa, więc pojawiły się w niej drzwi z mahoniu. Ciekawe, czy z mosiężną klamką.

- Nie wiem jak ty, ale ja nie zamierzam tylko czekać! - krzyczę, czując, jakby złość kapała z mojej twarzy, niczym kropelki deszczu, gdy zabraknie nam parasola.
Aż się spociła od tego wkurwu?

Puszczam się pędem, sama do końca nie zdając sobie sprawy, kiedy stopy rozpoczynają szaleńczy galop i zamieniają się w kopyta, a ja jestem koniem. Nie jestem też pewna, jaki mam cel w tej ucieczce, ponieważ i tak nie wiem, gdzie jest obecnie którykolwiek z osób mi bliskich.
Ale biegnę, bo co tam, a nuż wrąbię się w jakiś rów i złamię nogę, a to będzie takie bohaterskie, że hoho!
Leci bo chce, bo wolność to zew, czy są pieniądze czy nie. Czy jakoś tak.

(...) Rozglądam się trzeźwym wzrokiem po okolicy, nie wyłapując żadnego żywego obiektu.
Nawet roślin tam nie było...?

Wzdycham z rezygnacją i właśnie w tym momencie moim oczom ukazuje się postać na miotle. Twarz okrywa czarna peleryna, zasłaniająca ją w całości, więc nie jestem w stanie rozróżnić, kim jest tajemnicza osoba.
Jeśli leci na miotle, okręciwszy twarz peleryną? Śmierciożercą-kamikaze, na trzy sekundy przed roztrzaskaniem się o bazę wroga.
Oj tam zaraz kamikaze:, zaplątał się w przydługi płaszczyk biedaczyna.

Wtem postać wyciąga rękę i przywołuje mnie gestem dłoni. Marszczę brwi, ale mimowolnie moje stopy zaczynają się poruszać i sama do końca nie wiem, kiedy znajduję się po drugiej stronie. Czuję się na swój sposób w transie, otumaniona pięknem długich, zwinnych palców, które wciąż wzywają mnie cierpliwie.
O boru, toż to Salad Fingers!

Podchodzę trochę bliżej, choć zachowuję w sobie resztki ostrożności i dotykam dłonią pazuchy, gdzie przewieszona jest moja różdżka. Wmawiam sobie, że jestem bezpieczna, choć płomyki zdrowego rozsądku mówią mi, że to nie Harry, ani żaden inny mój bliski. Jakaś niewidzialna siła wmawia mi jednak, że nie muszę się bać.
Imperatyw Blogaskowy. I powinnaś.

I właśnie wtedy z peleryny wyślizgują się złote kosmyki.
To Jaime Lannister.
Albo Roszpunka.

Postać odkrywa czarną zasłonę i dostrzegam charakterystyczną twarz Dracona Malfoya. Mięśnie żuchwy ma napięte, a stalowo – szare tęczówki mierzą mnie w skupieniu, jakby chłopak coś kalkulował, a przy tym bił się z myślami. Kolor jego oczu przywodzi mi na myśl piękno księżyca, którym zawsze pasjonowałam się w dzieciństwie.
Znaczy... bladoszary i z plamami?

Zastanawiam się, jak to możliwe, że jest tak daleko, a jednak widzę go wyraźnie. Kto, Malfoy? Zawsze po kolacji biegłam na górę domu, do mojego pokoju i wpatrywałam się zafascynowana w tą szarą plamę do czasu, aż moje powieki nie opadły, a głowa zsunęła się bezwładnie na poduszkę.
Czy ja dobrze rozumiem? Bohaterka w dzieciństwie co wieczór wpatrywała się w oczy Malfoya, który stalkował ją przez okno?

Odwracam wzrok od twarzy Malfoya i właśnie wtedy dostrzegam, że zdołał już wyjąć różdżkę i wycelować nią we mnie. Czuję się taka bezbronna, naga i niewinna, stojąc sam na sam z moim wrogiem, odziana jedynie w piżamę i kolorowy szlafrok.
Zrzuć piżamę i szlafrok (kwi, ona tak wybiegła ratować przyjaciół? Gratulacje!), jak rzeczywiście będziesz naga, to go zdezorientuje, a ty go wtedy ŁUPS zaklęciem!

[Po czterech akapitach ględzenia Ginny też wyciąga różdżkę i celuje w Dracona.]
- Na co czekasz ? - szepczę do siebie, ale jemu chyba udaje się to wyłapać uchem. W końcu pomiędzy nami otacza się las ciszy.
Las ciszy, co sam się otacza. Jeśli w tym blogasku nie zacznie się coś dziać, mnie też zaraz coś otoczy. Najpewniej zagajnik wkurwienia.

Swoją różdżkę wycelowuje prosto w moją twarz. Ogarnia mnie fala paniki i strachu która zatapia las ciszy z głośnym CHLUST!, pragnę uciec lub teleportować się z tego rzeczywistego koszmaru, pomimo, iż za to mogę zostać wydalona z Hogwartu.
Taaa, wyrzucenie ze szkoły to bardzo poważny problem w tych okolicznościach.

Ale przynajmniej przeżyję.
Po moim policzku spływa zagubiona łza, a dłonie zaczynają się pocić i trząść.

- Co ty tu robisz? - pyta Malfoy beznamiętnym głosem, choć mogę przysiąc, że słyszę w nim nutę troski, która w końcu została zagłuszona przez inną melodię.
- "Wyklęęęęty powstań ludu ziemi!"
Nie, to była pieśń z dalekich krajów, śpiewana przez dziwne istoty:


55 komentarzy:

tuptaczek pisze...

W sumie w tym blogasku najlepsza była melodia na koniec ;)
Ale i tak się uśmiałam :D

Anonimowy pisze...

Nigdy nie wiadomo. Moze teraz tak zamiast poetyckich epitetowmowi sie o kulinarii? Hmm, ja tez sprobuje. Usmialam sie jak syczacy czajnik z syropem malinowym,, ktorego przykrywka jest zaslonieta zgnilym jogurtem. Ujdzie? No wlasnie nie. Bylo swietnie! :-)
Przepraszam, ze pisze bez znakow interpunkcyjnych, ale nie rozgryzlam do konca nowego sprzetu...

Anonimowy pisze...

To była III część Indiany,nie I.
A Voldemort kopał studnie dla biednych dzieci w Afryce.
Bohaterka w dzieciństwie co wieczór wpatrywała się w oczy Malfoya, który stalkował ją przez okno?
Zagajnik wkurwienia - rzondzi!!!!

Chomik

Lawinia pisze...

Jeszcze nie dokończyłam, więc bardziej sensowny komentarz później, na razie tylko mała uwaga:jest Jaime Lannister, nie Jamie Lannister. A teraz zmykam i czytam dalej.

Anonimowy pisze...

tak... bardzo... męczące opko.

Anonimowy pisze...

Kwiiik! Cudo, po prostu cudo. Takie blogaski są najlepsze ;) Szczerze mówiąc nie zdziwiłabym się, gdyby Ginny okazała się córką Voldemorta i jednorożca, który z kolei był półkrwi... tfu! półdżemu naleśnikiem... Gorzej mi.
Pozdrawiam,
Miv

SzalonaSzurnięta&Stuknięta pisze...

Las Ciszy zalany prze falę z głośnym CHLUST! - I love it!
Będzie następna część?
Pzdr,
Szalona

Anonimowy pisze...

Zagajnik wkurwienia rozłożył mnie na łopatki :D Analiza absolutnie borska :D Czekam z niecierpliwością na kolejną część, w nadziei, że w opku zacznie się jakaś akcja...
alessandra

Anonimowy pisze...

'Czy ja dobrze rozumiem? Bohaterka w dzieciństwie co wieczór wpatrywała się w oczy Malfoya, który stalkował ją przez okno?' < I to przed czasami Twilightu(!).

Borze, tyle tekstu i jeszcze nie ma seksu, ani nawet macania (o akcji nie wpominając). Ach, te romantyczne dusze. Jestnocia i jej krewniaczki chyba nas rozpuściły...

Chloe

rinoasin pisze...

Boru, nie wiem co mnie bardziej załamało - to bełkotliwe opko, czy też pełne zachwytu komentarze na blogasku:(. A porównanie krwi do dżemu sprawiło, że już nigdy nie spojrzę na dżem w taki sam sposób:D

ruda pisze...

To chyba jeden z nudniejszych blogasków, jakie tu widziałam. Przez dwa rozdziały Ginny: płakała na grobie, stała przy oknie, biegła, spotkała Malfoya. Srsly?

Anonimowy pisze...

Kwiiik,jedna z lepszych analiz.

<Moje uczucia też są czasem <mieszane, ale nie potrzebuję do tego łyżki.


<Mam blender.

Najlepszy tekst.


A krew niczym dżem z naleśnika mie rozłożyła na łopatki.

I zagajnik wkurwienia <3

Heksakosjoiheksekontaheksafobia

Sweetness pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Serenity pisze...

Kwi, te homeryckie metafory są straszliwe. Gdyby nie wy to chyba nie dałoby rady tego przeczytać.

Sweetness pisze...

Witaj.
Bardzo dziękuję za tak szczegółową analizę mojego bloga, to naprawdę miłe, że istnieją ludzie tacy jak Wy. Czuję się wyróżniona, że z milionów blogów wybrałyście mnie. To strasznie miłe. Tylko współczuję Wam tej straszliwej zazdrości, jaką do mojego bloga żywicie i w sumie Wam współczuję. Ale tak poza tym dziękuję za uświadomienie mi, że wciąż istnieją ludzie będący na poziomie małp. Dużo się dowiedziałam, dzięki Wam!
Pozdrawiam i zalecam stworzenie czegoś własnego, nim zaczniecie się czepiać innych. Wtedy będziecie mogli zobaczyć, jaka czuję się szczęśliwa i wyróżniona :)

pingwiniara pisze...

^Jakby było czego zazdrościć :D

Sweetness pisze...

No na pewno można bardziej zazdrościć mojego bloga, niż tego. Wybaczcie Drogie Analizatorki, ale jest to po prostu żałosne i tyle :)

Anonimowy pisze...

Nie ma to jak udawać osobę dobrze wychowaną i "wyróżnioną", sypać uśmiechniętymi emotkami jak z rękawa a jednocześnie wyzywać od "ludzi na poziomie małp". My śmiejemy się z twojego opka, nie z ciebie, więc pohamuj chamstwo, obrażona dziewczynko.

Sweetness pisze...

Rozumiem Was, dlatego właśnie uważam, że to trochę żałosne, że musicie obrażać czyjeś blogi, nie ukazując swoich prac. Nikogo nie mam zamiaru obrażać, a moje słowa kierowane były do ogółu, chodziło mi o to, że jedna osoba coś opublikuje, a Wy jak ,,małpy" za nią ślepo idziecie.
Moje emotkiony były podkreśleniem współczucia, że w dzisiejszych czasach dzieci zamiast chodzić z przyjaciółmi na spacery, obrażają innych blogowiczów.
Pozdrawiam.

emilyanne pisze...

Sweetness, wiem, że krytyka nie jest czymś, co lubisz - o tym już zdążyłam się przekonać, jeśli jeszcze pamiętasz. Chciałam Cię jedynie uświadomić, ze Przyczajona Logika, to najlepiej działająca analizatornia, mająca rzeszę fanów, w dodatku uświadamiająca autorów o tym, jakie błędy popełniają i dostarczająca tym samym mnóstwo kwiku. Przypominasz sobie awanturę, którą urządziłaś mi za to, że stwierdziłam, iż Twoje opisy ciągną się jak flaki? Dżem jest najlepszym dowodem na to, że nie wyssałam tego ze swojej łyżki.
Pozdrawiam ciepło, Sweetness! :)

Co do analizy... Dziewczyny, ścięło mnie, jak zobaczyłam, co analizujecie. Zwykle w wybieranych opkach jest masa błędów, najwięcej tych logicznych, a Wy wybrałyście zabawę z długimi opisami! :D Dużo kwiku było. Swoją drogą zastanawiam się, do czego zostałby porównany naleśnik z Nutellą... :D

Anonimowy pisze...

'tej straszliwej zazdrości' Wzdech. Innych comebacków Was teraz w gimnazjach nie uczą?

C.

Kalevatar pisze...

Witaj, Sweetness.
Z żalem informuję, że nasz analizatorski mail służy do zgłaszania nam opowiadań zasługujących na analizę - a nie do gróźb. Twój blog i nasz są publicznie dostępne, nie będziemy więc tej korespondencji prowadzić w ukryciu, prawda?

Napisałaś między innymi: "A i dziękuję, że moj blog jest dla Was taką inspiracją i rozładowaniem emocjonalnym, szkoda, że nielegalnym. I jeżeli choćby kulturalnie mi nie odpiszecie, to podejmę - chyba oczywiste dla tak inteligentych trolli - działania."

Po pierwsze więc: nie łamiemy prawa. Ustawa
z dnia 4 lutego 1994 r.
o prawie autorskim i prawach pokrewnych mówi:

"Art. 29.

1. Wolno przytaczać w utworach stanowiących samoistną całość urywki rozpowszechnionych utworów lub drobne utwory w całości, w zakresie uzasadnionym wyjaśnianiem, analizą krytyczną, nauczaniem lub prawami gatunku twórczości.

Art. 34.
Można korzystać z utworów w granicach dozwolonego użytku pod warunkiem wymienienia imienia i nazwiska twórcy oraz źródła. Podanie twórcy i źródła powinno uwzględniać istniejące możliwości. Twórcy nie przysługuje prawo do wynagrodzenia,
chyba że ustawa stanowi inaczej."

W skrócie: owszem, możemy cytować Twoje opowiadanie w celach krytycznych. To całkowicie legalne. Tak długo, jak zaznaczamy, skąd pochodzi cytowany tekst. Widzisz link na początku naszej notki?

Po drugie: nie Ty pierwsza (ani pewnie ostatnia) grozisz nam jakimś mitycznym "zgłoszeniem do Onetu", wujkiem prawnikiem czy jakakolwiek inną próbą zamknięcia bloga. Nie robimy nic nielegalnego, nie masz się więc do czego przyczepić. Face it.

Po trzecie: byłaś łaskawa napisać "Otóż bez mojej zgody NIKT nie może obrażać mojego opowiadania, a już ma pewno nie jakieś trolle." Pominę uroczy konstrukt myślowy, zgodnie z którym trzeba kogokolwiek prosić o zgodę na obrażanie - serio? - i przejdę do sedna. Gdybysmy napisały "blog XYZ jest głópi, a jego autorka na poziomie małpy", to byłoby obrażanie. My wykonałyśmy analizę krytyczną tekstu i napisałyśmy, co w Twoim opku jest złe: błędy ortograficzne i interpunkcyjne, kuriozalne porównania (krew jak dżem z naleśników? poważnie?), rozwlekłe metafory be związku z czymkolwiek, rozwlekłość, nuda, używanie słów niezgodnie z ich znaczeniem - i wiele, wiele innych, które dostrzegłabyś, gdybyś spróbowała zrozumieć, o czym traktują nasze komentarze. Wolisz unieść się honorem - Twoja wola. Ale nie zarzucaj nam czegoś, czego nie robimy.

I tu płynnie przechodzimy do następnej rzeczy - nie, nie musimy pytać Cię o zgodę na zanalizowanie Twojego opowiadania. Sama nam ją dałaś publikując tekst w Internecie. Wystawiłaś swój tekst na ocenę czytelników, więc teraz weź na klatę to, że ktoś mógł dostrzec w nim błędy. W tym wypadku my.

Ostatnia rzecz: nie będziesz nam mówić, co mamy robić. Pokazać Ci tego, co same zrobiłyśmy, żeby uzasadnić swoje prawo do ocieniania Twojego tekstu. Ani iść na spacer ani zająć się czymkolwiek innym. "Jak ci się nie podoba, to zrób lepsze" to słaby argument, zwłaszcza gdy nie ma się pojęcia, z kim się rozmawia. Tak samo jak nazywanie trollem kogoś, komu po prostu nie spodobał się Twój tekst.

Aha - i nie kończ maila zwrotem "z poważaniem", gdy z każdego Twego słowa wynika, jak bardzo nas nie poważasz. To jeszcze słabsze.

Pozdrawiam,
Kalevatar

Sweetness pisze...

Dobrze, róbcie co chcecie z moimi opowiadaniami, tylko nie musicie mnie o tych rewelacjach informować. Bardzo się cieszę, że przytaczacie nawet ustawy, bo to oznacza, że musiałyście się sporo postarać. Ok, w porządku, skoro wytykanie - rzekomych - błędów sprawia Wam radość, to dobrze. Ja mam zamiar zakończyć tę sprawę w normalnej atmosferze. Mam tylko prośbę: nie powiadamiajcie mnie o kolejnej notce, to nie jest mi do szczęścia potrzebne, zwłaszcza, iż mój blog jest zawieszony.
Pozdrawiam.
P.S ,, Z poważaniem" oznacza, że Was poważam, a co Wam się wydaje, to już Wasz problem.

Kalevatar pisze...

Informujemy o samym fakcie zanalizowania, nie o każdej nowej notce. Co do "rzekomości" błędów, jestem pewna, że sama je dostrzeżesz, gdy za jakiś czas nabierzesz do swojego opowiadania trochę dystansu. A co do Twojego "poważania" - cóż, gdybym ja nazwała kogoś pozbawionym własnego życia trollem i zawistnikiem na poziomie małpy, nie świadczyłoby to o moim poważaniu do tego kogoś. Ale to nie pierwszy przypadek, gdy najwyraźniej rozumiesz słowa inaczej, niż wszyscy pozostali.

Pozdrawiam.

Sweetness pisze...

Chodziło mi o mój blog, ponieważ napisałyście ,,część 1". To ja informuję, że części 2 do szczęścia nie muszę zobaczyć. To chyba Ty nie rozumiesz intencji innych osób.
Nie, ja mam szacunek do wszystkich osób, nawet tych, które tak jak Ty starają się zepsuć mi niedzielne popołudnie.
Oczywiście, nie ma to jak pisać o mnie różne spiskowe teorie, nie znając mnie. Możesz krytykować moje blogi, ale od mojej osoby się - delikatnie mówiąc - odczep.
Ja naprawdę mam już dość tych kłótni ,, na poziomie" i proszę Cię o ich zakończenie. Mniej więcej pojmuję cel Waszej ,,ocenialni", więc nie uważam za stosowne kontynuowania sporu.
Pozdrawiam i mam nadzieję, że dobrze zrozumiesz moje słowa ( znaczą one tyle, iż mam wielką przyjemność zakończyć - z mojej strony - tą kłótnię) :)

Anonimowy pisze...

"niż już nie będzie takie jak wcześniej."
"Teraz będzie już tylko wyż. Demograficzny."

[tu wstaw zwyczajowy żart o becikowym]

Ładna analiza, scenki z życia codziennego bogów też mnie urzekły.

A "krew z naleśników" wcale nie jest takim złym pomysłem. Potrafię to sobie wyobrazić - ot, blady naleśnik, zwinięty w rożek, pękaty od nadzienia, po którym ktoś przejeżdża nożem, a z nacięcia powoli wypływa czerwona strużka. Thomas Pynchon dałby radę. Tyle że takie nietypowe porównanie trzeba zrobić sprytnie, jeśli zestawi się je z napuszonym "karmazynowym płynem" i "zmarszczkami jak plisy na balowych sukniach", to efekt jest ni przypiął, ni wypiął. Poza tym dżem z naleśnika raczej nie będzie się "wylewał" (bo jest gęsty i nie jest go dużo), tylko wypływał albo się sączył.

62-letnia starowinka trochę przeraża, ale spokojnie - jeśli autorka ma te kilkanaście lat, to normalne, że każdy powyżej 30-stki jest dla niej staruszkiem (pomarszczonym i trzęsącym). Na szczęście z takich wyobrażeń się wyrasta, czasem już przed trzydziestką.

Sweetness pisze...

Nie, nie uważam, że ktoś koło 30 jest stary i chyba mam trochę więcej lat, niż myślisz. Jednakże osoby w wieku 60 lat umówmy się skóry jak pupcia niemowlaka nie mają, prawda :)?
Chciałam podkreślić również to, że nie tylko wiek, ale i przeżycia, które otrzymała w życiu, sprawiły, że stała się cieniem swojego wcześniejszego Ja. I nie mogła tryskać energią i latać na miotle, podczas, gdy jej ukochany nie żyje.

Anonimowy pisze...

analiza ja zwykle świetna dziewczyny, trzymacie poziom. Rozwalił mnie cytat z sensu zycia Monty Phytona, i Tom Hiddleston, którego swoją drogą dość często widuje w analizach. Czyżby fanki Lokiego wyczuwam? ;)

Adawinry Chou Kurineko pisze...

Opko miało potencjał. Opis tego, jak Ginny tęskni za Draco rozczulił mnie i prawie wzruszył. Bardzo lubię motyw, że po śmierci ukochanej osoby już nikogo nie można pokochać, bo sama bym nie potrafiła. Ach, ta moja romantyczna dusza, przepraszam, taka moja natura.

A potem nagle... KREW JAK DŻEM Z NALEŚNIKÓW! I cały mój zachwyt i oburzenie tym, iż wzięłyście na warsztat dobre opko, poszło w pizdu. Potem było już tylko gorzej.

Nie ma to jak wnerwiona aŁtorka. Sama czasem się boję, że ktoś zanalizuje mi bloga, ale myślę, że wtedy bym pokiwała głową i spojrzała z innej perspektywy na moje opko, a nie wyzywała analizatorów.

Dziękuję za uwagę, idę zjeść naleśnika z dżemem.

Mignon pisze...

A ja chcę podziękować ałotreczce blogaska, która to ostatecznie zmotywowała mnie do napisania tego komentarza, a raczej opowiedzenia swojej Jakże Wciągającej Historii Która Nie Ma Końca.
Trzy lata temu moje własne opko zostało zanalizowane na Przyczajonej Logice i zachowałam się dokładnie jak Sweetness, czyli pretensje, że tak przecież nie można, groźby i ogólnie wyzwiska pod adresem Analizatorek.
Ale potem stała się rzecz niesłychana. Jakimś cudem, wiedziona ciekawością i potrzebą udowodnienia sobie, że może jednak nie jestem najgorszą pisarką na świecie, zaczęłam regularnie wchodzić na Przyczajoną. Zostałam stałą czytelniczką, nocami budziłam śmiechem sąsiadów czytając analizy i ogólnie prawdopodobnie jestem jednym z Waszych najwierniejszych "cichych" czytelników, którzy wchodzą, czytają, dobrze się bawią, ale nie komentują z różnych powodów.
W momencie pisania pamiętnego, zanalizowanego opka (którego adresu nie podam, bo to dla mnie wstyd i hańba) miałam lat dwanaście, a już w tym wieku moja przygoda z "pisaniem" trwała ponad rok, czyli klasyczny przypadek dziecka z podstawówki, które podaje się za siedemnastolatkę.
Oczywiście krytyki przyjąć nie potrafiłam, blog zawiesiłam, opuściłam i zaczęłam pisać tysiące innych, zapewne jeszcze straszniejszych pod względem poprawności językowej. Całe szczęście, że wyparłam z pamięci ich fabułę, bo mogłaby być ona źródłem jakiejś poważnej traumy.
Ale mniejsza. Im dłużej Przyczajona Logika istniała, tym ja dłużej ją czytałam, im dłużej czytałam, tym starsza i (mam nadzieję) mądrzejsza się stawałam. Blogaski o różnej tematyce prowadziłam jeszcze dwa lata i dopiero w zeszłym roku, odkrywając dla siebie Tą Jedyną Słuszną Tematykę, przeniosłam się na fora tematyczne oraz częściowo na fanfiction.net, ale chyba znowu zboczyłam z tematu.
Chciałabym, drogie Analizatorki, żebyście wiedziały, że dzięki Wam odkryłam, co to znaczy być autorem, nawet jeśli tylko takim internetowym. Ludzie nie tylko chwalą, a wiąże się to z przyjmowaniem wszelkiej krytyki i braniu do siebie tylko tej, która jest obiektywna, prawdziwa oraz w żaden sposób mnie, jako autora, nie obraża.
Już od jakiegoś czasu łapię się na tym, że pisząc, zastanawiam się: "A co powiedziałyby Kalevatar i Pigmejka, gdyby to przeczytały?" i jeśli mogę wymyślić do własnego tekstu ironiczny, iście analizatorski komentarz, natychmiast poprawiam jego treść i w duchu dziękuję za to, że mój blog ktoś kiedyś zanalizował! Ironia w czystej postaci.
Nawet nie wiecie, ile porządnego kwiku i perełek ortograficznych (które rozbawiają mnie wciąż i wciąż, za każdym razem jak o nich pomyślę!) znalazłam we wziętych przez Was na warsztat opkach. Oczywiście trudno mi było podejść z humorem do własnego tfforu, ale ostatecznie się udało i możecie mnie uznać za Bardzo Nawróconą Ałtoreczkę, która, po ponad roku użalania się nad sobą, powoli zaczęła się wyrabiać.
Chciałam nadmienić także, że obecnie zarówno jak jak i moje dwie zaprzyjaźnione Bezwzględne Bety, obecnie obie w trakcie studiów lingwistycznych, czytamy i rozkładamy na czynniki pierwsze moje teksty przed jakąkolwiek publikacją w sieci i, w dużej mierze dzięki Wam, piszę opowiadania zdecydowanie dużo lepsze niż trzy lata temu, bo, niespodzianka, okazało się, że jednak mam do tego talent, i to całkiem spory.
Mam nadzieję, że opowiadając to, pokazałam Wam, drogie Analizatorki, że niektóre ałtoreczki z wiekiem rzeczywiście mądrzeją. ;)

Pozdrawiam, ściskam, całuję i biję pokłony,
Mignon

Anonimowy pisze...

Brawo za "kórturarną" dyskusję. Autorka zamiast strzelać focha powinna wyciągnąć wnioski z uwag Analizatorek, które w sposób niekiedy złośliwy, ale jakże trafny wytykają braki Pisaków. One naprawdę znają się na rzeczy, słuchanie ich nie jest ujmą na honorze.

Anonimowy pisze...

@Mignon
Nie no, ja się popłakałam.
Ale serio, ciekawa i miła historia :)

Anonimowy pisze...

"Starowinka" jest słowem, które zwyczajowo odnosi się do kobiet w naprawdę podeszłym wieku. Jeśli wpisze się je w google - grafika, na pierwszych pozycjach wyrzuci takie obrazy:

Raz.
Dwa.

Czy tak właśnie ma wyglądać bohaterka tekstu? Ginny z opowiadania zdecydowanie nie jest jeszcze staruszką, a co najwyżej "starszą panią".

"Jednakże osoby w wieku 60 lat umówmy się skóry jak pupcia niemowlaka nie mają, prawda :)?"

Ale włosy bohaterki jakimś cudem wciąż są "płomiennorude" a nie siwe, i to pomimo ciężkich przeżyć (farbuje? :D).

Babatunde Wolaka pisze...

Ja mam szczerą nadzieję, że autorka tego opka też przeżyje nawrócenie i weźmie sobie do serca surowe, acz sprawiedliwe komentarze Analizatorek, gdyż opko jest zrobione z bardzo nudnego stylu. Aha, i będę bezlitosny - wcale nie jestem zazdrosny, bo umiem lepiej :P

"Pewnie wydaje ci się to dziwne, ale taka prawdziwa, idealna cisza, zdaża się niezwykle rzadko i trzeba na nią czekać czasami nawet latami."
Zebranie funduszy na lot szybowcem rzeczywiście może zająć całe lata.

Fun fact: wczoraj na obiad miałem naleśniki z dżemem.

Borówka pisze...

Tęskniłam za potterowskimi opkami. Dzięki za przyjemnie spędzony wieczór ;)

Anonimowy pisze...

Nabrałam ochoty na naleśniki po lekturze samych komciów. Chyba po powrocie z biblioteki machnę się do sklepu po proszek do pieczenia i mąkę.
A co do flejmu z autorką - a tak właściwie to dlaczego nie dacie linków do swojej twórczości? Skończyłoby się jęczenie o zazdrości.
Nefariel

Anonimowy pisze...

XD dyskusja "na poziomie" w tych komentarzach konkuruje z tą analizą, przednio żeśmy się ubawiły przy jednym i drugim.
Pozdro dziewczyny i trzymajcie tak dalej :D

Anonimowy pisze...

Analiza przednia^.^ odpadłam przy ' "Wyklęęęęty powstań ludu ziemi!". Jesteście wspaniałe.

I Tobie droga ałtorko tego tforu także dziękuje, dzięki Tobie zabawa trwała dłużej.:)
Róża

Andinn pisze...

Cóż a niezwykle bełkotliwe opko. Jednak nie ma to jak dobry stary HP^^. Tu podaje pewien idealny do analizy blogasek http://j-rock-tales-shayen.blogspot.com/

burleska pisze...

Ja skomentuję krótko, bo i tak już mam wyrzuty sumienia, że zawalam kolejną noc (ale wciąż się nie uczę -.-). Po pierwsze to strasznie się cieszę, że potterowe opko, zwłaszcza że inne od pozostałych- dziewczyna nie ma 16 lat, nie schodzi na śniadanie, no i pokemoniastych wtrąceń też ni. Jak dla mnie im więcej Hp tym lepiej :)
Po drugie to chciałabym się odnieść do starowinki. Czytałam komentarze i już pomijając rudy kolor włosów a zmarchy wszędzie, to chciałabym zwrócić uwagę, że czarodzieje żyją dłużej niż mugole, więc u nich wiek 60 lat to może być wciąż jeszcze wiek średni a nie podeszły. Nie wiem czy Joaśka podała dokładnie, jakiego wieku dożywają czarodzieje, ale wydaje mi się, że Albus miał ok. 120 lat, czyli dwa razy więcej niż Ginny starowinka...

Anonimowy pisze...

Jestem przekonana, że Andrea była ośmiornicą :D
Świetna analiza - potwierdzone wielokrotnym zakwikiem.

I tu, Szanowne Analizatorki, prośba:
więcej potterowych, błagam!


Lumi

Pigmejka pisze...

Cieszymy się, że analiza się Wam podoba! ;)

@Mignon - wspaniała historia. :D Dziękuję Ci za ten post. Naprawdę BARDZO nam miło czytać takie wiadomości! Pozdrawiam Cię ciepło! :*

Anonimowy pisze...

Czy czujecie się hejterkami lub 'sflustrowanymi' pannicami? (pisownia oryginalna z przytoczonego niżej źródła) ; > Przy wpisywaniu Przyczajonej logiki w Google wyskakuje mi oto urażone to http://zakazany.mojeforum.net/temat-vt704.html Szkoda, że bardziej się nie rozrosło.

Anonimowy pisze...

Na tym forum przytoczona jest historia panny, która widząc jeden nieprzychylny komentarz na swoim blogu przestała pisać. Złe recenzje są przykre, ale ciekawe, co by zrobiła pisząc zawodowo i mając do czynienia z dziesiątkami, setkami, albo, jak JKR - tysiącami złych opinii.

Maria Teresa pisze...

Wow, to opowiadanie jest jeszcze bardziej powalające :) Uśmiałam się nieziemsko. Dzięki Wam! :)

Anonimowy pisze...

What's up i am kavin, its my first time to commenting anyplace, when i read this piece of writing i thought i could also create comment due to this brilliant post. polecam stronÄ™, http://connect.efind.com/index.php?do=/blog/42818/sex-ogłoszenia/

Anonimowy pisze...

Fine way of explaining, and nice post to obtain facts about my presentation subject, which i am going to
present in school.

Here is my site; kliknij

Anonimowy pisze...

My spouse and I absolutely love your blog and find many of your post's to be precisely what I'm looking for.
Would you offer guest writers to write content available for you?

I wouldn't mind creating a post or elaborating on a lot of the subjects you write related to here. Again, awesome site!

Also visit my website :: kliknij

Anonimowy pisze...

Hey there! I just wanted to ask if you ever
have any trouble with hackers? My last blog (wordpress) was hacked and I ended up
losing several weeks of hard work due to no backup. Do you have any methods to protect
against hackers?

My page; kliknij

Anonimowy pisze...

You could certainly see your expertise in the work you write.

The arena hopes for more passionate writers such as you who aren't afraid to mention how they believe. All the time follow your heart.

Here is my web-site - goalonline.net

Anonimowy pisze...

Hey there! I simply wish to give you a big thumbs up for
the great info you have right here on this post.

I'll be coming back to your web site for more soon.

Stop by my weblog :: kliknij

Anonimowy pisze...

I do consider all of the ideas you have presented for your post.
They're really convincing and can definitely work. Nonetheless, the posts are very brief for newbies. May you please prolong them a bit from subsequent time? Thanks for the post.

Feel free to visit my weblog: megayoga.co.uk

Anonimowy pisze...

Hm... szczerze mówiąc analiza jakoś nie przypadła mi do gustu. Ten blogasek nie był aż taki straszny. Nawet z początku musiałam zauważyłam ładne słownictwo i twórcy (może tylko ta krew jak dżem mnie powaliła :D ), ale widziałam gorsze rzeczy w internetach.
Mimo to pozdrawiam ciepło.

Sławomira pisze...

,,To "zaróżowiałe" brzmi, jakby policzki zaszły jej jakimś różowym parchem..."

Trądzik różowaty to straszna rzecz, nie śmiej się.

Alice Murphy pisze...

"Krew jak dżem z naleśnika". Napawam się.
*wyobraża sobie małe, zabiedzone, wygłodzone bezdomne emo, które za resztki z trudem uciułanych pieniędzy kupuje żyletkę, nacina nadgarstek i zlizuje wypływający z powstałej dziury gęsty wiśniowy dżem z kawałkami owoców, po czym z uśmiechem oblizuje usta*
*pada na zakwik*