piątek, 23 listopada 2012

Ballada z wampirem, ach, strach, rany boskie!


Witajcie!

Tym razem nie będzie żadnego angstu ani iście bergmanowskiego tempa akcji; nie będzie też żadnego z popularnych fandomów. W tym tygodniu wybieramy się w podróż z mrocznymi bohaterami (płci obojga), którzy mroczną drogą do mrocznego lasu jadą, by podczas mrocznej burzy czynić mroczną magię przy pomocy mrocznych morderców. W tle mamy Onych, Tych, a nawet Tamtych, empatyczne krople deszczu i noworuskie felgi, zapalniczkę obdarzoną MOCĄ, a nawet Bukę. I jakąś tam fabułę, która być może wyklaruje się w następnym rozdziale.
Miłego!


Zanalizowały: Pigmejka i Kalevatar.

PS W linkach po prawej wrzuciłyśmy linki do blogów, na których Kalevatar i Mama Pigmejki (nie mylić z Mamą Muminka^^) prezentują swoją ręcznie robioną biżuterię. Jeśli szukacie prezentu czy po prostu ładnego drobiazgu z okazji braku okazji, zawsze możecie zajrzeć. ;)

adres blogaska: http://krag-mroku.blogspot.com

Prolog - Siła grozy

A moc groza była w nim silna.

           Jasny snop światła przedzierający się przez ciężkie obłoki chmur rozjaśnił ciemne, zwiastujące burzę niebo. Oślepiający błysk zalał całą tutejszą okolicę, czekającą w napięciu na nieuchronnie przybliżającą się potęgę żywiołu.
Szpaler topoli zamarł, zaciskając gałązki, a płytki strumyk skoczył po popcorn; tylko tamtejsza okolica pozostała niewzruszona, zapewne za sprawą zbawiennego wpływu kwiatu lotosu na tafli jeziora.
Nagle zza wzgórza wytoczyła się mroczna, czarna dorożka, ciągnięta przez kare kuce zagłady. Kiedy pojazd zatrzymał się pośród pól (trawa zadrżała z napięcia), ze środka wytoczyło się wielkie grube chujstwo z ciężkimi walizami. Potęga żywiołu dotarła na miejsce.

Jakby w odpowiedzi, z daleka dało się słyszeć jęki chujstwa próbującego ciągnąć po żwirze walizki zawodzącego wiatru, posłańca nieposkromionej siły. Biegł przed nią taki chudy blady biedaczyna, i taszczył największy tobół. I zawodził, bo go w krzyżu łupało. Pierwsze krople deszczu nieśmiało spadały na ziemię (#z taką pewną nieśmiałością), nieświadome jeszcze jak wiele zniszczenia pociągnie za sobą niszczycielska moc przyrody.
Gdyby wiedziały, to by przepraszały, oczywiście.

W pobliżu rozbrzmiał odgłos uderzającego pioruna, jedynego znaku zdradzającego prawdziwe zamiary natury.
Ciężkie, skłębione chmury na niebie i zawodzący wiatr w ogóle nie zdradzały tychże zamiarów. Natura niechybnie pobierała nauki od Stirlitza. No i ośmielę się zasugerować, że krzaczkom i pagórkom jest tak jakby wszystko jedno, czy będzie burza.
A skąd wiesz, może pagórki też mają uczucie i cierpią! Bo im się... hm... naskórek od deszczu marszczy!

           W ciszy obserwowałem mijany za oknem leśny krajobraz, rozkoszując się w duchu nastaniem nocy. Nie musiałem już dłużej znosić męki, jaką przynosiło ze sobą światło słoneczne.
Dalibóg, wąpierz. I po co?

Wolisz historię miłosną z zombie? Będzie niedługo w kinach.
Źle się dzieje, gdy to żywe trupy wnoszą do opowieści powiew świeżości...

Moje zmysły pracowały szybciej, a mroczna część mnie mogła swobodnie się uaktywnić bez groźby uszczerbku na zdrowiu.
Ta lubująca się w demolowaniu ławek w parku, oglądaniu japońskich pornoli i ubieraniu się na czarno?
I nadużywaniu eyelinera, tak. Swoją drogą, jak się uaktywniła? Masz jakiś magiczny prztyczek na... gdzieś tam na ciele?

Czułem, że moje ciało staje się potężniejsze, a umysł zaczyna oczyszczać się po całym dniu.
Szwy kurtki i rozporek trzasnęły ostrzegawczo, napięte przez rozrośniętą muskulaturę, a z głowy jedna po drugiej uciekały rytmy piosenek "Fasolek".
Wyciekały z ucha cienkim strumykiem.

Wyostrzony wzrok, słuch oraz moce dostępne tylko niektórym z mojego gatunku, teraz osiągały swoją pełnię. Mój nastrój doskonale się poprawił, gdy tylko zdałem sobie sprawę ze zmian dokonujących się wewnątrz swojego organizmu.
Trzustka i wątroba też sprawowały się lepiej, a o przemianie materii nawet nie ma co mówić.Pij po zmroku Actimel - staniesz się wampirem.

           Podobnie zachowywała się moja towarzyszka.
Też napęczniała i trawiła jak szalona.

Jej rysy lekko się zmieniły, a skóra nabrała charakterystycznego blasku.
Boru mój, boru, kiedyż ja się doczekam wampirów, które się nie mienią, błyszczą, sparklą ani nie robią czegokolwiek innego, co przystoi wyłącznie brylantom i pudrom rozświetlającym?
Bo to są wampiry takie jak TUTAJ.

W oczach gościła drapieżność, niezauważalna dla zwykłego człowieka. Ta subtelna różnica czyniła z nas wyjątkowo twardych przeciwników, wręcz idealnych do walki i zabijania.
Mówisz o tym subtelnym błysku niebezpieczeństwa czającym się w przepastnych głębiach waszych oczu?
Pokonywali wrogów w konkursie na najbardziej nieskazitelną cerę.

Dość łatwo przychodziło nam zaskoczenie swojej przyszłej ofiary.
Jeśli była głucha na odgłosy intensywnego trawienia i ślepa na blask skórnej pozłotki.
Toć oni właśnie za pomocą pozłotki polowali! Wyskakiwali z krzaków, robili BŁYSKU-BŁYSKU, a oślepiona ofiara była ich.

W moim pojęciu nie istniał nikt godny do tego, by stanąć na mojej drodze.
Bitch, please... Powiedz mi, w jakim uniwersum siedzisz, a zdradzę ci, jak bardzo się mylisz.
Może żyje w próżni?

Nawet czas nie był w stanie zrobić mi żadnej krzywdy. Tym razem jednak lekka myśl niczym ukłucie, niczym zbłąkany wędrowiec w wigilię, niczym komar gryzący w ostatnim tygodniu listopada zmąciła mój dotąd przez tyle lat zachowywany spokój.
Tyle lat i ani jednej myśli... Już wiem, skąd się wzięło przekonanie o niczym niezmąconej zajebistości.

           - Nie chcę być wścibski, ale czy ty kiedyś przypadkiem nie wspominałaś, że już nigdy tu nie wrócisz? – zapytałem swoją towarzyszkę, trochę nerwowo prowadzącą swój ulubiony pojazd. Duży, o sportowym kształcie, w kolorze soczystej czerwieni i mieniących się już z daleka felgach wzbudzał podziw u każdego przypadkowego kierowcy mijającego nas na drodze.
Tak, z pewnością każdy zareaguje podziwem na to cudo:
A ja obstawiałam trójkołowy rowerek made by Swarovski.

Z rozbawieniem przyglądałem się ich pełnym pożądania minom i rosnącej w oczach zazdrości.
Z serii "Ubaw po pachy", sequel znakomitego żartu "Boki zrywać" - "Boki zrywać II - Łohohohohoho!". Już wkrótce w Twoim domu!

Gdyby wiedzieli z kim mają do czynienia...
Z personifikacją absolutnego braku gustu? Nowym Ruskim? Chyba że narrator ma na myśli ten samochód, który w rzeczywistości jest jakimś sparklącym smokozordem, wtedy spoko.

           - Wiem, co mówiłam. Gdyby to zależało ode mnie, to nigdy bym się tu nie znalazła. Nienawidzę tego miejsca, lecz nie miałam wyboru – odpowiedziała mi zgodnie z prawdą. W jej głosie pobrzmiewała nuta wściekłości.
           - Nie mogę zrozumieć dlaczego podjęłaś taką decyzję. Zdajesz sobie przecież sprawę, że nie powinno nas tu być – powiedziałem i leniwie przeciągnąłem się na jasnym skórzanym siedzeniu.
Zawsze mnie zastanawia, że bohaterowie roztrząsają swoje motywacje i zasadność podejmowanych działaś w trakcie jakiejśtam superważnej & whatever akcji, a nie przed nią. Mózgi im się uaktywniają dopiero w sytuacjach bojowych?
Adrenalina im rozgrzewa synapsy.

           - Mam dość życia w ukryciu i nudy. Chcę żyć tak jak kiedyś.
           - Nie mów, że zrobiłaś to tylko dlatego, bo dopadł cię symptom zbyt długiego wieku – rzuciłem kąśliwie w jej stronę, na co posłała mi długie pełne złości spojrzenie.
Na co samochód owinął się wokół najbliższej latarni.Symptom zbyt długiego wieku to coś jak nasz syndrom wieku średniego? (Albo syndrom wiecznego niedopchnięcia?)

           - Nie. Zeszłego dnia... miałam sen o Niej.
Zeszłego dnia... masz na myśli wczoraj?
O Niej... o Matce Boskiej?

           Zaskoczony, trawiłem dość długo tę informację nim uznałem, że to co przed chwilą usłyszałem nie jest słuchowym omamem. Wtedy postanowiłam zwrócić niestrawioną do końca informację.

           - Chcesz powiedzieć, że Ona...?
           - Tak. Chce powrócić, a ja muszę jej w tym pomóc. – W jej głosie pojawiło się coś na kształt determinacji, dzięki czemu już wiedziałem, że szykują się poważne kłopoty.
           - Zdajesz sobie sprawę do czego zazwyczaj doprowadzają twoje postanowienia? – Nie potrafiłem ukryć swojej złości. Dlaczego mi o tym nie powiedziała? (Przecież właśnie mówi, ciołku.) Wiedziała, że nigdy się na to nie zgodzę?
           - Nie tym razem. On się odnawia, a wraz z nim Ona. A razem z nimi Oni, a nawet Tamci... nie mamy wieści jeszcze o Was i o Tych Innych. Dlatego jesteśmy tutaj. Wiesz dobrze, że oboje jesteśmy Jej dziećmi. A Ona nagradza tych, którzy wiernie służą. – Oczy mojej towarzyszki zalały się falą miłości i tęsknoty, tak często ukrywanej przed innymi pobratymcami.
W związku w czym zmalały jej zdolności bojowe, dobrze wnioskuję?
Nie, po prostu tusz się jej rozmazał w wyniku zalania.

           Może i byłem Jej dzieckiem, ale jakoś nie skakałem z radości na myśl o powracającej Królowej.
           - Reszta nie chce, by Ona się odrodziła, dlatego zadanie Jej wzbudzenia (dobrze, że nie "pobudzenia"...) padło na nas – kontynuowała swoją wypowiedź, nie zauważając mojego zrezygnowania.
           - To będzie trudne, zważywszy na fakt, że tego terenu pilnują nasi odwieczni wrogowie.
Chwila, moment - to nie ty, robaczku, kilka akapitów wyżej twierdziłeś "W moim pojęciu nie istniał nikt godny do tego, by stanąć na mojej drodze"? Skoro nawet w gębie nie jesteś już mocny strach myśleć, co z ciebie zostanie, gdy przejdziecie do czynów.
Mówiłam, że to tylko jakiś koleś posypany brokatem, a nie wampir.

           Prychnęła, wyrażając w ten sposób swoją dezaprobatę.
           - Lata ciszy zrobiły swoje. Nie zauważą niczego podejrzanego. Większość zapomniała już o tym, co tu tak naprawdę się wydarzyło. Jedynie my znamy sekrety tego miejsca i w pełni je wykorzystamy. Przywrócimy dawną świetność naszej rasy, a naszych wrogów doszczętnie zniszczymy. Nikt nie będzie o nich pamiętał, wskrzesimy z powrotem nasze sługi... to będą cudowne lata, jeszcze się o tym przekonasz.
I w ogóle wszystko będzie cycuś-glancuś, a z nieba będą lecieć napisy końcowe, tak tak.

           Nie odzywałem się do niej już więcej. Zbyt wiele wątpliwości mi się nasuwało. Była za bardzo pewna siebie, a to niczego dobrego nie wróżyło. Zapomniała, co stało się zanim została Jej dzieckiem, zapomniała jak sprytnie została wykorzystana... Nie, żebym jej jakoś żałował, lecz nie chciałem stać się pośmiewiskiem wśród swoich pobratymców.
Bo jestem nieśmiertelny, zajebisty i ogólnie very speshul, ale ego wciąż skwierczy, gdy się je lekko przyciśnie. Przykre.
Dlatego oleję przyjaciółkę i będę się kisił w sosiku własnej zajebistości w jakimś odosobnionym kątku.

Żyłem jako potężny przedstawiciel swojego gatunku i wolałbym, aby tak zostało.
W tym celu nie będę angażował się w nic, żeby przypadkiem się nie zbłaźnić. Oto plan, który nie ma słabych punktów.
To już nie sosik własnej zajebistości, to smalec samozachwytu.

           Skręciła w prawo, mijając przy okazji dużą tabliczkę (skoro DUŻĄ tabliczKĘ, to czekolady chyba) z napisem „Fross” i zatrzymała się na poboczu blisko lasu.
Trzecia definicja może być tutaj bardzo znacząca.

Następnie wysiadła z samochodu, nakazując mi uczynić to samo. Gdy zwróciłem na nią swoje pytające spojrzenie, powiedziała żebym się nie ruszał, sama zaś zaczęła przeczesywać za pomocą wyostrzonych zmysłów tutejszą okolicę.
Przeczesywanie za pomocą zmysłów może wyglądać jedynie tak:

Albo tak:

Zacinający coraz mocniej deszcz tylko jej w tym przeszkadzał, ale nie przejmowała się. Miała zbyt dużą wprawę, by denerwować się takimi drobiazgami.
Poza tym zmysłowe grzebienie były deszczoodporne.

           W pewnym momencie jej twarz wykrzywił złośliwy uśmiech pełen triumfu.
           - Znalazłam duszę mordercy – powiedziała lodowatym głosem.
- Gdybym wiedział, że potrzebujesz duszy mordercy to dałbym Ci któregoś z naszych nieudaczników – rzekłem ironicznie.
*bierze wyrąbiście wielką lupę i wyrusza na poszukiwanie ironii w tym zdaniu*
A ja jestem ciekawa, czemu to zawsze musi być dusza mordercy. Czemu to nie może być na przykład dusza fryzjera. Albo kucharza. (Obaj pracują z ostrymi narzędziami!)

           - Nieudacznik zawsze pozostaje nieudacznikiem, zaś ludzcy mordercy to wspaniały materiał na idealnego służącego. – Nie mogła powstrzymać się przed teatralnym westchnięciem. W jej oczach pojawił się błysk, a ja już wiedziałem, że zbliżające się wydarzenia na zawsze pozostaną głęboko w mojej pamięci.
No teraz to już na pewno były kurwiki.

           - Za mną – rozkazała.
           Ruszyła biegiem, a ja rzuciłem się za nią. Z prędkością ledwie zauważalną dla ludzkiego oka (Czyli coś pomiędzy ślimakiem a żółwiem?) mijaliśmy stojące na naszej drodze dzikie zarośla, szukając wspomnianego przez nią mordercy.
A zarośla wciąż stały, prężąc liście i gałązki.
I fukały nieufnie, jak na zdziczałe rośliny przystało.

Nie miałem pojęcia do czego był jej potrzebny, lecz wyczułem, że miała w związku z nim olbrzymie plany. Wiedziałem, że przyszłą ofiarę czekają prawdziwe tortury, zaś mojej towarzyszki nic nie mogło powstrzymać przed zrealizowaniem swojego planu. Szykowała się naprawdę upiorna noc. Na samą myśl uśmiechnąłem się do siebie. Nic tak nie poprawiało mi humoru jak szykująca się uczta.
A mama wam nie mówiła, żeby nie bawić się jedzeniem?

           Zatrzymaliśmy się na niewielkiej polanie, porośniętej sięgającą nam do kolan trawą. To się nazywa busz. Deszcz zacinał coraz bardziej. Oboje przemokliśmy do suchej nitki, ale żadne z nas się tym nie przejmowało. Woda nie mogła nam zaszkodzić, a na wszelkiego rodzaju choroby byliśmy naturalnie odporni. Jedynie towarzyszące burzy grzmoty lekko utrudniały nam poszukiwania.
Bo ciężko poszukiwać czegokolwiek, wskakując pod stół przy każdym grzmocie, wierzcie mi.  A już gdy w pobliżu nie ma żadnego stołu...

           - Co teraz? – zapytałem, mając nadzieję, że posiada jakiś plan. Nie myliłem się. Nim zdążyłem zareagować, stanęła na środku polany i przecięła zębami skórę. Krew buchnęła z otwartej rany, barwiąc roślinność na czerwono.
Trysnęła jak z hydrantu. BoCHaterka nie bawiła się w półśrodki.
Akurat w takim deszczu by dało się zauważyć to tryskanie.

Dziewczyna zaczęła krążyć w tę i z powrotem, formując z niej szkarłatne koło i mamrocząc pod nosem jakieś zaklęcia. Płyn szybko zakrzepł na deszczu, Szkoda że nie wysechł i nie wyparował przy okazji. posłuszny mowie mojej towarzyszki. Następnie, zamknęła oczy i wsłuchała się w przecinek zdupywzięty odgłosy nocy.
           Stała tak dobrych kilka minut i gdy już zacząłem się niecierpliwić, znienacka wyczułem przybliżającą się do nas postać. Z daleka usłyszałem jej mocno dudniące serce. Kły wysunęły mi się same. Wiedziałem, że za chwilę rozpocznie się tak długo wyczekiwany i niezapomniany moment.
Długo niezapomniany moment który się jeszcze nie wydarzył ftw. Ach, no i proszę o zabranie mi sprzed oczu mema teleskopowego uzębienia, dziękuję bardzo.

           Po dłuższej chwili moim oczom ukazał się niski, może trzydziestopięcioletni mężczyzna o dość odstraszającym wyglądzie. Grubszy, łysawy o okrutnym spojrzeniu, mógł wzbudzać strach u każdego człowieka, któremu dla zabawy odebrał życie.
Albowiem bały się go tylko trupy ludzi usieczonych dla krotochwili, żywi przed nim nijakiej obawy nie czuli. No i przyjmuję na wiarę, że w uniwersum wymuskanych, och_jakże_drapieżnych i sparklących wampirzydeł osobniki niskie, grubawe i łysiejące muszą budzić prawdziwą grozę.
Bo przecież nie może być tak, że (ludzki) zabójca wygląda niegroźnie i niepozornie. Na przykład tak:
Albo tak:

Długi haczykowaty nos i kryjący się pod nim wredny uśmieszek z pewnością wzbudzałby koszmary u każdej jego ofiary... gdyby jeszcze żyła. Niemal czułem wylewające się z niego okrucieństwo i byłem tym oczarowany.
Tylko weź się nie zakochaj.

           Moja towarzyszka otworzyła oczy, uśmiechając się do niego promiennie. Bandyta obserwował ją niewidzącym wzrokiem, zdradzającym siłę rzuconego na niego zaklęcia. Wiedziałem, że z tej pułapki już nie znajdzie wyjścia.
           - Podejdź bliżej – powiedziała w stronę mordercy moja towarzyszka. (Co on z tą towarzyszką? Komunistyczne wampiry?) Ten posłusznie przybliżył się do niej, przekraczając linie narysowanego koła.
Okręgu.

Gdy tylko przez nie przeszedł, rzuciła się na niego z nieprawdopodobną szybkością i przebijając kłami skórę, upiła łyk z jego krwi, po czym skręciła mu kark. Bandyta upadł na ziemię martwy. Ballada z trupem, z trupem ballada
jeden kęs i już facet pada
Jucha, dwa cycki u panny i łup
jak długi leży trup u jej stóp
Ach strach, strach, rany boskie, rany boskie!

(I tak z trupa chce pić? Bez sensu... To tak jakby siorbać kożuch z mleka.)

           Dziewczyna nie traciła czasu. Kreśląc krwią skomplikowane znaki na ciele trupa i znów głośno mamrocząc pod nosem, rzucała następne zaklęcie. Po jej chwiejnych ruchach wywnioskowałem, że była wstawiona. Mamrotem. czar musiał być naprawdę potężny. Kiedy już uformowała wzór i dokończyła trudne inkantacje zawołała donośnym głosem:
           - Przybywaj mój Wysłanniku Śmierci!
I przybył, a towarzyszem mu była Średnia Ocen na Filmwebie, której imię było Ujdzie (4/10).

           W miejscu gdzie leżał trup niespodziewanie uderzył piorun, zwęglając ciało mordercy.
I wywołując oparzenia oraz czasową ślepotę i głuchotę u obojga wąpierzy. I na przyszłość - nie, uderzenie pioruna niczego nie zwęgli. Poparzy, owszem, ale bez przesady.

Usta spalonego bandyty się otworzyły (popiół się ułożył w otwarte usta?), a ja ujrzałem wypełzujący z nich fioletowy kształt, coraz szybciej przybierający właściwą postać. Okrywała go ciemna, podarta na strzępy szata stworzona z niematerialnej powłoki, znanej tylko duchowym bytom. Spod rękawów wystawały spiczaste ręce w kolorze czarnym jak sadza, zakończone pazurami. Wewnątrz kaptura świeciły się jasne niczym pochodnie oczy.
Fioletowe szujstwo z niematerialnej powłoki, z pazurami i świecącymi oczami? TO ONA! Uciekajcie!!!
 

           - Moja pani. – Stwór odezwał się niskim, świszczącym głosem, kłaniając się nisko.
      - Idź do miasta i czyń spustoszenie. Siej grozę i zamęt - powiedziała, wręczając mu dwa spore worki. (Słyszałam, że z dorodnej grozy wychodzi całkiem dobra sałatka na majonezie.) - Niech nikt cię nie widzi i nie wie czym jesteś. Gdy skończysz, wróć do mnie – rozkazała swojemu nowemu słudze.
           - Jak sobie życzysz. – Wysłannik ponownie skłonił się przed nią i zniknął, jakby go nigdy nie było. Ja natomiast, przyglądałem się temu wszystkiemu z szeroko otwartymi oczami.
           - Coś ty zrobiła? – rzekłem do niej tak cicho, że musiała się przybliżyć, aby mnie usłyszeć.
Czy ona o swoich zamiarach nie trąbiła już od dobrej chwili, a on nie był och tak bardzo okrutny i amoralny? Tak pytam dla zasady, bo mam wrażenie, że próbuje mi się tu wcisnąć, że stała się jakaś rzecz straszna i bluźniercza.
Oj, bo on się spodziewał tradycyjnej kolacji, a dostał wuj wie co. Które na dodatek wzięło i sobie poszło.

      - Stworzyłam kogoś, kto pomoże Jej powstać. Przed nami sporo do zrobienia – odparła i wyciągnęła z torebki zapalniczkę. Następnie podpaliła zmaltretowane ciało mężczyzny, chcąc zatrzeć za sobą ostatecznie ślady. Buchnęły płomienie, trawiąc doszczętnie pozostałości po mordercy. Jak wielką trzeba mieć moc, by przeciwstawić się potędze burzy?
Jaki jest sens podpalać coś, co było już zwęglone? I nie, podpalenie denata zapalniczką (kwi) nie sprawi, że zostanie z niego kupka smętnego popiołu. Żeby spalić zwłoki w krematoriach utrzymuje się temperaturę 850 stopni Celsjusza; nie osiągniesz takiej na wolnym powietrzu za pomocą zapalniczki, skarbie. Nie rozumiesz! Ta zapalniczka miała MOC!
No i na czym konkretnie polegało to przeciwstawienie się, bo jakoś nie widzę? Sfajczyła typa na deszczu, łohohoho.

           - A myślałem, że będę mógł nacieszyć się polowaniem. – Poczułem w głębi siebie rodzącą się złość.
Gdzieś tak na trzecim zakręcie jelita cienkiego.
To wyrostek robaczkowy.
Albo kolka.

           - Nie mamy czasu na przyjemności. Przygotowałam dla ciebie listę zadań i liczę, że się z nich wywiążesz. A na tej karteczce podsumujesz swoje cele, motywacje i osiągnięcia... I zrób mind map twoich celów długo- i krótkofalowych. A tu masz trzy rodzaje kwestionariuszy osobowości. Pensję życzysz sobie na konto czy gotówką? Czas polowań jeszcze nadejdzie. – Przez jej twarz przebiegł cień ekscytacji, a ja już po prostu wiedziałem, że od tego nie będzie odwrotu.
           Kości zostały rzucone.
Dum - dum - DUUUM!
DUM DUUM? To musiały być pieruńsko wielkie kości...
Brontozaura.

18 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Będę marudzić.
- pisanina nie do końca opkowata. Jasne, że nie najwyższych lotów, ale nie AŻ taka zła.
- jakoś krótko.
To chyba tyle z marudzenia. Oprócz tego jak zwykle celne komentarze, ale mało kwikalne (a jednak nadal zrzędzę).

Anonimowy pisze...

Ómarłem. Może trochę krótko, ale przy mocy fajczenia trupów na deszczu popłakałem sę ze śmiechu. Nie mogę doczekać się następnej części.

Serenity pisze...

Kwi! Kości brontozaura! Kwi, kwi!

Anonimowy pisze...

Wypraszam sobie, jakobym miała być fioletowym szujstwem!
A za wrzucanie mnie do opka to będę straszyć pisaka po nocach!

Pozdrawiam

Buka

Niofomune pisze...

Anonimowy na samej górze, tekst jak najbardziej jest opkowy, tylko nie w stylu, z którym najczęściej się spotykamy. On podchodzi do opkowości z zupełnie drugiej strony - autorka ma dobre podstawy, nie sadzi błędów i ma całkiem spory potencjał, jednak popada w przesadny patos, który wynika z jej własnych umiejętności, daje się wciągnąć w mhrock i ghrozę, nie dostrzegając w tym infantylności, a także cechuje ją pewna wtórność (sparklące wampiry). Moim zdaniem to bardzo dobry przykład, żeby pokazać inną stronę opek, szczególnie takich, które na opka mniej wyglądają (nie wspominam tu o takich oczywistościach jak "Przewodnik Geologiczny..."). Mówię tak, bo sama jakiś czas temu dałam się wkręcić własnie w taką patetyczną pisaninę i z zewnątrz to naprawdę nie wygląda źle, kiedy spoglądało się pobieżnie.
Nie zmienia to faktu, że autorka, jeśli wyciągnie jakieś wnioski, albo po prostu będzie się rozwijała, ma szansę stworzyć coś dobrego. Byle by nie skupiała się tylko na oprawie, ale również na treści. Bo póki co widać gigantyczne luki i nielogiczności fabularne, które wzięły się z tego, że zamiast posiedzieć nad fabułą, autorka tworzy samą oprawę. Przerost formy nad treścią, trochę jak w opku Antypaladyna z NAKW-y, tylko może nie aż tak wyraźnie.

Anonimowy pisze...

Przepraszam bardzo, ale kim są mordercy ze zdjęć?
Arisa

Anonimowy pisze...

Ach, te wodoodporne grzebienie zmysłów, kości brontozaura, potwór zwany Bukką i "Wysłannik śmierci" z średnią ocen 4/10. Cudowna analiza, która dała nowe życie tekstowi Ałtoreczki. Życie wielu kilku dennych znaczeń. :)

Anonimowy pisze...

http://dreamedstoriesx.blogspot.com/

Serenity pisze...

@Arisa: Ta parka to tzw. Ken i Barbie Killers (Paul Bernardo i Karla Homolka). Pan niżej to Ted Bundy.

Weronika Sniadecka pisze...

Ciekawe, jak wielki musiałby być gostek rzucający tymi kośćmi:)
Analiza cudna, wspaniała i genialna. Przy Wysłanniku Śmierci z oceną 4/10 spadłam z krzesła. Jeszcze trochę i będziecie moim rodzicom płacić odszkodowanie, bo zakwiczę się na śmierć...
Norka

Ethel Ravenheart pisze...

Pomyśleć, że ja kiedyś też pisałam podobne tFory i dzieUa! Na szczęście trafiłam na tego bloga, a lektura analiz uświadomiła mi, co w moich opowiadanio-cosiach było nie tak...

Anonimowy pisze...


Wysłannik Śmierci był najlepszy.

chomik

Anonimowy pisze...

Jak dla mnie to anonim na samej górze ciągle ma rację...

ginny358 pisze...

Doznaliśmy uczucia zgonu podczas lektury powyższej analizy kilkukrotnie ^^ Kości brontozaura zaś zabiły nas dokumentnie, więc komentarz piszemy zza grobu.

A Buka się nie obraża. Buka wie, że jest szujstwem, ale z szujstw, które się szanuje/lubi/cokolwiek w podobny deseń ;P

Gin&PT

Anonimowy pisze...

Analiza wspaniała:) rzeczywiście trochę krótka, a autorka jakby się postarała to m oże coś z siebie wyciśnie. I myślę,że fakt, iż twór ów klasycznie opkowaty nie jest, wcale nie oznacza,że nie nadaje się do analizy i wytykania błędów. Bo z jakiej racji mamy polewać tylko z opek do bólu złych a tych w miarę nie tykać, bo "może coś z nich będzie"?
Pozdrawiam serdecznie, Róża

SyzyfowePrace pisze...

Ah, polecam Analizatronię wszem i wobec. Stała się inspiracją dla nowej Analizatorni, którą wczoraj założyłam wraz z koleżanką. Ale mniejsza o to, jeden wielki kwik. Kości brontozaura wymiatają!
Macarena

SzalonaSzurnięta&Stuknięta pisze...

Wysłannik śmierci, ech ;)
Oczywiście duży plus za Supernatural ;)
/nigdy się tego nie pozbędę -.-'/
Szalona
S&S

Maria Teresa pisze...

Wow, ten blog to odkrycie dnia :) Świetnie się Was czyta, widzę, że będę miała co robić przez święta :)

(Choć ciarki przechodzą na myśl, że mogłabym się znaleźć na miejscu autorki opowiadania...)