piątek, 16 listopada 2012

Buhuu, jestem pająkiem!, czyli kiedy Draco poznał Ginny, część II




Witajcie!

Dziś dalszy ciąg przygód Ginny, co to rozsądkowi i logice się nie kłaniała. Wprawdzie po flejmie pod poprzednią analizą aŁtoreczka ukryła blogaska, ale na szczęście miałyśmy wcześniej skopiowaną ilość tekstu wystarczającą  na drugą część - i oto jest. W tym tygodniu dowiecie się, że księżyc ma kolor oczu Malfoya, on sam okaże się buddą, główna bohaterka będzie latać po rżysku w szlafroku, a na sam koniec stanie się jasne, że nie jest osobą, tylko wnętrznościami Harry’ego.
Miłego!


PS Wprowadziłyśmy małe ułatwienie - otagowałyśmy analizy, żebyście mogli łatwo znaleźć te dotyczące interesującego Was fandomu czy motywu. Lista etykiet wisi pod spisem analizatorni.

W tym tygodniu Kalevatar i Pigmejce pomaga analizować Szprota.




Chłopak wyraźnie unika odpowiedzi na moje pytanie, udając, że wcale go nie słyszał.
Kiwam przecząco głową, jakby chcąc go zapewnić, że jestem bezbronna i nie musi mnie atakować.
Wyglądam przy tym trochę jak opętany bułgarski dzięcioł.
Albo jak ktoś, komu mucha wleciała do ucha i próbuje ją wytrząsnąć.

Szczerze mówiąc, ruchami swojego ciała wcale go nie okłamałam.
On po prostu źle kumał te kocie ruchy.

Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy : on ma miotłę, dzięki której może szybko zmienić położenie i zapewne zapas zaklęć do nękania ofiar, a ponadto jest Śmierciożercą.
A co mam ja? Szlafrok, różdżkę co prawda posiadam, ale w takiej chwili i tak nie wymyśliłabym żadnego skutecznego zaklęcia.
Skoro nie potrafisz wymyślić  żadnego sensownego zaklęcia w walce z JEDNYM przeciwnikiem nie dziw się, że nie wzięli cię na akcję. Co więcej, pokazuje to, jak bardzo wielką zawalidrogą byś na niej była.
Naprawdę muszę w tym momencie wspomnieć o tym, że kanoniczna Ginny nie bała się postawić Malfoyowi już lata temu, gdy dopiero miała pójść do szkoły, albo o tym, że nie bała się wyruszyć z Harrym do Ministerstwa choć wiedziała, że pewnie spotkają tam Voldemorta? No i że była świetną czarownicą? Jak widać, w blogasku z tego wszystkiego pozostały tylko włosy.
A i to jest wątpliwe, ale nie uprzedzajmy faktów.

Pozostaje mi jeszcze ... niewinna minę damy w opresji?
No po prostu świetnie, zwycięstwo gwarantowane. Możecie już posyłać zakłady.
Co chcesz, DILDO, czyli - jak mawia Sapkowski - damsel in lethal distress, o! to stary dobry motyw, bardzo często eksploatowany.

Otwieram usta i chcę wydusić odpowiedź na pytanie Malfoya, gdy ten ciska we mnie zaklęciem.
Zaklęcie z pytaniem, oto, co nazywam krzyżowym ogniem pytań.

Przed chwilą jestem tak przestraszona, że nie słyszę nawet jakie, choć jestem pewna, że nie jest niewerbalne.
Nie martw się, pewnie za chwilę poczujesz.
Noo, już jej się następstwo zdarzeń pokręciło w zdaniu, to pewnie to.

Moje ciało przygotowuje się na ból, zaczynam przyzwyczajać mózg z myślą, że w najlepszym wypadku zaraz umrę.
Mózg przyzwyczaja się do myśli, choć reaguje na tę nowość złowieszczym bulgotem.
Gdyby to było zaklęcie torturujące, to dawno byś wyła z bólu, smarkulo. Nie myśl tyle, tylko ZRÓB COŚ.
Może ona ma taki czas reakcji, że przy dobrych wiatrach poczuje to zaklęcie za jakiś kwadrans?

Chyba, że Malfoy zechce się przed tym mną pobawić.
Mija kilka minut, (podczas których ja tak stoję i się trzęsę, a Malfoy siedzi na miotle i przeziębia sobie korzonki) a ja nadal nie doświadczam żadnego uczucia, prócz rojącego się gdzieś w mojej głowie płomyka nadziei, że złotowłosy wcale nie chce mnie unicestwić. Po chwili dochodzi do mnie, że zamknęłam oczy.
Po jeszcze dłuższej, że mogę je otworzyć. Yay, mam moc sprawczą!
Zamknęła oczy, złożyła usta w dzióbek i szykowała się na pocałunek prawdziwej miłości. Innej strategii tu nie widzę.

Niepewnie uchylam powieki i nadal widzę ten sam obraz. Z taką różnicą, że chłopak teraz trzyma w dłoni dwie różdżki.
Zamrugaj znowu, może będzie miał trzy. Po kolejnym mrugnięciu zacznie żonglować.

Użył zaklęcia Experialmus! - krzyczy mój mózg, napawając mnie falą euforii.
W sensie że przywołał mus z pompy cyrkulacyjnej? To musi być jakaś wyjątkowo wyrafinowana tortura.
Gdybym miała tak hałaśliwy i leniwy mózg, chyba bym go sobie wytrząsnęła przez ucho.
Nie przyszło jej do głowy, że może najpierw ją rozbroił, żeby łatwiej mu było się nad nią znęcać?
Miała w niej tylko jedną myśl, tę o otwieraniu oczu. Nie spodziewałabym się kolejnej.

Chwila nieuwagi, a moje wargi uniosłyby się w triumfalnym uśmiechu.
I załopotały na wietrze jak husarskie proporce.
Yaaaaay, nie mam broni! Juhuuu!
Ale mam pompę do centralnego ogrzewania!

Karcę się w myślach, że mogłabym to zrobić do mojego wroga. Zmierzam go wzrokiem.
Proporcjonalny, ale mógłby trochę dopakować - podszeptuje mi mózg.

Mina Dracona przypomina mi marmurowy posąg boga greckiego (znaczy... Malfoy ma zamiast twarzy Apolla?), który widziałam w centrum mugolskiego miasta, gdy przejeżdżałam samochodem z ojcem, wysoko nad głowami największych budynków.
Tego? 
  

W temacie budynków z głowami Gugiel pokazał to:
 

Nie wiem, czy w okolicach są jakieś posągi greckich bóstw. W każdym razie gdyby Ginny rzeczywiście przelatywała tak wyyysoko nad miastem, miałaby szansę zobaczyć jedynie Jezusa z Rio albo Aragorna ze Świebodzina. Obaj są średnio podobni tak do greckich bogów, jak i do Dracona. Chyba że Ginny ma na myśli tych panów.

- Dla ... dlaczego? - udaje mi się wykrztusić, a potem Malfoy kręci przecząco głową (by zaraz potem pokręcić potakująco), jednak po raz kolejny tego wieczora nie uzyskuję odpowiedzi. On tylko czeka, a ja nabieram przekonania, że przez moją chwilę nieuwagi, gdy bezbronna i wystraszona kuliłam się pod nieużytym w moją stronę zaklęciem, wezwał więcej Śmierciożerców, którzy właśnie się zbliżają na swoich miotłach.
Teleportację i świstokliki zostawiali bowiem dla lamerów i szlam jako niezgodnych z wielkowiekową śmierciożerczą tradycją.
A nie zacznie wreszcie spier... uciekać, albo po prostu robić COKOLWIEK, bo...?
Bo całą odwagę zużyła na wyrzucanie matce, że ta próbuje ją pocieszać.

Przybędą tu, a po dowiedzeniu się, że jestem dziewczyną Pottera, zabiją mnie, aby go rozwścieczyć.  
Tak, ta wersja wydaję się naprawdę rzeczywista i prawdopodobna.
Jestem w centrum wydarzeń! Woo-hoo, brilliant!
Ja bym chętnie tę mazgaję zatłukła i bez wiedzy o tym, czyją jest dziewczyną...

Tylko więc czemu Malfoy mnie nie zabił? Miał mnóstwo czasu i okazji, a jednak tego nie uczynił. Przecież miałam zamknięte oczy, byłam bez różdżki! To idealna okazja.
Oj no, może miał taki sam czas reakcji, co ty, a jego program bojowy ładował się baaardzo długo. Albo w międzyczasie umarł z nudów.

A jednak.
- Korzystaj z życia, które ci darowałem – z zadumy wyrywa mnie jego męski, pociągający, aczkolwiek chłodny głos.
Sprzedaj dom, rozdaj książki, złam różdżkę i spędź siedem lat w Tybecie.
Nagle Draco zrzucił ziemską powłokę i okazało się, że ma na sobie biodrową przepaskę i jest wielkim grubym łysym gościem siedzącym po turecku. A potem wziął i odleciał na chmurze nirvany.
Ale odleciał męsko, chłodnie i pociągająco, zostawiając za sobą woń drzewa sandałowego i zajebistości.

W nim znów pobrzmiewa ta sama troska, którą obdarzył mnie poprzednio.
Tiaa, zaraz jej jeszcze doda, żeby nie biegała po dworze w szlafroku, bo przeziębi pęcherz.

Sprawia to, że przez ułamek sekundy jestem w stanie myśleć pozytywnie o Draconie Malfoyu.
Następnie jasnowłosy rzuca mi ostatnie, smutne spojrzenie. Ku mojemu zdziwieniu jest ono pozbawione tej charakterystycznej u niego arogancji. To po prostu wzrok, jaki posyła się osobie, której się współczuję.
Teoria u buddzie ma coraz mocniejsze podstawy.
Mniej więcej taki:


Tylko z jakiego powodu? Nim zdążę wnikliwiej przemyśleć tę chorą sytuację, stalowooki rzuca mi pod nogi jakiś przedmiot, który uderza mnie w stopę i wywołuje grymas bólu na twarzy.
- Znalazłem twój mózg - wyjaśnia Malfoy. - Kręcił się po okolicy i strasznie skowyczał.
*z nadzieją* A może to granat...?
Albo gaz pieprzowy, żeby na następnego napastnika nie czekała z zamkniętymi oczami i ustami w dzióbek. Znaczy, skoro wiadomo, że różdżki i tak nie używa...

Po chwili zdaję sobie sprawę, że to moja różdżka, odebrana mi kilka minut temu. Chcę zapytać Malfoya, dlaczego to robi, jaki ma interes w ocaleniu mi życia, ale właśnie wtedy on odlatuje na miotle, brutalnie rozkazując mi odpowiedzieć sobie na te pytania samemu.
Pod wpływem rozkazu wyrasta mi między nogami śmieszna i nieco ruchliwa wypustka, sypie się zarost, a jedwabne pończoszki zmieniają się w barchanowe kalesony. Pytań przybywa.

{ *** }


No to właśnie pojawił się Rozdział I. Jakoś tak nieszczególnie mi się podoba, wiem, że trochę krótki, no, ale to 4 i pół strony w Open Office.
AŁtorko, coś ci powiem: nie bez powodu mówi się, że liczy się jakość, a nie ilość.

Uważam, że wszystko działo się za szybko, ale to moja opinia :)
Działo się za szybko? O mój buddo, co konkretnie? Jeśli tam było jakieś dzianie, musiało zostać bardzo chytrze zamaskowane.

Zapraszam serdecznie do komentowania, ale przede wszystkim do czytania! Obiecuję, że następny post będzie lepszy, bo będzie się dość sporo działo i chyba nawet podzielę na 2 części.
Grozisz nam?
Cicho, teraz ma być fabuła. Trzymamy kciuki.

Rozdział II : ,, Wybaczyć to nie to samo co zapomnieć."

“Przeprosić to nie to samo, co żałować”
“Dziękować to nie to samo, co być wdzięcznym”
“Żegnać się to nie to samo, co nie chcieć znów się spotkać”

Agregat cytatów z dupy Coelho pracuje dziś pełną parą!

<- a="a" arabeska="arabeska" grobie="grobie" inicja="inicja" ja="ja" jak="jak" kardyna="kardyna" na="na" o="o" pierdziu="pierdziu" span="span">

Stoję pośród ciszy, która zatyka mi uszy i doprowadza do szaleństwa.
Może to kapsuła próżniowa? Lepiej stamtąd wyjdź, słyszałam, że można w niej śmiertelnie nadmuchąć człowieka... do ostrego wypęku, że tak powiem. W jednym odcinku Castle’a tak było.
Znowu ta mordercza cisza. To gaz bojowy, bez wątpienia.

W głowie kłębią się kolejne myśli, a jedna bardziej niespokojna od drugiej. Dotykam dłońmi głowy, jakbym chciała je z siebie strząsnąć, niczym pasożyta z uprawy zbóż.
Nie mówcie nikomu, ale w wolnych chwilach chodzę po polach i całuję wołki zbożowe.
Biedna, od nadmiaru myślenia się jej w głowie pomieszało i myśli, że oblazły ją robaki...
Noo, jeśli myśli traktuje się jak pasożyty, to potem tak to wygląda...

Upadam na wilgotną ziemię, wtapiam palce w obryzganą wodą trawę i podkulam nogi.
Potem trochę stroszę uszy, przypominam sobie poruszanie nosem i odkicuję w gęste krzaki.
Wyobraziłam sobie chłopkę chodzącą po polu i obryzgującą trawę wodą z mydlinami po praniu.

Łzy zaczynają mi kapać z twarzy, jakbym zablokowała odpowiedni przycisk w umywalce.
No i świetnie, teraz za każdym razem, jak odkręcę kran, będzie mi się wydawało, że ta metalowa rura płacze.
Czekam na spektakularne porównanie gwałtownego płaczu do spłukiwania kibla.
BTW - moja koleżanka zobaczyła to zdanie i stwierdziła: “Gdyby kapało jej z oczu, to pewnie można by uznać, że są to łzy. Skoro jednak kapie jej z twarzy, to pewnie ma rozszerzone pory”. Coś w tym jest...
My, białkowcy, generalnie jesteśmy mocno przeciekający.

Świat wydaje mi się tak beznadziejnie nudny i szary, że aż chciałoby się użyć odpowiedniego zaklęcia.
Ale niestety nie mogę, odkąd weszła ustawa o dopalaczach.
Kurczę, po tym “nudny i szary” i wcześniejszej umywalce byłam pewna, że będzie jakaś uwaga o papierze toaletowym.
Już myślała, że ją zabiją, a przynajmniej potorturują porządnie, a tu taki niefart.

Wodzę palcami po kolanie, jakbym pragnęła, by pomogło mi to w złudnej walce myśli.
Potem sunę dłonią po udzie, delikatnie muskam gumkę od majtek, pocieram wzgórek... KTOŚ TU JEST?!
Fakt faktem - na walkę myśli może jej to pomóc.

W rzeczywistości nie toczę ze sobą nawet bitwy, ani małego pojedynku. Ja tylko siedzę bez celu, spoglądając w dal i myśląc o tym, co by było gdyby.
Bez siedzenia na parapecie z kubkiem kakao się nie liczy.
Co by było, gdyby rzucił niewybaczalnym, a potem wytargał za włosy i ogólnie wytarmosił, tak męsko, chłodnie i stanowczo, ach...!
I w ogóle co by było, gdyby nie odleciał sam, a zabrał ją ze sobą do swojego tajemniczego, romantycznego zamczyska...

Takie rozumowanie wywołuje u mnie falę gniewu.
Rozumowanie? Ja bym to raczej nazwała sraczką myślową. Na dodatek wyjątkowo rzadką.

I właśnie wtedy dostrzegam kolorowy chwast, pośród idealnie zestrzygniętej trawy i upraw różnych rodzajów.
Tutaj teraz jest ściernisko, co wyrosło w nim chwaścisko,
po horyzont puste rżysko, więc odprawię czar!
Barwy które kolorowy niesie chwast... *nuci*
Sądzicie że uprawy różnych rodzajów to pasza dla pewnej ilości zwierząt z tego oceanu?
(Ciekawe, czy te uprawy to “kabaczki, kapusta, marchewka” czy raczej “kukurydza, krzaki pomidorów i jęczmień”. Jeśli wersja B, to po pierwsze mamy do czynienia z Bezdennie Głupim Rolnikiem Johnsonem, a po drugie - to musiał być wściekle wielki chwast.)

Zdaję sobie sprawę, że trzeba walczyć, znaleźć w sobie tę nadzieję i siłę, zupełnie jak mały kwiat. (Kwiat czy chwast? Bo jeśli to drugie, to raczej bezczelność i egoizm - chwasty z reguły rosną kosztem innych roślin.) Z pozoru bez szans, wokoło nie otaczają go przyjaciele, jest sam, tak jak teraz ja, a jednak wybił się i przeżył. Stwierdził, że ma na tyle determinacji, by konsekwentnie dążyć do odniesienia sukcesu.
Z całą pewnością rozrysował sobie mapę marzeń i celów oraz oszacował swoje dobre i złe strony. Może nie cechował się przesadną mobilnością, unikał także pracy do późna, z drugiej jednak strony nie czuł się znużony pracą monotonną i powtarzalną.
A potem nadejdzie przymrozek i... Serio, Ginny, dowiemy się, co w zasadzie stało się takiego, że jedyne oparcie znajdujesz w chwaście? Bo trochę nie rozumiem, o co ta drama.

I osiągnął go.
Ocieram niedbale zaczerwienioną twarz i wstaję, podpierając się na rękach.
Nogi zaś przewiesiłam przez łokcie i przez krótką chwilę porykiwałam raźno “buhuu, jestem pająkiem!”
A moja twarz zarumieniła się nonszalancko.

W głowie rozbrzmiewa tylko jedna myśl: Znajdź ich, nie poddawaj się. Czuję się tak, jakby ktoś oblał mnie wiadrem zimnej wody, a potem uderzył w twarz. W sumie to wypieki na policzkach już mam. Zostały one jeszcze ze zdarzenia z Malfoy'em.
J’ak równie’ż apostrof’y w przy’padkowych m’iejscach.
“Zdarzenie” z Malfoyem to jakaś krzyżówka zderzenia i... nie, chyba nie chcę kontynuować tej myśli.

Wspomnienia mkną niczym konie w galopie, a swoim wolnym truchtem nie mam jak ich dogonić.
Puste jak balon
podbijany helami
jak konie w galopie
jak rżysko pod nami
Wspomnienia pogalopowały prosto do Nory, gdzie zaczęły krążyć wokół stołu, potupując i rżąc donośnie, póki Molly nie przegoniła ich miotłą.
Pędzą konie po betoooonie
w szaaaaarej mgleeeee
chociaż czaaasem jest nam dooobrze
czaaaaaasem źleeeeee!

Teraz rytm słów w uszach się zmienia i brzmi męskim, spokojnym, aczkolwiek chłodnym tonem: ,, Nie zmarnuj życia, które ci darowałem."
- Nie mam zamiaru – szepczę, przebierając żwawiej nogami i zaczynając coraz bardziej wgłębiać się w otaczającą mnie ciszę.
I omijając koralowe ostrowy burzanu tak ucho natężam ciekawie, że słyszałabym głosy z Litwy, choć to jakieś 2,5 tysiąca kilometrów.
Po cichu
po wielkiemu cichu
idu sobie i idu i idu
przebieraju nogu
Na ulicach cichosza
na chodnikach cichosza
W rękach w głowach cichosza
w ustach w oczach cichoszaa najbardziej w mózgu cichosza...

Ręka, w której trzymam różdżkę, zaczyna mi tajemniczo pulsować, jakby chciała dać znak, że zbliżają się inni czarodzieje.
Albo że powinnam poluźnić bransoletkę na nadgarstku.
Tam bransoletka - jej ręka stała się zUa!
Nie wiem, dlaczego nie wyobrażam jej sobie biegnącej, lecz leżącą na plecach i twardo trenującą rowerki.

W rzeczywistości jestem sama, ale i tak czuję na sobie czyjś wzrok.
Pora zgłosić się do lekarza.


Może jednak Śmierciożercy gdzieś się tutaj czają? A co jeśli Malfoy tylko poinstruował ich, gdzie teraz przebywam?
Nie, to nie miałoby sensu. Przecież powiedział, że daruje mi to życie. Chyba nie zmienia tak szybko decyzji, prawda?
Nigdy w życiu. Oraz przenigdy by ci nie skłamał. Malfoyowie są organicznie niezdolni do kłamstwa. Jak skłamią, porastają parchami i brodawkami.
Poza tym położenie Nory jest tajemnicą strzeżoną tak ściśle, że Śmierciożercy tu nie trafią choćby pękli.
Oraz, oczywiście, na pewno Śmierciożercy nie mają nic innego do roboty, tylko latać za głupią smarkulą, która lata po dworze w szlafroku.

Do tego prawo mają kobiety, a on zdecydowanie nią nie jest, sądząc choćby po męskiej, choć usłanej maską chłodnej rezerwy, twarzy.
Mocne słowa jak na wielbicielkę gościa w zwiewnej pelerynce.
*usyła twarz maską zdegustowania* Nie wstyd ci tak walić ludzi stereotypem po oczach?
Ja jestem stała w decyzjach. Nie jestem kobietą?
...borze, jestem Malfoyem?! O.O
Stwierdzam pewne braki w stalowoszarych tęczówkach.

Z rozmyślań wyrywa mnie głośny dźwięk, który chwilowo uszkadza mi słuch, przez co czuję się tak, jakby ktoś wiercił mi dziurę wiertarką w uchu.
Coś mi mówi, że przewierciłby się na wylot bez oporu.
No ba. A sądząc po doznaniach, źródłem dźwięku jest startujący nieopodal prom kosmiczny.

Potem zdaję sobie sprawę, że odgłos bardziej przypomina mi grzmot podczas szalejącej burzy.
POTEM? Jejku, ona ma prędkość rozruchu jak Windows 95.

Patrzę w górę, ale niebo tylko co jakiś czas upuszcza nieco kropli, niczym szkarłatnej krwi z małej rany.
W przeciwieństwie do krwi niebieskiej, które popuszczają się tylko z arystokratycznych ran śmiertelnych.
Ja tam nie wiem, ale na hasło "czerwony deszcz" Google zwrócił mi teorię o kosmicznym DNA spadającym z nieba. Nawet poprzedzający odgłos grzmotu się zgadza.
A mnie się skojarzyło, że niebu nie działają mięśnie Kegla i popuszcza, a do tego ma krwiomocz.

I właśnie wtedy moim oczom ukazują się dwie zakapturzone postacie.
Lokalsi na wieczornym jabolku za stodołą trochę się zdziwili na widok upapranej małolaty machającej patykiem i gapiącej się w niebo, ale ostatecznie była tu od niedawna nowa apteka.

Są jednak zbyt daleko, bym mogła je dokładnie dostrzec, a księżyc jeszcze skuteczniej mi to uniemożliwia.
W sensie że wypuszcza takie długie, blade łapki, którymi zasłania ci oczy?
Uniemożliwia, bo nie świeci. Albo gaśnie akurat wtedy, jak ona próbuje na nich spojrzeć. Innego wytłumaczenia nie widzę.

Przeklinam go w myślach, choć tak naprawdę wiem, że czuję coś zupełnie odwrotnego. Kocham ten stalowo – szary obiekt, choć przez ostatnie wydarzenia zawsze już będzie mi się kojarzyć z Malfoy'em.
Stalowo-szary księżyc, totalnie jak oczy Malfoya. Coś czuję, że to porównanie zostanie wykorzystane.
Już było, w poprzednim rozdziale.
Ponownie wykorzystane.
Może mi ktoś powiedzieć, w którym miejscu to jest STALOWO-szare?
 
Chyba że ta stalowa część to baza nazistów z TEGO filmu.

Malfoy'em, który darował mi życie. Cholera, teraz dopiero zdaję sobie sprawę, że jestem mu dłużna.
Dokładnie tak samo, jak dłużna jest staruszka tym skinheadom, co uratowali jej życie, bo przestali ją kopać.

Niższa postać ciska we mnie zaklęciem, a ja w ostatniej chwili wyciągam różdżkę i zatrzymuję ją przed odebraniem mi darowanego życia.
Dowiemy się, czemu różdżka Ginny nastaje na jej darowane życie?
Może też stała się zUa, jak jej ręka.

Z mojego narzędzia wysuwają się iskierki na wypustkach, a w myślach pośpiesznie szeptam zaklęcie. Staram się włożyć w tą (TĘ!) czynność jak najwięcej mocy i chęci, jednak wiem, że mój przeciwnik ma znaczącą przewagę. Dostrzegam to po tym, jak jego płomień światła albo światło płomienia, czort wie, zwalcza mój, by w końcu pochłąnąć go w całości *a płomień zrobił omnomnom*. Zaciskam szczękę (bo się nieco zaczęła osuwać z tych nerwów) i posyłam kolejną serię zaklęć.
- Tratatatatata - sucho terkocze różdżka Kałasznikowa, model AK, 34 cale, sklejka i stalowy rdzeń.

Uchylam się, by uniknąć ciosu, a kosmyki niesfornych włosów kładę na prawą stronę (i składam w kostkę), by nie napatoszyły się i nie zostały mi brutalnie odebrane.
To są śmierciożercy czy łowcy skalpów?
Lotne brygady pozyskiwaczy peruk. Godna uwagi jest ta dbałość o fryzurę w sytuacji narażania życia. Pewnie padając Ginny jeszcze wygładza sobie spódnicę, żeby się nie pogniotła.
I sprawdzi, czy aby założyła czyste majtki. Bo jakby została zabita w brudnych majtach, to by umarła ze wstydu.

Podchodzę trochę bliżej postaci, by wymierzyć ostrzejszy cios i właśnie w tym momencie moim oczom ukazują się okrągłe oprawki okularów.
Unoszące się swobodnie półtora metra nad ziemią.

- Harry! - wołam uradowana, chyba, aż za głośno, bo po chwili zaczyna mnie drapać w gardle, jakby ktoś skrobał paznokciami stare tapety.
No i masz, teraz nie mogę pozbyć się wizji boCHaterki o wytapetowanym gardle. Usta ma pewnie wyłożone gładzią szpachlową.
Za to cera po tych płaczach i tarzaniu się w krzakach pewnie raczej przypomina tarabonę.
A włosy = frędzle od mopa? Ostatecznie pocięta na strzępy firanka?
I powiewające na wietrze wargi, tak strasznie łopocą, tak strasznie łopocą.

Podbiegam do niego, ale wtedy zdaję sobie sprawę, że chłopak nadal mierzy we mnie różdżką. Robię zdezorientowaną minę i marszczę brwi w geście zaskoczenia. Chcę rzucić się na niego i przytulić do siebie, poczuć tę siłę i odwagę, jaką zawsze znajduję w jego miętowych oczach.
Zawsze marzyłam o tej miętowej sile. Mentos, the freshmaker.
Jak ja się przytulam do faceta, to też różne rzeczy czuję, ale żeby nazywać je “Siłą i Odwagą” - na to bym nie wpadła.
Tu jest, kochanie, moja sprężysta siła, a tam z tyłu jędrna odwaga.

Teraz jednak czuję, że nie mogę.
     Harry uważnie mierzy mnie wzrokiem, jakby chciał sprawdzić po kształcie mojego ciała, czy to na pewno ja.
Ojtam, chciał po prostu obadać twoje krągłości. Gdyby chciał sprawdzić tożsamość, to by się odezwał. Ja pierdziu, czemu ci ludzie do siebie nie mówią? No i kogo innego, będącego boso i w szlafroku, Harry spodziewa się tu spotkać?
Może jego?
 

Przygryzam wargę z niepokojem, jednak po chwili uśmiecham się wesoło, starając się przekonać mój zdrowy rozsądek, że mojemu ukochanemu jedynie zebrało się na żarty.
- Harry, ale mnie przestraszyłeś, chłopie – zaczynam nerwowym tonem głosu, jednak uśmiech, ktory naciągnęłam na usta niczym żagiel (srsly, in immortal words of Naima, chciałabym zobaczyć olinowanie jej twarzy) (latacz jej uśmiechu, jakie to poetyckie!) (A może to znak, że dużo dmucha tymi ustami? No wiecie, żeby łódka mogła płynąć, w żagiel musi wiać wiatr...), wciąż dotrzymuje mi towarzystwa. Moje stopy wykonują powolny ruch i zbliżam się do niego.
Mniej więcej w tym stylu:


W tym samym momencie on ciska we mnie zaklęciem, które brutalnie wytrąca mi różdżkę z ręki. No pięknie, już drugi raz w ciągu tego samego dnia.
No ale Harry zrobił to brutalnie (Expelliarmus jej jeszcze z bańki przysunął, bez wątpienia), a Draco był tak delikatny, że nic nie poczuła. If you know what I mean.

W ciągu tej samej godziny. Podpowiada mi głos w głowie.
PRZYPADEK?!!11
SPISEG.
Obok stał Dumbledore i produkował sztuczną mgłę, a Hagrid imitował śmigło.

     Zaciskam zęby i spinam się, a potem moje ciało traci równowagę. Jestem słaba i zmęczona, a na dodatek zła i pełna wątpliwości.
Oraz wykopyrtnięta w łan mokrej trawy.
A także wątła, niebaczna i rozdwojona w sobie.
I ogólnie taka “och, ja nieszczęśliwa, bucik mnie uwiera, może mnie ktoś poniesie.”

Czy to aby na pewno Harry? Brzmi mi w uszach,
To tylko wskazówki scenarzysty, nie przejmuj się. Bo przecież nie powiedziałaś tego głośno, prawda?

ale potem kręcę przecząco głową, bo ja po prostu wiem, że to on. To przekonanie jednak nie pomaga mi zbyt skutecznie, bo boję się mojego ,, przeciwnika" tak, jak jeszcze nigdy wcześniej.
*ekhm* Eliksir Wielosokowy panna kojarzy? Czy może panna w ogóle NIC kojarzyć nie potrafi?

     I właśnie wtedy ten Inny Potter wycelowuje we mnie różdżką i już wiem, że jeśli szybko czegoś nie wykombinuje, to umrę w ciągu najbliższych minut.
Serio, gdyby nasi przodkowie rozumowali w takim tempie, anioły z Supernaturala nie miałyby komu kibicować.
Bez obaw, to po prostu NegaPotter. Od czasu do czasu po prostu trzeba powalczyć z bossem.
Mam nadzieję, że przynajmniej po walce odblokuje achievementa “myślenie o dwóch rzeczach naraz”.

     Wtem ktoś wytrąca mu różdżkę z ręki i tłumaczy coś cierpliwie, ale jestem zbyt zszokowana tą całą chorą sytuacją, by zrozumieć, o co chodzi. Przeklinam siebie w myślach za to, że jestem taką nieudacznicą.
Ja rozumiem bycie nieudacznicą, ale jak ona zaliczyła jakikolwiek semestr w Hogwarcie nie używając mózgu?
Jak ona jest w stanie przeżyć jakiekolwiek wyjście z domu, skoro nie umie sobie poradzić w żadnej sytuacji? Ba - że nie umie nawet otworzyć ust?

Patrzę na tego drugiego. Jest wielkiej postury i zdaję sobie sprawę, że to prawie olbrzym.
Hagrid! Wołają moje oczy, niczym pies gończy, gdy wytropi królika.
Pierwsze, co robi pies gończy wytropiwszy królika, to woła “Hagrid”. Tak, tak. A w Smoleńsku był zamach, a Grindelwald nie kręcił z Dumbledorem.
Że niby nie rozpoznała postury Hagrida już z daleka? (Może się baaardzo skulił?) Ja też nie wiem, jak ona zaliczyła choćby pierwszy semestr.

- Jeśli jest prawdziwą Ginny, to co tu robi? - dochodzi do moich uszu podejrzliwy głos Harry'ego, kierujący wzrok to na Hagrida, to na mnie. Doprowadza mnie do czystego obłędu, gdy widzę, jak kłócą się o moją osobę i mój majestat. Chyba sama wiem, kim jestem, do cholery!
Ja bym nie była taka pewna, gołąbeczko. Historia zna takie przypadki.
Oho - możemy dla odmiany być silną w gębie, nie w różdżce, więc od razu wraca nam pewność siebie. Jakie to smutne.

Czuję falę gorąca, która muska moje policzki i przyprawia je o parę rumieńców.
Jeden centralnie na policzku, jeden koło ust i jeszcze jeden pod okiem, żeby wyglądało trochę jak limo.
Gdzieś z przodu coś wybuchło?
Kanon z żalu za swoją Ginny.
Może by tak ją wziąć na rożen i przyrumienić całą na złoto?

Masuję zbolałą kostkę. Gniew aż buzuje pod moimi oczodołami, gotów się wydostać i zarazić jak wirus wszystkich zgromadzonych, by i oni przejęli moją furię.
Innymi słowy: trzęsie mną cholera. Czemu siedzi akurat w oczodołach, pojęcia nie mam. Przecież ma w tej czaszce tyyyle wolnego miejsca...
Ja się bardziej zastanawiam, co to będzie, jak się wydostanie i kto będzie zbierał po polu te wszystkie oczy.
Ach, więc nie tylko ja miałam wizję masowo eksplodujących gałek ocznych?

      Odgarniam kosmyki z twarzy, które przylepiły się do mojej skóry od potu i zaczesuję je za ucho. Wstaję z zimnej trawy, która zostawiła kolejny ślad na szlafroku. Mam jej już dzisiejszego wieczora serdecznie dosyć, zbyt wiele razy ugościła mnie w swoich progach, pozwalając mi upadać i odziewać mnie w swoje zielone suknie.
Nie jestem pewna, czy cały czas mówimy o murawie.
To brzmi trochę jakby przed Norą rosły konopie.
A tam konopie. Nie kojarzycie hawajskich spódniczek z trawy? Ginny ma pewnie na sobie coś takiego:
 
(A na to szlafrok.)

- Jestem prawdziwą Ginny Weasley – mówię nagle (WRESZCIE! TO JEDNAK MÓWI!), a wzrok Harry'ego niebezpiecznie długo zatrzymuje się na moim dekolcie, nie chcąc teraz patrzeć mi w oczy. Jakby miał mi do powiedzenia jakąś okrutną prawdę, a moje tęczówki miałyby przez to ucierpieć.
Na przykład taką, że stanik jest niemodny i źle dobrany.
Jeśli wzrok Harry’ego jest tak laserowy, wspułczujem twojim cycką.
On najwyraźniej poznaje Ginny po cyckach. Cóż, można i tak.

W końcu są zwierciadłem duszy, a moja została już zraniona przez niewiarę chłopaka o kruczoczarnych włosach.
Ochjej, tak, dobra, zatop się w czarnej, bulgoczącej otchłani mhrrocku i trucia dupy, bo cię chłopak nie poznał. Twoi przyjaciele byli na jakiejś supertrudnej misji i mogli zginąć, pamiętasz o nich jeszcze?
A po co? Przecież są już nowe powody do angstowania!

On jednak tylko kręci przecząco głową (grrr...), choć ku mojemu zdziwieniu, różdżka teraz zawisa na jego pasku. Czyżby myślał, że bez mojego narzędzia magicznego nie jestem w stanie zrobić mu krzywdy?
Mam takie magiczne narzędzia, o jakich nie śniło się sadystom po piwnicach!
Mam wrażenie, że ona nie dałaby rady zrobić mu krzywdy nawet wyrzutnią rakiet.

Tsunami furii przepływa przez całe moje ciało, sprawiając, że stoję prosto jak struna.
BDĘ.
To nie tsunami, to “Pajączek”. Przy tsunami raczej by tobą trzęsło i bulgotało.
Albo tsunami furii, albo błotna lawina angstu... A podobno Anglia to taka spokojna sejsmicznie okolica.

Choć wystarczy jedno zdanie, by rozerwać ją na tysiące kawałków.
- Nie wierzę ci.
Łzy zaczynają nerwowo tłoczyć się i spływać litrami po zaróżowiałej twarzy (tworząc u moich stóp średniej wielkości staw bez żadnego znaczenia strategicznego) (ojtam, jeszcze trochę i staw rybny na ryby słonowodne będzie można założyć) (a twarz wciąż w różowym parchu), ale moja mina przybiera maskę (a moja maska przybiera twarz) (a moje nerwy przybierają kurwicę) (a moja waga przybiera na sobie) i staram się nie pokazać, że właśnie zranił mnie tak, jak jeszcze żaden człowiek na ziemi.
Excellent plan, milady, ale sugerowałabym o wiele mniej łez, by się powiódł.
I może, ekhm, zacznij z nim gadać, zamiast tupać nóżką i skowyczeć? Sama bym cię pomyliła z fontanną.
A może po prostu się potnij, bo masz takie trudne życie i nikt cię nie rozumie?

W mojej rodzinie uważa się, że zaufanie jest podstawą każdego związku, to ono tworzy jeden z najważniejszych filarów miłości. Bez niego nie ma niczego, nawet przyjaźni nie posiada się bez wiary drugiej osobie.
In other news, królowa Bona nadal jest martwa.
Mamy wojnę, wszędzie roi się od szpiegów, czarodzieje potrafią zmieniać postać i oszukiwać zmysły innych, a ta chrzani o zaufaniu. Harry, weź jej coś zrób, ja cię proszę.
Pragnę zwrócić uwagę na jej wiele znaczące podejście: nie "Harry jest oschły i nie poznaje mnie, OMG, zrobili mu coś, to nie Harry, rzucili na niego Imperiusa, albo to Śmierciożerca w przebraniu, muszę ostrzec mamę" tylko "Harry jest oschły i nie poznaje mnie, OMG, JAKŻEŻ JA CIERPIĘ!!11". Od razu widać priorytety.

- Ale... - zaczynam i patrzę na Hagrida, jakby jego osoba miała jakoś magicznie wmówić nieugiętej woli Harry'ego, że jestem jego prawdziwą ukochaną.
Hagrid samą swoją obecnością magicznie weprze Harry’emu każdy bulszit.
W razie problemów ma jeszcze  w zanadrzu swoją osobę.

On posyła mi smutne spojrzenie, a potem zaczyna gorączkowo tłumaczyć ,, niewiernemu Tomaszowi ", że powinien dać mi szansę.
Poparł to dwoma przecinkami, chytrze udającymi cudzysłów. Niestety, Hagridzie, postawiłeś po nich spację, your argument is invalid.

To dzięki temu zabiegowi mam czas na ogarnięcie się (poprawienie włosów, wygładzenie szlafroczka) i racjonalnie myślenie (haha, oh wow, lol) (no bo jednocześnie mówić i racjonalnie myśleć się nie da, to oczywista oczywistość), choć wiem, że jedynym wytłumaczeniem jest zły stan psychiczny (jego czy jej?). Żałuję, że nie ma tu Hermiony, która na pewno znałaby prawidłowe podejście do podupadłego na zdrowiu.
Ja jestem tylko Ginny Weasley. I nie umiem rozmawiać z przyjaciółmi. I współczuję zawsze wyłącznie sobie.
Ja jestem tylko byłą dziewczyną Harry'ego Pottera.
Czujecie ten dramatyzm związany z tym, że bohaterka została OCH JAKŻE ZRANIONA, więc już z nimi koniec i w ogóle? No ja też jakoś nie.

- Ona jest teraz w Norze. Moja Ginny nie byłaby taka naiwna i głupia, by wyruszyć samotnie do lasu śmierciożerców – te dwa zdania również sprawiają mi ból, ale nie na tyle mocny, bym nie była w stanie podejść bliżej. Dosłownie wpadam na niego; frustracja i ból rzeźbią się na mojej twarzy.
Wyglądam teraz trochę jak dziecko Meduzy i Kanionu Kolorado. Sami rozumiecie, że mogę mieć zły humor.
Wyobraziłam sobie nos trzymający taki malutki młoteczek i wykuwający nim zmarszczki na czole bohaterki.

Tym porównaniem przypominam sobie rzeźbę boga greckiego, który tak bardzo przypominał mi twarz Dracona.
I właśnie w chwili, gdy moje życie wisi na włosku, zatapiam się w rozpamiętywaniu chłodnej & męskiej twarzy Malfoya. Rodzice zawsze mi powtarzali, by nie skupiać się na przykrych uczuciach.
Może przynajmniej umrze z uśmiechem na ustach. Zapewne nieco głupawym, ale zawsze.
*odgania nachalne skojarzenia z Edwardem, którego Meyer co i rusz porównywała do greckich bogów* Ja pierdziu. Harry zaciął się w trybie "zimny i nieczuły drań", Malfoy przyleciał ze szmatą na twarzy i gapił się na Ginny przez kilka minut jak katatonik, nie otwierając gęby... co oni im tam zrobili? Voldemort urządził im trzydniowy maraton oglądania "Dzielnego małego tostera"?

     Harry próbuje wyciągnąć różdżkę zza paska, ale skutecznie przykładam mu jego własne ręce na moje biodra, a sama rzucam narzędzie za siebie.
Czym?
Ani chybi, zębami. Pytanie tylko, jakie narzędzie. Jakieś widły się tam walają?
Odkurzacz. Taki:
 

Czuję na sobie ciepły oddech, w którym pasta do zębów miesza się z perfumami, które kupiłam mu na urodziny w zeszłym roku.
Harry popija perfumy? To by wyjaśniało, co on taki kołowaty...
Oby to były choć dobre perfumy.

Uśmiecham się histerycznie i gdy on chce coś powiedzieć, bezczelnie wtykam mu koniuszek palca do ust.
Powszechnie bowiem wiadomo, że nic tak nie robi na rozbrojenie wroga jak wetknięcie mu czegoś do ust.
Pokazanie cycków byłoby jednak skuteczniejsze, ale co tam Ginny woli. A może Harry ma w paszczy skaner linii papilarnych?
A nie mogłaby go nie wiem no, pocałować chociażby? Wiecie, pocałunek prawdziwej miłości budził z wiecznego snu, to może i perfumoholika by przebudził.

Chwilę napawam się gorącem warg Pottera, a potem zdaję sobie sprawę, że jeśli chcę coś powiedzieć, to właśnie nadarzyła się właściwa okazja.
Bo Harry popadł w stupor, co jest najzupełniej zrozumiałe.
Obudził się w nim wewnętrzny bobas - chłopak zaczął ssać jej palec, myśląc, że znów ma kilka miesięcy i nie umie mówić.

- Harry Jamesie Potterze – zaczynam. Pomimo lęku, próbuję przybrać kuszący ton głosu, aczkolwiek nieudolnie, ponieważ wciąż jest on przesiąknięty frustracją.
Ale Harry, głos czy lęk, bo już się pogubiłam.
Palec w ustach.

- Ja jestem Ginevrą Molly Weasley, tą prawdziwą. Jestem nią, czy to ci się podoba, czy też nie.
Jam ci jest i jestem nią, a ona jest mną.
I wszystko przeze mnie się stało, a beze mnie nic się nie stało, co się stało.

- Nie, to nieprawda. Ona się tak nie zachowuje – warczy Harry, a ja zdaję sobie sprawę, że rzeczywiście moje postępowanie jest co najmniej dziwne. Nigdy wcześniej tak nie postępowałam, byłam raczej spokojna i nieśmiała. A teraz?
A teraz wreszcie zachowuję się zgodnie z kanonem?
U boCHaterki blogaska zachowania kanoniczne wzbudzają dyskomfort trzustki i ogólny lęk egzystencjalny.

A teraz walczę o swoje.
Wkładając ludziom palce do ust.

- Czy zatem fałszywa Ginevra Molly Weasley mogłaby zrobić to? - mówię ze złością i pochylam się ku ustom mojego niedoszłego – i zresztą kolejnego tej nocy – zabójcy.
Szalona, chłopak w każdym porcie!
Gdzie się nie ruszy, tam ktoś chce ją ubić. Co za parszywa karma.

Wbijam swoje wargi w jego, czując, że stajemy się jednym ciałem.
Tak bez penetracji?
Penetracja jamy ustnej zaszła z cała pewnością. Z resztą, może czarodziejom to wystarcza...
Ejno, ona WBIŁA swoje wargi w jego. Jeśli się przy okazji wgryzła tak naprawdę porządnie, to w jakiś sposób się połączyli.

Oddechy splatają się w jeden słodki zapach Chanel nr 5 i wczorajszej kolacji, a ciała podpierają się na sobie niczym dwa filary do nieba.
Rozumiem, że Harry’emu coś urosło, ale żeby aż do nieba? (i co urosło Ginny?)
A w tle latarnia morska, o którą rozbijają się spienione fale. Hagrid musiał czuć się nieco zażenowany.

Wplatam palce w czarne, aksamitne włosy i zaczynam je łapczywie mierzwić.
Potem ciągnąć za nie, a na koniec rwać garściami i rozrzucać po polu.
Mnie się z kolei wyobraziła Ginny łapiąca włosy paszczą i żująca intensywnie.
Nomnom...
 

On jednak nadal stoi jak struna (to chyba dobrze?), zaczynając błądzić palcami po moim ciele (aaa, to było o Harrym...), aż w końcu odnajduje pojedyncze piegi (dotykiem? zajrzyj, kochana, do dermatologa, i to ciupasem!) i dotyka mojej skóry koniuszkiem palca.
    Wtedy właśnie zatapia się w moim uścisku, zaczyna przesuwać jedną dłonią po moich plecach (pełnych rafaelowskich krzywizn), raz dotykając końcówek moich tycjanowych włosów (ani trochę nie rozdwojone, przystrzygłam je włócząc się po ściernisku między jedną myślą a drugą), a niekiedy zjeżdżając do granicy pleców (o rubensowskiej linii) (ale nie dalej, by dojść do pośladków trzeba przejść odprawę celną). Drugą wciąż trzyma mi na policzku (ciesząc się w myślach, że nie jest on w wieku balzkowskim). Dzięki tym czynnościom otacza mnie barierą nadziei i szczęścia.
Poskubał ją po włosach, pomacał po pupsku i wystarczyło? To ludzie czy konie?
Nadzieję i szczęście sprzedawano na Nokturnie w małych słoiczkach, do wmasowywania miejscowo w skórę.

I nareszcie wiem, że powrócił mój ukochany.
Raczej że się ogarnął. O ile można tak powiedzieć o chłopaku, dla którego argumentem na bycie sobą jest wtykanie mu do ust różnych części ciała.

- Ginny, tak bardzo cię przepraszam - zaczyna głosem przepełnionym miłością. Jego aura udziela się i mnie, więc też zaczynam chuchać miętą i perfumą zaczynam delikatnie gładzić jego włosy, a on obejmuje mnie silnym ramieniem. Uśmiecham się, by dać mu do zrozumienia, że wybaczyłam mu tę pomyłkę, choć nadal trzymam ją w sercu.
I jeszcze trzy lata temu nie powiedziałeś mi, że nie wyglądam grubo w tej zielonej sukience!
Wygarnie mu, gdy będzie się tego najmniej spodziewał. Nic nie zostaje zapomniane.
Swoją drogą ciekawe, czym mu zasygnalizowała to, że wciąż będzie pamiętać. Lewy kącik ust wygięła w pełnym goryczy grymasie, a prawym się uśmiechała?

Wybaczyć to nie to samo, co zapomnieć.
Ani to samo, co niby to wybaczyć, ale jednak trochę mieć pretensję.

     I wtem, gdy mam ochotę znów zatopić się w jego ustach, on odsuwa mnie od siebie i spogląda podejrzliwie na zniszczony i brudny szlafrok.
- I jeszcze jesteś nieumalowana! - wybucha.
Cóż, Ginny po tym kilkukrotny tarzaniu się po grządkach wygląda pewnie, jakby cały wieczór pieliła ziemniaki zębami.
Przebieranie się w czyste ciuchy jest dla słabych!

- Ale... co ty tu robisz? - pyta, marszcząc brwi, które w pomieszaniu z jego strachem o mnie, tworzą maskę człowieka cierpiącego.
Strach umościł się na skroniach i łypał złowrogo, mieszając się z brwiami.

Pragnę przejąć na siebie jego brzemię, nieść tą samą troskę o najbliższych, którą on nosi każdego dnia.
Ja się nie znam, ale masz o wiele liczniejszą rodzinę do troszczenia się; masz co dźwigać.
Skoro o tym mowa: fajnie, że w tym całym mizianiu pamiętała, by spytać o swoich braci.
Niech go poprosi, żeby się wytarzał w kabaczkach a później ją pocałował, będzie wiedziała, co on czuje.

Chcę jakoś uśmierzyć mu ból, choćbym sama miała przypłacić to swoim szczęściem, które odczuwałam do chwili obecnej.
Hm... umyj się?

Ale nie mogę, ponieważ Harry Potter i tak zawsze martwi się za wszystkich. I pośrod tylu zalet, jakie posiada, to tego rzekomego atutu wprost w nim nienawidzę.
Nie to, co Malfoy, ten to ma zen-wyjebkę na absolutnie wszystkich.
I jest chłodny i męski. I ma księżycowe oczy. Same atuty.

- Ja tylko przyszłam sprawdzić, czy może ktoś nie przyleciał. Ja... - widząc srogą minę chłopaka, spuszczam wzrok. W końcu wykrztuszam, ściszając głos:  - Ja czułam się niepotrzebna.
Pomyślałam, że pobiegam w szalfroczku po polu z nadzieją na spotkanie śmierciożerców, skoro nie mogłam pograć z tobą w quidditcha. Oh wait.
Pobiegłam niczym rusałka, żeby sobie podramować, a może przy okazji spotkać Trulovera bardziej tru niż ty! I wiesz co? Udało się! W końcu darowanie życia to prawie jak wyznanie miłości, czyż nie?

- Ginny – zaczyna Harry, przeciągając moje imię w nieskończoność.
GINYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYY-wdech-YYYYYYYYYYYYYYY.

Przyciska moje słabe ciało do swojego okazałego, gorącego pod wpływem naszego poprzedniego dotyku (mmm, okazały i gorący) (niczym dobrze wypieczony sznycel) (albo kiełbasa z grilla. Z kapiącym z jednego końca tłuszczykiem.), i patrzy mi w oczy, jakby chciał zajrzeć przez nie do samej duszy.
Tymczasem zagląda i widzi jedynie samotną szyszynkę.
I zaczajony w mroku angst.

- Dla mnie jesteś najpotrzebniejszą osobą na świecie, rozumiesz? - Kręcę przecząco głową, jedząc jagodziankę z jagód wciąż nie zapominając o tym, jak mało miał w sobie do mnie zaufania i rzucam niepewny wzrok na niewielki krzak, usłany małymi kuleczkami, przypominającymi kształem porzeczki, choć wiem, że są to trujące jagody.
- Na mnie nie patrz - odpowiada krzak. - Ja nie spraszałem.
Po czym wysunął korzonki  ziemi i oddalił się chyłkiem. Nie chciał mieć z tymi bachorami nic wspólnego.

- Jesteś Harry Potter. Podobasz się każdej nastoletniej czarownicy w Hogwarcie. Dałbyś sobie beze mnie radę – mówię z przekonaniem, ale on tylko kręci głową.
- Podobam się także nastoletnim czarodziejom. I tym nieco starszym - wyjawia.
- Czy ta rozmowa nie może poczekać? - wtrąca Kal. - Nie wiem, jak was, ale mnie interesuje głównie to, co stało się z Weasleyami.

Potem uśmiecha się do mnie tak, jak matka widząc swoje małe dziecko, marzące kredkami po całej twarzy, zamiast po kartce, która pomimo całej palety barw na buzi kilkulatka, wciąż pozostaje pusta.
Matka... dziecko... kredki... kartka. RZECO?
Pojęcia nie mam, ale matczyne uczucia Harry'ego do Ginny nie wróżą dobrze ich związkowi.
Albo właśnie wróży całkiem dobrze, tylko w nie do końca zdrowy sposób.

- Ginny, jesteś moimi płucami. Po co mi cały tlen tej Ziemi, skoro ich bym nie posiadał? - odwzajemniam uśmiech i wtulam się w jego silne ramiona.
GDZIE TWOJA WĄTROBA, GAJUSZU, TAM MOJA TRZUSTKA, GAI.
A duch Coelho unosił się nad wodami.
To jest jelitko. To jelitko Ginny.

Wtedy słyszę czyjeś znaczące chrząknięcie i zdaję sobie sprawę, że obok nas wciąż stoi Hagrid. Odsuwam się niechętnie od ukochanego i odwracam tak, by widzieć gajowego. Zmierzam go poirytowanym wzrokiem, rozzłoszczona, że nam przerwał.
Nie widzisz, że my tu sobie przeszczepiamy płuca?!
I miziamy się lirycznie pośród rozpaczy, strachu i grozy wojny oh wait.
A przed chwilą prosiła go o pomoc... No cóż, gajowy zrobił swoje, gajowy może odejść.

Mam nadzieję, że ma na to równie interesujące, co ramię Harry'ego, powody.
*ekhu*twoiprzyjaciele*ekhu*

- Czy idąc do tego miejsca, widziałaś jakiś śmierciożerców? - pyta. Żołądek podskakuje mi do gardła, robię się blada jak ściana, a ciało daje mi wyraźne sygnały, że zaraz w najlepszym wypadku zwymiotuję.
A w najgorszym co? Pójdzie na dwa końce?
Zacznie podskakiwać na lewej nodze, prawą ręką trzymając się za ucho i śpiewać piosenki Kombi?
Poleci gdzieś ffpizdu w ciemność w tym szlafroku, wytarzać się w sosenkach.

Dłonie zaczynają się pocić i trząść, a ja cieszę się, że ręka Harry'ego zwisa teraz wolno wzdłuż tułowia, a nie jest w moim uścisku.
Jeśli nadal się tulicie, jestem pewna, że i tak poczuł, że zwiotczałaś.
I sam pewnie też zwiotczał.

Weź się w garść, dziewczyno.
- Nie – kłamię, starając się, jak to tylko możliwe, przybrać swobodny i luźny ton głosu, podczas gdy mój mózg pompuje tysiące myśli, a zawroty głowy uniemożliwiają powiedzenie czegoś więcej.
Wobec wcześniejszego stanu jednej myśli na kwadrans powinna iść jej para uszami.
Albo przynajmniej pojawić się efekt specjalny:

Jeden powód, dla którego ona kryje Malfoya, proszę. Z dostawą do domu. Argumentow z Tru Loff nie przyjmuję.
Bo jej darował życie, no! A przecież teraz ona w zamian musi mu urodzić trójkę dzieci i smażyć obiadki!

Hagrid patrzy na mnie nieufnie, wciąż nie wierząc tej teorii.
Choć Ginny rozrysowała ją na przystępnym schemacie, ze strzałkami i obrazkami.

Zmierza mnie od stóp do głów i unosi krzaczastą brew, czym wyjątkowo mnie przeraża, ponieważ zawsze był pogodnym i spokojnym człowiekiem. To tak samo jak ja. Widać ludzie się zmieniają, gdy w grę wchodzi ludzkie życie.
A to ci.
No, życie i na przykład... zdrada?

Nienawidzę kłamać, zwłaszcza w towarzystwie Harry'ego, bo zadaniem jest, by i on uwierzył w moje słowa.
Like, po co?
Bo już ma w głębokim poważaniu resztę swojej rodziny?

Ale właściwie czemu nie chcę im powiedzieć prawdy? Czy dlatego, że to zrani mojego chłopaka? A może mam w tym jakiś samolubny cel? Może po prostu chcę wierzyć, że to spotkanie, to ma być nasza tajemnica – moja i Malfoy'a?
Furda, że tym samym mogę narazić życie Harry’ego i Hagrida. Każdy musi mieć swoje małe słodkie tajemnice.
Zostawiła sobie furtkę na drugi związek, na wypadek, gdyby z Harrym nie wypaliło? Czy może po prostu jest głupia jak wiadro śledzi?

Karcę siebie w myślach za to, że moja podświadomość chciałaby dzielić sekrety z tym ulizanym kretynem.
Kretynem, który jeszcze na dodatek darował mi życie.
Powinnam być mu wdzięczna, jednak przez owe zdarzenie jestem teraz dłużniczką Jego Kretyńskiej Mości.
Czy ja też powinnam być wdzięczna tym wszystkim typom, którzy nigdy mnie nie zabili/pobili/zgwałcili/okradli/whatever? Mój boru, kiedyż ja im wszystkim odpłacę!
Ale nazywa go Kretynem. Zobaczcie, jaka jest twarda i niedostępna.

A to czyni mnie w pewnym stopniu również kretynką.
Akurat to wcale nie.

     Wpuszczam i wypuszczam powietrze z ust i liczę szybko do dziesięciu. Nie mogę się skupić, gubię więc wątek po dojściu do siedmiu.
Absolutnie nie jestem zaskoczona.
A ja jestem. Nie myślałam, że dojdzie do trzech.

Staram się skoncentrować wyłącznie na mojej realistycznej odpowiedzi, jednak co jakiś czas jasnowłosy złodziej wkrada się na moją posiadłość w mózgu.
Umówmy się, że to posiadłość wielkości sławojki klasy ekonomicznej.
A jej jedynym lokatorem jest telepiący się w kącie angst z gatunku tych użalających się nad sobą.
Jak się jeszcze kilka razy wkradnie, jej głowy będzie można używać - po wcześniejszym przedziurawieniu - jako miski na cukierki. Nawet nic nie trzeba będzie wydłubywać ze środka.

Odgarniam zgromadzone na czole kropelki potu (wycieraczki pracowały z cichym szumem) i błagam swój organizm, by dał jak największy popis moich aktorskich umiejętności.
Taki z drgawkami i toczeniem piany z ust?
Zacznij biegać po polanie i bredzić o krwi, której nie da się zmyć z rąk, to zawsze działa. Jak będziesz bardzo przekonująca, może jakiś las ruszy na ciebie.

- Byłam całkiem sama. Zupełnie nikogo nie widziałam.
- To dziwne, że nikt nie patrolował okolic Nory – mamrocze podejrzliwie Hagrid, a ja dziękuję losowi że jest już na tyle ciemno, iż nie widać dokładnie mojej twarzy, ponieważ w przeciwnym wypadku na pewno zauważyłby mój rumieniec.
     Chwilę potem zbieramy swoje różdżki i wszyscy ruszamy do domu, a podczas tej podróży panuje napięta cisza, której nie odważyłam się przerywać.
ONI WIEDZĄ.
I całe szczęście.
A ja wciąż nie wiem, co stało się z pozostałymi kumplami Ginny. Dwa rozdziały angstowania i tarzania się po trawie, a na ich temat nie padło ani jedno słowo. *zrezygnowane westchnienie*

I oto ukazał się Rozdział II. Wiem, wiem, miał być wczoraj, ale jakoś nie mogłam się zmobilizować i go dokończyć. Mam nadzieję, że nie jest bardzo tragiczny, choć zdaję sobie sprawę, że może się nie spodobać Wam moja koncepcja. Ale pojawiło się dość sporo dialogów, z czego jestem dumna.
A w tych dialogach minimum treści, z czego dumna być nie powinnaś.
A w treści jeszcze mniej sensu, czego powinnaś się wstydzić.

Także... to by było na tyle. Mimo wszystko życzę miłego komentowania i cieszenia się ostatnimi tygodniami wolności.
A dziękuję. Bardzo miło mi się komentowało. Tylko chyba mi się biurko odkształciło od walenia w nie głową...

Pozdrawiam!
P.S Przepraszam za skanie czcionek. Nic nie mogę z tym fantem niestety zrobić. A może Wy wiecie jak temu zapobiec? Byłabym wdzięczna.
Skaranie boskie, skaranie czcionek.
Skanie czcionek? To jakaś choroba weneryczna?

31 komentarzy:

emilyanne pisze...

Skfikałam się xD Fajnie tak wrócić do potterowego świata. Oby więcej! XD W każdym razie analiza udana i już, już wyczekuję następnej :D

Anonimowy pisze...

Mięśnie Kegla? Wiem, że w poniedziałek egzamin i powinnam się uczyć, ale żeby nawet w analizie mi o tym przypominać?;)

Blogasek nadal pozbawiony sensu, akcja wciąż zaginiona w akcji;) i teraz tylko czekać na aŁtoreczkę...:P

A analiza świetna. Dzięki za poprawę humoru:)

Kami

Serenity pisze...

"Uważam, że wszystko działo się za szybko, ale to moja opinia :)
Działo się za szybko? O mój buddo, co konkretnie? Jeśli tam było jakieś dzianie, musiało zostać bardzo chytrze zamaskowane."
Działo się tak szybko, że narrator nie zdążył nam o tym powiedzieć :D

Anonimowy pisze...

Analiza super, imo o wiele lepsza niż poprzednia. Nawet nie wiem, co mnie w tym najbardziej rozwaliło, zbyt dużo było takich momentów - zarówno konkretnych, jak i ogólnie zawrotne tempo akcji oraz głębia myśli boCHaterki :) No i generalnie kocham Was za wszystkie odniesienia do tekstów, które się omawia na polaju. Na przyszłość muszę sobie zapamiętać, by się nie dziwić kiedy zobaczę psa wołającego "Hagrid!", bo rozumiem, że to w pełni normalne. Ach, i droga Pigmejko, składam kondolencje z powodu bycia Malfoyem - no cóż, taki świat...
Swoją drogą, Szprota miała debiut, czy już coś tu kiedyś analizowała?

Tonks

Anonimowy pisze...

Wszystko fajne: “buhuu, jestem pająkiem!”Lokalsi na wieczornym jabolku, ale przy "Voldemort urządził im trzydniowy maraton oglądania "Dzielnego małego tostera"?" to już zawyłam.
Obok stał Dumbledore i produkował sztuczną mgłę, a Hagrid imitował śmigło.
Oj,nie mogę!!!!
Snape produkuje trotyl w lochach.

Lubię blogaski potterowe.

Chomik

Anonimowy pisze...

Mogłabym powklejać parę cytatów, ale za dużo roboty - bo analiza jest zajedwabista. Wdech, wydech, wdech... trudno mi opanować śmiech :D BRAVISSIMO dziewoje, bravissimo.

Anonimowy pisze...

"Zawsze marzyłam o tej miętowej sile. Mentos, the freshmaker."
Winner.

Co do "skania czcionek"... może o taką Scanię jej chodziło?


Lumi

Rzabcia pisze...

Ta część przypadła mi do gustu zdecydowanie bardziej niż poprzednia, bo tam Ginny tylko biegała i mnie ciut nudziła. Tym razem jednak była AKCJA! I to jaka xDDD
" - Ginny – zaczyna Harry, przeciągając moje imię w nieskończoność.
GINYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYYY-wdech-YYYYYYYYYYYYYYY."
Wyobraziłam sobie, jak Harry stoi naprzeciwko Ginny i tak przeciąga to jej imię... xDDD Piękne!
Rzabcia

Weronika Sniadecka pisze...

Analiza świetna. Popłakałam się ze śmiechu. Dumbledore produkujący sztuczną mgłę rządzi! A blogasek tak absurdalny, że się bardziej nie da. Miętowe oczy, stalowy księżyc... Kurczę, a myślałam, że moje opisy są głupie do granic możliwości.
Wasza od niedawna wielka fanka
Norka
P.S Nie martw się, Pigmejko. Też jestem Malfoyem :D

Piafka pisze...

No nie, "Gangnam Style"! Et vos, Analizatorki...?

A tak poza tym, leżę i kwiczę... ze śmiechu. Aż nie będę wklejać najlepszych kawałków, bo musiałabym skopiować całość. :)

Pozdrawiam,
Piafka

burleska pisze...

Przestaję doceniać Harrego za to, że woli rozbroić człowieka niż go zabić. Akurat ten jeden raz mógł zrobić wyjątek. Serio, jeżeli tu wszystko toczy się za szybko, to nie wiem jakim cudem autorka funkcjonuje
"-Normalny czy ulgowy?
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć, a staruszka o miedziano-brązowych oczach wpatrywała się we mnie z takim oczekiwaniem w oczach, jak ja gdy prosiłam mamę o dokładkę makaronu. Jednocześnie wydawała się pragnąć mojej śmierci. Cwałujący bieg moich myśli zaczął mnie wyprzedzać ..." i bla bla bla. Mniej więcej tak to chyba musiało przebiegać ;) Boję się, że nie wiedziała też, czy to dokładka makaronu czy co chce ją ukatrupić...

Szprota pisze...

Wybaczcie Gangam Style, ale po prostu nie mogłam się oprzeć (poza tym ja jednak uwielbiam tego mema)

Na skrzydłach niewiedzy pisze...

Jak ja to przeczytałam, to kwiknęłam. Ginny tarzająca się po polu, biegająca po lesie i ten Harry, który musiał poczuć jej usta na swoich i ją zmacać, by się przekonać, że to naprawdę ona. A no i moje ulubione komentarze :

"Pierwsze, co robi pies gończy wytropiwszy królika, to woła “Hagrid”. Tak, tak. A w Smoleńsku był zamach, a Grindelwald nie kręcił z Dumbledorem."

"Lokalsi na wieczornym jabolku za stodołą trochę się zdziwili na widok upapranej małolaty machającej patykiem i gapiącej się w niebo, ale ostatecznie była tu od niedawna nowa apteka."

"A dziękuję. Bardzo miło mi się komentowało. Tylko chyba mi się biurko odkształciło od walenia w nie głową..."

Pozdrawiam.

adawinry

Anonimowy pisze...

Umierałam ze śmiechu dziesiątki razy, analiza po prostu epicka! Przy pompie cyrkulacyjnej myślałam,że poległam na dobre i nie doczytam, ale kot mnie ocucił i dobrnęłam do końca:D Opko, jak i analiza powinny być dedykowane studentom zootechniki, tudzież rolnictwa- ach, te wszystkie nawiązania do pasożytów, zbóż, upraw, jelitek, napomknięcia o paszach,chwastach itd. Jestem spłakana, a moje studia nabrały zupełnie nowego wymiaru :D

"A jednak.
- Korzystaj z życia, które ci darowałem – z zadumy wyrywa mnie jego męski, pociągający, aczkolwiek chłodny głos.
Sprzedaj dom, rozdaj książki, złam różdżkę i spędź siedem lat w Tybecie.
Nagle Draco zrzucił ziemską powłokę i okazało się, że ma na sobie biodrową przepaskę i jest wielkim grubym łysym gościem siedzącym po turecku. A potem wziął i odleciał na chmurze nirvany.
Ale odleciał męsko, chłodnie i pociągająco, zostawiając za sobą woń drzewa sandałowego i zajebistości." - przy tym mój mózg udał się na halucynogenną przejażdżkę na własnej chmurze nirvany xD

"On najwyraźniej poznaje Ginny po cyckach. Cóż, można i tak.

W końcu są zwierciadłem duszy, a moja została już zraniona przez niewiarę chłopaka o kruczoczarnych włosach." a takie zestawienie mi wyszło, gdy przeczytałam jednym tchem :D

Uwielbiam Was dziewczyny, bez Was mój świat straciłby wiele na swojej nienormalności^^
Pozdrawiam, Róża i wrocławska zootechnika:P
P.S. mój kran coś podejrzanie kapie...

pingwiniara pisze...

A mnie to opko wymęczyło strasznie:(
Czytając te wszystkie przemyślenia Ginny czułam się, jakbym przedzierała się przez kisiel:P

Andinn pisze...

Dzięki za miodną analizę.

Sposób myślenia Ginny:

"Potem uśmiecha się do mnie tak, jak matka widząc swoje małe dziecko, marzące kredkami po całej twarzy, zamiast po kartce, która pomimo całej palety barw na buzi kilkulatka, wciąż pozostaje pusta."

Albo rozpamiętywanie oh-jakiej-cudnej twarzy Malfoya. Dziewczyny jeszcze raz wielkie dzięki.

Jaryna pisze...

Świetna analiza. Już jakiś czas kręcę się po waszym blogu, podobają mi się analizy jednak spotyka mnie dość przykre zjawisko niektóre się nie otwierają gdy wybieram z listy starszych analiz umieszczonych po prawej stronie czasem wyświetla mi się tylko wstęp. Przykro mi gdyż nie wszystkie przeczytałam być może to mój internet ponieważ jest słaby jednak zobaczcie czy nie ma u was jakiegoś błędu i na innym komputerze jest wszystko dobrze (mam problem między innymi z "dlaczego kochamy Edwarda Collena? cz.2 i kilkoma analizami następującymi po niej)proszę o odpowiedź życzę weny pozdrawiam.


Remmy pisze...

"Przyciska moje słabe ciało do swojego okazałego, gorącego pod wpływem naszego poprzedniego dotyku (mmm, okazały i gorący) (niczym dobrze wypieczony sznycel) (albo kiełbasa z grilla. Z kapiącym z jednego końca tłuszczykiem.)"

Jesteście obrzydliwe xD

Anonimowy pisze...

O, rety, jakie to było ciężkie. Jeszcze raz zobaczę wzmiankę o tym, że bohaterka jest słaba, bezbronna, bezradna, bezwolna i słaba, a poleje się krew.

Naprawdę nie rozumiem, po co ludzie piszą opowiadania osadzone w fandomach, które im ewidentnie nie leżą. Książkowa Ginny była wysportowana, wygadana (momentami wręcz jędzowata), dobra w czarach i prawie nigdy nie płakała. Ta tutaj ogłupiała meduza myśląca w tempie lodowca, która nie zna żadnego zaklęcia i pokornie czeka na śmierć, choć trzyma różdżkę w garści, kuli się na ziemi, użala nad sobą i bez przerwy wylewa wiadra łez, to nie jest żadna Ginny... to Belliny.

A cała akcja z nierozpoznaniem Ginny przez Harry'ego jest zupełnie bez sensu, dlatego że doskonale wiemy, jak w książce rozwiązywali takie problemy. Nie rzucali od razu zaklęciami, tylko ZADAWALI PYTANIA, na które odpowiedź mogła znać tylko prawdziwa osoba (np. Lupin pyta Harry'ego o ich pierwszą wspólną lekcję). A czego niby ma dowodzić pocałunek? Że nie jest to polisokowany Malfoy, bo gdyby był, to pewnie by się brzydził?

Miss Derisive pisze...

Łoborze Liściasty, w porównaniu z tym akcja "Nad Niemnem" miga z zawrotną prędkością... Paznokcie rosną mi szybciej niż Ginny produkuje kolejną myśl.

Analiza trzyma poziom!

Sineira pisze...

Podziwiam, że miałyście siły na przedzieranie się przez ten kisielowaty bełkot, który mogliby sprzedawać w aptekach jako środek usypiający. Ginny jako rozlazła memeja wzbudza nieodpartą chęć potraktowania z glana.
Ja chcę Różdżkę Kałasznikowa!

Patrycja Stankowska pisze...

To było potworne... Jeszcze gorsze niż część pierwsza, co uważałam za niemożliwe. Jedynie wasze komentarze pozwalały przełknąć przez gąszcz zawiłej metaforyki i bagno bezsensu. Ale teraz poproszę o jakiegoś durnowatego yaoica na odprężenie, fandom nieistotny. Ścierpię nawet Naruto.

Patrycja Stankowska pisze...

Przepraszam, zamiast przełknąć miało być przebrnąć :(

Anonimowy pisze...

Hm, a wpadły Wam może w oko jakieś opowiadania do serii Igrzyska śmierci? Jakieś ukochane Peety albo Gale'a, zaginione siostry Katniss i inne takie? Jeśli tak, to dopisuję do koncertu życzeń :)

SzalonaSzurnięta&Stuknięta pisze...

"w Drugim rozdziale będzie więcej akcji..." - czy jakoś tak... Czy tylko ja tej akcji nie widzę?
Wgl to kwik razy nieskończoność (jak zwykle).
Porównania i epitety ałtoreczki powalają na kolana...
BTW analiza świetna, czekam na więcej
Szalona
SS&S

Ther pisze...

Piękne dzięki za kolejną fantastyczną analizę, która raz po raz wywoływała wybuchy śmiechu. Płacząca umywalka była jeszcze lepsza niż "krew niczym dżem z naleśników" z poprzedniego odcinka.
Jednak nie ma to jak dobra potterowa analiza złego potterowego blogaska.

Anonimowy pisze...

A ja chciałam powiedzieć, że w takach bardzo podoba mi się mi się podział na "Mary Sue" i "wyjątkowa wkurzająca Mary Sue" :D

Ag

Anonimowy pisze...

Piękna analiza! Nic, tylko wzdychać do Malfoya emanującego drzewem sandałowym i zajebistością... Co się czepiacie, lepszy od tego-tutaj blogaskowego Pottera... i lepszy niż kanon!

Szkoda, że tekst źródłowy ukryty, szykowała się dłuższa dobra zabawa.

Maria Teresa pisze...

Świetne! To potterowskie opowiadanie w połączeniu z Waszymi komentarzami naprawdę mnie zachwyca :)

Majka pisze...

Hihi :) Jak raz mam za sobą Makbeta, więc to o niezmywalnej krwi rzuciło mi się na oczy ^^
Malfoy o księżycowych oczach to jeszcze nic, jak omawialiśmy fragment Pieśni nad pieśniami na polskim koleżanka zaprezentowała mężczyznę o gołębich oczach, dosłownie, a że uczymy się w Liceum Plastycznym to wyszło jej cudnie ^^

Anonimowy pisze...

Szczerze to myślałam, że zwariuję kiedy po raz setny czytał "Cośtam działo się niczym...". W gdyby nie Wasze komentarze umarłabym z nudów. To było takie... nudne!

~Szatynka z blond włosami