piątek, 11 maja 2012

Elfi Łucznik i Przekombinowane Wszystko - cz. II

Witajcie!

Po tygodniowej przerwie zapraszamy do lektury - w tym tygodniu postanowiłyśmy odgrzać podanego już wcześniej kotleta, czyli opko z analizy o elfim łuczniku Elzmerze, któremu Conan Barbarzyńca i MacGyver mogliby sznurowadła wiązać. Poprzednio analiza jego przygód przypadła Wam do gustu, mamy nadzieję, że tak będzie i tym razem.
Dla tych, którzy niezbyt dobrze pamiętają poprzednią część, małe przypomnienie: opko dotyczy gier The Elder Scrolls i opowiada o leśnym elfie Elzmerze, który odkrywa, że jego rodzinną wioskę Neander złupili cesarscy żołnierze. Jak na rasowego protagonistę przystało najpierw zajmuje się krwawą rąbanką, by pomścić śmierć bliskich (używając do tego sposobów tak dziwnych, że nawet najbardziej pokręconym filozofom się nie śniły), potem trafia do niewoli, z której oczywiście się uwalnia (bo wrogowie nie mają najwyraźniej nóżek ani rączek, a mózgi zostawili w sąsiednim fandomie), później zabija jeszcze więcej nieprzyjaciół (którzy tym razem chyba nie mają oczu ani uszu, bo nie widzą go, mimo że typ czai się tuż za nimi) i zaczyna przyzywać swojego konia.
A teraz jest już tylko dziwniej.
Miłego!

Adres opka: Nigdy tak



Opko zanalizowały: Kalevatar i Pigmejka

-Shiner?! Shiner gdzie jestes? Mam kłopoty. Wioska została podbita przez cesarskich. Nie wiem jak przetransportować jeńców.
Nie wygodniej byłoby ich najpierw uwolnić? Chyba że całość wrażych sił stanowiła załoga tej jednej wieży, którą elf dopiero co pozabijał.
Hm, on ma zamiar wszystkich jeńców przetransportować na jednym koniu?
*dzwoni do obrońców praw zwierząt*

-Nie wrzeszcz tak! Jestem ze starymi znajomymi na pobliskiej polanie. Pijemy piwo z siana i podrywamy klaczki. Może my będziemy mogli przetransportować więźniów. Będziesz jednak najpierw musiał udostępnić nam drogę.
Na facebooku można udostępniać zdjęcia, posty, muzykę... niech spróbuje to zrobić i z drogą.
Może to tak, jak można np. przekazać komuś króliki na Farmville?

-Ok. Odezwę się jak coś wymyślę.
Elzmer zabrał coś do jedzenia z worków do jedzenia i zszedł do więźniów.
Więźniowie też byli do jedzenia.
Ja rozumiem, że dla Cesarstwa nastały ciężkie czasy, ale żeby żołnierze musieli żreć worki, to już chyba przesada.
ŻRYJ SAKWĘ!

Zobaczył, że tak jak im polecił siedzą zamknięci lecz na ich twarzach malowała się raczej nadzieja, nie strach.
A także lekka nutka nieograniania, jak mogli dać się podbić przez tak fajtłapowatą armię.

Dał im jedzenie i wyszedł z wieży.
A oni nie poszli za nim, bo w tych klatkach było im w sumie całkiem fajnie.
Co chcesz - ciepło, na głowę nie pada... Żyć nie umierać.

Widać patrolowanie wioski nadal szwankowało.
O, czyli byli tam jeszcze jacyś cesarscy. Jeden w drugiego ślepi, głusi, niemi, z koordynacją ruchową epileptyka, szybkością reakcji Enta i mózgiem rozwielitki - ale byli.

Nikt nie zauważył elfa który spokojnie podążał w stronę najbliższej bramy.
Ruchem jednostajnie przyspieszonym.

Wszędzie było cicho, za cicho.
Może więc to nie jest tak, że żołnierze go nie widzą, tylko ich tam po prostu nie ma, a on cierpi na halucynacje...?

Nagle w stronę elfa poleciał grad strzał prawie zasłaniający niebo.
A z przeciwnej strony biegło trzystu Spartan lubiących walczyć w cieniu.

Strzały nadleciały wyraźnie z małych wieżyczek bramy więc Elzmer wiedział gdzie schować się przed niebezpieczeństwem.
W małych okopach studni?
Jakie w ogóle wieżyczki bramy, co to ma być? No i po co brama do czegoś, co zostało na początku opka nazwane "ogrodzeniem wioski"?
I jakim cudem z tych małych wieżyczek wyleciało kilkaset strzał?

Za osłonę wybrał sobie dość grube drzewo.
I schował się za nie bez pośpiechu, bowiem strzały leciały bardzo powoli.
Kilka razy zakręcając i okrążając okoliczne domy. Kilka w locie zaczęło gryźć się między sobą, w związku z czym pofrunęły w inną część wioski.

Strzały wbiły się w ziemie a hałas temu towarzyszący był ogromny (To były strzały czy takie baaardzo długie i cienkie granaty...?). W końcu "deszcz" ustał i bosmer miał chwilkę na zmianę pozycji.
Bo go gałąź w dupę kłuła.

Rzucił ten sam czar co w celi i odległość między nim a bramą stanęła w ciemnościach.
A czas między nim a podwieczorkiem zawiązał się na kokardkę.
Pisak pewnie wyszedł z założenia, że skoro można “stanąć w płomieniach”, to w ciemnościach też. Jaka szkoda, że nie.

Wyciągnął swoje miecze i pobiegł w stronę bramy. Drzwi do lewej wieżyczki wyważył i taranem wparował do środka.
Nie wiem, czy chcę wiedzieć, skąd sobie wyciągnął ten taran. No i czemu najpierw wyważył drzwi, a dopiero potem wjechał wierzchem na taranie.Może chciał nim zgnieść tę wielką kupę zbrojnych, którzy wystrzelili wspomnianą chmurę strzał?

Znajdowało tam się trzech rozmawiających żołnierzy.No dobra, to była bardzo mała kupa.

Nie byli chyba zdziwieni przybyciem uciekiniera ponieważ w rękach trzymali swoje bronie.
A czy Bronie skończyły już 15 lat?

Odwrócili się w stronę niebezpieczeństwa i wymienili szydercze uśmieszki. Zaczęli okrążać elfa. On jednak miał w głowie inny plan walki.
To on chciał ich okrążyć.
Ale najpierw zamierzał znaleźć odpowiedni punkt obserwacyjny.

Podbiegł do najbliższego przeciwnika podskoczył i odbił się nogą o jego korpus.
On zaś w tym czasie nic nie robił, bo jeszcze nie zdążył go okrążyć.
Za bardzo się skupił na wymienianiu uśmieszków.

Siła ciosu wytrąciła go z równowagi a sam Elzmer wylądował za plecami drugiego wroga. Nie marnując czasu wbił jedno z ostrzy prosto w szyję żołnierzowi. Zostało jeszcze dwóch przeciwników ale najwidoczniej oni nie mieli zamiaru się wycofać.
Chcieli go okrążyć choćby nie wiem co!

Obaj stali już na równych nogach i szukali luki w obronie bosmera. Te wydawały się nie istnieć.
Jedyne, do czego mogą odnosić się te "te", to nogi ręce i mózgi żołnierzy. Jako że od dawna wiemy, że mamy do czynienia z oddziałem specjalnej troski, nie dziwi nas to ani trochę.

Czego nie można było powiedzieć o stylu walki zaprzyjaźnionej dwójki.
Fakt, że byli zaprzyjaźnieni, narrator wywnioskował z tego, że co chwilę klepali się po plecach i pożyczali sobie bieliznę.
To wojsko jest zrobione z jakichś szczyli, którzy zostali miesiąc temu wyrwani matce spod spódnicy i jeszcze mają mleko pod nosem, prawda? To nie jest zawodowa armia, prawda?
Zmartwię Cię - jest.

Elf zamarkował cios lewym ostrzem dzięki czemu bliżej stojący żołnierz odsłonił prawą część ciała.
No bo jak przeciwnik uderza, to trzeba się odsłonić; nie można przecież tak egoistycznie utrudniać innym pracy!
Może bidulek podniósł w panice ręce do góry na znak, że się poddaje?

Tuż za wzrokiem wymierzającym cel poleciało ostrze trzymane przez bosmera w prawej ręce.
Biedny cesarski - nie dość, że dostał wzrokiem z miarką, to jeszcze fruwającym mieczem.

Cesarski zawył z bólu i usunął się z pola walki pozostawiając swojego przyjaciela sam na sam z zabójczym Elzmerem.
I latającym wzrokiem z miarką.

Elf widząc, że stojący jeszcze przeciwnik bardziej przejmuje się życiem kolegi niż obroną własnego wyrzucił dwa ostrza w stronę swoich przeciwników.
A czy jednego miecza nie wyrzucił dwa zdania temu?Może miał zapasowe w spodniach, czy coś.

Obie bronie perfekcyjnie trafiły w krtanie cesarskich. Miały system samonaprowadzania, czy ki czort...? Elzmer szybko wyciągnął ostrza z ciał poległych i ruszył schodami na górę. Budowa wieżyczki była taka sama jak budowa wieży więziennej lecz po prostu miała mniejsze korytarze i o wiele krótsze schody.
I również nie miała wewnątrz żadnych pomieszczeń. Ani sensu.

Bosmer spodziewając się dużej liczby łuczników na górze budowli postanowił dodać sobie trochę szans w pojedynku z załogą wieżyczki.
Znając jego tok rozumowania i ogólną sensowność poczynań, zapewne nagotuje pierogów albo napiecze makowca licząc, że załoga zejdzie i zacznie wpierdzielać, a on wtedy nad głową każdego z nich przymocuje wóz pełen rzepy, tak że gdy ktoś wstanie od stołu, potrąci linkę która sprawi, że wrogom opadną gacie i wszyscy się zawstydzą, a elf wtedy zabije ich wszystkich. Albo coś podobnego.

Zauważył, że większość pochodni poustawianych wzdłuż schodów jest nie zapalona. Zabrał je wszystkie i owinął jedną dużą szmatą aby móc podpalić wszystkie na raz. Zamierzał tym wykurzyć wrogów z góry.
Tak, pokaże im dużą pochodnię, a oni... no właśnie nie wiem, co zrobią. Zdziwią się?
A czemu właściwie tak bardzo mu zależy, żeby wylegli na niego kupą? Żeby mieć jeszcze mniejsze szanse w walce?

Potrzebował jeszcze czegoś co mogło skutecznie zmniejszyć liczbę łuczników.
Wąglik? Ostry miecz? Zajebiście słone pierogi?
Fortepian?

Szybko wpadł na pewien pomysł. Na dole wieżyczki znajdował się stół. Jeśli ustawi go na ostatnim półpiętrze łucznicy nie będą mieli gdzie uciec.
Azaliż gdyż albowiemż:
- wszyscy cierpią na stołofobię
- religia zabrania im podchodzenia do stołów
- gdy zobaczą stół, skrypty im się pozawieszają i będą biec w miejscu?

...jak on w ogóle ma zamiar sam wtaszczyć wielki stół po spiralnych schodach? Chyba że to taki maluśki stolik kawowy ma być.
A łucznicy mieliby uciekać gdyż...?

Jak obmyślił tak uczynił. Teraz wystarczało zabrać łuk.
Aż się boję pomyśleć, po co.
Żeby skonstruować z niego, za pomocą spinacza i gumki recepturki gigantyczną kuszę, która zabije wszystkich łuczników naraz.
Choć może i nie, to miałoby jakiś sens.

-Świetnie! Oczywiście cesarscy zabrali mi i łuk.
A to niegrzeczne z ich strony.

Złość elfa szybko minęła gdy ujrzał swój łuk na ścianie jednego z półpięter.
Ozdobiony tabliczką z napisem WEŹ MNIE.
Ale zaraz. Do kogo on chce w zasadzie strzelać, skoro popierdziela po tej wieży jak ona długa i szeroka, a jeszcze się na nikogo nie natknął?

Głupota cesarskich nigdy nie znała granic.
Ci wszyscy jego pobratymcy zapewne zginęli w skutek złamań karków od zbyt intensywnego facepalmowania  spowodowanego bliskimi kontaktami z cesarskimi. Ani chybi.

Elzmer zaśmiał się ze swojego szczęścia i nałożył 5 strzał na cięciwę.
Taa, 50. A dalsze 30 sobie do nosa wsadził i smarkał nimi na ludzi.
Ja to jestem ciekawa, czym on trzymał te pięć strzał, bo na jedną przypadają minimum dwa palce. Pomagał sobie drugą ręką? Oh wait, nie, w tej trzymał łęczysko. Może nogą?Uszami i bardzo chwytnym językiem. Odziedziczył go po prababce, która była kameleonem.

Na ziemi poustawiał sobie parę takich pięciostrzałowych zestawów. Podniósł przygotowaną wcześniej wielką pochodnię, wyrecytował zaklęcie wywołujące iskry i rzucił je na wielką szmatę.
Szmatę? To po kiego grzyba zbierał pochodnie?!
Żeby zrobić szmatę na kiju?

Ta zaczynała się palić i parzyć w rękę elfa dlatego Elz pokonał odległość dzielącą czubek wieży od ustawionej przez niego pułapki (czyli... stołu) (to był bardzo niecny stół) w dość szybkim tempie.
No ale bez przesady, jakoś bardzo mu się nie spieszyło.

Wracając na półpiętro usłyszał jeszcze krzyki przerażonych wrogów.
- O nie, pan Zenek znowu wrzucił pety do składzika na miotły i podpalił mopa!

Szybko zajął pozycje i napiął pierwszy zestaw pięciu strzał.
Ręką i nogą, trochę pomagając sobie zębami.I końcówką nosa.

Gdy w jego polu widzenia znalazło się paru pierwszych żołnierzy pozwolił im podejść do stołu. Elf cały czas trzymając napięte strzały czekał aż grupka przestraszonych zbliży się wystarczająco.
...
Dlaczego oni po prostu nie wypierdzielili tej płonącej szmaty za mury?Może mieli szmatofobię?

I nagle słychać było świst wszystkich strzał. Szaleńczy bieg cesarskich łuczników zatrzymał się równo przed zaporą przygotowaną ze stołu.
Rozbili się o ten stół niczym wojska Kserksesa o trzystu Spartan pod Termopilami, takie to było epickie... tyle że nie.
Może to był stół z myślącej gruszy? *rozpaczliwie szuka sensu*
A szmata z myślącej bawełny...

Elzmer słysząc kolejną grupę biegnącą w jego stronę załadował na cięciwę kolejny śmiertelny zestaw strzał.
A oni tak karnie piątkami schodzili z tych schodów, w szeregu, żeby mógł każdego trafić.
I jeszcze nie biegli zbyt szybko, żeby zdążył przygotować te strzały i w ogóle.

Druga grupa skończyła tak samo jak pierwsza.
Bo oni w ogóle nie słyszeli, że coś zabiło tych, którzy szli przed nimi, byli ślepi i głupi, a ich łuki strzelały do tyłu.

Przebieg zdarzeń z trzecią grupą tez nie odbiegał bardzo od reszty.
Chciałam tylko zasugerować, że po kilkunastu takich turach nawet nie to, że mu zabraknie strzał, tylko że przejście zostanie zabarykadowane trupami.

-Kolejny dowód głupoty cesarskich.-powiedział sam do siebie bosmer. Nie słysząc już kolejnej grupy
Aha, czyli było tam piętnastu łuczników, którzy wypuścili deszcz strzał niemal przysłaniający niebo. Pewnie też trzymali po pięćset strzał na jednej cięciwie.

nałożył swój łuk na plecy i wyjął dwa ostrza. Dobrze mu się nimi walczyło lecz nie było to jednak to o czym zawsze marzył. Jego teraźniejsze bronie różniły się wagą więc walczący nimi nie mógł wykonać paru skomplikowanych ruchów.
Na przykład poczwórnego toeloopa z potrójnym Rittbergerem.

Elzmer obiecał sobie, że jeśli znajdzie odpowiadające mu bronie przy którymś cesarskim z pewnością je zabierze.
Bo okradanie zmarłych (co z tego, że wrogów) jest takie chwalebne.
Oj tam, looting jest niezbywalnym prawem każdego gracza i jego bohatera!

Tymczasem ruszył w górę zobaczyć czy ktoś tam jeszcze został. Ponieważ wieżyczka miała dość dużo drewnianych części pożar szybko się rozprzestrzenił.
Bardzo starannie nie osmalając mu nawet końcówek włosów.

Nie zastanawiając się dłużej wyskoczył z wieży prosto na cieniutką bramę w powietrzu chowając ostrza. Wylądował na bramie w jednym kawałku lecz utrzymanie równowagi na tak cienkiej powierzchni nie należało do łatwych zadań.
To czemu nie skoczył gdzie indziej? Jego elfie klejnoty mu niemiłe?

Powoli przesuwał nogami mając nadzieje dostać się do bliźniaczej wieżyczki znajdującej się po drugiej stronię.
Której załoga starannie go nie dostrzegała, ma się rozumieć. Fajczącej się wieży też nie.
Pewnie byli zajęci chowaniem wszelkich stołów, szmat i niezapalonych pochodni.

Po pewnym czasie elfowi udało się przejść przez bramę do drugiej wieżyczki. Zadowolony z siebie Elzmer pogratulował sobie zwinności.
Wręczył sobie z tej okazji drobny upominek i przyznał 20% premii.

Jego szczęście jednak nie trwało długo. Pożar na poprzednio odwiedzanej wieżyczce był dobrze widziany dlatego odgłos alarmu wcale nie powinien zdziwić Elza. Szybko podbiegł do schodów i ujrzał w jakim stanie się znajdują.fatalnym.
A wieża była całkiem pusta, tak? Żadnych żołnierzy, nic?
Nic. Tylko te fatalne schody.

Przez szpary w schodach widać było złoża łatwopalnego pyłu używanego przez elfy do chowania zwłok zmarłych. Tym razem bosmer zamierzał użyć pyłu w zupełnie inny sposób.
Wysadzi wszystkich w powietrze?
(Jakie trepy budują swoją wioskę na złożach łatwopalnego szujstwa?)
Ciesz się, że nie zostawili mu tam zapałek.

-SHINER! WIEM! POŁUDNIOWA BRAMA BĘDZIE OTWARTA. ZAPROWADŹ RESZTĘ POD NAJWYŻSZY PUNKT W OBOZIE I ZABIERZCIE STAMTĄD TYCH JEŃCÓW!
I jeśli zobaczycie, że leci na was deszcz strzał przysłaniający niebo (bo nie załatwiłem załogi drugiej wieżyczki), nie bójcie się - strzały lecą bardzo powoli.
Niech wtedy wszyscy schowają się za drzewa!

To telepatycznie mówiąc swojemu końskiemu towarzyszowi wysłał w stronę łatwopalnego pyłu parę czarów iskier.
Po czym wesoło rozniósł się po okolicy.

Po czym jak najszybciej umiał, wyskoczył z wieżyczki. Lądując na ziemi nie miał chwili na odpoczynek.
A tak chciał sobie zrobić małą nasiadówkę przy kanapkach i termosie z herbatą... ech.

Od razu pobiegł w stronę wieży z więźniami. W wiosce z cesarskich budynków zaczęli wybiegać żołnierze dlatego Elf musiał nieco zmienić drogę na bardziej bezpieczną.
Najbardziej bezpiecznie będzie, jak on wyprowadzi tych jeńców na plac pełen cesarskich żołnierzy, którzy się zlecą, żeby gasić płonące wieże. Aha, czy mi się zdaje, czy ten koleś właśnie podpalił bramę, przez którą za chwilę miało wbiec stado koni?
Tak. Zwierząt, które bez specjalnego treningu za cholerę się nie zbliżą do ognia.

Szybko przebiegał między budynkami tak aby żaden z cesarskich żołnierzy go nie przyuważył. W końcu dotarł do wieży z jeńcami. Elfy cały czas siedziały w celi jak polecił im Elzmer.
-Możecie wyjść. Za chwilę przybędzie tu stado koni które zabiorą was do pobliskiej bezpiecznej elfickiej osady.
Której jeszcze cesarscy nie podbili, bo nie zdążyli dookoła niej pobudować swoich wież i której mieszkańcy nie ruszyli wam na odsiecz, bo nie.
Po co, skoro wiadomo, że przyjdzie Gary Stu i wysiecze wszystkich?

Na mój znak wybiegniecie i wsiądziecie na najbliższego konia jaki do was podbiegnie.
Wyczuwam w tym planie kilka słabych punktów, takich jak:
- nie wszyscy potrafią jeździć konno, zwłaszcza na oklep, zwłaszcza że więźniami były kobiety i dzieci
- Bosmerowie są sporo niżsi od ludzi, więc o ile końmi nie okaże się stado kucyponków, to pewnie w ogóle nie dadzą rady na nie wejść
- koni może być ciut mniej niż chętnych
- konie mogą odczuwać pewną niechęć do wbiegania przez płonącą bramę
- polecenie "wsiądźcie na najbliższego konia" może spowodować, że wszyscy będą chcieli wsiąść na tego samego konia, w gratisie mamy jeszcze przepychanie się, tratowanie i oddział cesarskich żołnierzy.
No ale poza tym plan nie ma wad.

Bosmer kończąc zdanie już w biegu wyskoczył z wieży słysząc galop stada Shinera. Nie było czasu do namysłu. Zawołał pozostałych a tamci wybiegli równo z przyjazdem koni.
Konie przyjechały na lawecie, rzecz jasna.
I zahamowały z piskiem opon tuż przed wieżą.

Na razie plan wydawał się idealny.
Noo, w to nie wątpię.

Konie wzięły na siebie po jednym elfie i skierowały się w stronę jedynego wyjścia.
Tego płonącego?
No przecież. Ja dodatkowo czekam, aż ta druga wieżyczka wyleci w powietrze.

Elzmer dosiadł Shinera i rozejrzał się na wszystkie strony czy cesarscy nie próbują odciąć drogi uciekinierom. Próbowali.
A niech to!

Dwie drużyny ustawione po obydwu stronach nowej "bramy" trzymały wielkie pnie drzewne którymi najprawdopodobniej chcieli zablokować drogę.
Wyglądało to mniej więcej tak:
 
To się musi udać.

Na szczęście byli oni za daleko a konie zbyt szybkie żeby to mogło coś zdziałać.
Noo, żeby dotaszczyć gdzieś taki pień potrzeba dłuższej chwili.
Pozwólcie, że spytam: ustawienie się przy bramie i strzelanie do uciekinierów byłoby zbyt trudne, tak?
No przecież.

Niestety, w gorszej sytuacji był Shiner i jego jeździec.
Bo...? Cierpieli na pniofobię?

Droga przez "bramę" odpadała więc elf szukał innego wyjścia z wioski. Wszystkie bramy były pozamykane.
Zwłaszcza ta płonąca.
*szeptem* Zróbcie podkop...

Wzrok dwójki dobrych przyjaciół opadł (srrru!) na postawionej przed chwilą przez cesarskich barykadzie.
Znaczy, na tych pniach?
Tak.

-Zwariowałeś?!- Shiner skomentował niewypowiedziany pomysł swojego jeźdźca
-A ty nie?! Musimy spróbować! To nasza jedyna szansa.
Odpowiedź dostał w postaci szybkiego zrywu przez który prawie nie spadł. Życzę powodzenia dzieciom próbującym utrzymać się na grzbietach koni.

Mocniej złapał się grzywy przyjaciela i nachylił tak aby jak najmniej dawać się we znaki koniowi. Zmniejszając odległość dzielącą dwójkę przyjaciół od jedynej drogi ucieczki malała
Odległość zmniejszając się, malała. To wszystko, Watsonie - wychodzimy.

a na twarzy obydwu przyjaciół zaczął malować się strach.
To były naprawdę przerażające pnie.
Może to były sekwoje...?
 
(Ale jak je tam przytargano, to już nie mam pomysłu.)

Bosmer zamknął oczy i poczuł, że znajduje się w powietrzu. Nagle coś nim mocno wstrząsnęło. Otworzył oczy myśląc, że Shinerowi nie udało się przeskoczyć zapory.
-Zrobiłeś to!!! Udało nam się!!! Teraz jak najszybciej do reszty, musimy dotrzeć do najbliższej wioski i zawiadomić ich o niebezpieczeństwie.
Resztę drogi pokonali w ciszy łatwo doganiając resztę uciekinierów. Wszyscy w głowach mieli radość z powodu udanej ucieczki.
Bo całe to wojsko absolutnie nie znajdzie ich w najbliższej wiosce, do której nie trafi po śladach kopyt stada koni, prawda?
Nie. I w ogóle teraz na pewno nie rusza w pościg, ani nic.

Bohaterski elf cieszył się, że wśród uciekających znajduje się jego siostra. Nie miał jednak wesołej miny. Myślał, jak mógłby wypędzić cesarskich z jego ukochanej wioski.
Jeszcze kilka takich akcji i oni sami wyniosą się z rozpaczy.
Ojtam. Kilka stołów, szmat, jedna strzała i jakoś pójdzie.
(MacGyver - level hard)


***
W zawsze kwitnących elfickich lasach hałas nie był codziennym zjawiskiem. Codziennym zjawiskiem nie można też było nazwać dużej grupy jeźdźców. Na czele podróżników na swym rumaku jechał Elzmer. Co jakiś czas jakaś mała grupka bądź pojedynczy elf podjeżdżali do Elza aby zamienić z nim kilka słów czy podziękować.
I żeby podpisał im się na klacie.
Zaś drogę ich przejazdu znaczyło kilkanaście metrów wydeptanej trawy, krzewów i połamanych co mniejszych drzewek. Cesarscy  za wuja pana się nie domyślą, gdzie uciekli ich więźniowie.

Droga przebiegała im spokojnie. Cesarscy nie wysłali za nimi pościgu a za żadnym z zakrętów nie czekała banda złodziei.
Słońce nie świeciło im w oczy, wiatr nie wiał w twarze, komary omijały ich szerokim łukiem, zniesiono im VAT na książki, pasza dla koni nie kosztowała już 6 zeta za kilogram, a od siedzenia na koniu nie robiły się otarcia ani odparzenia w miejscach, które wstyd komuś pokazać.
A analizatorzy już więcej nie czepiali się żadnych blogasków.

Na horyzoncie w oddali widać już było El’quelas. Największe miasto elfów.
Leżące, jak widać, rzut beretem od tamtej podbitej wiochy. Weźcie się lepiej rozejrzyjcie, czy nie ma tu gdzież w pobliżu "wież w architekturze cesarskiej" podpełzających chytrze do miasta.

Klejnot pośród kołyszących się drzew. Legendy twierdzą, że kiedyś, kiedy jeszcze elfy nie były znane z miłości do natury ona sama nie wykazywała też większych uczuć do elfów.
Jeżu, mam nadzieję, że moja paprotka nie żywiła do mnie żadnych uczuć, zanim ją przesuszyłam na amen.

Kiedy jednak natura dostrzegła zamiłowanie nowych mieszkańców lasu pomogła im w rozwoju swych miast a jedno z nich wzmocniła w szczególny sposób. Dlatego też za bramy w El’quelas służą żywe, grube i wytrzymałe jak mur żywopłoty. Zamiast kamiennych płytek na chodnikach znajduje się miękka trawa. Domy...przepiękne domy budowane w środkach wielkich drzew. Niektórzy powiadają, że wieża Rodu Telvanni jest najbardziej zakręconą budowlą na tym planie astralnym.
A co to ma do rzeczy? Ród Telvanni to Dunmerowie, zupełnie inna bajka przecież.
Zakręconą? Uch, ja tam wolę normalne wieże, a nie jakieś krejzolki...

Jeśli jakiś elf szukał pomocy w odzyskaniu swojej wioski i wypędzeniu napastnika z elfich ziem niewątpliwie El’quelas było miejscem godnym odwiedzenia.
Oferowali spore zniżki na wypędzanie, zwłaszcza przy zamówieniach grupowych.
Ale sami z siebie nigdy nie ruszali na pomoc - to nie gwarantowało zysku.

-Jeszcze tylko dwa dni drogi moi mili!- zakrzyknął Elz- gdy będziemy już w naszym wspaniałym mieście nasze ścieżki będą musiały się rozejść.
- No jak to, nie zostaniemy drużyną przez całe życie? - zawołały rozczarowane elfy.
- Galopujmy tak razem aż po horyzontu kreeeees! - zawył inny.

Poszukajcie swoich znajomych bądź poproście o pomoc tamtejszą straż. Na niebie słońce zaczyna już rzucać coraz mniej promieni.
Ale pod wodą rzuca ich wciąż całkiem sporo.
Takie rozrzucanie promieni to moim zdaniem straszne marnotrawstwo. A poza tym jeszcze coś się zajmie od ognia i co wtedy?

Odpocznijmy. Jutro czeka nas męczący dzień.
Wszyscy uznali ten pomysł za idealny. Przywiązali konie do drzew a sami poszukali jakichś miłych miejsc do snu.
Wszędzie były poustawiane fikuśne leżaczki.
W ogóle jaka sielankowa podróż - myślałby kto, że to uciekinierzy z podbitej wioski, którym dopiero co wyrznięto wszystkich ojców, mężów i synów.
Ojtam ojtam. Teraz Elz będzie im wszystkim ojcem, synem, mężem...

Większość z elfów wybrała miejsca pod drzewami...Po pewnym czasie korzenie jakby przestały być twarde. Tutejsza przyroda jakby ucichła. Sen szybko zabrał podróżników w zupełnie inne miejsca...
Do krainy Freddy'ego Kruegera.

***
-Spójrz tam!
-Gdzie?
-No tam!
-Gdzie tam?
-Patrz przed siebie!
-Przecież patrzę!
-No i widzisz?
-Widzę...jakaś grupa elfów jedzie na koniach w naszą stronę
-Aaaah...
*ciężko wzdycha i odhacza na liście Element Komiczny*

Zrezygnowany strażnik wschodnich bram El’quelas postanowił i tym razem wyręczyć swojego kolegę. Powoli schodził z wieży obserwacyjnej na ulice miasta. Miał przed sobą parę celów. Przede wszystkim powinien powiadomić o przybyszach władzę. Później jako cel musi obrać dom obwieszczeń aby znajomi przybyszy godnie ich ugościli. Na końcu na wypadek wrogich zamiarów przybyszy powinien postawić na nogi całe wschodnie bramy i przyszykować je do obronny...
Ale to na sam koniec - a nuż jeśli najeźdźcy zobaczą, że przyszykowano dla nich ciepłe łóżeczka, to odstąpią od palenia i grabieży?
A tego się zazwyczaj nie załatwiało jakimś... bo ja wiem? Sygnałem alarmowym? Przecież zanim on obleci całą wioskę, wróg może już dobierać się do bram.

nigdy nie wiadomo co przynosili ze sobą wędrowcy... Nowiny? Czy też może problemy. Strażnik pomyślał sobie, że po małej wędrówce przez miasto jego problemy z wędrowcami się zakończą. Może nawet po drodze do domu obwieszczeń znajdzie czas na wstąpienie do piekarni Felrika. Jego pieczywo zawsze smakowało strażnikom...
Co ten kawałek w ogóle wnosił do czegokolwiek?
Tak. Zgłodniałam i też mam ochotę na jakąś bułkę.

***
-Zachowajcie spokój. To rutynowe badania.-uspokoił towarzyszy Elz widząc wychodzących z bramy żołnierzy. Tak jak mówił przebadali przybyszy i pozwolili wejść do miasta.
Rentgenik, badanie krwi i szybciutka gastroskopia i już mogli wejść.
Przy okazji zebrano im DNA i wszczepiono czipy. Rutynowe działania kontrolne.

Na znak jednego ze strażników brama otworzyła się. Dwie silne gałęzie splatające się w środku przejścia poluzowały uścisk tak aby bez żadnych trudności można było przejść.
Bo nie można by było - tak teoretycznie - np. przejść po gałęziach do środka? Znaczy - to chyba kiepska ochrona, takie gałęzie.Kal, pamiętaj, że tutaj wróg - w przeciwieństwie do Ciebie - nie myśli.
Toteż ja tak tylko teoretycznie pytam. ^^

Grupa pożegnała się i utworzyła mniejsze grupki rozchodzące się po krętych ale jakże pięknych ścieżkach miasta.
A te podzieliły się na jeszcze mniejsze grupki, które rozeszły się w szwach.

Elzmer postanowił podróżować samotnie.
Niby wcześniej miał tam jakąś siostrę, no ale bez przesady - niech sobie sama radzi. Bohater wolał zostać sam na sam ze swym koniem.
Dał jej chociaż tę figurkę, którą przygotował na prezent, czy nawet to dla siebie zatrzyma, a biedna sierota niech idzie precz?

Jego celem było biuro straży. Miał zamiar...miał zamiar poprosić o małą armie?
Ale nie za dużą, żeby się w kieszeni zmieściła.
Na drzwiach biura wisiał cennik:
Wynajem małej armii - 200 sztuk złota
Wynajem dużej armii - 500 sztuk złota
Promocje: od maja do czerwca wesołe miesiące - 20 wojowników gratis!

UWAGA: za każdego zabitego w walce wynajmujący zwraca 30 sztuk złota!
Instytucja nie ponosi odpowiedzialności za przegraną!


Ale czemu nie?
A czemu ktoś miałby nadstawiać za nich karku?

Przecież Neander to też elfia wioska. Wojsko tak dużego miasta musi pomóc.
Skoro nie reagowało, gdy cesarscy budowali swoje wieże dookoła wioski, to czemu ma reagować teraz?
Za kasę? Za kilka chętnych elfich kobiet? (To jedyne logiczne pomysły.)

Układając sobie jakiś przekonywujący tekst wkroczył do drzewa w którym znajdowali się strażnicy.
-Eee...gdzie mogę...jakby to powiedzieć...eee...moja wioska...Neander została napadnięta przez Cesarskich...gdzie mogę zgłosić się o pomoc?- spytał Elz widząc zbrojnego elfa. Odpowiedź nie była satysfakcjonująca...
- Proszę stanąć w kolejce po formularz E-3877123 z załącznikiem V-818 o agresji ze strony Cesarstwa. Pański wniosek rozpatrzymy w bliżej nieokreślonym nigdy.
Bowiem za biurkiem siedziała nieśmiertelna, uniwersalna Pani Halinka, międląc w ustach papieros.

-Hahaha!!! A to dobre...Cesarscy? W środku prowincji...hahaha...i co jeszcze? Stoją u bram El’quelas i już zaraz zaczną oblężenie?
Nagle coś zatrzęsło całym budynkiem a od strony bram zawył róg...róg oznaczający tylko jedno...oblężenie...
Mają specjalny róg, w który dmą, gdy znienacka z lasu wychynie oblężenie.
(A te konne ćwoki nie zauważyły, że ktoś za nimi idzie, nie?)
Nie. I strażnik też nic wcześniej nie zauważył, bo żarł bułki w piekarni.

-Nie...to niemożliwe...ale może to tylko przypadek, że wyskoczyłeś z takim żartem podczas ćwiczeń. Żołnierz zakończył rozmowę figlarnym uśmiechem i pobiegł w stronę zbiórki wojska.
Zbiórka wojska była dużym, sześciennym budynkiem o nieokreślonym przeznaczeniu. Obok niego stała tak samo tajemnicza zwózka siana.

Cóż mógł teraz zrobić Elz? Wybiegł z drzewa-budynku i ruszył w stronę krańców miasta...Niestety, żołnierz się mylił...ten róg nie oznaczał ćwiczeń...
Biegnąc w stronę bram zwrócił uwagę na organizację miasta.
- Lokowane na prawie niemieckim - zauważył z uznaniem.

Obywatele już dawno opuścili swoje domy i teraz razem spędzają chwile grozy w podziemiach w centrum miasta...
W schronie przeciwlotniczym. Zebrali się razem, żeby łatwiej ich było wyrżnąć.
Wspólne spędzanie chwil grozy było ich ulubioną rozrywką, nigdy nie mieli jej dość!

Wojsko natomiast ustawione na murach i pod nimi czekało na pierwszy ruch wroga.
Gdyby na przykład skończył ich oblegać. Albo coś.
Albo powiedział, że to żart, i że przyszli poprosić o kilogram mąki, bo pieką ciasto, a im się skończyła.

Ten szybko nastąpił w postaci przybliżających się maszyn oblężniczych.
Oni te machiny przez las przytargali...?
No, to wiele chyba z tego lasu nie zostało...

Żołnierze stojący na murach napięli łuki w stronę nadchodzących maszyn śmierci. Wszyscy w tym samym momencie puścili cięciwy a deszcz strzał zakrył niebo lecąc w kierunku wrogów.
Z czego płynie oczywisty wniosek, że łuczników było piętnastu.
Dobrze rozumiem, że oni strzelają do MASZYN?

„Deszcz” będąc już tuż przy celu nagle „złamał” się i nie wyrządził żadnych szkód cesarskim. Złamane strzały po prostu upadły na ziemie. Najwidoczniej maszyny zostały pokryte czarami defensywnymi.
Pragnę zwrócić Waszą uwagę na bezcelowość strzelania z łuku do maszyn oblężniczych. Nie prościej strzelać w załogę?
A jednak miałam rację. (A masz, ty przebrzydła katapulto!)

Czar defensywny złamać można tylko czarem. Ale jak żołnierze mogą zrobić to z murów? Telvanni! Tak, Telvanni mogą to zrobić...
Mogliby - gdyby nie to, że mieszkają w prowincji Morrowind, w pip daleko...

Elz zeskoczył z gałęzi z której oglądał przedstawienie i pobiegł w stronę wieży czarodziei...byli jedynym ratunkiem dla miasta...
To sami czarodzieje tego nie wiedzą i nie ruszą dupy, póki im pożoga przez okno nie zajrzy?

jeśli cesarscy zburzą zielone mury El’quelas mordercze fale cesarskich wyleją się na ulice miasta i zniszczą wszystko co piękne...
O ile nie zabiją się wcześniej o własne nogi albo na ich drodze nie pojawi się jakiś stół.

zginęło by wtedy tyle niewinnych istot...tyle zła wyrządzonego w jeden dzień...NIE!!! Elf przyspieszył kroku i obiecał sam sobie, że El’quelas nie spotka ten sam los co Neander...Biegł...
Bo żaden ze strażników czy władz miasta nie wpadł na to, żeby ich poprosić o pomoc...

20 komentarzy:

Anonimowy pisze...

(leży i kwiczy machając łapkami w powietrzu) Poziom absurdu w tym tForze "zrobił mi dzień". Cud, miód i orzeszki.
Przypomniało mi się jak w opku z Assassin's Creed krzyżowcy kłócili się o to, czy oblegać Akkę czy nie, stojąc pod murami. Jak widać i tutaj oblężenie z nienacka się udało :D

Buuka

Emma L. pisze...

Pomysł ze stołem to najlepszy pomysł w historii żarówek nad głową. A analiza piękna :)

Anonimowy pisze...

Borska analiza! Uwielbiam absurdalne opka bazujące na grach:D. BoCHater to cienki Bolek, Robin Hood potrafił za jednym razem wystrzelić sześć strzał! O! -> http://filmaster.pl/static/img/obj/f/e7/65/robin-hood-men-in-tights.240x340.jpg :D
I mam pytanie - czy tylko ja czytam imię głównego bohatera jako "Alzheimer"?:D
Zamierzacie może zanalizować jakieś opko bazujące na Diablo? Premiera 3 części za pasem i pewnie wkrótce posypią jakieś bzdury:D
Rinoasin

Ther pisze...

Podziwiam wytrwałość Analizatorek... Po lekturze tego arcydzieua jestem zupełnie odmóżdżona - mowa rzecz jasna o materiale źródłowym, bo Wasze komentarze były fenomenalne. A żołnierze cierpiący na stołofobię szczególnie przypadli mi do gustu. ;)

Nolofinwë pisze...

Ta analiza jest epicka. Ja więcej tego opka poproszę, bo czegoś tak oderwanego od rzeczywistości, to ja dawno nie widziałam. Stołofobia zrobiła mi dzień ^.^

Babatunde Wolaka pisze...

Pozostaję przy mojej starej teorii, że to wszystko zapis jego zwidów w psychuszce.

Telvanni są nieźle pokopanni, dlatego nie dziwi ich obecność w rodzinnych stronach Elzmera, jak i w ogóle w tym opku.

"To sami czarodzieje tego nie wiedzą i nie ruszą dupy, póki im pożoga przez okno nie zajrzy?"
Im to po prostu lata, bo Telvanni słyną ze swego izolacjonizmu i niechęci wobec cudzoziemców (nawet, gdy sami się do nich wprowadzili).

Cóż, ja nie czytałem imienia buchatera jako "Alzheimer", za to nieodparcie kojarzy mi się ono z Elmerem Fuddem. Hunting wabbits?

Hasło: officket getrvelv. Ma mniej więcej tyle samo sensu, co "gal bursten it".

Borówka pisze...

To opko jest wspaniale absurdalne.<3 Mam nadzieję, że pojawią się kolejne części.

Pudel pisze...

http://tvtropes.org/pmwiki/pmwiki.php/Main/IncendiaryExponent
http://tvtropes.org/pmwiki/pmwiki.php/Main/OutOfTheInferno

Pożar jest już jaśniejszy?
To po prostu wygląda epicko, nawet jak jest niepraktyczne ^^

Cała analiza jest genialna, zwłaszcza fragment genialnego planu pokonania strażników (ucieczka była troszeczkę zbyt mało wyrazista, możnaby jakąs jej część pominąć. Ale to tylko moja opinia)

Popieram pomysł analizy jakichś opek o Diablo.

Dzidka pisze...

Stołofobia! I "To się musi udać".
:D

Serenity pisze...

Oferta wynajmu armii!

musivum pisze...

Nie myślałam, że można pisać takie bzdury z taką powagą. Nie wiem, ile lat ma Pisak (który to twierdził, że z niego student?), ale mam wrażenie, że pięć. Tylko to tłumaczy, dlaczego aŁtor za przekonujące uznaje poskromienie wrogów stołem czy inne podobne głupoty...
Jesteście świetne! A za Panią Halinkę dziękuję ogromnie, czytam z zachwytem.
Ome

Anonimowy pisze...

A mnie rozczulił fragment o wzajemnej miłości między naturą a Elfami- a już zwłaszcza komentarz do niego o zasuszonej paprotce.A potem stanęły mi przed oczami moje wszystkie grzechy przeciwko naturze ;-) wszystkie w porę nie podlane warzywniaki i... zaczęłam się bać!
Na szczęście! to tylko opko,ufff!

Anonimowy pisze...

Borsko popaprane jest to opko. Trzeba się naprawdę postarać, żeby spłodzić takie niedorzeczności, nie wydaje Wam się?

Osobiście przypominam się o analizę "igrzyskowo-śmierciową" :)

Nadira

Anonimowy pisze...

Super!Co kawałek to perełka!Uwielbiam Was!
A dalsze 30 sobie do nosa wsadził i smarkał nimi na ludzi.I 300 Spartan i horyzontu kres!!!
O,coś o Diablo byłoby fajne.

Chomik

Sineira pisze...

Leżę i kwiczę, a przeczytałam dopiero połowę. Jesteście najgenialniejsze na świecie i kocham Was bałdzo!

Kiyo pisze...

Samo opko powala na ziemię, a Wasze komentarze przygniatają jeszcze bardziej. Po prostu cudo, mam nadzieję na 3. część.
A stół po prostu zrobił mi cały tydzień.
<3

kbn pisze...

pokwikałam :D

Serenity pisze...

@Ome - Pisak poprzedniego tForu był studentem. Ten tutaj na pewno ma ~15 lat, nie uwierzę, że starszy jest.

Winky pisze...

Ja tego opka zwyczajnie nie ogarniam: czytam i czytam, i tak jakoś jego treść ani trochę do mnie nie dociera. oO Ale wasze komentarze są jak zawsze zacne. ^^

Anonimowy pisze...

Jesteście najlepsze! Podchodziłam do analizy kilkakrotnie i za każdym razem wymiękałam przy "Elzmer zaśmiał się ze swojego szczęścia i nałożył 5 strzał na cięciwę.
Taa, 50. A dalsze 30 sobie do nosa wsadził i smarkał nimi na ludzi.
Ja to jestem ciekawa, czym on trzymał te pięć strzał, bo na jedną przypadają minimum dwa palce. Pomagał sobie drugą ręką? Oh wait, nie, w tej trzymał łęczysko. Może nogą?Uszami i bardzo chwytnym językiem. Odziedziczył go po prababce, która była kameleonem."
Dziękuje za umilanie mi czasu takimi ciudakami:D Podziwiam Was.
Róża