piątek, 30 listopada 2012

Kącik zabaw rycerskich, czyli być (prawie) jak Jaime Lannister

Witajcie!

W tym tygodniu mamy dla Was naprawdę niezwykłe opko. Jego aŁtor (tym razem mamy do czynienia z dziełem Pisaka!) bardzo chciał być następnym G. R. R. Martinem, ale - co łatwo przewidzieć - wyszło mu jak zwykle. Nie ma tu co prawda Neda Starka, Ogara ani Hodora, ale są chmury kręcące kuprami, drzewa-ekspresjoniści, smoki plujące liśćmi, powietrze-niańka, a nawet ryczące konie i bohater w roli torebki z herbatą. Jest też uczta, mężny królobójca i bardzo wiele krwi - oraz bardzo mało sensu.
Indżojcie czym prędzej!

Opko zanalizowały: Kalevatar i Pigmejka - a że jest ono wyjątkowo przerażające, poprosiłyśmy o pomoc Vivaldiego.

Adres opka: http://podziemieopowiadan.pl/forum/thread-wymarle-niziny.html



Warren Roland spojrzał w górę, wpatrując się niebieskimi oczyma w szare chmury spod których miotały się ogony błyskawic.
Pioruny kusząco kręciły kuprami.
Ja widzę te błyskawice pozamykane w chmurowych boksach, jak konie, wierzgające i rżące niecierpliwie.
A ja automatyczny miotacz ogonów.

Niebo było zalane płaczem.
Biorąc pod uwagę kontekst - absolutnie mu się nie dziwię.
Ponury Sprzątacz firmy Cumulonimbus przewrócił wiadro z płynem do mycia podłóg - chlust!
"Płakać" = "zalewać się łzami". Po co łączyć jedno z drugim? To tak samo idiotyczny konstrukt jak "wciągnąć oddech" z Pretensjonalnej i bełkotliwej opowieści o Percy Parker.

Deszcz który od paru dni nie przestawał padać zmył plamy krwi z warstw jego ubioru.
Zapewne nie tylko plamy. Podejrzewam że zmyło również samego Rolanda, trzodę chlewną, kilka wiosek i dróg, zwłaszcza po przejściu głównej fali.
A Roland to drugi Henryk IV? Ktoś go ekskomunikował i teraz chłopina musi odcierpieć, stojąc na deszczu, tak jak tamten pod murami Canossy?
Ojtam, może po prostu się myje.
No i krew z warstw ubioru, zwłaszcza z gaci. Nie pytajcie, skąd się tam wzięła. Choć jedno akurat się zgadza - plamy z krwi rzeczywiście lepiej prać w zimnej wodzie. ^^

Roland czuł zmęczenie. Wyczuwał na plecach niewidzialną rękę która opierała się o jego kręgosłup.
Skoro sterczał na deszczu, było to zapewne zapalenie płuc.
No chyba że jego kumple zgwałcili tajską dziewczynę, wtedy to pewnie ona:
 

Kiedy niebo wstrzymało swój oddech, zrobiło się spokojniej. Roland przymknął oczy.
Tak, po wstrzymaniu oddechu wszystko robi się spokojniejsze. Wręcz śmiertelnie spokojne.
Mam rozumieć, że kiedy w powietrzu unosi się jakiś nieprzyjemny zapach, to po prostu niebu śmierdzi z paszczy?

Drzewa wbijały spojrzenia w jego postać (gapiły się wymownie dziuplami), były stare, wyrastały na dwadzieścia metrów, a ich nachylone korony malowały cień na górskim szlaku.
Zapewne prekursorzy ekspresjonizmu...
To musi być bardzo młody świat, skoro dwudziestometrowe drzewa są stare... (Chyba że to jak z drzewkami oliwnymi. Ale one raczej nie miewają 20 metrów wysokości.)

Roland wbił srebrzysty miecz w ziemię, opierając ciężar ciała na klindze. Szedł wolnym krokiem. Teraz mój miecz jest kijem.
Jak to mówią, “każdy kij ma dwa końce”. Spróbuj użyć tego drugiego.
Traktuj tak dalej swój miecz, ciekawe jak długo ci posłuży.
Jeśli jest srebrny, to już w zasadzie nie służy, jeśli był tylko pokryty srebrem, to właśnie przestał być. Jeśli jest po prostu bardzo błyszczący, to zabawka, a nie miecz. W dowolnym przypadku radziłabym raczej urąbać gałąź z dowolnego drzewa, żeby się nią podpierać.

Po całej szosie woda spływała strumieniami.
Aby na pewno to nie była rzeka?
Szosa to droga o utwardzanej powierzchni (kamienie połączone wapnem), jeśli ten cep wbijał w nią miecz, to zasługuje na wszystko, co go spotyka.

Było na tyle ślisko, że jeden błąd mógł go kosztować złamaniem kończyny.
Na ziemistej, zamienionej w błocko drodze. No cóż, albo Roland ma kruche kości, albo obniżenie wymogów poborowych nie było dobrym pomysłem.

Omijały go drobne kamyczki sturlane ze szczytu (Omijały go szerokim łukiem, oglądając się trwożliwie za siebie, czy ich nie goni), mijał białe jak śnieg kamienie, czasami na poboczach stały czarne głazy, niektóre były szerokie inne przypominały wysokie, ludzkie sylwetki.
To czarne to nie był głaz. To był Heimdall.
Szosa z poboczami. Może jeszcze mijał stacje benzynowe i budki telefoniczne?

Rozgniewany, porywisty wiatr przypominał smoka który buchał z całych sił wyrzucając z lasu hałdy liści, igieł i gałęzi,
To musi być smok-kloszard, skoro tylko kupa liści mu została.
Smok - weganin. Pluje tym co zje (i nie zieje ogniem by nie zanieczyszczać atmosfery).
Albo smok - dmuchawa do liści. Za nim podążają tradycyjnie smok - grabie oraz smok - taczka.

czasami płaszcz rycerza furgotał jak ptasie pióra.
A że było zimno, rycerz wyglądał tak:
 
On w tej ulewie i wichurze nosi jeszcze płaszcz na plecach? To znaczy, ciężką, przemoczoną szmatę ciągnącą go do tylu i chlaszczącą zimnem po łydkach? Mówiłam, że zasługuje na wszystko, co go spotyka.

Wierzchowce Królewskiej Gwardii zbliżały się. Końskie podkowy stawały się coraz bardziej słyszalne, wyciszając ryk wiatru i burzy.
Nikt nie pomyślał, żeby zmontować na poboczu ekrany wyciszające.
Co zrobić podczas sztormu? Wyciągnąć na pokład statku konia! Jak pobiega, natychmiast wyciszy burzę.
Uspokoi, przemówi łagodnymi słowy, wciśnie lizaka w paszczę i zaśpiewa kołysankę.

Podkowy zgniatały ze szczękiem drobniejsze kamienie zagłuszając ich krzyk, konie wściekle i złowrogo otwierały paszcze, ryczały i syczały.
W ten sposób?
Ryczące i syczące konie. Cuda, panie. Czekam na warkoczące wiewiórki.

Siła opuściła Rolanda w nogach.
Ale w łokciach trzymała mocno.
A ta na wysokości bioder wręcz sterczała z nadmiaru wigoru.

Odwrócił się i przyklęknął. Każdy jego oddech był na tyle nerwowy, że każdy wdech musiał brać magnez i validol w odpowiedzi czuł kłucie w sercu i ciężki kamień który cisnął jego płuca. Viv, miałeś rację z tym zapaleniem... A było nosić ten przemoczony płaszcz?
Usta miał szeroko otwarte i powietrze samo wnikało w gardło karmiąc go tlenem.
Atititi, otwórz usteczka, samolocik z tlenem leciu, wziuuum! Grzeczny Roland!
Jak wiadomo, tlen posiada wiele wartości odżywczych, takich jak... hmm, tlen.

Chwilę później zagrzmiał róg Ahuuuuuuuuuuuuuuu który spotęgował nerwową atmosferę. Już tutaj są.
Nie wiem, kim jest ten Ah(u)*n, ale mógł sobie zmienić ksywkę, żeby łatwiej było wymówić. Jego ludzie nie musieliby wtedy nerwowo sprawdzać, czy akcenty dobrze leżą.

Zaczęli go otaczać zbrojni na czarnych, masywnych koniach, przyozdobionych w rodowe herby.
To musi być naprawdę jakaś wysoko postawiona szlachta. Skoro nawet ich konie mają swoje rodowe herby...
No, pierwsze lepsze konie nie ryczą ani nie syczą.

Były tam hafty czarnego młota na tle zielonej tarczy
Niewiele wiem o heraldyce, ale jednego jestem pewna - od samego początku (1150) nie łączono zieleni i czerni. Powód był prosty - herb powinien być rozpoznawalny z daleka, a czerń na zielonym jest tak wyraźna, jak kamień w krzakach o zmierzchu.

hafty czarnego młota na tle zielonej tarczy – ród Czarnego Kowala, niektórzy jeźdźcy byli mniej masywni i niżsi od pozostałych, ich pochodzenie ozdabiał herb zaciśniętej dłoni, a tuż pod nim były wyszyte dwa rysunki w kształcie kropel wody – ród Wodnych Mieczy.
Ręka, miecz, woda - i już wiadomo, czemu byli niżsi i mniej masywni. Tak się kończy zbyt częste machanie w samotności swoim... mieczem.
Ich pochodzenie ozdabiał herb? Znaczy, ich "klejnoty rodowe"?
Tak. Ich przyrodz... to znaczy pochodzenie.

Warren Roland był całkowicie odcięty. Siwy kurz unosił się ponad kamasze.
Co to za kurz, który unosi się w deszczu?
Magiczny. A ja bym chciała wiedzieć, czy to jacyś polscy żołnierze, bo tylko w kontekście naszego języka “kamasze” oznaczają buty wojskowe. Na przykład w Niemczech i Francji to są po prostu “buty”. (Już nie wspominając o tym, że quasi-rycerstwo raczej nie powinno w takich popylać.)

Widział morze rycerzy, a sztandary furgotały niczym flagi zawieszone na basztach okrętów.
Ani chybi, Office Pirates are coming.

Baszty okrętów, blanki wozów, olinowania murów... Nietypowe pomysły mają w tym uniwersum, nie powiem.
Cicho, zawsze zbroje mogły im podzwaniać niczym łańcuchy w lochach żaglówek.

Zdawało mu się, że stoi na bezludnej wyspie ale to nie była żadna wyspa. Ponieważ wpłynął na błotnistej przestwór drogi i jak łódka brodził, ale wśród błota powodzi. Otaczały go wrogie zastępy. Poprawił swój płaszcz , wyprostował się, miecz trzymał w dłoni lecz jego koniec dotykał ziemi. Mam jeden miecz ale oni ponad sto.
Zgodnie z Imperatywem Heroic Fantasy durnie nie mają żadnych szans.
W każdym razie ten koleś musi być diablo niebezpieczny, skoro wysłali za nim cały oddział.

– Macie może wino? – zapytał ochrypłym głosem
Otaczają Cię wrogowie. Co robisz:
a) spierniczasz gdzie pieprz rośnie
b) samobójczo rzucasz się na nich z bojowym okrzykiem
c) pytasz o winiacza?
Kurna, dobrze że szluga nie chciał wysępić.


Z wyczerpania padł na kolana, oczy samowolnie się przymknęły po czym uciekły wgłąb czaszki oczekując na reprymendę upadł przed siebie.
– Wolałbym jednak zimne piwo...
No patrz, i jeszcze wybrzydza.

Zemdlał.
W snach ujrzał obraz leśnej szosy gęsto porośniętej krzewami jak w porządnym, średniowiecznym drive-in, po chwili zalała ją woda. Rzeka pędziła jak szalona, wyrzucając fale ponad drzewa stojące na poboczu i machające gałązkami w próbie złapania stopa. Bardzo pilnie starała się jednak nie przeciec pomiędzy pniami i gałęziami. Więc pędziła sobie taka ściana wody, co chwilę tylko wychylając się spomiędzy koron i sprawdzając, czy daleko już zagnała. Scena zaczęła się rozmazywać, widział teraz gęstą mgłę. Była biała jak mleko.
Może to oznaczać podświadome pragnienie Rolanda by powtórnie znaleźć się przy matczynej piersi, kiedy świat był piękny, prosty, a mleka nie brakowało... Chociaż nie, to tylko mizernie opisany sen. Peszek.

Odczuwał niewidoczną aurę która zataczała jego osobę.
“ - Roland, co wy tak zygzakiem po ulicy chodzicie i od drzew się odbijacie?
- Panie władzo, to ta aura moja, przechera przeklęta, mnie tak zatacza.”

Po chwili ktoś chwycił jego dłoń. Dotyk był mocny lecz skóra obcej osoby była miękka jak poduszka.
Z czego należy wnioskować, że dłoń wyciągnęła osoba, która nie miała już wagi, tylko wyporność.
Może to był kot z naprawdę wielkimi łapami? One mają takie fajne poduszeczki...

Obcy targał jego rękę, rwał, szarpał i rozdzierał, zaczął iść przed siebie wnikając całym ciałem w białą mgłę mgłę tę mgłę. Szedł głębiej, głębiej i głębiej. Aż doszedł aż do d... Wyczuł stopień, potem kolejny i kolejny. Schody. Jesteś pewien, że nie dzienniczek ucznia? Teraz szedł w górę, jego kroki odbijały się echem, Wiedział, że były tutaj ściany ale we mgle nie dostrzegał ich zarysu i nie zdziwił się tym echem, choć przecież mgła tłumi dźwięki - w końcu był w blogasku. Obcy uniósł jego rękę nieco wyżej, teraz poczuł chłodny dotyk. To była metalowa klamka, złota i bardzo zimna, kapała z niej woda. A to, że była złota, też poczuł? Ciekawe po czym. Faktura mówiła “jestem pieruńsko droga i totalnie bez gustu, dobij mnie”? Przycisnął ją w dół. Drzwi lekko uchyliły się, kiedy je pchnął zaskrzypiały tak głośno i tak przenikliwie, że przecięło Rolanda na pół. Krew bryzgnęła naokoło. Ach, żeby to była prawda... Niestety: Przed nim ukazała się postać mężczyzny z mieczem wzniesionym na wyżyny literackiej niezgrabności przed siebie.
Ahuuuuuuuuuuuuuuu. Warren Roland obudził się.
Promienie słoneczne nikle prześwitywały przez nikiel? podziurawiony od strzał namiot. Niektóre stróżki światła przenikały przez szklane naczynia, inne zaś wędrowały w kierunku kącika zbrojnego.
Znaleźć tam można było moc zabawy: grzechotki w kształcie morgenszternów, bierki z pik i włóczni, zestawy do darta z kompletem sztyletów, sznur do gry w wisielca i wiele innych.
A stróżki światła krzątały się po namiocie, mamrocząc i złorzecząc na chłopów, którzy wszędzie rozrzucają puste flaszki i zabawki. W końcu jedna nastąpiła bosą stopą na klocek Lego (w kształcie baszty okrętu) i kącik zbrojny został wypierdzielony na zewnątrz.

Były tam stalowe i drewniane miecze oparte o pordzewiałe stojaki, każdy kolejny oręż był piękniejszy od następnego.
Zwłaszcza te dębowe - biły wszystkie na głownię.
Wszystkie prosto z rekwizytorni "Krzyżaków" Forda.
Albo z planu Tureckich Gwiezdnych Wojen. Takie tam mieli:
 

Na środku stał podłużny stół wzdłuż którego niedbale poustawiano krzesła ozdobione we wzorki i złote gałki posypane drobnymi, barwnymi kamyczkami.
W myśl zasady “zastaw się, a postaw się” owe wzorki i złote gałki mają zapewne odwracać uwagę od faktu, że ludziom leje się na łeb.
Różne są gusta, ale jednak złote gałki przysypane czymś takim wyglądać muszą trochę penisowo.
 

Warren Roland był jeńcem.
Dlatego pozostawiono go tuż obok zbrojowni. Seems legit.
Nikt nie powiedział, że Ci Źli będą sobie sprawę ułatwiać, prawda.
Może wejście jest zaminowane i to jest pułapka? (Tak, wiem, chyba w moich snach.)

Gdy wychodził z namiotu wszystkie jego kości zdążały już porządnie trzasnąć dzięki czemu stał się Rolandem herbu Galareta Zawołanie rodowe: Łojzicku, mój reumatyzm!, od kilku dni był pogrążony w śnie, czasem budził się nocą rozparzony i zalany potem.
Był rozparzony, bowiem wrogowie w swym nieokiełznanym sadyzmie postanowili zrobić z niego herbatę. W tym celu przyszyli mu do rzyci sznureczek z kartonową etykietą i zań trzymając, zanurzali we wrzątku z potu. Zalali go wrzącym potem. Jak widać, bez specjalnego efektu.

Na warcie stał zbrojny, pulchny strażnik dzierżący pikę, jej metalowy grot nasycony słońcem raził w oczy Rolanda.
Pika głaskała się po przedpikciu powtarzając co jakiś czas “Ależ się ożarłam!”
Facetowi grot piki wsadzają do oczu, a ten ani nie drgnie. Może ten strażnik zrobił mu lobotomię? Może podczas tego parzenia w pocie wygotowało mu gałki oczne?

– Lord dowódca chce gadać teraz z tobą – powiedział
W obozie muzyka i śmiechy górowały nad szczękiem mieczy które obijały i trzaskały kolczugi, hełmy i tarcze.
Jak można strzaskać kolczugę i jak głośno trzeba się śmiać, żeby zagłuszyć trzask rozdzieranej stali? O głośność muzyki nie pytam, bo może trubadurzy mieli dobre wzmacniacze przy lutniach, kto wie.
Azaliż, dropaj ów bas, Jaskier.
Borze, wyobraziłam sobie samobieżne ożywione miecze, tarcze itd., które, nie mając oczu, biegają na oślep po pomieszczeniu obijając się o siebie - a wszystkiemu przygląda się fortepian, rechocząc klawiszami i klekocąc z uciechy pokrywą.
Normalnie jak u Disneya.

W powietrzu niósł się zapach pieczonego mięsa. Roland zauważył, że zbrojni zorganizowali obfitą ucztę, ognisk było całkiem dużo, a ich dym wznosił się wysoko do góry. Większość palenisk opiewały pieśni i hymny bardów pociągających jedwabnymi opuszkami palców o struny instrumentów.
Na tym palenisku spaliliśmy dwie czarownice, na tamtym załatwiliśmy wioskę, a na tamtym usmażyliśmy trzy i pół prosięcia! Cześć im, chwała!
Jedwabne opuszki palców długo nie wytrzymają w starciu ze strunami. Tak tylko mówię.
Chyba że struny zrobili z włosów. Wtedy mają jakąś szansę.

Czy tak wygląda żałoba po śmierci króla?
E? A skąd on wie, że jakiś król nie żyje? Coś mi umknęło w narracji?
No on wie... spokojnie, zaraz się wyjaśni.

Mijał kolejne namioty, były jednolite w kolorze niebieskim ale ozdobione w herby rodowe, każdego strzegli uzbrojeni aż po pas wartownicy.
Z powodów cięć budżetowych uzbroili tylko ich dolną połowę.
Górna musiała bronić się sama.

Szedł jeszcze chwilę, aż za mniejszymi namiotami ukazał się dużo większy. Wcześniej kulił się, żeby go nie było widać. Stanął na drewnianym stopniu, strażnicy uklękli przed nim.
– Lordzie Rolandzie...
– Królobójca! – syknął łysawy rycerz
W środku panował półmrok, miejscami rozjaśniony przez słabo zapalone świece.
Półmrok wszelkimi sposobami próbował zbudować swój wizerunek, niestety - z natury był raczej ciemniakiem.
A świece, zapalone nieudolnymi dłońmi, paliły się niemrawo i z wyraźną niechęcią.

Drewniane bele ciągły się (mein goth...) od dołu w górę, rozkładając ramiona tuż pod skórzanym sufitem i błagając o odrobinę logiki i wyrywając sobie drzazgi z głów w geście rozpaczy, zaczepiono na nich jelenie rogi na których zawisły królewskie flagi wyglądające jak żagle na bezwietrznym morzu.
Jelenie POROŻE to dość kretyńskie miejsce na wieszanie sztandarów...

– Lordzie Rolandzie, jesteś jeńcem w moim obozie... – oświadczył lord dowódca gwardii królewskiej
Warren Roland zmrużył oczy, lekko ziewnął po czym przypadkowo trzepnął dłonią flagę króla Grzegorza.
Po czym pierdnął donośnie, pogrzebał palcem w nosie i niedyskretnie wytarł urobek w najbliższy sztandar.

– Gdybyś mi o tym nie powiedział mógłbym po prostu wyjść przednią furtką omijając twoich zapijaczonych pachołków i giermków
Jak przystało na przykładnego jeńca i bohatera fantasy, Roland był srogim i niewychowanym bucem z ego wielkości słonia.
Dlatego nienawidzimy go od pierwszego wejrzenia. Ciekawe, czy właśnie o to aŁtorowi chodziło.

Dziki Tom był lordem dowódcą gwardii królewskiej. Serio? Bo brzmi bardziej jak przydomek leśnego zbója... ale może ja się nie znam. Przywdział niebieski płaszcz ponad trzydzieści lat temu, na sam szczyt gwardii mianował go były król Robert Burza, ojciec zamordowanego króla Grzegorza Burzy.
Lord dowódca gwardii królewskiej, były król Robert Burza... oj, czyżby ktoś tu czytał Martina i myślał, że też tak potrafi?
(Gdzie gwardia ma szczyt?)
Nie wiem jak szczyt, ale tutaj z pewnością widzimy jej dół. Intelektualny.
Szczyt gwardii jest na czubku głowy wroga nadzianej na pikę.

Dziki Tom nie tolerował by ktoś do niego przemawiał nieuprzejmie.
“Powiedz waść raz jeszcze “oglądnąłem”, a wrażę rozpalony pręt prosto w rzyć waszą.”

Drewniana posadzka skrzypiała kiedy Dziki Tom stawiał kroki. A kiedy Dziki Tom składał kroki w kostkę, posadzka śpiewała psalmy. Podszedł nieco bliżej i rozłożył ręce.
To był namiot czy składany, podręczny zamek turystyczny?
Może to taki powóz, jakim Cersei przyjechała do Winterfell - dwupoziomowy, dębowy, ciągnięty przez czterdzieści koni pociągowych?

– Jak wiesz Rolandzie jestem hojnym dowódcą dlatego podarowałem tobie nieco swobody w moim obozie I to gratis! Nie musisz później zwracać kosztów użytkowania!
– Starcze... – odparł Roland – mówiąc o swobodzie masz na myśli oddanie mojego miecza i nalanie kufla zimnego piwa?
– Dajcie mu to czego chce – rozkazał służącym Dziki Tom
– Ho ho! – roześmiał się Roland
Jeśli każdemu jeńcowi, zwłaszcza będącemu królobójcą, daje się do ręki miecz, będący zresztą - jak się okaże - kawałem solidnego żelastwa, to ciekawi mnie, jakim cudem Tom przeżył te 30 lat z głową na karku.
Pewnie szybko spierdzielał.
Albo właził z tą głową tak głęboko w tyłki odpowiednich osób, że z drugiej strony wylatywały pieniądze, zaszczyty i ułaskawienia.

Miecz prezentował się wspaniale. Nawet głowica oręża była cenniejsza niż stado rodowych koni (Słyszałam o rodowych zawołaniach, siedzibach, zbrojach - ale żeby konie?) (Ta, już to widzę. Konie były pieruńsko drogie i naprawdę nie wiem, z czego mógłby być ten miecz, żeby tyle kosztować.) (Jedziemy Martinem, więc miecz równie dobrze mógłby mieć rękojeść wyrżniętą z brylantu...), była ozdobiona w rubiny zaś trzon owinięto smoczymi łuskami.
Tak, to bez wątpienia stylizacja na Martina. Oh, wait... czy on ten superwypaśny i obrzydliwie kosztowny miecz wykorzystywał jako laskę?
Bo on był dużo warty. A jak wiadomo, majątek jest dla człowieka podporą.

Usiedli po obu stronach stołu na którym rozłożono mapy, na blacie spoczywały książki poukładane jedna na drugiej. Nie zabrakło też dzbana z piwem.
– Cóż za cudowny miecz posiadasz Lordzie Rolandzie – zaczął Dziki Tom – fenomenalne rzemiosło, zastanawiam się Rolandzie... – wziął głęboki łyk piwa po czym ciągnął dalej – … czy nie popełniłem ciemnoty albo błazeństwa oddając go teraz w twoje ręce Rolandzie?
Teraz ci się zebrało na refleksje?
On tak dla krotochwili; obaj wiedzieli przecież, że z więźnia nie spuszcza oczu dwunastu kuszników znanych z nerwowego usposobienia.
...proszę, powiedzcie, że to prawda.

– Mógłbyś nasrać w gacie gdybym teraz wyszedł, z tym mieczem mogę przejść jak przez masło po twoich rycerzach, tak samo jak przeciąłem pancerz, klatkę piersiową i serce króla Grzegorza Burzy.
Biorąc pod uwagę, że masło może zmniejszyć tarcie, to... nie, dobra, nie było tego pomysłu.
Powiedzcie, że ktoś mu jednak zabierze miecz i zakuje w dyby...

Dziki Tom słyszał już niejedne słowa, był dorosłym mężczyzną, rycerzem i lordem dowódcą gwardii królewskiej, nie dał się sprowokować.
Dobre i to.

– Miecz wykuty dwieście lat temu przez tego którego imienia nie można wymawiać – szepnął Dziki Tom
Voldi dorabiał sobie jako kowal dla czwartoligowych herosów? Już wiadomo, skąd ta niezdrowa cera.
Voldi, z tymi cieniutkimi ramionkami? Pfff, pewnie wykuł jakiś przerośnięty obieracz do jabłek i opakował go w grubą warstwę sreberka i wodotrysków, żeby się klient nie zorientował. :>

Służący zdążyli w międzyczasie rozłożyć talerze, noże i widelce. Przynieśli grzane wino, baraninę, jabłka i poobdzierane ze skorupki jajka. Wkrótce dołączył do nich stary bard Jarcyk z Wilczych Gór.
Kurde, też chciałbym trafić do takiej “niewoli”...

– Lordzie Rolandzie... – Dziki Tom wbił nóż w kawał mięsa – zacznij opowiadać od początku
W środku zrobiło się nieco jaśniej. Było teraz więcej świec niż przedtem i były mocniej zapalone. Mapy i książki nabrały wyraźniejszych kształtów niż w panującym wcześniej półmroku.
Nagle okazało się, że mają macki, trzy pary oczu i ostre zęby.
 
A w środku są, o zgrozo, litery.

Dopiero teraz Roland zobaczył, że większość dużych i mniejszych map przedstawia ziemie poza królestwem. A wcześniej myślał, że co przedstawiają? Nibylandię? Jedna rzuciła się Rolandowi w oczy, wyglądała na nową, całkiem niedawno rozrysowaną, ukazywała morza i wyspy na południe od królestwa.
Jarcyk z Wilczych Gór pociągał za struny. Cicha muzyka zataczała się wokół Rolanda i Dzikiego Toma.
Obijała się o belki, zaplątywała w sztandary, kręciła po kątach, bełkocząc, niezrozumiale, aż w końcu rzygnęła obficie w kącie i wyszła.

– W tym dniu król otoczył się przez dziwki (Chyba: przetoczył się przez dziwki? W sensie że tak się tarzał po nich...) i inne suki z mieszczańskich ulic, mamuśki, młodociane kurwy i córeczki księży – Roland pociągał kolejne łyki z kufla – Król Grzegorz napierdolił się winem, składał podpisy pod byłe gównianym pergaminem, chciał oddać Wilcze Góry królowi zza morza... rzygał wymiocinami pod siebie, rozumiesz to? I nacierał klatę masłem maślanym! Oddać nasze ziemie za bezcen
Zapamiętać: przekleństwa zwiększają ekspresję wypowiedzi. Zapamiętać II: gdy jest ich za dużo, człowiek nie brzmi jak Franz Maurer, tylko dupek, któremu rajtuzy za mocno ścisnęły jaja...
Zapamiętać III: jeśli najdzie cię ochota wrzucić do blogaska kalkę Jaimego Lannistera, zacznij czytać pięć tomów PLiO i powtarzaj tak długo, aż zrozumiesz, że może lepiej zacząć od czegoś prostszego.

– Opowiadaj dalej – powiedział Dziki Tom - To takie ciekawe!
– Wilcze Góry nie były jedynym utargiem, Rzeka Łowców i Deszcz Lasu (A nie czasem Las Deszczu? No chyba że tam lipy i świerki z nieba lecą, wtedy spoko.) (Chyba że to był “Rain of Forrest” - i padało TAKIMI Forrestami.) miały pójść się pieprzyć za darmo – westchnął – chciał oddać małą Martusię i Joannę synom króla zza morza
A jak powszechnie wiadomo za morzem mieszkają potwory, ludzie bez głów, kobiety z jedną stopą, feministki, wegetarianie i jednorożce.
A królowie zza morza nie mają imion, a królewskie córki pod żadnym pozorem nie wychodzą za królewskich synów. Tak się po prostu nie zdarza.

– Czy to miała być wymiana? Co Król Grzegorz miał zamiar osiągnąć oddając własne córki? – zapytał Dziki Tom
Zapewne spokój w domu i więcej czasu na rozrywkę bez natrętnych pytań w rodzaju “A czemu ta pani jest goła?”
Mogłabym walnąć tu mały wykład o małżeństwach dynastycznych, ale coś czuję, że nie ma po co.
Wygląda na to, że według Rolanda córki powinny zostać do końca życia w domu ojca. A może sam miał ochotę na którąś i się wkurzył, że mu pannę sprzątają sprzed nosa?

Całe to przesłuchanie zaczynało męczyć Rolanda, dolał do kufla to co zostało na dnie dzbana.
Czyli farfocle i paprochy. Sorasy, trzymasz się średniowiecznych realiów, więc zapomnij o filtrowanym piwie.

Na zewnątrz zerwał się wiatr który wniknął do środka (Ale tak nagle wziął i się zerwał i cały wniknął? ...Do pomieszczenia wwiało tornado?), pląsał w rytm kankana flagi zawieszone tuż nad ich głowami.
– Za królewskie córy i ziemie Grzegorz Burza miał wnieść do armii dwieście tysięcy mieczy. Miała to być ciężka jazda uzbrojona po same zęby i …
Ciężka jazda raczej z założenia jest solidnie uzbrojona. Swoją drogą, a propos tych dwustu tysięcy - albo to było BARDZO bogate i wielkie królestwo, albo komuś zabrakło wyobraźni w odniesieniu do skali.
Albo ktoś znowu jedzie Martinem, co wcale nie stoi w sprzeczności z brakiem wyobraźni.

– Dość – przerwał mu Dziki Tom – przejdźmy teraz do krwawej porcji naszej dyskusji

Roland skinął głową. Piwo i wino było wypite, wziął głęboki oddech i zaczął mówić.
– Tamtego dnia król Grzegorz kazał mi być jego przydupasem. Miałem być jego mieczem, tarczą, przemawiać za niego kiedy nawalony rzygał pod siebie i chędożyć za niego wszystkie dziwki i damy dworu, kiedy mu już nie stawał tak dalej i tak dalej... – przymknął oczy na chwilę – Zachowywał się jak skurwysyn, uderzył własną kobietę, hmmm... królową? wtedy Martusi i Joannie też się oberwało...
Idealny przykład jak nie należy budować postaci bohatera. Twardy jak diamentowe wiertło, rzucający mięchem nie gorzej niż chłopaki na Bronxie, z #madżiksłordem w grabie, wielkim ego w żołądku i konwenansach w rzyci, a przy okazji wyczulony na krzywdę bliźniego. Haha... nie.
Tak, to ewidentnie jeden z tych przypadków, kiedy miał być badass, a wyszedł pain in the ass.  Poza tym, dowiemy się w końcu, kim jest mr Too Sexy for My Shirt, co robił na dworze i czemu mówi na królewską córkę "Martusia"?  
Co do ostatniego: zgadnij. Podpowiem: mówi tak na nią z tego samego powodu, z którego nie chciał, żeby mu ją wywieziono za morze.

– Dalej, dalej! – rozkazał rozgniewany lord dowódca
Popcorn mu się kończył.

– Jeden zamach i go przeciąłem na pół... Gdybyś to widział jak tym mieczem przeciąłem skurwiela na pół! – wykrzyczał Roland
Nie wiem skąd przed moimi oczami pojawiła się wizja pawiana szczerzącego zęby i wyjącego tryumfalnie.
I klepiącego się z uciechy po czerwonym zadzie.

Palce barda przestały tańczyć na strunach instrumentu, ostatnie melodie i nuty uciekły w ciszę. Nie dziwię mu się, trochę trudno dobrać rym do “Skurwiel”. Świecie które jeszcze się paliły formowały coraz mniejszy płomień, ostatnie światełko ich życia za chwilę zaniknie.
Spieszmy się kochać świece, tak szybko odchodzą.

Półmrok zapanował ponownie.
Dziki Tom zerwał się z krzesła i skoczył przed siebie. Był agresywny i szybki jak wąż. Po takiej ilości alkoholu? Chyba jak ożarty dzik. Chwycił swą masywną ręką za szyję Rolanda, przez chwilę dusił go naciskając jego gardło.
OD CZEGO MASZ MIECZ, GAMONIU?!
Od wyglądania.

Roland zebrał w sobie resztki sił, udało mu się wziąć krótki oddech. Uderzył Dzikiego Toma z całych sił w krocze (bardzo po rycersku), po czym cisnął skulonego na podłodze lorda dowódcę o drewniany słup namiotu.
Całe szczęście, że nie miał tych sił więcej, bo wtedy Tom przeleciałby przez ten słup, trzy kolejne namioty, a pewnie i przez pół królestwa...
A gdzie tam! Zrobiłby trzy salta w powietrzu i wylądował w przyklęku w jakiejś zajebistej pozie i hamowałby przez jakieś 50 metrów, żłobiąc w ziemi taaaką bruzdę. A potem gapiliby się na siebie przez resztę odcinka. W następnym Roland dostałby wpierdziel, dopadłaby go retrospekcja, dostałby nowe moce, a potem... dobra, już kończę. ^^"

Wszystkie flagi w środku załopotały jak na wietrze. A to tylko sens ulatniał się w takim popłochu, że aż za nim furkotało.
Dziki Tom podparł się barkiem o belę.
– Dziś rano dostałem meldunek o zamordowaniu władcy zachodu, króla Macieja
Ale oczywiście i tak dałeś facetowi miecz do ręki, napoiłeś, żarło dałeś i w całej swej durnocie nie zadbałeś o straż...
Mimo że koleś od początku trąbił o tym, że to on zaciukał króla...
(Król Maciej. Rozumiem, że to jakiś sequel do "Króla Maciusia na wyspie bezludnej"?)

Lord dowódca gwardii królewskiej zacisnął pięści.
– Co wy chcecie osiągnąć?
– Chcemy zaprowadzić sprawiedliwość – odpowiedział lord Warren Roland
Żeby dotarła do domu cała, zdrowa i w kompletnym ubraniu.
I z cnotą w tym samym miejscu, co poprzednio.

Dziki Tom poczuł przenikliwe zimno (a nie ból? Co on, wąpierz?) kiedy stal przecinała jego organy wewnętrzne. Trzymajmy się imperatywu narracyjnego: “Kiedy penetrowała jego organy wewnętrzne”.
...Yyy a nie, to w scenach seksu, pomyliło mi się.

W scenach seksu było coś o organach wewnętrznych? O.o
Przecież takiej np. Sakurze ciągle ktoś penetrował wnętrze...
Fakt. Myślałam, że gdzieś dosłownie taka fraza poszła.

Chwilę wcześniej słyszał jak pękały kości. Leżał bezwładnie na ziemi tonąc w krwi która wypływała z jego ciała.
A strażnicy patrzyli i przyznawali noty za styl. Bo chyba byli tam jacyś, prawda?
Skrypt się urywał po zamknięciu drzwi.
Roland grał z kodami, zablokował nimi strażników.

– Wspaniały miecz – szepnął Dziki Tom, z jego otwartych do połowy ust wypłynął strumyk krwi
Dziki Tom musiał być chyba skrajnym masochistą, wiecie?

Koniec prologu.    
I całe szczęście.



Na zakończenie - wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, Agusz! Niech życie Ci płynie tak miło i prosto, jak najwypaśniejszej z Mary Sue! ;)

Kalevatar i Pigmejka