piątek, 24 lutego 2012

Elfi Łucznik i Przekombinowane Wszystko

Witajcie!
W tym tygodniu, zgodnie z obietnicą, nie będzie żadnego porno. Zamiast tego przygotowałyśmy opko o dzielnym elfie, który się włóczniom nie kłaniał. Jest to w zasadzie fanfik do serii gier The Elder Scrolls, ale znajomość kanonu nie jest tu do niczego potrzebna - wystarczy pamiętać, że Bosmer znaczy leśny elf, a cesarscy są stylizowani na żołnierzy Imperium Rzymskiego.
Kretynizmy ścielą się tu gęsto, a największym z nich jest zachowanie bohaterów - tak dziwacznego, nieżyciowego, kuriozalnego kombinowania chyba jeszcze nie było. A poza tym czeka na was jeździec galopujący obok konia, wieża pokazująca atakującym środkowe dachówki, spontaniczny spektakl teatru Nō oraz wielu bardzo oryginalnych żołnierzy.
Miłego!

Zanalizowały: Kalevatar i Pigmejka - a w jednym miejscu tekst dziobnęła nawet Kura.

adres opka: http://elderscrolls.phx.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=240&Itemid=296


Nigdy tak

Część 1

- Shiner, nie zwalniaj. Wiesz, że nie możemy się spóźnić- dopingował swojego konia Elzmer
- Ha! Widziałeś kiedyś żebym nie zdążył?- odpowiedział telepatycznie rumak i jakby wyprzedzając odpowiedź jeźdźca przyspieszył
Dwójka przyjaciół gnała pomiędzy drzewami elfickich lasów niczym piorun.
A dokładnie to jeden z nich gnał. No chyba że Elzmer biegł obok konia.
Skoro w poprzednim opku Ciri kłusowała obok swojej klaczki w kierunku jeziorka, to czemu ten nie może galopować obok swojego ogiera?

Dotarła w końcu do pewnej wyżyny z której w oddali widać było cel ich podróży
A potem przebyli pewną nizinę, pewien łańcuch górski, kolejną pewną nizinę i pewne morze (niewielkie).
Hint: wyżyna≠wzgórze.
Chyba że oni byli tacy ogromniaści, że zajmowali całą wyżynę. Jeśli tak - nie chcę wiedzieć, jakie kratery w ziemi robiły kopyta konia.

-rodzinna wioska Elzmera, Neander.
Znana z tego, że występowała wyłącznie w mianowniku.

Jednak jeden mały szczegół zaniepokoił Bosmera. Oprócz budynków które pamiętał Elzmer w oddali dostrzec można było wieże typowe dla architektury cesarskiej.
Nie wydaje ci się to dziwne Elz?- zwrócił się Shiner do przyjaciela - Przecież elfy z twoich stron nie budowały nigdy takich wież. Nie budowały nawet swoich własnych wież obronnych.
Budowały wyłącznie cudze wieże obronne. Albo własne, ale zaczepne.
Wieża zaczepna szydziła z wroga i drwiła z armii przeciwnika pokazując jej żołnierzom środkowe dachówki.

Tu nie ma przed kim się bronić.
Mnie się zawsze wydawało, że podstawą obronności są raczej mury, nie wieże.
Ciesz się, że nie pisze o obronności lochów.

- Obawiam się, mój drogi koniu, że elfy z Neander nie miały ostatnio wesołych dni. Musimy się pospieszyć. Obiecałem siostrze, że przywiozę jej z jakiś podarunek i nie zamierzam złamać tej obietnicy.
Niech jej da w prezencie gaz rozweselający.

- No to wskakuj - zakrzyknął koń jakby specjalnie troszkę za głośno.
Miałam rację - ten elf faktycznie biegł obok...

Shiner wyczuwał zdenerwowanie przyjaciela dlatego pomimo strasznego zmęczenia galopował jak najszybciej potrafił. Trasę którą normalnie pokonaliby w jakieś cztery godziny przebyli w jedną z kawałkiem.
Co znaczy, że albo koń miał funkcję czterokrotnego turboprzyspieszenia (może to był koń mechaniczny?), albo normalnie wlókł się z prędkością ślimaka przeżywającego napad melancholii.
Albo zazwyczaj jeździec galopował obok konia, a tym razem zgodził się wsiąść mu na grzbiet.

Shiner był wykończony. Elzmer to widział i nie chciał wykorzystywać rumaka ani chwili dłużej.
Może niech zamienią się miejscami i to koń wskoczy mu na plecy?

- Idź, spotkaj się ze starymi przyjaciółmi a ja sprawdzę co stało się z wioską . - powiedział Elzmer - Jeśli będę cię potrzebował to znasz nasz sygnał.
Jeśli nie będę cię potrzebował, to nie znasz naszego sygnału.
A w ogóle to mnie nie znasz i nigdy mnie nie widziałeś.

Po czym zabrał swój chitynowy zaklęty łuk, srebrny miecz z runami chroniącymi miecz przed nadmiernym zużyciem
Dobrze, że chroniły miecz, a nie np. wózek mleczarza.

i figurkę przedstawiającą śmiejącego się małego elfa. Prezent dla siostry Elzmera.
TAKĄ
? O boru, ależ on musi nie lubić tej siostry...

Shiner oddalił się powoli a Elzmer chowając uzbrojenie w pantalonach obmyślał plan bezpiecznego dostania się do wioski.
Proponuję podkop.
Niech się przebierze za wędrownego handlarza świecidełkami. Każdy lubi ładne świecidełka.

- Dotarłem już prawie do samego ogrodzenia wioski i nikogo nie widać. Tylko ten okropny zapach - mamrotał sam do siebie Bosmer
Przeszedł obok ogrodzenia i ujrzał najgorszą wersje wydarzeń.
Tuż za płotem zamajaczył sadomasochistyczny seks Vilgefortza z Dijkstrą.
Najgorsza Wersja Wydarzeń kopnęła w zad tę Nieco Bardziej Optymistyczną Wersję i rozsiadła się na środku głównego dziedzińca.

Posuwając się coraz bardziej w głąb wioski widział coraz więcej trupów znajomych mu elfów. Serce biło mu szybko i ciężko. Cały czas szukał ciała swojej siostry mając nadzieje nie znaleźć ich.
A ile ciał miała jego siostra?
Jego siostra była Borgiem?

Twarze zmarłych elfów wpatrywały się w niego jakby to on ich pozabijał. Jakby to on był winny tej rzezi.
- Ale zaraz. Ktoś musiał wszystkich tu pozabijać. (!!!) Sami przecież by się nie zabili - głośno myślał elf.
I to był ten moment, kiedy zza rogu wyskoczyli Holmes i Poirot, by wręczyć mu statuetkę Tytana Dedukcji.
Wcale nie byłabym tego taka pewna. Może znaleźli się pod wpływem jakiejś sekty i popełnili zbiorowe, rytualne i bardzo krwawe samobójstwo?

Muszę znaleźć moją siostrę i osoby odpowiedzialne za tę krzywdę.
W przerwach tego odkrywczego monologu powtarzał sobie "wdech - wydech, wdech - wydech..."
Oraz “Do przodu: lewa noga - prawa noga - lewa noga - prawa noga...”

Uwagę przybysza zwrócił nowo wybudowany dom w architekturze cesarskiej. Wyjął swój miecz i zbliżał się powoli do budynku.
Żeby go nie spłoszyć.
W prawej ręce trzymał trochę świeżej zaprawy na zanętę.

Powoli dochodząc do celu coraz bardziej wydawało mu się, że ktoś na niego patrzy.
To pewnie podmiot. Wyszedł ze zdania i stanął obok.
O to, zupełnie tak jak ja. Są tu teraz dwie lekko poirytowane Pigmejki.

Będąc przed drzwiami jego nowo obranego celu był już pewny, że jego przypuszczenia były prawdziwe.
Pytanie pierwsze: co było tym nowo obranym celem? Drugie: co się stało ze starym? Trzecie: on wciąż PRZYPUSZCZA, że te wszystkie elfy nie wymordowały się same? Czwarte: kto zarąbał gramatykę z tego zdania?

Patrzył na niego...trup cesarskiego żołnierza z wbitą strzałą w tył czaszki.
Ten trup stał w drzwiach, jak rozumiem? (I tak patrzył.)
Może to był żołnierz-zombie?

Elzmer podszedł do ciała i wyjął strzałę. Zobaczył, że była to chitynowa strzała. Taką strzała jaką (jakiej) używają łucznicy Neanderu... taką jaką (jakiej!) używali.
- Dlaczego łucznicy Neanderu nie używają chitynowych strzał?
- Bo nie żyją.

Rządny zemsty (System zarządzania zemstą wersja 2.0) elf odrzucił strzałę i wyjął swój miecz.
Cudzymi wzgardził wyniośle.
Nie, cudze dla odmiany skrzętnie schował do worka, który następnie zarzucił na plecy.

Otworzył drzwi do budynku. W pomieszczeniu na środku sali (Ktoś tam namiot rozbił?) (Chyba. Albo to jakaś nowatorsko ustawiona komórka na miotły.) postawiony był stół przy którym cesarscy żołnierze jakby nigdy nic upijali się specjalnie wyrabianym przez tutejsze elfy flinem.
Twardzi są! Dookoła trupów jak mrówków, a ci tu popijawę rozkręcają. Tego kompana ze strzałą w potylicy pewnie postawili na czatach, żeby wyglądał, czy nie idzie dowódca.
Nie, tamtemu po prostu zbyt mocno alkohol uderzył do głowy. Strzałą uderzył.

To tylko wzbudziło agresje przyszłego mściciela.
O, kolejny typ narratora - Uprzedzający Wypadki.
To nie narrator, to Spoiler-man.

Podszedł do najbliższego delikwenta i z całej siły uderzył go mieczem w szyje.
A ile szyi miał najbliższy delikwent i czy przypadkiem nie była to hydra? *podziwia kunszt opisu*
Pamiętajcie, drodzy czytelnicy, żeby przed walką policzyć szyje przeciwnika. Jeśli ma więcej niż trzy, a Wy nie macie przy sobie broni wielostrzałowej - spierniczajcie gdzie pieprz rośnie!

Ostrze wbiło się w jego ciało (no wai!) a czar tkwiący w ostrzu uaktywnił się.
Przez co miecz nadmiernie się nie zużył (czego nie da się powiedzieć o wózku mleczarza).

Był to czar ognistej kuli.
A jeszcze chwilę wcześniej była mowa o "srebrnym mieczu z runami chroniącymi miecz przed nadmiernym zużyciem".
Nie rozumiesz. Przeciwnika zabija magicznie szujstwo, a nie ostrze, ergo - sam miecz się nie zużywa. To logiczne.
No w sumie.

Żołnierz wrzasnął okrutnie kiedy kula zapaliła jego ciało od środka.
Bo rozrąbanie mu szyi mieczem nie zrobiło na nim żadnego wrażenia. Był to bowiem Czarny Rycerz.
Ja też mam ochotę wrzeszczeć z irytacji, jak zapalenie gardła zapala moją szyję od środka. W pełni go rozumiem.

Najbliżsi oponenci nie byli w stanie nawet wstać i uchronić się przed morderczym ostrzem Elzmera.
Oni z kolei byli Żołnierzami Przyrośniętymi Dupami Do Krzeseł.
Tak naprawdę Elzmer był bazyliszkiem i najpierw pozamieniał ich w kamień!

Ostatni cesarski próbował rzucić w elfa włócznią lecz jego stan nie pozwolił mu na to
Cieżko miota się włócznią w zamkniętym pomieszczeniu, a już w ogóle będąc przyrośniętym dupą do krzesła.
Ja tak tylko zasugeruję, że prędzej by mu zrobił krzywdę w kontakcie bezpośrednim i to zwykłym tulipanem, który by uzyskał z jednej z butelek (których musiało być dużo, skoro żołnierze tak aktywnie byli wcześniej zajęci żłopaniem).

i zamiast ugodzić Bosmera, zadał sobie śmiertelną ranę w brzuch.
W brzuch? Czemu nie w plecy?
Długo myślałam, kombinowałam, rozrysowywałam sobie - ale dalej nie wiem, jakim cudem borskim można, przy próbie rzutu włócznią, wbić ją sobie w brzuch.
Może rzucił, ale zbyt mocno - i włócznia najpierw odbiła się od ściany i poleciała do góry, po czym odbiła się od sufitu i lecąc w dół wbiła mu się w brzuch?
...nie, to dalej nie ma sensu.


- Nie mam zamiaru patrzeć jak wredne psy takie jak wy obracacie w gruz całą moją przeszłość - Elz wrzeszczał na cały głos.
Oj, koleś, trochę to poniewczasie, nie sądzisz?

Z drzwi po lewej dobiegał odgłos biegnących wrogów.
Bardzo nieprzyjazne *tupu tupu*.
To był Jeż jak Byk, który założył glany!

Elf schował miecz ponieważ zamierzał przed uśmierceniem nieszczęśników wyciągnąć z nich jakieś informacje.
Bo przecież wiadomo, że nic tak żołnierzy nie nastraja do zwierzeń, jak widok bezbronnego nieprzyjaciela wśród trupów kolegów.
A koleś hardy jest - nie wziął pod uwagę, na przykład, ucieczki, gdyż wrogowie mogli mieć, na przykład, przewagę liczebną.
Ponadto ci prawdopodobnie nie będą pijani.

Czterech żołnierzy wpadło do pomieszczenia jak burza.
Do tego pomieszczenia na środku sali, tak?
To była bardzo duża komórka pod schodami. Albo to jakieś magiczne pomieszczenie, które jest dużo większe w środku...

Cały zapał napastników opadł jednak gdy zobaczyli postawę niespodziewanego gościa.
Aha, to zupełnie odwrotnie niż byłoby w rzeczywistości.
Uznali po prostu, że zabijanie nieuzbrojonego jest poniżej ich honoru.

Arogancki, z drwiącym uśmieszkiem na twarzy elf wpatrywał się w (bez uśmieszku na twarzy) żołnierza który wyglądał na przywódcę oddziału.
- To nie możliwe. Wybiliśmy wszystkie elfy do nogi zeszłej nocy. Jak on mógł to przeżyć?
Tego wybiliście tylko do pasa. *wzdech*
Przeczytałam, że przybili wszystkie elfy do nogi nocy...

- spytał się po cichu jeden z żołnierzy swojego dowódcy. Lecz elfie ucho jest znacznie czujniejsze od ludzkiego. Elzmer to usłyszał.
I, przepraszam bardzo, dowiedział się czegoś poza tym, czego już dawno temu domyśliłby się każdy przewyższający inteligencją pantofelka?
Ale wiesz, teraz już był PEWIEN. *ultimate huk gromu*

Przypomniała mu się jego siostra.
- A teraz ja wybije was do nogi!!! - wrzasnął elf.
I tyle na temat "nie zabijania celem wyciągnięcia informacji". Gratulujemy konsekwencji, tylko nie wiem, komu - boCHaterowi, czy narratorowi.
Jeden wart drugiego...

Wyjął swój miecz i zaczynając od ciekawskiego żołnierza, wybił wszystkich oprócz dowódcy.
Wszystkich trzech. Nie stawiali oporu, byli bowiem elitarnymi Żołnierzami Stojącymi Jak Ten Cieć Przy Hałdzie Żwiru.
To była Sekta Wyznawców Żony Lota.

Szybko przesłuchał jeńca i dowiedział się co było przyczyną śmierci tylu jego pobratymców.
Przedawkowanie żelaza?
Wgl rozczula mnie ta sytuacja: na wioskę boChatera dokonano inwazji - polegającej na tym, że cesarscy najeźdźcy wybudowali dookoła wioski swoje wieże, w środku postawili koszary, a potem wybili ludność cywilną - chwilę później wpada boCHater, żołnierze się patrzą, on zabija wszystkich, wpada więcej żołnierzy, oni też się patrzą, a on znowu zabija wszystkich za wyjątkiem dowódcy, którego bierze w jasyr i przesłuchuje. No urocze po prostu. *robi narracji "a ti ti"*
*podtyka narracji cukierka z arszenikiem*

Dowiedział się także, że nie wszystkie elfy zginęły. Przywódca elfów oraz kobiety i dzieci więzione są we wieżach przy zachodnim wejściu do wioski.
O w sznycel, to ta wioska ma nawet Zachodnie Wejście! A te wieże to właśnie po to wybudowano - żeby uwięzić tam zakładników tak, żeby boCHater mógł ich odbić? Strateg planujący tę inwazję musiał być wielkim fanem Imperatywu Narracyjnego.
Mam nadzieję, że wszystkie elfy cierpią na lęk wysokości. Inaczej budowanie wież specjalnie dla zakładników przyprawi mnie o torsje.

Za zdobyte informację podziękował szybką, w miarę bezbolesną śmierć.
Szybką, bezbolesną, ale niestety niegramatyczną.

Wyjście z domu frontowymi drzwiami nie było raczej dobrym pomysłem,
A to czemu? Bał się, że ten żołnierz ze strzałą w potylicy narobi rabanu?
Może przy wejściu było zbyt wiele krwi i flaków i bał się, że pobrudzi sobie ubranie?

dlatego Elzmer poszukał drogi na dach. Udał się po schodach na górne piętro budowli. Ujrzał tam łóżka a na nich cesarskich żołnierzy.
Spali jak niemowlęta, niezrażeni dobiegającymi z piętra niżej wrzaskami, szczękiem broni i krzykami mordowanych. Byli to bowiem słynni Śpiący Żołnierze W Tatrach (na misji zagranicznej).

Elf nie miał zamiaru walczyć z nimi w bezpośredniej walce.
Czemu nie? Piętro niżej wytłukł cały oddział, a tu co? Grymasi? Trzeba rżnąć, co dają!
Może mu się magiczność run na mieczu zużyła?

Nad każdym łóżkiem przywiązał broń należącą do śpiących żołnierzy. Łóżka stały w dwóch rzędach. Linki z broniami były poprzywiązywane tak aby jedna strzała mogła przebić je wszystkie.
KWIIIIIK!!!
Lustereczko, powiedz przecie: czyż to nie jest najbardziej kretyńskie skrytobójstwo na świecie?
(Skąd on wziął tyle liny? I czemu strzela do niej z łuku, zamiast po prostu ją przeciąć?)
(Żeby było bardziej zajebiście!)
(A jest?)

- Nie będzie to łatwe ale w końcu jestem elfem.
Bo gdyby był krasnoludem, zatłukłby ich jak się należy, toporzyskiem.
To kolejny dowód na to, że elfy są jakieś takie... nie teges.

Wyjął swój łuk i zaczął cichą inkantację wyrytą na broni.
"Żeby strzelić, napnij i puść sznurek."
“Made in Japan. Keep away from fire.”

Było to zaklęcie poprawiające celność.
Geez, naprawdę nie prościej byłoby popodrzynać im gardła?

Zaklęcie zaczęło działać. Bosmer nie czekał długo. Wyjął strzałę z kołczanu i wystrzelił. Trafił idealnie. Wszystkie liny zostały przecięte i bronie przywiązane do nich spadły na nic nie spodziewających się żołnierzy.
Czyli - o ile rzecz nie dzieje się w gotyckiej katedrze - ta broń pospadała na nich z wysokości około metra. Małe są szanse na to, że w taki sposób od razu zabije się wszystkich, tym bardziej, że narrator nie precyzuje, o jaką broń chodzi.
Może poprzywiązywał nad nimi fortepiany? Albo chociaż kowadła?
Tuż obok przejechała lokomotywa ciągnąca wagon, w którym było sześć fortepianów, a w następnym armata, o! jaka wielka.

Elz wiedział, że został jeszcze drugi rząd.
Jaki drugi rząd? W poprzednim zdaniu poprzecinał już wszystkie.
Wszystkie z pierwszego rzędu, jak widać. *skulona, objąwszy rękami kolana, kiwa się w nagłym ataku nerwicy*

Nie miał czasu na zmianę pozycji (Bo co? Czas działania zaklęcia się kończył?) więc strzelał w liny pojedynczo. Zdążył pozbyć się w ten sposób prawie wszystkich wrogów. Zostało tylko 3.
Jeżu, mnożą mu się te liny czy co?

Ponieważ nie miał zbyt dużo strzał w kołczanie schował łuk i resztę dobił mieczem.
*brak jej słów na to, jak bardzo nie ogarnia, czemu bohater nie mógł tak od razu*
*nic nie mówi. Kiwa się dalej*

Z dołu dobiegł odgłos rozmawiających żołnierzy.
Ani chybi zmartwychwstali. Pewnie ten od seppuku włócznią tylko symulował.

Najwidoczniej zdecydowali się wkroczyć bardzo niedawno skoro nie słyszeli odgłosów bitwy na górze.
A ja myślałam, że bitwa była na dole, a na górze tylko jakieś kuriozalne wygibasy z linami i łukiem.
Może jednak rzeczywiście posłużył się fortepianami? One by mogły narobić trochę hałasu, spadając.

Elzmer nie tracił więcej czasu i przez okno wydostał się na dach. Użył czaru kameleona z jego pierścienia (tego kameleona) i wdrapał się na sam szczyt. Przed domem stało tylko 20 żołnierzy. Tylko bo do pokonania nawet tak małej wioski potrzeba co najmniej 100.
Jak się ma w zanadrzu tylko 99, to dupa blada.

Nagle coś uderzyło go w głowę.
Rzeczywistość.
Nie. To była moja ręka, uzbrojona w podręcznik do gramatyki.

Czar przestał działać a Bosmer spadł wprost pod nogi cesarskich. Ledwo zdołał unieść głowę a jeden z żołnierzy boleśnie wyperswadował mu, że to nie był najlepszy pomysł.
Czyli wyperswadował mu wstawanie do kwadratu.
*z nadzieją* Czyli zabił go na śmierć?

Część 2


Pierwszą rzeczą jaką poczuł Elzmer po stracie przytomności był palący ból.
Zdolny był! Zazwyczaj ludzie zaczynają coś czuć po odzyskaniu przytomności.
Może mu się ten ból przyśnił w majakach...? Mnie się raz śniło, że się topię - i to był bardzo realistyczny sen - a jak się przebudziłam, to się okazało, że sama siebie dusiłam, śpiąc z twarzą wtuloną w poduszkę.

Cesarskie buty zawsze były twarde. Elf wiedział to aż za dobrze.
Był szewcem.
Albo często był deptany przez żołnierzy. Nie chcę wiedzieć, w jakich okolicznościach...

Próbował otworzyć oczy lecz nie miał na to siły. Przed ponowną utratą przytomności słyszał jeszcze znajomy szept...

***
Tym razem niedawno schwytany elf nie pozwolił sobie na kolejną utratę przytomności. Podniósł się z ziemi i szybko zorientował się, że znajduje się w jakieś klatce.
Pręty były ważną wskazówką.

Ujrzał także pochowane po kątach smukłe postacie.
Po kątach tej klatki?
Mam nadzieję, że nie po kątach pomiędzy jej prętami. To byłby nadmiar sadyzmu (i musiały by to być naprawdę BARDZO smukłe postacie).

Stanął na równe nogi i sięgnął po swoje ostrze. Jak łatwo można było się domyślić zostało zabrane przez cesarskich.
-Eeee- Elzmerowi wciąż kręciło się w głowię-Nie jestem wrogiem. Widzę, że też jesteście elfami. Co tu się stało?
Nagle z jednego z kątów wyskoczyła z płaczem mała sylwetka. Były to jednak łzy szczęścia
Zwizualizowałam sobie małego ludzika utworzonego z łez. A potem skojarzyło mi s TO.

-Jak dobrze, że tu jesteś-powiedziała Mayen, siostra Elza- Już myślałam, że nigdy po nas nie przyjdziesz!
Jakie to zajebiste, że ciebie też uwięzili!

-Niestety, za nim was stąd wyciągnę sam będę musiał jakoś wyjść. No i troszkę informacji też się przyda.
Na przykład: którędy na Brześć? A tak serio, to chyba to przesłuchanie dowódcy kilka akapitów temu na wiele mu się nie zdało.
Cierpliwie czekam, aż bohater wreszcie zrobi coś sensownego...
*zerka na koniec opka* Nie czekałabym na Twoim miejscu.

Wiesz może moja mała czy oprócz tej celi trzymają gdzieś kogoś innego?
Mopa trzymają. W schowku.

Odpowiedzi nie otrzymał. Zamiast niej znowu mógł się przekonać o doskonałości cesarskich butów.
Te szewskie iluminacje nachodziły go w najmniej spodziewanych momentach.
Może to skutek uboczny jakiegoś nieudanego zaklęcia?

Tym razem elf dostał w plecy.
Rozumiem, że ktoś go kopnął przez pręty klatki, tak? Czy cesarscy żołnierze przez pomyłkę zamknęli z elfami jednego ze swoich?
Wśród więźniów był żołnierski cichociemny szpieg.

Przewalił się na brzuch lecz już po chwili stał na nogach. Ujrzał cesarskiego żołnierza z mieczem w dłoni. Na jego widok pozostałe elfy do tej pory siedzące w kątach celi zaczęły nerwowo szeptać i oddalać się jak najbardziej mogły od nowo przybyłego żołnierza.
Zaczęły wciskać się w kąty kątów, a potem w kąty tych kątów kątów.
Rozpłaszczyły się na ścianach jak naleśniki.

Elz to zauważył, tak samo jak cesarski. To tylko dodało mu ochoty do walki i po chwili żołnierz był w trakcie wyprowadzania pierwszego ciosu w stronę stojącego elfa.
Wyprowadzał ten cios w iście geologicznym tempie.
Był zwolennikiem pojedynków tantrycznych.

Elz Nie miał broni więc mógł tylko próbować uchylać się przed ciosami.
A miał na to caaaałą wieczność.

Cały czas cofając się do tyłu coraz bardziej zdesperowany elf próbował cofnąć się do przodu wymyślić jakiś sposób na pokonanie cesarskiego. Nogę mu podstaw! Będąc już prawie pod ścianą elf wpadł na jeden pomysł. Jego ręka wybiła się na niepodległość stała się zła! do przodu i zakręciła dziwny łuk.
Jak bardzo dziwny? Łokieć zgiął się w drugą stronę?
Chyba po prostu naprawdę stała się zła. o.o

Powietrze w celi zaczęło wirować a cienie w kątach pomieszczenia zaczęły się zwiększać. Po krótkiej chwili w całej celi było bardzo ciemno.
Po tej krótkiej chwili, której żołnierz nie wykorzystał na zabicie przypartego do ściany elfa. Dlaczego mnie to nie dziwi?
Żołnierz zajął się podziwianiem cieni sunących po ścianach. Zawsze uwielbiał ten rodzaj teatru.

To była okazja dla Elza a on nie zamierzał jej zmarnować. Przemknął koło zdezorientowanego żołnierza i ustawił się w pozycji gotowej do walki.
I co, czekał na oklaski czy był skonfundowany, bo w tle nie zabrzmiał dynamiczny podkład muzyczny?
Czekał aż mu się jakakolwiek broń zmaterializuje w ręce?

Ciemność trwała jeszcze parę sekund.
Obaj walczący przez ten czas patrzyli się na siebie znacząco. Ani chybi, walczyli w swoich umysłach.
Może tam jest zwyczaj, że nie walczy się po zmroku? *rozpaczliwie szuka sensu*

Cesarski, gdy upewnił się, że nadal żyje
Impulsy nerwowe dochodziły do jego mózgu z prędkością listów doręczanych przez Pocztę Polską w okresie przedświątecznym.

zaczął wzrokiem szukać przeciwnika. Powoli obracał się.
Trzy dni później...
*budzi się z drzemki* Przegapiłam coś?

Elf stojący za jego plecami wykonywał dokładnie te same ruchy co żołnierz.
Też się powoli obrócił. Był to bowiem spektakl teatru Nō, a nie walka.
Albo pokaz tańca butoh.

Kiedy zrezygnowany cesarski obrócił się o 180 stopni
...potknął się o własną brodę, która zdążyła mu do tego czasu urosnąć.
Doceńmy, że się w ogóle PORUSZYŁ...

ujrzał otwarte drzwi do celi. Pomyślał, że jego przeciwnik uciekł.
Człowieku, ogarnij się - to by było LOGICZNE, a ty jesteś w OPKU!
A łyżka na to “Niemożliwe!”

Schował miecz i chciał wyjść w celu zgłoszenia ucieczki więźnia.
A dowiemy się w ogóle, po grzyba tam wlazł? Nie? Tak myślałam.

Tu popełnił błąd. Elzmer podszedł to żołnierza nie kryjąc już swojej obecności i wyjął jego miecz z pochwy.
Wyjaśni mi ktoś, czemu, do licha ciężkiego, elf nie zarąbał go od tyłu wtedy, gdy było ciemno?
Bo on lubi przy zabijaniu długą grę wstępną.

Przestraszony cesarski chciał uciec.
Schować się cesarzowi pod spódnicę. Był to bowiem szeregowy Kolargol, Największa Pizda Wśród Żołnierzy.
Ciekawe, czy piszczał ze strachu.

Wybiegł z celi i tu jego bieg się zakończył.
Cela mu się skończyła.

Ostry czubek miecza wbił mu się w plecy szybko kończąc jego żywot.
To jeszcze zależy, gdzie się wbił - plecy są dość rozległe... Wiesz, zawsze mógł się wbić jakieś 30 razy. No ale grunt, że elf pamiętał żelazną zasadę szermierki: dźgaj ostrym końcem.

Zwycięzca podbiegł do przegranego i zabrał swoje nowe ostrze.
Mam rozumieć, że przed chwilą raził go tym mieczem z dystansu?
Tak. Rzucał nim w niego, wyjmował z ciała, odsuwał się i znów rzucał... i tak trzydzieści razy.
Jestem absolutnie przekonana, że tak było.

Schował trupa w kąt pomieszczenia i wrócił do więźniów.
-Zamknę was żeby reszta nie wyczuła mojej ucieczki. Nie bójcie się,
z pewnością żaden cesarski nie zauważy zniknięcia tego kolesia, krwi na podłodze ani w ogóle nic.
Wiesz, jeśli pozostali żołnierze będą równie bystrzy i szybcy co ten właśnie zabity, to wszem - jest duża szansa, że nikt nie zauważy nic podejrzanego.

Klucze wam zostawiam. Niedługo wrócę.
Po czym powoli zaczął iść w stronę wyjścia z podziemi więziennych.
Bo w sumie to nigdzie mu się nie spieszyło.

Znajdował się w jakiejś wieży. Pocieszało go to, że cesarscy nie pomyśleli o zabraniu mu jego zbroi.
Nie no, byli tak dobrzy, że zostawili mu też broń i konia (bojowego). I mały oddzialik wojska na doraźne potrzeby.
A w celi zamknęli go tak naprawdę na jego własne życzenie, bo miał ochotę potrenować walkę w ciasnym pomieszczeniu.

Chciał użyć czaru kameleona lecz przypomniał sobie co się stało kiedy ostatni raz rzucił ten czar. Powstrzymał się jednak woląc po prostu zwolnić kroku.
Kroku stwierdził, że pierdzieli taką robotę i zwolnił się sam.
W sensie, że jak się idzie naprawdę powoli, to nas nie widać?

Szedł po schodach do góry. Po drodze nie było żadnych pomieszczeń ani żołnierzy więc elf po prostu szedł do góry.
Bo gdyby napotkał cokolwiek, to poszedłby w bok, prawda.
Albo zacząłby SCHODZIĆ W DÓŁ.

Schody w końcu skończyły się i elf trafił na sam szczyt wieży.
Rozumiem, że od lochów aż po szczyt cała ta wieża była gigantyczną klatką schodową? Żadnych kondygnacji, pomieszczeń mieszkalnych, składów - nic?
Ok, jest to zatem - zaraz po dworcu w Gdańsku Wrzeszczu - najbardziej poroniona budowla świata.
To dobrze, że schody się skończyły, bo jakby pięły się dalej, ponad wieżę, to spacer w chmurach mógłby okazać się niebezpieczny. Jeszcze by go przewiało czy co...

Nie znajdowało się tam nic ciekawego poza stołem i dwoma strażnikami grającymi w coś bardzo wciągającego.
Krzeseł też nie było - ale warto zaznaczyć, że elf najpierw dojrzał stół, a strażników dopiero później. Może byli bardzo malutcy?
Może to były skrzaty? Byłoby to jakieś wyjaśnienie tego, czemu elfowi łatwo idzie zabijanie ich.

Elzmer nie chcąc wzbudzać alarmu podkradł się do lepszego punktu obserwacyjnego wyciągając po cichu miecz.
Punkt obserwacyjny był zaznaczony chorągiewką na długim kiju.
A ja jestem ciekawa, gdzie on znalazł ten punkt obserwacyjny i jak się do niego podkradł, skoro to było niezbyt duże i całkiem puste pomieszczenie.

Bronie zajętej dwójki znajdowały się na drugim końcu wieży.
Czyli w tych całych lochach?
Jeżu, aŁtorze (jakoś mam przeczucie, że to Pisak pisał) - jak sobie wyobrażasz, by stojący na straży żołnierze zostawili broń akurat centralnie na drugim końcu pomieszczenia?

Elf bez problemu przemieścił się po nie niezauważony.
Bo po co zabić tych dwóch korzystając z tego, że go nie widzą, prawda. Jakoś wcześniej nie miał takich problemów.
Pamiętaj, że nasz bohater NIGDY nie wybiera najłatwiejszych rozwiązań. I chwała mu za to!

Jeden z nich, bardziej na pokaz niż do walki cały był w błyszczących diamencikach czy innych świecidełkach.
Miecz miał rękojeść obitą skórą Edwarda Cullena.

Elf po prostu podniósł go i schował za jeden z worków najprawdopodobniej napełnionych jedzeniem.
(ಠ_ಠ)
ALE PO CO?
Schował sobie na czarną godzinę.

Drugi miecz był już zupełnie inny. Nie miał większych ozdób oprócz figurki rozwścieczonego ogrima.
Figurka dyndała na sznureczku przywiązanym do jelca. Moda na doczepianie fikuśnych dyndadeł przyszła do cesarstwa z Japonii.

Był znakomicie wyważony a ostrze ostre jak brzytwa. Ten miecz Elz postanowił zatrzymać. Cały czas nie zwracając na siebie uwagi wstał i podszedł do jednego z żołnierzy.
Drugi, który siedział na przeciwko tamtego (grali w karty, więc raczej nie siedział obok), bardzo starannie go nie zauważył i nie usłyszał.

Będąc metr od jednego z grających przyszłe ofiary elfa wstały spoglądając na miejsce w którym pozostawili bronie.
Patrzą - a tam wkurwione imiesłowy!

Jeden z nich szybko pobiegł do dzwonka najwidoczniej służącego do zgłaszania alarmu.
Żaden z nich nie zauważył stojącego metr od nich elfa w pełnej zbroi. Byli to bowiem Strażnicy Ślepi Jak Krety.
Zrodzeni z jednego ojca, o imieniu Głuchy Jak Pień. Wiele mieli po tatusiu.

Nie przebiegł pół metra gdy w jego plecach znalazło się jedno z morderczych ostrzy Elzmera. Drugi żołnierz nie był już taki ochoczy do wzywania pomocy. Zza tuniki wyciągnął mały szklany sztylet. Błyszczał się w kolor czerwieni dając do zrozumienia, że jest magiczny.
- Halo, halo, jestem magiczny! - darł się sztylet. - Mój brat to Rębajmistrz +12

Pomimo jego magicznych atutów sztylet nie nadawał się do walki.
Bo...?
Bo był szklany, ergo do rzyci.

Jednak co mógł zrobić osamotniony żołnierz w takiej sytuacji.
W walce jeden na jeden z mniejszym i słabszym elfem? Płakać, kurwa, i chcieć do mamy.
Chciałabym zobaczyć, jak wygląda wojsko złożone z tych żołnierzy w akcji.
To mogłoby być całkiem zabawne. *wyobraża sobie ludy podbite, które same nadziewają się na miecze, zniecierpliwione opieszałością oprawców*

Elf nie chciał przedłużać sytuacji. Jednym ostrzem wybił z ręki sztylet swojemu przeciwnikowi a drugim uderzył w żebra cesarskiego. Żołnierz chwilę patrzył błagającymi oczami na elfa
"Kończ waść, występu w opku oszczędź", mówiło jego spojrzenie.

i upadł na ziemię. Elzmer zabrał pochwy do swoich nowych broni i uczepił je przy pasie.
Drutem i taśmą klejącą.
Szkoda, że nie gwoździem - do czaszki.

Popatrzył jeszcze chwile na dwa trupy i przeszedł obok nich do krawędzi wieży w celu rozglądnięcia się po okolicy. Była to jedyna wieża w wiosce
"w oddali dostrzec można było wieże typowe dla architektury cesarskiej"
"kobiety i dzieci więzione są we wieżach przy zachodnim wejściu do wioski."
Co się stało z resztą wież? Może to były wieże potiomkinowskie?
Odpełzły w międzyczasie.



więc nikt nie mógł go zobaczyć na takiej wysokości.
Bo to wcale nie jest tak, że jak ktoś stoi przy krawędzi wieży, to go doskonale widać z dołu. Wcale a wcale.
Skoro strażnicy nie widzieli go z odległości kilku metrów - sądzisz, że ktokolwiek dostrzeże go z kilkudziesięciu?

Zmęczony przysiadł na krześle i zaczął nawiązywać kontakt ze swoim koniem.
Zaczął wydawać jednostajny odgłos marchewki.
A potem nawiązał kontakt ze swoim drugim koniem i zaczął wydawać odgłos “fap fap fap...”