piątek, 31 sierpnia 2012

Na lewo rynek, na prawo jabłko, czyli Robin Hood na zamku Bezdennie Głupiego Johnsona, cz. 2

Witajcie!

W tym tygodniu kontynuujemy analizę przygód bohaterskiego Robina. Tym razem przyjdzie mu uwolnić przyjaciela z dyba (sic!), wziąć udział w kilku bitwach, ujrzeć przemianę rynku w jabłko, a na sam koniec nawiąże nowe, ciekawe znajomości.
A tak bardziej serio: złe przeniesienie pomysłów z gry na prozę jest bardzo złe, a my poczułyśmy ulgę, kiedy opko dobiegło końca.
Miłej lektury!

Opko zanalizowały: Kalevatar i Pigmejka


Stuteley uwieziony
Czy tylko ja przeczytałam “Sutener uwięziony”...?
Nie.

Stuteley, stary przyjaciel Robina zostal pojmany przez szeryfa. Siedzi teraz zakuty w dyby, by wszyscy mogli zobaczyc, co sie dzieje z tymi, którzy sprzeciwiaja sie wladzy.
Fajnie, że Pisak sprecyzował, czy bohater siedzi, czy stoi - teraz wiemy, z jakim dokładnie narzędziem tortur mamy do czynienia.
A wbrew pozorom siedzenie w dybach nie jest wcale przyjemniejsze od stania w nich...

*500 stron z BDSM później*
O, tak to się przedstawia:
 

Trzeba dzialac szybko, poniewaz szeryf zaplanowal na jutro egzekucje.
Przed zamkiem Nottingham jest niewielkie miasto.
No shit, Sherlock. Ja wiem, że w grach zamki wyrastają sobie ot tak, znienacka, w szczerym polu, a ich oskryptowana załoga niczym żywić się nie musi i nijakiego zaplecza ekonomicznego nie potrzebuje, ale proszę, AŁtoreczki i Pisaki - zajrzyjcie czasem do książek od historii.

Robin przeszedl przez nie w pelerynie i kapturze na glowi (Na głowni? Po co mieczowi kaptur? Albo na glewii, choć ma to jeszcze mniej sensu.), aby nikt go nie rozpoznal. I udalo mu sie. Bez zadnych podejrzen
Bo przecież zakapturzony mroczny kolo wcale nie wygląda podejrzanie.
No przecież wszyscy wiedzą, że to Aragorn i że idzie sobie zaklepać miejsce w ciemnym kącie jakiejś gospody.

doszedl przed glówna brame zamku.
Bo jak zakradać się niepostrzeżenie, to tylko przez główną bramę, prawda. Szkoda, że Robin na taranie nie przyjechał, kamuflaż byłby całkowity.

Na srodku drogi jest opuszczona przez kogos sakwa z pieniedzmi.
Ten skarbnik musi mieć naprawdę dziurawe kieszenie. Niech mu je ktoś zaszyje, bo chłopina jeszcze zostanie posądzony o okradanie swojego władcy...
A ludzie w Nottingham, wbrew kłamliwej propagandzie Robina, opływają w takie dostatki, że kilogramy srebra walają się po ulicy, bo nikomu nie chce się po nie schylić.

Przed brama stoi dwóch zolnierzy. Jeden spiacy, drugi rozmawiajacy z kobieta.
Ten śpiący też stał? Narrator jest pewien, że to nie była kukła z wosku?

Po lewej stronie bramy znajduje sie zebrak, po prawej ogloszenie.
"Chcesz li swój bindasz okazalszym w oczach niewiast uczynić?"
I TYLKO to. Żadnych ludzi, zwierząt, kupców przyjeżdżających z towarami... Tylko po drodze toczył się jakiś wyschnięty krzak.
Miasto duchów, ani chybi.

Z przodu mieści się karczma, z tyłu prostytutka.

Robin zrzuca peleryne z kapturem,
Przez co - zgodnie z Imperatywem Zmyślnego Kamuflażu - staje się dla wszystkich doskonale rozpoznawalny.

podchodzi ostroznie do sakwy, bierze ja i idzie do zebraka. Rycerz rozmawiajacy z kobieta nie zauwaza go. Daje zebrakowi dwadziescia funtów.
Też bym chciała, żeby ludzie nie zauważający mnie dawali mi pieniądze.
Żebrak umiera ze szczęścia, zmartwychwstaje natychmiast, a następnego dnia jest już panem na trzech wioskach.
Mam rozumieć, że ta kasa leżała tuż przy żebraku, a on sam jej nie podniósł, bo...?

-Wiesz moze, czy jest jakas straz pilnujaca Stuteleya? Tego, co czeka egzekucja? -pyta.
-Tak, pieciu zolnierzy, w tym dwóch luczników. Jest tez troche przy domostwach takich co robia, co chca - odpowiedzial ochryplym glosem zebrak.
Znacie jakieś domostwa, które robią, co chcą? Mam nadzieję, że mojemu nie przyjdzie nic głupiego do głowy...

-Dziekuje ci, dobry czlowieku!

Ja wiem, że w Sherlocku BBC miejscy żebracy robili za siatkę szpiegowską tytułowego bohatera, no ale bez przesady...
Ja ciągle nie ogarniam, czemu on sam nie wziął sobie tej kasy. Został przeklęty przez złą wróżkę i teraz może brać kasę do ręki tylko wtedy, gdy podzieli się z kimś plotami?
Robin powoli odszedl od niego, przeszedl kolo spiacego rycerza i uderzyl piescia tego, który rozmawial z kobieta, az zemdlal.
A rycerz popatrzył na niego podejrzliwie i na wszelki wypadek kazał go wtrącić do lochu pod zarzutem złego korzystania z podmiotów  w zdaniu.
Kobieta przyjęła to tłuczenie z całkowita obojętnością i nie zaczęła krzyczeć ani biec po więcej straży ani nic.

Podszedl do ogloszenia i przeczytal:

Stuteley, bandyta i renegat. Skazany na wystawienie publiczne przed powieszeniem w towarzystwie trzech kompanów żeby mu było raźniej przed śmiercią. Przebywa zakuty w dyby na glównym rynku naszego wspanialego miasta.
A ile rynków mogło mieć takie Nottingham? Jeden. Chyba że miasto składało się z samych rynków, a wszystkie były główne. Stwarzało to wspaniale możliwości zabawy w chowanego.

Szeryf Nottingham
PS. I tak wiem, że żaden z was tego nie przeczyta, durne ćwoki. Znaczy, come on, jesteśmy w XII wieku, kto z was w ogóle potrafi czytać? Po co ja to wieszam? Ja pierdolę.

Przeszedl przez brame do zamku Nottingham. Przed soba zobaczyl grupke dzieci bawiacych sie ze soba. Nieco dalej zauwazyl kobiete, stojaca i przygladajaca sie zabawie dzieci. Jeszcze dalej stał Pedobear, a za nim - Slender Man. Wszystko to było idealnie logiczne. Podszedl do niej, odtakwrócil sie w lewo i zobaczyl jednego zolnierza przypatrujacego sie Robinowi. Bez innego pomyslu Robin ruszyl na niego i po chwili bitwy na Łuku Kurskim a nie, bo pod Cedynią! zolnierz padl nieprzytomny na ziemie.
Wyjaśni mi ktoś, po co on atakował tego strażnika, skoro ten nie próbował go zatrzymać, zawołać kolegów ani nic?Bo mógł?

Na nieszczescie Robina zauwazyl to inny straznik i podbiegl do niego, ale i ten dlugo nie pozyl, bo po chwili zolnierz padl takze nieprzytomny.
Czyli padł martwy, tak? Kurde, przerypane mają w tym opku: kto umarł, ten nie żyje, kto padł nieprzytomny, też nie żyje...
Aż strach kłaść się spać.

Robin przeszedl na prawo i tam byl juz glówny rynek.
Na lewo były trzy rynki boczne i galeria handlowa.
Za miastem kierunki wyznaczali wieśniacy z owcami, w mieście - rynki. Logiczne.

Na nim zwiazani ludzie.
Znaczy, na sprzedaż?
Tak. U rzeźnika.

Robin podszedl do nich. Jeden z nich byl wielki i barczysty, drugi maly i zgarbiony a trzeci sredniego wzrostu ale o postawie prostej.
Bo cała reszta podpierała się na przednich łapach, była dziwnie kosmata i coś tam zawodziła przez wystające z ust sporej wielkości kły.
Ten trzeci nosił w dzieciństwie Pajączka.
Albo był to Pan Cogito.

Za nimi byly dyby a w nim Stuteley.
W tym dybie.
Albo w tej dybie. Jeśli wierzyć drugiej definicji słowa podanej TU.

Za dybami bylo dwóch zolnierzy poslugujacy sie pikami, oraz dwóch luczników.
Niby strażników miało być pięciu, ale w sumie żebrak nie musiał umieć liczyć. (Oj no, może też trzech wyszło za potrzebą...) Pikinierzy byli tu na wypadek, gdyby jakaś konnica chciała odbić więźniów.

Robin wyciagnal luk skajłoker i wystrzelil cztery strzaly, które trafily czterech zolnierzy.
Naraz, oczywiście. To nie pierwszy Pisak ze śmiertelną powagą traktujący tę scenę:
 

Zolnierze padli nie wiadomo, czy martwi, czy nieprzytomni czy ze śmiechu. Zwłaszcza stan tego ze strzałą w głowie nie był pewny. Jeden z nich, gdy padal na ziemie narobil tyle wrzasku,
Ale co, źle był trafiony? Przewrócił przemyślną konstrukcję alarmującą z pustych blaszanych garnków? Czy może padł gołą rzycią na przechodzącego akurat jeża? Nastąpił na klocek LEGO.

ze zza domów wylonil sie sierzant prosto z okopów I wojny światowej, zobaczyl, co sie dzieje i zawolal straz. Przybylo dwóch mieczników (a skąd tam urzędnicy z polskiego dworu?) i dwóch luczników. Dwóch mieczników zaatakowalo Robina, ale ten sie uchylil przed ciosem i uderzyl mieczem jednego, potem drugiego.
Miecznicy w tym czasie nie atakowali, walczyli bowiem w systemie turowym.

Miecznicy padli na ziemie jak dludzy. Po czym Robin podbiegl do luczników, którzy w tej chwili nakladali strzaly.
I nakładaaaali i nakładaaaali... Sorasy, ale Robin byłby martwy już trzy razy. ;/
Oj bo im ze stresu ręce drżały... :>

Lekko ich uderzyl mieczem i upadli na glebe, bo nie mieli na sobie zbroi.
W związku z czym mieli tylko bazową wartość klasy pancerza.
Nie, serio, jeśli się kogoś lekko uderzy mieczem, nie trzeba zbroi, żeby to nie wyrządziło jakichś większych szkód. Chyba że uderzył ich w głowy, ale wtedy znowu wzmianka o zbrojach jest bezsensowna.

Na koncu zostal sierzant. Który wcześniej stał, patrzył i nic nie robił, bo jak się zorientował, że znalazł się w streszczeniu gry, to go zamurowało. Rozpoczal walke z Robinem.
Po usłyszeniu okrzyku "Fight" i "Mortal Combat", ofkors. Wcześniej się nie godziło.

Trzeba bylo przyznac, ze byl to silny wojownik. Zadal kilka ciosów Robinowi, ale w koncu syn Lorda Locksleya pokonal sierzanta.
I rozległo się "Finish him!". Niestety "Fatality" nie było, bowiem Robin jest miękką... kalarepką.

W jego sakwie Robin znalazl troche pieniedzy. Wzial je. Wzial takze lezacym na ziemi lucznikom strzaly.
Bardzo to, krwa, po rycersku.
No weź, pokonał bossa, to i loot mu się należy. ;)

Podbiegl do swojego przyjaciela, Stuteleya i uwolnil go z dyb.
-Robin z Locksley! - odezwal sie byly wiezien. - w sama pore musze rzec. Chwalic Stuteleya!
Ja dobrze rozumiem, że gościu modli się sam do siebie...?
Nooo... Trochę creepy.

-Nie móglbym spac spokojnie, gdybym kazal ci dluzej czekac, drogi przyjacielu. Ale dosc tej kurtuazji, misiaczku. Wiejmy, zanim ludzie szeryfa dojda do siebie - zarzadzil Robin.
-Jak nie, jak tak. Pedzmy do Sherwood. Bo przecież nikt nam nie przeszkodzi, poza tymi kilkoma rycerzami nie było tu nikogo, kogo mogłyby przyciągnąć odgłosy walki i tyle wrzasku... Mam tam dla ciebie niespodzianke.
Stuteley odwrócil sie i zobaczyl swoich przyjaciól i przypomnial sobie, ze istnieja.


-Prawie bym zapomnial - odezwal sie -Robinie, sa tu trzej moi kompani. Uwolnijmy ich! Ich pomoc bardzo sie przyda!
- Eee tam, niech tu gniją.

Robin rozcial im wezly na rekach i nogach.
-Jestesmy wolni - kontynuowal Stuteley - ale bez ekwipunku na wiele sie nie zdamy...
Na to trzeźwe stwierdzenie wszyscy sprawdzili swoje okna ekwipunku i ze smutkiem zrozumieli, że zajmują straszną, niezbadaną ziemię pomiędzy grą a literaturą - ni to walkthrough, ni to opko.

Moze znajdziemy jakies uzyteczne przedmioty na ulicach Nottingham?
Tak, z całą pewnością po ulicach wala się cała zbrojownia!

-Racja! Jak znajdziemy cos na naszej drodze powrotu to bierzemy to - odpowiedzial mu Robin.
Zatem znaleźli: kilka litrów pomyj wylewanych przez okno na ulicę, zdechłego kundla, połamany garnek, trzy bezpańskie dzieciaki nieustalonej płci, dwa zgniłe jabłka i bździągwę.

Ruszyli w droge powrotna. Juz byli przy bramie. Dzieci dalej sie bawili kobieta dalej sie im przygladala. Nagle jeden z nich, ten zgarbiony powiedzial:
Tam był jakiś zgarbiony dzieć?

-Czuje zapach, ziól... ziól leczniczych. Znaczy, marychny? Sa na prawo - powiedzial i wszyscy odwrócili glowy w tamta strone.
Rzeczywiscie byly ziola, ale i zolnierze.
Mięta, koper włoski i trzech knechtów.
Wiem gdzie to się dzieje! To Świteź, tuż po ataku wojsk z Rusi! A to są małżonki i córki Świtezi, które Bóg przemienił w zioła.

-Ja sie zajme tymi ludzikami w zbrojach - powiedzial ten najwyzszy, na oko najsilniejszy.
Robin skinal glowa.
To mają groźnego przeciwnika...
 

Przyjaciel Stuteleya ruszyl na nich z zaskoczenia. Zolnierze go zauwazyli (no, to ich napozaskakiwał...) i od razu otoczyli, a ten zrobil taki zamach palka, która mial w rece, ze wszyscy opadli na ziemie nieprzytomni.
To się zaczyna robić nudne...
Sam pęd powietrza wywołany tym zamachem ich powalił. Na bora, to Sephiroth w przebraniu?!

Zgarbiony pobiegl do niego, wzial ziola i wrócil razem z tym silnym do reszty grupy.
Co to za zioła, które rosły w mieście na ulicy?

Przeszli przez brame i doszli az do dupy miejsca, gdzie Robin sciagnal peleryne zmierzając w stronę miejsca, gdzie Robin ściągnie gacie. Tam byla kobieta i mezczyzna.
-Czemu tak to tutaj lezy? - zapytala kobieta mezczyzne.
-Nie wiem, chyba ktos to zgubil - zauwazyl mezczyzna.
Poszli kawalek dalej w glab przedmiescia i od razu zauwazylo ich duzo strazy.
Straży nie było na zamku, nie było w mieście, ale na przedmieściach się aż od niej roi? Co oni tam mają, obławę na zające? Konwent jakiś może? Ale czemu straż miałaby się interesować jakąś dwójką ludzi, którzy zauważyli porzucony ciuch?
Przedmieścia Nottingham tym się różniły od miasta, że nie dojeżdżało do nich metro.

Barczysty ruszyl na nich wszystkich. Pokonal ich po pieciu minutach walki, bez wiekszego zranienia.
Co do minuty, ofkors. Szeryf starannie wybierał ludzi, przyjmując tylko takich, którzy mając przewagę liczebną, dadzą się pokonać jednemu kmiotowi z pałką.

Wszyscy lezeli na ziemi śmiertelnie oszolomieni.
Poszli kolejny odcinek drogi. Skrecili w lewo. Stuteley popatrzyl na prawo i zobaczyl jablko
Popatrzył na lewo i zobaczył okna:
BTW nie powinien zobaczyć rynku, skoro spojrzał w prawo?
Nie, podmienili go na jabłko.

-Poczekajcie tu chwile - powiedzial.
Poszedl w strone jablka i po chwili wrócil z nim w reku do Robina oraz swych kolegów i powiedzial:
-Zolnierz uderzony jablkiem, prawdopodobnie oskarzy o to dzieci, które bawia sie w poblizu... To dobry sposób na odwrócenie jego uwagi.

Zaisteee. Złe przeniesienie pomysłów z gry na prozę jest bardzo złe.

Ale nie wszyscy zolnierze beda chcieli uganiac sie za tymi malymi lobuzami.
Myślę, że żaden nie będzie chciał.

-Och, mój stary, dobry Stuteley - zasmial sie Robin - caly czas o zdrowych myslach.Myśli miał zdrowe, czyste, bezbożnymi sprośnościami nieskalane...

Stuteley usmiechnal sie, po czym razem z reszta bandy przeszedl kolejne dziesiec kroków. Robin spojrzal na prawo. Zauwazyl dwóch rycerzy, bawiacych sie kosztem pewnej damy w zagrodzie.
A nie jabłko? Na prawo było jabłko. Chyba że przeszli do następnej lokacji.
Koszt... hm, tego określenia na wulwę jeszcze nie słyszałam.

-O, wy! Tak to sie teraz robi?! - zagrzmial i ruszyl do ataku.
Chciał im pokazać, jak on zwykł to robić?
Bo nie poczekali na niego i wgl.

Oszolomieni rycerze wyjeli miecze i nastapila bitwa pod Kłuszynem, po której uszedl bez ran tylko Robin. Rycerze padli oszolomieni od zranien.
Znaczy... zemdleli na widok krwi, czy co?
No, bo nie mogli uwierzyć, że jak się człowieka natnie, to z niego cieknie takie czerwone.

Stuteley i jego przyjaciele patrzyli na to zdarzenie z otwartymi oczyma. Jednak barczysty podbiegl do zagrody i wzial lezace na ziemi mieso.
Znaczy... to mięso to była ta zużyta już nieco dama? Czy któryś z martwych żołnierzy?
Skoro w zagrodzie, to może jakaś zdechła owca? Ale takiego mięsa, które leżało na ziemi - nie na naszym swojskim chodniku, tylko połączeniu błota, słomy, gnoju, śmieci i końskich placków - ja bym nie ruszała...

-Gdy bede ranny, ta dziczyzna pomoze mi uzyskac sily - powiedzial, po czym uzupełnił manę zwrócil sie do kobiety, która rycerze meczyli
Czyli w zagrodzie leżał sobie jakiś kawał zająca, zapewne usyfiony gnojem i poobłażony przez muchy - a ten cep sądzi, że ten ochłap posłuży mu za posiłek regeneracyjny? No, z pewnością, jeśli przez "odzyskać siły" Robin rozumie "sraczka roku". To nie prościej byłoby zeżreć to jabłko?

- Móglbym ja wziasc? Yyy...
-Alez oczywiscie! -odpowiedziala mu - Za to, ze mnie uratowaliscie, pozwole tobie silaczu, wziasc te oto mieso

Cny rycerzu, przyjmij to gnijące ścierwo na dowód mojej wdzięczności!
 

- nastapila krótka przerwa na zabawianie się “kosztem” damy, a po chwili kobieta odezwala sie do Robina - Dziekuje ci, dobry panie.
-Nie ma sprawy - odpowiedzial jej Robin.
-Ja takze dziekuje, za te dziczyzne - ponownie zabral glos barczysty przyjaciel Stuteleya, który miał już nigdy nie dorobić się imienia.
-E tam, nie ma za co! - zasmiala sie kobieta, po czym odeszla do swego domostwa.
Bohaterowie ruszyli dalej.
A przed nimi bieżyła gloria chwały.

Przeszli przez most, który znajdowal sie przed nimi. Robin ukradkiem spojrzal przez ramie na prawa strone czemu oni wszyscy patrzą na prawo? To ma jakiś podprogowy przekaz polityczny? Był pewien, że jabłko na niego dybie i kolo pewnego domu zobaczyl dwóch rycerzy i poborce podatkowego nekajacych dwóch biednych ludzi. Teraz Robi naprawde sie wkurzyl. Zaatakowal ich tak zaciekle, ze nawet nie zdazyli wyciagnac broni - padli po chwili nieprzytomni. Morderczy atak Ogłuszacza.
Robin Barbarzyńca.

Poborca gdzies uciekl. Na ziemi Robin znalazl sakwe pieniedzy - dal ja ludziom, którzy byli nekani przez rycerzy .

Ale to absolutnie nie jest tak, że za chwilę Robin sobie stąd pójdzie, a żołnierze wrócą, a za kradzież pieniędzy z podatków, będących własnością Jego Królewskiej Mości, ci ludzie zostaną powieszeni. Wcale.

Po chwili Robin odnalazl poborce i uderzyl go piescia z taka sila, ze zemdlal.
Niech ten Robin nie mdleje tak często. W końcu się uderzy o coś, upadając, i sobie krzywdę zrobi.

Nie znalazl przy nim ani zlamanego funta. ?Zapewne nie zdazyl jeszcze wyludzic od ludzi pieniedzy” - pomyslal sobie.
No tak, zły, zębaty poborca, postrach ludu pracującego. Koleś, on wykonuje swoją pracę, tak?

-Chodzcie! Juz stad idziemy. - powiedzial Robin do swych Stuteleya i jego przyjaciól.
Gdy przyszli, wszyscy ruszyli w droge do lasów Sherwood. „Ciekawe, co tam Stuteley zrobil!” - pomyslal Robin.
Pułapkę na bździągwy!
Zajebiste miasto na drzewach, szczyt osiągnięć inżynierii drzewno-bambusowej?

Po godzinie drogi Robin pomyslal sobie: „Moze by tak zapoznac sie z przyjaciólmi Stuteleya? Wszyscy powinnismy sie zapoznac”.




Najpierw podszedl do wysokiego, barczystego.
-Pomyslalem sobie, abysmy sie poznali. Jak masz na imie? Ja jestem Robin Hood.
A jaki jest twój ulubiony kolor? Masz domowe zwierzątko? Wpiszesz mi się do pamiętnika?

-Jestem Percy Kowal. Milo mi cie poznac, Robin - odpowiedzial.
-Masz moze jakies umiejetnosci? - zapytal Robin.
- Toż kowalem jestem, gluchyś?

-Potrafie polowac na jelenie
Standardowy Skill Kowalski I.
I już wiadomo, za co go udupili: kłusowanie  w pańskich lasach było zabronione.

i bardzo glosno gwizdac,
Standardowy Skill Kowalski II. Wciąż ani słowa o kuciu żelaza, podkuwaniu koni i innych takich.

chociaz moja glówna umiejetnoscia jest moja sila - odpowiedzial mu Percy.
18/18, z modyfikatorem + 5 za itemki - dodał z dumą.

Percy ma dlugie wlosy i zielone szaty. Jest bardzo poteznie zbudowany. Posiada palke.
Nie-mam-skojarzeń-nie-mam-skojarz... szlag, za późno, mam nawet wizualizację...

Robinowi wydaje sie, ze nikt nie moze sie z nim równac sila.
No, tak mu się tylko wydaje.

Teraz Robin podszedl do zgarbionego przyjaciela Stuteleya.
-Jak sie zwiesz? Jam jest Robin Hood - powiedzial.
-Nazywaj mnie Patrick Maly - odpowiedzial mu.
-Masz jakies umiejetnosci? - zapytal Robin.
- Nie, jestem po prostu niższy od Dużego Patricka.
A mnie się zawsze wydawało, że w wesołej kompanii Robina był Mały John...

-Potrafie leczyc ziolami leczniczymi szałwia, koper i rumianek nie maja przede mną tajemnic, ze mną wzdęcie ci nie grozi,  oraz celnie rzucac jablkami.
Ale tylko jabłkami, kamieniem nie trafię w stodołę z pięciu metrów.

O ich dzialaniu Stuteley juz opowiadal.
-Tak, wiem.
Patrick Maly to dobry dla niego przydomek, bo faktycznie Patrick jest Maly.  I ma małą pałkę. Przy sobie ma widly i pomaranczowo - seledynowe szaty.
Ma szaty PRZY SOBIE? On tam idzie nago?
Hm, w sumie skoro Percy’emu Kowalowi było widać pałkę...  


Robin podszedl do ostatniego, wyprostowanego kompana.
Jedyny homo erectus w drużynie.

-Chcialbym sie z toba zaprzyjaznic. Jestem Robin Hood. A ty? To mój pamiętnik, wpiszesz mi się? Prooooooszę!
- Pewnie, a ty wpiszesz mi się do złotych myśli? *u*

-Nazywam sie Edward Rybak.
-Potrafisz lowic ryby?
- Nie, kurwa, jestem apostołem, "Edward" było dla zmyłki. Oczywiście, że umiem łowić ryby, ćwoku.

-Nie. Ten przydomek to po moim ojcu. On byl kiedys dobrym rybakiem.
Ja rozumiem, żeby tytuły dziedziczyć, ale przydomki...?
-Acha! Rozumiem! Co potrafisz?
- Szydełkować przez płotki.
-Dobrze strzelac z luku.
-To tak jak ja. Cos jeszcze mamy ze sobą wspólnego? - Robin zamrugał zalotnie i zaczerwienił się.
-Potrafie takze obronic moich przyjaciól przed strzalami wroga - i wskazal na swoja tarcze.
I on tak z tą tarczą lata na polu bitwy, od kumpla do kumpla.
Edward Rybak musi mieć chińskie korzenie:


Edward ma na sobie pomaranczowo-niebieskie ubranie i pomaranczowa czapeczke, luk i drewniana tarcze. Na twarzy ma geste wlosy.
Jesteś pewien, że to człowiek...?
Dopiero homo erectus, nie miej zbyt wielkich wymagań.

Kilka minut pózniej doszli do tej niespodzianki Stuteleya. Robinowi oczy wyszly z orbit.
To naprawdę jest koniec rozdziału.
Całe szczęście.

23 komentarze:

ent pisze...

Nie znalazl przy nim ani zlamanego funta. ?Zapewne nie zdazyl jeszcze wyludzic od ludzi pieniedzy” - pomyslal sobie.

omg. omg. czy tylko ja przeczytałam "złamanego fiuta"?

uczyniłyście mi popołudnie, bór zapłać w sakiewkach ze srebrem znalezionych przypadkiem na głównych rynkach ;)

Anonimowy pisze...

Jeżu, ta końcówka z "powinniśmy się wszyscy zaprzyjaźnić" uhahała mnie do nieprzytomności XD

Okropna bździągwa z tego opka, dobrze, że się skończyło, uff...

Pozdrawiam!
Nadira

kura z biura pisze...

Eeeeej, nie było niespodzianki??? Ja chcę niespodziankę! Zakuć Pisaka w dyby, dopóki nie przygotuje niespodzianki!!!

Jeżu, to opko było tak straszliwie bezmyślne, że aż się wierzyć nie chce. A opis rzeczy znalezionych na ulicach miasta oraz dopisek szeryfa pod obwieszczeniem zrobiły mi dzień.

*kombinuje nad opkiem o Guybrushu Threepwoodzie*

Babatunde Wolaka pisze...

"Czy tylko ja przeczytałam “Sutener uwięziony”...?"
Ja sobie nawet wyobraziłem Stana Borysa śpiewającego te słowa.

"...w pelerynie i kapturze na glowi (Na głowni? Po co mieczowi kaptur? Albo na glewii, choć ma to jeszcze mniej sensu.)"
Nie znacie się, to po lwowsku było ;)

"Robin zrzuca peleryne z kapturem,
Przez co - zgodnie z Imperatywem Zmyślnego Kamuflażu - staje się dla wszystkich doskonale rozpoznawalny."
Zupełnie odwrotnie niż ten rabuś, który włożył kominiarkę dopiero po wejściu do sklepu.

"uderzyl piescia tego, który rozmawial z kobieta, az zemdlal"
Zagadał się do nieprzytomności.

"Wyjaśni mi ktoś, po co on atakował tego strażnika, skoro ten nie próbował go zatrzymać, zawołać kolegów ani nic?Bo mógł?"
Toż napisane - bo nie miał innego pomysłu.

"Chwalic Stuteleya!
Ja dobrze rozumiem, że gościu modli się sam do siebie...?
Nooo... Trochę creepy."
Może Stuteley był półbogiem i wierzył we własną boskość? (tak mi się skojarzyło z pamiętnym erpegiem "Kryształy czasu")

"Ale dosc tej kurtuazji, misiaczku."
Tu z kolei przyszedł mi na myśl radny Crassius Curio z "Morrowinda", który wysyłając bohatera na misję zabicia kogoś tam, powiedział coś w stylu: "Niech nikt nie zdoła cię powstrzymać, kwiatuszku".

"Moze znajdziemy jakies uzyteczne przedmioty na ulicach Nottingham?
-Racja! Jak znajdziemy cos na naszej drodze powrotu to bierzemy to - odpowiedzial mu Robin."
I tak powstała legenda o Złomiarzach z Sherwood.

"Co to za zioła, które rosły w mieście na ulicy?"
W Kielczech podobno zioło lecznicze rosło sobie w najlepsze na klombie przed urzędem miasta.

Pomysł z jabłkiem, a także z mięsem, po prostu zwala z nóg. Natomiast określenie "koszt", moim zdaniem, bardzo pasuje w zestawieniu z "honorem".

"-O, wy! Tak to sie teraz robi?! - zagrzmial i ruszyl do ataku."
- Co to za paskudny wschodni narów?!

"- nastapila krótka przerwa na zabawianie się “kosztem” damy, a po chwili kobieta odezwala sie do Robina - Dziekuje ci, dobry panie."
Dopisek sprawił, że przeczytałem: "Dziękuję ci, dobre rypanie".

"czemu oni wszyscy patrzą na prawo? To ma jakiś podprogowy przekaz polityczny?"
Bo w Anglii jest ruch lewostronny. Robin chciał sprawdzić, czy go ktoś nie wyprzedza.

Scena z zapoznawaniem się - facepalm bardzo adekwatny.

"-Potrafie polowac na jelenie
Standardowy Skill Kowalski I."
To znaczy wyszukiwać takich klientów, którym da się sprzedać żeliwo jako stal.

"i bardzo glosno gwizdac,
Standardowy Skill Kowalski II."
W kuźni panuje hałas, bardzo głośnymi gwizdami łatwiej wydawać polecenia czeladnikom.

"A mnie się zawsze wydawało, że w wesołej kompanii Robina był Mały John..."
Mały Patrick to jego irlandzki kuzyn.

Bardzo udana analiza.

Anonimowy pisze...

"Czy tylko ja przeczytałam “Sutener uwięziony”...?"
Ja tam uparcie widzę stulejkę.

Co do "wziąść" to polecam ten obrazek:
http://f.asset.soup.io/asset/1520/7327_dd17.jpeg

Zastanawia mnie, ile lat ma Pisak, bo dosłowność, z jaką traktuje mechanizmy gry skrzyżowana ze sceną zapoznawania się wskazuje na wczesną podstawówkę...

Hasła już nie mogą być chyba bardziej nieczytelne, czwarte już próbuję odczytać...

Sineira pisze...

Ała, paskudy, moja przepona! Ukwiczałam się jak prosię na wybiegu. Bardzo udana analiza, podziwiam, że z takiego badziewia wyciągnęłyście tyle dobrego.

Anonimowy pisze...

"Cny rycerzu, przyjmij to gnijące ścierwo na dowód mojej wdzięczności!"
Rozwalił mnie ten motyw. Potem już poszło z górki, śmiałam się ze wszystkiego. Kurde, dziewczyny, ale wam się dobra ofiara trafiła. Ale coś zgrzyta... czegoś mi brakuje... w tej analizie nie było "mondrości" Pisaka... :(:(:(:(

Patrycja Stankowska pisze...

Kocham was za wasze analizy, ta też się udała. Szczególnie spodobał mi się fragment filmu ze strzałami w roli głównej (jaki jest tytuł? wuxia bardzo mi się podoba), zaś nawiązanie do Facetów w Rajtuzach... Film moich lat nastoletnich, aż mi się sentyment włączył :)))

Niofomune pisze...

"Strucel uwięziony". Przepraszam, o tej porze i po nieprzespanej nocy nawet "sutener" to za trudne słowo.
Krótka ta analiza, chociaż bardzo zacna. Zbieranie ekwipunku z ulic i zaprzyjaźnianie z pomarańczowo-kolorowymi knypkami było epickie, ale i tak nic chyba nie przebija wieśniaków wskazujących kierunki świata.
Wtf był ten film? O.O

rinoasin pisze...

@Patrycja, to film to "Hero", gorąco polecam:D
A co do opka, to byłam blisko płaczu, pisak mnie zaskoczył, bo z każdym zdaniem pisze gorzej i gorzej, nie wiedziałam, że to jest możliwe. Co ja bym dała, za jego wypowiedź tutaj!
Będzie trzecia część?:)
Hasło: onlysea - tylko morze się liczy!

Anonimowy pisze...

Świetne!I Aragorn i list szeryfa i Mortal Combat!
Straży nie było na zamku, nie było w mieście, ale na przedmieściach się aż od niej roi? Co oni tam mają, obławę na zające? Konwent jakiś może?

Tak!Kolejkę do akredytacji!
Dziękuję za kolejną zabawę!

Chomik

Anonimowy pisze...

Analiza, jak zawsze, cudna, popłakałam się przez Was ze śmiechu. Obrazek z Fioną i gnijącym ścierwem był najlepszy. Pozdrawiam

Kiki

Captcha: "oxiscre" Oxygen i scream? Tlen i krzyk? W sumie bez tlenu nie ma krzyku, nawet pasuje.

Dzidka pisze...

"Po lewej stronie bramy znajduje sie zebrak, po prawej ogloszenie."

I on myśli, że mu to wydadzą jako książkę... *multifacepalm*

Piafka pisze...

"Stuteley popatrzyl na prawo i zobaczyl jablko"
Znaczy, Nowy Jork - Big Apple :)

"-Chcialbym sie z toba zaprzyjaznic. Jestem Robin Hood. A ty? To mój pamiętnik, wpiszesz mi się? Prooooooszę!"
Na prawo jabłko, na lewo fiołki...

Opko urody przecundej, analiza rewelacyjna. Postscriptum szeryfa mnie ómarło. Ale zaraz zmartwychwstałam, jak ten żebrak przy bramie :D. Pozdrawiam.

PS. Nie macie może na widoku jakiejś Marysójki w wersji basic? Wiecie, śniadanie, szkoła, Tru Loff, jakaś mała supermoc. Już się trochę stęskniłam za intrygami rodem z "Mary Sue wśród dzikich plemion".

Hasło: dersopin - tłumacząc z niemiecka: ten tak PIN. O, nie, PINu mu nie podam.

Dzidka pisze...

Oraz uprzejmie informuje, że ryczę w głos z zapoznawania się, Edwarda Apostoła oraz z gifa z Hermioną, który jest najlepszym komentarzem do całego opka!

Dzidka pisze...

Piafka: opko o Marysujce w szkole wisi na Armadzie, zapraszam :)

Borówka pisze...

"Chciałbym się z tobą zaprzyjaźnić" :D

Ta cześć jest nawet lepsza niż poprzednia. Ubawiłyście mnie (jak zwykle), dzięki! ;)

Procella pisze...

Ten początek z zakradaniem się miał głęboki sens, po prostu spryt Robina przerósł Wasze zdolności intelektualne. No bo pomyślcie, widzicie faceta, który wali prosto do głównej bramy - czy przyjdzie Wam do głowy, że on się zakrada? No i o to chodzi :p

A w ogóle to czuję się zmiażdżona dynamicznymi i pełnymi napięcia opisami walk, idę chwilę odpocząć, bo mi się mózg przegrzał.

jasza pisze...

Ogłoszenie w XIV wieku - pewnie wydrukowane i ze zdjęciem. Jasssne.

Walające się po drogach sakwy ze srebrem można wytłumaczyć tylko w jeden sposób - ważyły tyle, że poborca ginął zmiażdżony.
I stąd też pewnie gnijące ścierwo...

*zrobił facepalma, aż zemdlał*

Anonimowy pisze...

Boru, nie wiem, co mnie bardziej Ómarło. Chyba PS Szeryfa z Nottingham. Po tym już wyłam bez opamiętania.

Ej, dziouchy, ja liczę, że weźmiecie na ząb wspomniany chyba w poprzedniej części "Fifty shades of crap". Ta książka jest ostatnio źródłem mej nieustającej radości, acz wierzę, że ową radość wywindujecie. XDDD

thingrodiel

Tarja pisze...

Bo to jest fikcja a wy się nie znacie!

Analiza powalająca.

beware of apples pisze...

Aż dziw, że po takim ładnym zapoznaniu nie było żadnego group hug 0o0 Dziewczyny, stokrotne dzięki za to cudo!

P.S.W mojej kuchni na blacie leży jedno, samotne jabłko. Ale pilnuję się, żeby zawsze mieć je po LEWEJ stronie, więc chyba nic mi nie grozi? xD

Anonimowy pisze...

"Szeryf Nottingham
PS. I tak wiem, że żaden z was tego nie przeczyta, durne ćwoki. Znaczy, come on, jesteśmy w XII wieku, kto z was w ogóle potrafi czytać? Po co ja to wieszam? Ja pierdolę."

*wyje ze śmiechu* *ciężko dyszy* *jeszcze trochę wyje* *pada na blat w drgawkach*

Nie sądziłam, że to możliwe, ale analiza jeszcze lepsza od poprzedniej. Od tego momentu musiałam zacząć sobie robić przerwy, żeby złapać powietrze i dać odpocząć obolałym mięśniom

"Przeszli przez brame i doszli az do dupy miejsca, gdzie Robin sciagnal peleryne zmierzając w stronę miejsca, gdzie Robin ściągnie gacie."

Może jestem dziecinna, ale rozbawiło mnie to równie skutecznie jak dopisek szeryfa.

"Znaczy... zemdleli na widok krwi, czy co?"

Może byli jak ten bohater Bridge of Birds, który słabł na widok krwistoczerwonych zachodów słońca, a raz zwymiotował na pewnego szlachcica, gdy ten przedstawił mu swojego brata krwi.

A poza tym dołączam do grona szczerze zbulwersowanych ostatecznym brakiem niespodzianki.