piątek, 16 grudnia 2011

Półwiedźminka, ćwierćtoster, czyli Mary Sue wiodąca lud na barykady



Witajcie!

W tym tygodniu mamy dla Was drugą (i ostatnią) część przygód Geralta i jego córki. Bohaterka objawi jeszcze więcej swej zajebistości i powiedzie lud na barykady - a w międzyczasie będzie intensywnie angstować. Razem z ojcem odwiedzi dziwne niby-miasto, w którym to w domu o łososiowych ścianach mieszka idealnie niekanoniczna Yennefer. Wiedźmin będzie błyszczeć taktem i dobrym wychowaniem, Triss zawyje zza grobu, a nad wszystkim unosić się będzie duch redaktora Terlikowskiego.
Miłego!

Zanalizowały: Pigmejka i Kalevatar.
Adres blogaska: http://calthin-merigold.blog.onet.pl


Dwa dni później mogli już spokojnie wyruszyć w dalszą drogę. Calthin nie odzywała się za wiele, co mocno zdziwiło Wiedźmina. Wolał jednak jej zmuszać do zwierzeń, bo zazwyczaj kończyło się to obwinianiem go o śmierć Triss.
Baardzo to uzasadnione, jako że Geralta przy tej śmierci nie było. No ale kim byłaby Mary Sue bez kierowania dziwnych pretensji do wszystkich w okolicy.

Może faktycznie było w tym trochę jego winy.
Trzeba się było zabezpieczyć!
Albo po prostu nie dupczyć.

Każdej nocy słyszał krzyki Calthin. Wtedy rozumiał jak mocno dziewczyna została skrzywdzona. Jak długo się nad nią znęcano.
Jak bardzo jej trening był marnowaniem czasu, skoro nie potrafiła sobie poradzić z jednym chłopem (nawet radioaktywnym).

Może gdyby przyjechał na wezwanie Triss, Calthin byłaby normalną, spokojną dziewczyną.
Czyli że supermoce dostaje się gratis do smutnego dzieciństwa? Ekstra!
Pewnie że tak! A jak się jest półsierotą albo sierotą, to już w ogóle ma się 99% szans, że do naszych drzwi zapuka jakiś dziwny oszołom i zamiast wciskać nam ulotki o Jehowie, zacznie nas namawiać do uratowania świata.

Wysłałby ją do Yennefer, aby ta uczyniła z niej potężną czarodziejkę.
*małe, zduszone kwik* A Yennefer to od kiedy prowadzi pensję dla magicznie uzdolnionych dziewcząt, bo coś mi umknęło?

Zamiast tego przyjechał Coën, zabrał dziewczynę do Kaer Morhen. Pokazał jej jak władać mieczem, korzystać z czarów i eliksirów.
Rzeczywiście, na co komu taka nauka...
Widać  młoda gustuje w rozważaniach teoretycznych, znacznie przedkładając je nad empirię.

-Geralt, jestem głodna.
-Nie możesz sama czegoś upolować? Masz siedemnaście lat, nie boisz się zabijać ludzi, więc co za problem?
-Nie zabijam małych i niewinnych zwierzątek.
Zwłaszcza tych puchatych. Wolę wyniośle głodować.
- Nie jem niczego, co ma oczy!
- Szynka nie ma oczu.


-A gdyby cię jakieś zaatakowało?
Jakiś dziki jeż, na przykład.

-To w ostateczności sięgnęłabym po miecz. Są jeszcze przecież czary.
A zabicie małego stworzonka czarami jest mniej zabójcze niż mieczem?
...może jak ofiara nie krwawi, to się nie liczy?

No proszę, powiedział do siebie Geralt, pod taką zawziętą dziewczyną kryje się wrażliwa postać, która brzydzi się zabijaniem małych zwierzątek.
Czyli taką sarnę już powinna ubić bez oporów, mam rację?
A nosorożca to już w ogóle... zatłucze jednym ciosem cepa.

[BoCHaterka zostaje zaatakowana przez bandę złoczyńców i ranna w ramię, ale oczywiście pokonuje ich wszystkich (z niewielką pomocą Geralta).]

Calthin obudziła się czując niesamowity ból w ramieniu. Spojrzała na nie. Było obandażowane. Rozejrzała się wokoło. Murowane ściany, łóżko stworzone z desek i siana. Na początku było siano, a siano było u stolarza, i stolarz miał siano. Ono było na początku u stolarza. Łóżko przez nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. Z desek było też łóżko, a łóżko było błogosławieństwem dla ludzi, więc łóżko w ciemności stoi i chrapać w nim można do woli.

Tak. Dotarli do Kaer Morhen.

W hallu siedziało czterech Wiedźminów: Geralt, Coën, Lambert i Vesemir - najstarszy ze wszystkich.(...) Nawet nie zauważyli, kiedy w drzwiach pojawiła się Calthin.
-Dzień dobry.- Calthin uśmiechnęła się blado- Czy mogłabym dostać coś do jedzenia?
-Już się robi dziecinko.- Vesemir skinął na Lamberta- Coś pewnie jeszcze zostało z naszego śniadania.
Calthin siadła przy stole razem z innymi. Wreszcie poczuła się jak w domu - bezpieczna. Spojrzała na przerażone miny Coëna i Vesemira.
Buzująca hormonami nastolatka na obiekcie to więcej, niż byli w stanie znieść.

Tylko Geralt niczym się nie martwił. Był jak zwykle... Milczący.
-Ile czasu byłam nieprzytomna?
-Dziesięć dni.- odpowiedział cicho Geralt- Dojechaliśmy na ostatnią chwilę. Vesemir opatrzył cię jakieś dwie godziny temu.
Mam rozumieć, że przez dziesięć dni Geralt wiózł wykrwawiające się dziewczę w kulbace, nie zawracając sobie głowy opatrunkiem? Wow... ona naprawdę zalazła mu za skórę.
A ja tam go nawet rozumiem...

Teoretycznie powinnaś spać jeszcze jakieś dwa dni, ale widocznie na ciebie eliksiry działają inaczej. Dobrze, że tam w lesie mnie wezwałaś.
Calthin spojrzała pytająco na Wiedźmina. Nie mogła go wezwać, bo nie potrafi. To musiał być ktoś inny. Ktoś, kto znajdował się trochę dalej od niej i wszystko widział.
Narrator.
Albo sama Szara Eminencja - aŁtoreczka.

-To nie byłam ja.
-Byłaś. Twoje alter ego pojawiło się przede mną.
Coën szybko zrozumiał o co chodzi. To istotnie była Calthin i istotnie było to jej alter ego. Kiedy dziewczyna wypiła eliksir postać Wiedźminki wyparła postać czarodziejki.
Chromosom Y wygrał z chromosomem X.
Jak zawsze, cholera. ;/

Zawsze podczas ćwiczeń mieli ten problem... Calthin nie mogła rzucać czarów. Zwyczajnie. Jakby nie umiała i w życiu się tego nie uczyła.
Nie umiała przełączyć skilli ze swordsmanship na magic? Pfff, partaczka.
Wait, wait... MARY SUE czegoś NIE umie? Szybko, niech ktoś to sfilmuje... sfotografuje... jakkolwiek uwieczni!!!

Przed niektórymi walkami dziewczyna piła eliksir, ale wtedy walczyła razem z nimi. Wiedźminami. Dopiero w obliczu zagrożenia jej drugie wcielenie zaczęło działać.
Doktor Jekyll, pan Hyde 2.0

-Jesteś potężną postacią.- odezwał się Vesemir, kiedy Coën skończył swój wykład
Taa. Radioaktywny chłop ma na ten temat inne dane.

- W przepowiedni Calithe Methillis, sprzed trzydziestu lat, doskonale nieobecnej w kanonie, występowała dziewczyna posiadająca właściwości podobne do twoich.
W erpegach są ich tysiące...
A blogaskach nawet miliony...

Cytuję: Będzie mieć wielką moc magiczną, ale w walce będzie wprawiona niczym rycerz.
-Vesemir.- rzucił gniewnie Geralt- To nie może być ona. Calthin nie może być tą, która ma pokonać Nilfgaard.
Sama jedna. Wsyśnie ich nosem.
Psiknie na nich gazem pieprzowym... o dużej sile rażenia. :P

-Zaraz... To wy wiedzieliście o tym od początku?
-Nie. Usłyszeliśmy o tym jakieś dwa lata temu.- Coën wbił wzrok w błękitne oczy dziewczyny- Od tego czasu staraliśmy się ciebie odnaleźć. nie mogliśmy wtajemniczać w to Geralta, bo sama widzisz jak on na to reaguje.
No... milczy. W sumie słusznie, bo co tu dodać - idiotyzm mówi sam za siebie.
Geralt jest taki wrażliwy... jeszcze się z nerwów zamknie w sobie, czy coś. Rzeczywiście, straszne.

***
[Później. Geralt zabiera dziewczynę na spacer.]
Zatrzymali się przed wejściem do potężnej jaskini, która ukryta była za, gołymi o tej porze roku, wierzbami płaczącymi. Coën nigdy nie pozwalał Calthin tu przychodzić. Twierdził, że niejednokrotnie w tym miejscu przydarzało się coś złego.
Bo “coś złego” z pewnością może zrobić krzywdę wyszkolonej, magicznej wiedźmince, prawda.
Jestem pewna, że nawet wiedźmince może się zdarzyć poślizgnięcie się na oblodzonej skale i spierdzielenie z urwiska.

Koło dziewczyny pojawiła się mała, święcąca kula, oświetlająca wnętrze całej jaskini. Ku jej zdumieniu, na samym środku stał kamienny ołtarz. Wyryte były na nim runy. Calthin od razu poczuła znajome wibracje w medalionie. Magia. Niesamowicie silna magia należąca do jej matki. Duch Triss Merigold żył w tym miejscu. Dziewczyna podeszła do ołtarza. Znalazła tu zaschnięte płatki kwiatów i krew.
-Czy to tu...
Czy to tu Triss składała ofiary z ludzi? Jakoś nie przechodzi mi do głowy nic innego, co wymagałoby zakrwawionych ołtarzy.

Geralt nie dał jej skończyć. Podniósł rękę. Nastała cisza, ale Calthin wiedziała o co chodzi. Ktoś śpiewał kołysankę. To była jej matka. Delikatny, kojący głos.
Znaczy się, trup śpiewał? Yyy... zombie śpiewało?

-Czemu Coën nie chciał abym przychodziła w to miejsce?
-Nie panowałaś jeszcze nad swoją magią. Takie wrażenia mogłyby dla ciebie być trochę za silne.
Dziewczyna dostrzegła coś zakopanego w piasku. Odgarnęła go szybko. Jej oczom ukazał się śliczny, złoty naszyjnik z jaspisem.
Wow, magia pozwala jej widzieć skarby ukryte pod ziemią? Kurczę, jest lepsza niż wykrywacz metali! Ciekawe, czy też tak śmiesznie pika...

Na kamieniu zostało wygrawerowane imię Triss w Starszej Mowie. Calthin uśmiechnęła się, podniosła go i zawiesiła go sobie na szyi.
-Musiała zostawić to przez przypadek.
-Nie wydaje mi się.- Calthin podeszła do jednej ze ścian i oparła się o nią- To nie znalazło się tu przez przypadek. Triss Merigold była waleczną osobą. Zginęła w słusznej sprawie.
O, może w końcu dowiemy się, jak.

Ona chce abym poszła w jej ślady.
I też zginęła dla Sprawy. A na medalionie było wygrawerowane nie Triss, a Terlik.

Abym walczyła o dobro kraju i spokojne życie przyszłych pokoleń.
Za wolność naszą i waszą!!!
Łohoho, ona zaraz powiedzie lud na barykady.

Geralt podszedł do dziewczyny i chwycił ją za ramiona. Spojrzał prosto w oczy. Calthin wytrzymała to ostre spojrzenie.
-Chcesz oddać życie za spokojne życie ludzi, którzy tak cię skrzywdzili? Zastanów się.
Możesz też oddać życie tylko za niektórych ludzi, albo wyłącznie za panią Halinkę piekarzową... słuchaj, po prostu zrób coś ze swoim życiem, ok? Cokolwiek.
Zawsze też może dać się zabić i oszczędzić analizatorkom męki.

-To nie będzie walka o dobrobyt tylko dla ludzi, ale także czarodziejów, elfów i krasnoludów.
A czarodzieje to jakiś osobny gatunek? (I co im w tej chwili konkretnie zagraża? Nadmiar luksusu?)
Skoro wiedźmini mogli być oddzielną rasą...

Geralt, to mój wybór.
Wiedźmin zrobił to, czego Calthin spodziewała się najmniej. Przytulił ją mocno. (...) Nie chciał aby jego córka szła na pewną śmierć.
Ale jakoś tak nie protestował za bardzo.
Duch naczelnego Frondy unosił się nad obojgiem rodziców Calthin.

-Skoro tak- wyszeptał cicho- to będę walczyć razem z tobą.
Jak to mówią - na coś trzeba w końcu umrzeć.

***
Podczas pobytu w Kaer Morhen Calthin postanowiła jeszcze trochę się podszkolić. Coën był zadowolony z postępów jakie poczyniła dziewczyna przez ostatnie pięć lat. Mieczem władała lepiej niż on sam.
*pełne rezygnacji westchnięcie*
Ignoruj to. Po prostu nie zwracaj na to uwagi, to są przecież standardy marysuizmu.

Była niesamowicie zwinna i szybka. Nawet podczas walki z trzema Wiedźminami naraz była praktycznie nie do pokonania.
 
Zobaczycie - ona cały Nilfgaard wessie nosem i nawet nie zauważy.

Pierwszego dnia wiosny Geralt opuścił ruiny Kaer Morhen razem z Calthin. Ruszyli w świat szukając miejsc, gdzie wiedźmińskie zdolności były potrzebne od zaraz.
Jednak ogłoszenie "Wiedźmina na gwałt zatrudnię" Geralt pominął zakłopotanym milczeniem i szybko pociągnął córkę w inną stronę.

-Geralt. Co się stało z Ciri? Słyszałam jak rozmawiałeś o niej z Lambertem. Coën też kiedyś o niej wspominał, ale...
...ale to w sumie mało ważne rzeczy, nie trzeba sobie nimi zawracać głowy.
(Przynajmniej w końcu wiemy, że akcja dzieje się po II wojnie z Nilfgaardem.)

-Podsłuchiwałaś.- mruknął cicho Wiedźmin- Ciri się udało na jakiś czas unieszkodliwić tych, których ty masz pokonać.
Co kwalifikuje ją jako Mary Sue drugiej kategorii.
(Ale przecież Ciri nijak z Nilfgaardem nie walczyła... Aha, no tak. Próbuję szukać logiki. Znowu.)
Ciri podłożyła podwaliny pod Chwalebną Misję naszej Marysi Zuzi - to naprawdę miło z jej strony, czyż nie?
Noo... to prawie jak Jan Chrzciciel. A Ciri jest niegodna zawiązać jej rzemyk, czy coś w ten deseń.

Nie będę ciebie przekonywać abyś zmieniła zdanie, bo wiem, że tego nie zrobisz, ale powinnaś się zastanowić.
Dziewczyna wywróciła oczami, spięła konia i ruszyła galopem leśną dróżką. Chciała być na chwilę sama. Nie chciała walczyć, ale skoro taka jest przepowiednia... Z resztą. Jej matka oddała życie w walce z Nilfgaardem. Musi ją pomścić.
Znów miała przed oczami ten widok sprzed lat.
To była walka na śmierć i życie. Ona obserwowała wszystko z ukrycia. Siedziała w krzakach.
Walkę na śmierć i życie - cudzą - najlepiej ogląda się z krzaków. To powszechnie znany fakt.
Obok niej siedział Jeż jak Byk i podjadał popcorn - znajdował oglądaną walkę wielce zajmującą.

Oddział wojsk z Nilfgaardu zatrzymał się po jednej stronie Lorhen (elfy z Lorien odetchnęły z ulgą), a czarodzieje, elfy i krasnoludy znaleźli się po drugiej.
Nie ma sensu pytać, jak szalony zbieg okoliczności doprowadził do tej sytuacji, prawda?
Imperatyw Narracyjny ich poprowadził.

Z ciężkich, ołowianych chmur zaczął padać rzęsisty deszcz. Atmosfera była niezwykle napięta. Wszyscy czekali na rozkazy.
Ktoś krzyknął: "Do ataku!".
Bowiem całokształt taktyki wojennej zawiera się w tym, kto pierwszy krzyknie "do ataku!".
Tą kursywą tak w ogóle to nawija narrator, ona w swoich własnych wspomnieniach, czy kto?
To retrosy są.

Słychać było krzyki, tętent końskich kopyt i szczękanie żelaza.
Któryś z rycerzy miał żelazną sztuczną szczękę?

Czarodzieje rzucali zaklęcia śmierci.
- Avada kedawra!!!

Walka zakończyła się przegraną Nilfgaardu. Obie strony poniosły ogromne straty w ludziach.
Straty w krasnoludach i elfach były trochę mniejsze.

Calthin i Coën, który jakimś dziwnym trafem znalazł się nagle obok niej,
Zsummonował się obok niej. Uznał, że nie lubi walczyć w tłoku. ;>

pojechali na poszukiwanie Triss. Czarodziejka leżała na podmokłej ziemi. Z trudem łapała każdy oddech. Jej klatka piersiowa została przebita mieczem na wskroś.
*podziwia dramatyzm opisu*

-Calthin... Coën się tobą zaopiekuje...
Wiedźmin pochylił głowę i położył dłoń na ramieniu dziewczynki.
-Coën, ona jest... Ona jest córką Geralta...- Triss mówiła co raz ciszej- Nie pozwól, aby o tym zapomniała.
Bo alimenty przepadną...

[Koniec retrosów.]
-Czy ci z Nilfgaardu wiedzą o przepowiedni?
-Tak.
-Dlatego zmienili swoją politykę wobec Wiedźminów?
-Zapewne.
I wszystko przez przepowiednię... Czekam na rzeź wiedźminiątek. :)

Wyjechali z lasu. Na horyzoncie zamajaczyło miasto - Verichmont. Słynęło ono z ogromnej ilości mieszkańców pochodzenia magicznego. Elfy, czarodzieje i krasnoludzi, mieli tu swoje domy.
Krasnoludzi to coś jak wielkoludzi, tylko czerwoni?

Było tam nawet kilka szkół dla młodych czarownic, które nie za bardzo potrafiły jeszcze zapanować nad swoimi zdolnościami.
Kilka? Paczcie państwo, a w kanonie wystarczyła jedna.

-Może będą mieli dla nas jakiegoś potworka.
Te młode czarownice znoszą do domów takie dziwne stwory... Jakby poczciwe czarne kocięta zupełnie wyszły z mody: tylko że potem się okazuje, że ukochana maskotka zjadła niańkę, na przykład.
No, i pewnie jeszcze spuszczają je w kanalizacji, gdy im się znudzą... I stąd się wzięła żyrytwa koło Oxenfurtu.

W Verichmont panował spokój. Z resztą jak zawsze. W tym mieście rzadko się coś działo. Kiedy przyjeżdżał ktoś nieznajomy, nie zwracano nawet na niego uwagi. Verichmont miało na około tyle zaklęć ochronnych, że przedarcie się przez nie z nieczystym sumieniem było praktycznie niemożliwe. Dlatego właśnie ludzi w Verichmont praktycznie nie było.
Bo wszyscy ludzie coś knują, zaś elfy, krasnoludy i czarownice (które najwyraźniej wg aŁtoreczki nie są ludźmi) mają sumienia czyste i nieskalane jak marzenia zakonnicy.
I jak każdy hejt na ogół ludzkości w wykonaniu aŁtoreczek, jest to niezwykle zabawne.

Miasto wyglądało na wyludnione. Na ulicy nie było praktycznie nikogo.
Merem był pewnie Kononowicz...

Nie funkcjonowało tu szeroko rozwinięte pojęcie oberży czy karczmy.
Mieszkańcy byli na to zbyt świętojebliwi.

Jeśli w tym miejscu nie miało się kogoś znajomego, to trudno było znaleźć chociażby stajnię i przenocować na sianie.
Jeżu, to na pewno było miasto, a nie pole z budynko-kształtnie uformowanym zbożem?
Właśnie. Niby co ci wszyscy czarodzieje, elfy i krasnoludy robiły po pracy? Siadali w kółeczku i rozmyślali nad tym, jak bardzo są ciemiężeni?

Geralt skręcił w jedną z uliczek. Wzdłuż niej biegły rzędy domów, które zamieszkiwane były tylko przez czarodziejów (Te rzędy.). Rzecz jasna Calthin nie miała pojęcia, że znajduje się w miejscu, aż tak magicznym.
Miejsce było tak magiczne, że w powietrzu unosiły się samobieżne, nadprogramowe przecinki.

Wiedźmin zatrzymał się przed ostatnim domem na tej ulicy. Miał trzy pietra wysokości, a mur był w kolorze łososiowym. Nie przypadło to ani Geraltowi, ani Calthin do gustu.
Wysokie mury od dawna były passé.
Też nie powiem, by łososiowe ściany jakoś bardzo mi się podobały.

-Kto tutaj mieszka?
-Yennefer.
Kwik! W jakiejś zaplutej, programowo świątobliwej dziurze? W domu o łososiowych ścianach? Pośmiertnie...?

Musiałaś ją kiedyś spotkać.
-Tylko raz. Ale to było dawno. Po za tym... To nie było zbyt miłe spotkanie. Była przy tym moja matka. Kłóciły się.
-Tak. One nigdy nie mogły się ze sobą dogadać. Poszło o taki drobny szczegół...
-O ciebie.
Konkretnie poszło o pewien drobny szczegół Geralta.
O prawo własności. :)

Odezwał się za nimi kobiecy głos. Oboje odwrócili się szybko. Kilka metrów od nich stała czarodziejka o długich, czarnych włosach i anielskiej twarzy. Uśmiechała się ironicznie. Najpierw zmierzyła swoim fiołkowym spojrzeniem Geralta, a później Calthin.
-A to kto?
-Calthin Merigold. Córka Triss...
-I twoja.- przerwała czarodziejka- Wiem.
- To po grzyba pytasz?

Co was sprowadza w te strony? Jeśli szukasz jakiejś roboty, to idź to Plengila. Podobno grasuje coś w ruinach starego zamku.
-Pozwolisz Calthin rozgościć się w twoim domu? Nie spała od kilku dni, a jej ramię jeszcze nie do końca się zagoiło.
Geralt osiąga szczyty dobrego wychowania, jak widzę...
O lolu. Kanoniczna Yennefer w tym momencie pojechałaby z nim tak, że Geralt z płaczem uciekłby do Vilgefortza. No, ale to kanoniczna.

***
Calthin siedziała na łóżku w jednej z gościnnych sypialni w domu Yennefer. Ściany miały przyjemny, żółty kolor, ona jednak czuła się dość niepewnie. Wiele słyszała o spięciach między jej matką, a nią. Niektórzy nie potrafią wybaczać.
A po co by mieli?
Właśnie. Ja bym na przykład nie wybaczyła tego, że mój facet zrobiłby dziecko mojej przyjaciółce wiedząc, że ja dzieci mieć nie mogę, a bardzo bardzo chcę. No ale to ja. BoCHaterka, jak widzimy, wybacza wszystko wszystkim.

Yennefer kręciła się po kuchni.
AŁtoreczko: jesteś pewna, że Yennefer, a nie, np. Mila Borejko?

Była wściekła. Uważała, że to, co zrobił Geralt osiągnęło szczyt bezczelności.
I miała całkowitą rację.

On dobrze wiedział, że Triss była jej wrogiem numer jeden, a teraz on mówi jej, że ma razem z nią córkę. Ona już o tym wiedziała, ale mógł uczynić to znacznie wcześniej!
Znaczy - zrobić jej dziecko znacznie wcześniej?

Poprosił jeszcze o nocleg dla tej całej Calthin. Ona przecież nie mogła odmówić.
Nie?

Szczególnie, że rana dziewczyny zaczęła się paskudzić.
Kanoniczna Yennefer... a, zresztą nieważne.

-Wiedźmini nie potrafią zrobić niczego porządnie.
Nawet bachory robią sobie jakieś takie...

Czarodziejka nawet nie usłyszała, kiedy do domu wszedł Geralt. On zawsze miał w swoim zwyczaju zakradanie się. Inaczej chyba nie umiał.
-Potrafimy zabijać potwory.
- No niiiieeeee, seeeeeeriooooooo?

Yennefer podskoczyła w miejscu, omal nie rozlewając eliksiru, który przygotowała dla Calthin.
Kanoniczna Yennefer...

Geralt położył pod ścianą swój miecz i wspiął sie stromymi schodami na piętro. Tam właśnie znalazł Calthin, która polerowała ostrze swojego miecza.
-Idę z tobą?
-Jeśli chcesz... (...)
Do pokoju weszła Yennefer. W ręku trzymała mały puchar z eliksirem. Podała go Calthin. Dziewczyna spojrzała niepewnie na jego zawartość. Płyn miał jasnoczerwoną barwę.
-Spokojnie. Przecież cię nie otruję.
Kanoni...
A szkoda.

***
Wszyscy siedzieli przy ognisku i rozprawiali na temat ostatnich wydarzeń politycznych.
Jeżu, a myślałam, że tylko w Polsce wciąż gada się o ciągłej pomiędzy PO a PIS...

Było już ciemno. Mężczyźni znajdowali się w samym środku lasu. Trzech z nich stało na czatach. Nie należeli jednak do spostrzegawczych.
To idealnie nadawali się do swojej roli.

Gdyby tak było, to już dawno dostrzegliby białowłosego Wiedźmina siedzącego na koniu kilka metrów dalej.
Żeby nie zobaczyć jeźdźca z odległości kilku metrów nie wystarczy być mało spostrzegawczym - trzeba być ślepym jak kret. :/

Tylko młoda dziewczyna siedząca razem z nimi, usłyszała ciche parskanie. -Wybaczcie panowie, ale będę musiała jednak opuścić wasze zacne towarzystwo. Nie martwcie się o mnie. Raczej zainteresujcie się Wiedźminem ukrytym w tej gęstwinie.
Mężczyźni szybko spojrzeli we wskazanym kierunku. Dopiero kiedy wytężyli swój wzrok, niemal wytrzeszczając oczy, dostrzegli Białowłosego siedzącego na koniu i obserwującego ich obóz.
-Skąd panienka wiedziała...?
Mężczyzna nie dokończył, bo dziewczyny już nie było. Jej rzeczy i konia również.
Zzipowali się.

Wrócił wzrokiem na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą był Wiedźmin, ale ten też zapadł się pod ziemię.
On z kolei zrobił sztuczkę Ctrl+X.
Mężczyzna kilkakrotnie zastosował F5, ale na próżno. Wiedźmin musiał przenieść się pod inny adres.

Dziewczyna przemknęła cicho przez gąszcz krzaków i małych drzewek. Dosiadła swojego karego ogiera, ścisnęła go mocno łydkami i ruszyła galopem. Jechała z uchem niemalże przyciśniętym do końskiej szyi.
Reszta ciała powiewała swobodnie w powietrzu.

Słyszała jak kałuże rozbryzgują się pod kopytami. Daleko za sobą usłyszała tętent drugiego konia. Znała ten delikatny galop.
Tak galopują tylko baletnice.

Dziewczyna dojechała do rozwidlenia dróg. Nie zastanawiając się ani chwili skręciła w prawo. W ciągu roku poznała te trasy nadzwyczaj dokładnie. Jeździła tędy kilka razy dziennie. Pomagała bezpiecznie pokonać puszczę karawanom i kupcom.
A karawanom kupców już nie? ;>
I te karawany kilka razy dziennie kursowały? Wow.

To miejsce nie należało do najbezpieczniejszych, jednak ona wiedziała co robi. Elfy dały jej schronienie w swoich domach.
Zgodnie oświadczyły, że boCHaterka ma ich miecze, łuki, topory, ich wiadra, motyki i co tam jeszcze chce, tylko niech idzie w cholerę i nie zawraca głowy.

Tętent kopyt drugiego konia ucichł. Dziewczyna ściągnęła wodze. Jej koń przeszedł do lekkiego kłusa. To wszystko zaczęło się jej co raz mniej podobać. Jeśli Wiedźmin jechał za nią, to teraz może być w każdym miejscu.
Na przykład przed nią. Albo pod nią, jeśli galopuje na krecie.

Dziewczyna wstrzymała oddech. Miała na tyle wyostrzony słuch, że potrafiła usłyszeć każdego, normalnego człowieka z odległości pięciu sążni.
Czyli z około 10 metrów - rzeczywiście, szacun.
(Fakt, że potrafi usłyszeć kogoś, ale oszacować, z jak bliska dochodzi odgłos już nie - łaskawie przemilczę.)


Suchy trzask łamanych gałęzi.
Ktoś zaklął cicho.
Znała ten głos. Znów spięła konia i ruszyła galopem. Tylko dwie mile dzieliły ją od przełęczy. Tam bez problemu mogła zgubić swojego prześladowcę.
Taaa, na przełęczy można kogoś zgubić... na stałe i po grób, że tak powiem.

Ktoś zajechał jej drogę. Koń ledwo zdążył wyhamować.
Z piskiem opon.

-Calthin.
-Zejdź mi z drogi Yennefer. Nie chcę cię skrzywdzić.
Że to niby Yennefer ją goni? *kwik jak stąd do odległej galaktyki*

[Okazuje się, że gonią ją też Geralt i Coën. ಡ_ಡ]
-Calthin. Co się stało?
Dziewczyna nie odpowiedziała. Wiatr załopotał jej płaszczem.
Z odpowiednim wyczuciem dramatyzmu. Płaszcze pozostałej trójki starannie omijał.

-Przed czym uciekasz?
Oj tam, hormony jej buzują, to szaleje.

-Przed wami.- odezwała się z nienawiścią w głosie- Wiedzieliście od początku. Geralt też wiedział. Obserwowaliście mnie każdego dnia. Karmiliście kłamstwem. Spotkanie z ojcem nie było przypadkowe. Zwyczajnie doszliście do wniosku, że czas powiedzieć mi o przepowiedni. Przez jedenaście lat kłamaliście.
...tak, to zdecydowanie hormony.
Czy radioaktywny chłop też brał udział w konspiracji, ja się pytam?

Coën dostrzegł w oczach Calthin zielono-żółty blask. Dziewczyna ledwo panowała nad sobą. Wkraczali na grząski grunt. Teraz każde niewłaściwe słowo mogło być brzemienne w skutkach.
Mogła na przykład zacząć krzyczeć i zamknąć się w swoim pokoju.
I odmówić zejścia na śniadanie.

-Ta fałszywa opiekuńczość Geralta wynikała tylko z chęci zachowania mnie przy życiu.
Ta fałszywa opiekuńczość, kiedy ona sama go znalazła i przyczepiła się do niego?

-To nie było udawane, Calthin. Ja się naprawdę o ciebie martwiłem.
-Milcz!
-Calthin daj mi powiedzieć. To wszystko jest nie tak, jak myślisz.
-A jak?!
Nie martw się, Geralt, jej za kilka lat przejdzie.

[Okazuje się, że tekst kursywą pisany był majakiem boCHaterki wywołanym obrażeniami wniesionymi z walki ze strzygą.]

Zeszli do kuchni. Yennefer przygotowała dla nich posiłek.
Kanoniczna... nie, to nie ma sensu, prawda?
Nie. *wzdech*

Geralt nie myślał teraz o jedzeniu.
-Chyba powinienem pojechać do wyroczni.
-Calithe Mertllis?- Yennefer uśmiechnęła się nieznacznie- Nie ma szans. Rada Magów nie dopuszcza do niej nikogo.
-To skąd mam wiedzieć co się dzieje z moją córką?
Spróbuj przekupić jej koleżanki, może coś podkablują.

-Nie zapominaj, że jesteś w świecie pełnym magów. Znam kilku, którzy za drobną opłatą...
-Nekromancja nie wchodzi w grę.- Geralt uderzył pięścią w stół- Nie chcę aby Triss miała zakłócony swój wieczny odpoczynek.
Jak myślicie, czy to podchodzi pod ochronę życia... ekhem, wiecznego?

-Ach, no tak. Triss Merigold jest matką twojej córki.- powiedziała ironicznie czarodziejka- Skoro tak stawiasz sprawę, to nigdy się nie dowiesz kim w rzeczywistości jest Calthin.
Półwiedźminką, ćwierćtosterem, Geralt - powiedziałam ci to za friko. A teraz spierdzielaj z tego blogaska!

31 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Mary Sue jest naprawdę irytująca. Taka dawka zajebistości mnie wykańcza oraz doprowadza do szału. Gratuluję cierpliwości pozwalającej przebrnąć przez te bzdury.
Dżem Malinowy

Mrohny pisze...

"Duch naczelnego Frondy unosił się nad obojgiem rodziców Calthin." <3

Agatha Makabresque pisze...

Tak mi się skojarzyło z tymi szkółkami dla młodych czarownic w Verichmont: http://2.bp.blogspot.com/_Op8gSDp_XRs/TSZSKdOxFnI/AAAAAAAAAHk/bU6hfVwqHWE/s1600/teach+2b+witch.jpg

kura z biura pisze...

Ajajajaj. Po przeczytaniu tego nieszczęsnego opka nasuwa mi się tylko jeden komentarz: ojapierdolę!

I nie, nie ma sensu odwoływać się do kanonicznego charakteru Yennefer. Czy kogokolwiek. Toż wiadomo, że sama obecność Mary Sue anihiluje kanon na przestrzeni pięciu mil kwadratowych i każdy, kto wejdzie w jej pole oddziaływania jest zgubiony! Mwahahahaha!


Aha, zabił mnie Jeż jak Byk z popcornem :D

Falco pisze...

Kwik xD

"Może faktycznie było w tym trochę jego winy.
Trzeba się było zabezpieczyć!
Albo po prostu nie dupczyć."
Przecie on byl przekonany, że jest, powiedzmy, zabezpieczony na stałe :(

"Tylko Geralt niczym się nie martwił. Był jak zwykle... Milczący.
-Ile czasu byłam nieprzytomna?
-Dziesięć dni.- odpowiedział cicho Geralt- Dojechaliśmy na ostatnią chwilę. Vesemir opatrzył cię jakieś dwie godziny temu.
Mam rozumieć, że przez dziesięć dni Geralt wiózł wykrwawiające się dziewczę w kulbace, nie zawracając sobie głowy opatrunkiem? Wow... ona naprawdę zalazła mu za skórę.
A ja tam go nawet rozumiem..."
Starał się jak mógł, ale zaraza cholernie żywotna.

"Koło dziewczyny pojawiła się mała, święcąca kula, oświetlająca wnętrze całej jaskini. Ku jej zdumieniu, na samym środku stał kamienny ołtarz. Wyryte były na nim runy. Calthin od razu poczuła znajome wibracje w medalionie. Magia. Niesamowicie silna magia należąca do jej matki. Duch Triss Merigold żył w tym miejscu. Dziewczyna podeszła do ołtarza. Znalazła tu zaschnięte płatki kwiatów i krew.
-Czy to tu...
Czy to tu Triss składała ofiary z ludzi? Jakoś nie przechodzi mi do głowy nic innego, co wymagałoby zakrwawionych ołtarzy. "
KWIK!

"Ona chce abym poszła w jej ślady.
I też zginęła dla Sprawy. A na medalionie było wygrawerowane nie Triss, a Terlik."
Oj tam, po prostu miała wyrzuty sumienia, że to to po świecie łazi.

"-To nie będzie walka o dobrobyt tylko dla ludzi, ale także czarodziejów, elfów i krasnoludów.
A czarodzieje to jakiś osobny gatunek? (I co im w tej chwili konkretnie zagraża? Nadmiar luksusu?)"
To, że każą się im skromnie nosić. W Nilfgaardzie czarodziejki miały być skromne i posłuszne. Fakt, dla Mary Sue to jak tortury.

"-Może będą mieli dla nas jakiegoś potworka.
Te młode czarownice znoszą do domów takie dziwne stwory... Jakby poczciwe czarne kocięta zupełnie wyszły z mody: tylko że potem się okazuje, że ukochana maskotka zjadła niańkę, na przykład.
No, i pewnie jeszcze spuszczają je w kanalizacji, gdy im się znudzą... I stąd się wzięła żyrytwa koło Oxenfurtu."
W klopie spuszczają, a potem wracają do neta xD

"Co was sprowadza w te strony? Jeśli szukasz jakiejś roboty, to idź to Plengila. Podobno grasuje coś w ruinach starego zamku.
-Pozwolisz Calthin rozgościć się w twoim domu? Nie spała od kilku dni, a jej ramię jeszcze nie do końca się zagoiło.
Geralt osiąga szczyty dobrego wychowania, jak widzę...
O lolu. Kanoniczna Yennefer w tym momencie pojechałaby z nim tak, że Geralt z płaczem uciekłby do Vilgefortza. No, ale to kanoniczna."
Powiem, że czytałam to ze zgrozą, zanim uświadomiłam sobie, że to blogaskowa Yennefer.

"-Wiedźmini nie potrafią zrobić niczego porządnie.
Nawet bachory robią sobie jakieś takie..."
Oj tam, oj tam. Raz wyszło przez przypadek, jak miało być udane? Dziw, że nie urodziło się z siedmiorgiem oczu i penisem na czole.

"Zeszli do kuchni. Yennefer przygotowała dla nich posiłek.
Kanoniczna... nie, to nie ma sensu, prawda?
Nie. *wzdech*"
*wali głową w stół, przyznając w ten sposób alfabetem Morse'a, że nie*

Hasło: cabidou Pierwsze skojarzenie "Ka bida" i racja- jaka bieda z tym blogaskiem.

Fraa pisze...

"Wow, magia pozwala jej widzieć skarby ukryte pod ziemią? Kurczę, jest lepsza niż wykrywacz metali! Ciekawe, czy też tak śmiesznie pika..." - nie chcę się wtrącać, ale przecież właśnie znajdowanie klejnotów, takich schowanych pod ziemią itepe, jest specjalnym talentem Rarity z "My Little Pony: Friendship is Magic". Czyżby ukryta tożsamość młodocianej wiedźminki? Oprócz wszystkiego jest jeszcze pony jednorożcem? :D

Anonimowy pisze...

"-A gdyby cię jakieś zaatakowało?
Jakiś dziki jeż, na przykład".

Jeż jak byk oczywiście jeszcze zanim zabrał się za jedzenie popcornu ;].

"Jestem pewna, że nawet wiedźmince może się zdarzyć poślizgnięcie się
na oblodzonej skale i spierdzielenie z urwiska".

*lubię to*

"Była niesamowicie zwinna i szybka. Nawet podczas walki z trzema Wiedźminami
naraz była praktycznie nie do pokonania.

Zobaczycie - ona cały Nilfgaard wessie nosem i nawet nie zauważy".

I zawstydzi Turbodymomana...

A tak na koniec, to jestem wdzięczna, że to już koniec tego czegoś. Teraz mogę już zdjąć okulary przeciw słoneczne, bo blask zajebistości Marysi Zuzi przestał już bić z monitora ;].

Pozdrawiam.

[słowo na dziś: ments... brzmi trochę jak mentos ;p]

Serenity pisze...

"-Geralt, jestem głodna.
-Nie możesz sama czegoś upolować? Masz siedemnaście lat, nie boisz się zabijać ludzi, więc co za problem?
-Nie zabijam małych i niewinnych zwierzątek.
Zwłaszcza tych puchatych. Wolę wyniośle głodować.
- Nie jem niczego, co ma oczy!
- Szynka nie ma oczu.
"
Kwikam.

"Calthin obudziła się czując niesamowity ból w ramieniu. Spojrzała na nie. Było obandażowane. Rozejrzała się wokoło. Murowane ściany, łóżko stworzone z desek i siana. Na początku było siano, a siano było u stolarza, i stolarz miał siano. Ono było na początku u stolarza. Łóżko przez nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. Z desek było też łóżko, a łóżko było błogosławieństwem dla ludzi, więc łóżko w ciemności stoi i chrapać w nim można do woli.
*Kwik* Just another kwik. Don't care :P.

"Tak. Dotarli do Kaer Morhen.
W hallu siedziało czterech Wiedźminów: Geralt, Coën, Lambert i Vesemir - najstarszy ze wszystkich.(...) Nawet nie zauważyli, kiedy w drzwiach pojawiła się Calthin.
-Dzień dobry.- Calthin uśmiechnęła się blado- Czy mogłabym dostać coś do jedzenia?
-Już się robi dziecinko.- Vesemir skinął na Lamberta- Coś pewnie jeszcze zostało z naszego śniadania.
Calthin siadła przy stole razem z innymi. Wreszcie poczuła się jak w domu - bezpieczna. Spojrzała na przerażone miny Coëna i Vesemira.
Buzująca hormonami nastolatka na obiekcie to więcej, niż byli w stanie znieść."
To raczej marysuizmu, wyciekającego z tej nastolatki, nie byli w stanie znieść :P

"-To nie byłam ja.
-Byłaś. Twoje alter ego pojawiło się przede mną."
Czyli aŁtoreczka wkroczyła do akcji - wlazła do ficka, w sam środek akcji! No bezczelność!
"Cytuję: Będzie mieć wielką moc magiczną, ale w walce będzie wprawiona niczym rycerz.
-Vesemir.- rzucił gniewnie Geralt- To nie może być ona. Calthin nie może być tą, która ma pokonać Nilfgaard.
Sama jedna. Wsyśnie ich nosem.
Psiknie na nich gazem pieprzowym... o dużej sile rażenia. :P
" Porazi ich swoją zajebistością :P

"Koło dziewczyny pojawiła się mała, święcąca kula, oświetlająca wnętrze całej jaskini. Ku jej zdumieniu, na samym środku stał kamienny ołtarz. Wyryte były na nim runy. Calthin od razu poczuła znajome wibracje w medalionie. Magia." To ten medalion nie powinien przypadkiem wibrować cały czas? ^^ Hmmm... czyżby mały prywatny wibrator? ;)

"Znalazła tu zaschnięte płatki kwiatów i krew.
-Czy to tu...
Czy to tu Triss składała ofiary z ludzi? Jakoś nie przechodzi mi do głowy nic innego, co wymagałoby zakrwawionych ołtarzy."
Czy to tu Triss straciła cnotę?

"-Czy ci z Nilfgaardu wiedzą o przepowiedni?
-Tak.
-Dlatego zmienili swoją politykę wobec Wiedźminów?
-Zapewne.
I wszystko przez przez przepowiednię... Czekam na rzeź wiedźminiątek. :)"
*Kwiiiiiiiiiiik*

"Calthin siedziała na łóżku w jednej z gościnnych sypialni w domu Yennefer. Ściany miały przyjemny, żółty kolor, ona jednak czuła się dość niepewnie. Wiele słyszała o spięciach między jej matką, a nią. Niektórzy nie potrafią wybaczać.
A po co by mieli?
Właśnie. Ja bym na przykład nie wybaczyła tego, że mój facet zrobiłby dziecko mojej przyjaciółce wiedząc, że ja dzieci mieć nie mogę, a bardzo bardzo chcę. No ale to ja. BoCHaterka, jak widzimy, wybacza wszystko wszystkim.
"
Zwłaszcza temu radioaktywnemu chłopu :D

"Tętent kopyt drugiego konia ucichł. Dziewczyna ściągnęła wodze. Jej koń przeszedł do lekkiego kłusa. To wszystko zaczęło się jej co raz mniej podobać. Jeśli Wiedźmin jechał za nią, to teraz może być w każdym miejscu.
Na przykład przed nią. Albo pod nią, jeśli galopuje na krecie." Ómarłam. Teraz już umarłam. Wiedźmin na Krecie. Brzmi jak karta specjalna z Munchkina :D

Analiza kwikogenna :D

:-{ pisze...

Nie podobało się.

Gogi pisze...

Jedno pytanie. Kiedy, dO KURWY NĘDZI, AŁTORKI ZACZAJOŁ, ŻE PISANIE OPOWIADAŃ Z DUPY WYJĘTYCH JEST ŻAŁOSNE???!!! Okej, okej, już się uspokajam. Ale KURWICA bierz, gdy widzę, jak ałtorki robią z Geralta łajzę. I jeszcza ta jego zajebista córeczka. NO PO PROSTU WKURW.
Przepraszam za wulgaryzmy.
Hasło brzmi:facepa. Ou jea, facepalm był.

Federalna pisze...

"
Koło dziewczyny pojawiła się mała, święcąca kula, oświetlająca wnętrze całej jaskini. Ku jej zdumieniu, na samym środku stał kamienny ołtarz. Wyryte były na nim runy. Calthin od razu poczuła znajome wibracje w medalionie. Magia. Niesamowicie silna magia należąca do jej matki. Duch Triss Merigold żył w tym miejscu. Dziewczyna podeszła do ołtarza. Znalazła tu zaschnięte płatki kwiatów i krew.
-Czy to tu...
Czy to tu Triss składała ofiary z ludzi? Jakoś nie przechodzi mi do głowy nic innego, co wymagałoby zakrwawionych ołtarzy.
" Kwiii! A może straciła tam dziewictwo? No wiecie, popod głazem... Tandaradei!

"
Geralt położył pod ścianą swój miecz i wspiął sie stromymi schodami na piętro. Tam właśnie znalazł Calthin, która polerowała ostrze swojego miecza.
-Idę z tobą?
-Jeśli chcesz... (...)
Do pokoju weszła Yennefer. W ręku trzymała mały puchar z eliksirem. Podała go Calthin. Dziewczyna spojrzała niepewnie na jego zawartość. Płyn miał jasnoczerwoną barwę.
-Spokojnie. Przecież cię nie otruję.
Kanoni..."czna Yennefer czasami lubiła podstępy, zwłaszcza w sprawach, w których chodziło o jej(czyli i geralci) interes. :) Szkoda, że jednak aŁtorka wycisnęła z niej ikrę.

"
-Calthin.
-Zejdź mi z drogi Yennefer. Nie chcę cię skrzywdzić.
Że to niby Yennefer ją goni? *kwik jak stąd do odległej galaktyki*" naprawdę chciałabym zobaczyć jak boCHaterka obrywa piorunem kulistym.

O matko. Po tej traumie żądam lekkiej i różowej analizy. Pozdrawiam analizatorki!

NoName pisze...

Tak jakby jedna rzecz... JAKIM PRAWEM TO SIĘ URODZIŁO???!! Bo, kanonicznie rzecz ujmując - i Geralt i Triss byli bezpłodni. Wyjaśniam - wszystkie dziewczynki trafiające do szkoły czarów na tej wyspie (za nic nie pamiętam nazwy), w tym I Triss I Yennefer były pozbawiane możliwości rodzenia dzieci...

Czytelniczka pisze...

Witajcie! Czytam Wasze analizy już od pewnego czasu, ale nigdy nie miałam okazji skomentować. Szczerze mówiąc, trochę się wstydziłam i bałam się, że tu nie będę pasować (nie wiem np. o co chodzi z podawaniem tych haseł w komentarzach).
W każdym razie, drogie Pigmejko i Kalevatar, co tydzień dostarczacie mnie i przyjaciółce ogromną porcję przedniej zabawy.
Dlaczego teraz odważyłam się skomentować? Znalazłam blog, który aż prosi się o analizę i myślę, że powinnam się tym linkiem z Wami podzielić.
http://kucyk-pisze.blog.onet.pl/

Pozdrawiam.

roguemouse pisze...

"Nie umiała przełączyć skilli ze swordsmanship na magic? Pfff, partaczka."

Lol. Teraz mam ochotę pograć w jakiegoś fajnego komputerowego RPGa i to wszystko wina Kal.
Może Morrowind... *buszuje wśród płyt*

Mysza

PS. Bardzo mi się podoba Wasza teoria na temat genezy oxenfurckiej żyrytwy. Miodzio :3

Anonimowy pisze...

AAAARRRRGHHH! Jak Geralt ma spierdzielać z tego blogaska to niech Yennefer też zabierze!
Sprawa ścian, zrozumiem: białe, kremowe ale że jasnoróżowe (bo taki jest kolor łososiowy).
Sprawa Yennefer, tego AŁtorce po prostu nie wybaczę.

" Yennefer podskoczyła w miejscu, omal nie rozlewając eliksiru, który przygotowała dla Calthin.
Kanoniczna Yennefer..." powiedziałaby, że ma to dziecko głęboko w dupie, pokłóciłaby się trochę z Geraltem, poszła z nim do łóżka a potem oboje utopili by MerySue w rynsztoku.

PS. Wasza teza na temat żyrytwy z Oxnefurtu strasszzznie mi się podoba. Analiza jak zwykle miodna :D

Barranquilla

Anonimowy pisze...

Jeż jak Byk z popcornem,zamknięty w sobie Geralt i elfy z czarodziejami w kółeczku bardzo mnie ubawiły,dzięki!
Mocna rzecz.
Z hasłami- to do Czytelniczki - chodzi o to,ze zanim umieści się tu komentarz trzeba wpisać hasło,czasem śmieszna zbitkę liter -amore,spema,no takie tam.
Chomik
O,teraz mam:unsychap

Pigmejka pisze...

Cieszymy się, że analiza przypadła Wam do gustu! Postaramy się znaleźć teraz coś lżejszego, bo i nas zmęczyła ta Mary Sue. ;)

@Agatha Makabresque: Trafne skojarzenie! Mam dziwne przeczucie, że gdyby aŁtoreczka wzięła się za opisywanie takiej szkoły, to mniej więcej w ten sposób by to wyglądało...

@Fraa: Racja! Że też mi to nie przyszło do głowy... :D

@Czytelniczka: Ależ czego tu się wstydzić czy bać? My zjadamy tylko błędy, a nie czytelników! ;D
A w hasłach chodzi o to, że blogger ma tendencję do generowania dość zabawnie brzmiących (czy też zabawnie kojarzących się) zwrotów, jakie należy wpisać przy weryfikacji - jeśli ktoś na takie trafi, może podzielić się nim z innymi. :)

Anonimowy pisze...

Bardzo przypadła do gustu :) REWELACJA! Co się uśmiełam, to moje.

Anonimowy pisze...

Próbuję sobie wyobrazić Ciri na jakiś czas unieszkodliwiającą Nilfgaard - może tak bardzo mu zaszkodziła działalność Szczurów? Albo Emhyr załamał się i na jakiś czas wycofał armię po porzuceniu córki? ;-)
Analiza jak zwykle wspaniała.

Cytat z "Pustynnej włóczni": "Rojer dotknął medalionu. Samotna łza opadła na jego powierzchnię."
Jak widać to przekleństwo dotyka nie tylko bohaterki blogasków.;-)

Lothwena

Dżul pisze...

Chyba ze śmiechu wysapałam sobie mózg przez nos. Cytowanie najlepszych komentarzy jest zadaniem skazanym na niepowodzenie, bo za dużo ich było. Kłaniam się w pas i dziękuję za uczynienie mojego wieczoru pełnym radosnego kwiku.^^

Anonimowy pisze...

Biedny Geralt i Yennefer. AŁtoreczki każdego mentalnie wykastrują...
Proponuję minutę ciszy dla uczczenia ś.p. Kanonu.

oNyks

Aśa pisze...

Dziewczyny, a o co chodzi z tym całym analizowaniem? No bo żeby poprawić autorkę/autora to czaję, ale tak poza tym? Tak BTW to Wasze analizy są świetne!

kura z biura pisze...

A tak poza tym, żeby dostarczyć czytelnikom przedniej rozrywki. Ot i wsio! :)

Anonimowy pisze...

Dla śmiechu! Analizatorki są jak te dwa kruki siedzące na drzewie przy skrzyżowaniu polnych dróg i złośliwie komentujące ludzi.


BTW, bardzo fajna analiza. Choć jak dla mnie za mało złośliwa.

Haslo: headisdi. W pierwszej chwili przeczytałam headshit. To może być opis wrażeń, jakie przeżywa głowa czytelnika po dwóch odcinkach takiego blogaska.

Folkowa pisze...

Spacjamisięzepsuła,boześmiechuzalałamklawiaturęcolą.
PS.O co chodzi z tymi hasłami?

Aśa pisze...

@Folkowa: Zanim wyśle się komentarz trzeba wpisać hasło. Czasami kojarzą się nam z czymś śmiesznym lub układają się nawet w jakiś wyraz.
Ja na przykład teraz mam hasło SNABE. Prawie jak Snape!

Wilcza Jagoda pisze...

Po wiedźminie galopującym na krecie niemal się rozpękłam, usiłując powstrzymać śmiech, bo akurat musiałam siedzieć cicho. Ale wciąż widzę tę scenę oczami wyobraźni... *o* Boskie, po prostu. Ale cieszę się, że mówimy "żegnaj" tej Mary Sue, bo była ci óna menconca!!

Anonimowy pisze...

Uwielbiam Was, dziewczyny! Takich kwików jeszcze ludzie w pociągu nie widzieli! :D Nie ma to jak wydać dwie dychy na czytanie analiz na telefonie. Dołączyłam do grona Czytelników wprawdzie niedawno, ale pochłonęłam już większość Waszych analiz. Teraz biorę się za Opowieści z różowego pamiętniczka, bo czytałam tylko półtora analizy, jak na razie.
Pozdrawiam, Lama. :)

Bolo pisze...

To żeby jeszcze było radośniej do poprzedniej dawki idiotyzmu dołącza... (prócz niezauważonego Coena-zombie, którego zagadka zostanie przeze mnie rozwiązana na koniec) Triss, the wróg numer jeden Yennefer. Bo to, że były przyjaciółkami i (uwaga cycat niekoniecznie dokładny): "Yennefer w sumie bardziej zależało na przyjaciółce niż Geralcie", nie wspominając o tym, że późniejsze utarczki słowne (już dość agresywne, nawet sobie groziły :P) i tak stały się niczym w obliczu:
a) gradobicia Mergiold, które poszło wspólnie,
b) domniemanej śmierci Geralta, przy okazji Yennefer...
Faktycznie dziewczęta hejtały się straszliwie _-_

A rozwiązanie zagadki zmartwychwstałego po wielokroć Coena brzmi: Coen to Eskel. Tylko imię sobie chłop zmienił, bo mu się znudziło ;)

Anonimowy pisze...

Kwikaśne;)

Akida Loo pisze...

Dość.
Serio, przeżyłam poprzednią część, głównie dlatego, że Ałtoreczka nie tknęła postaci Ciri (drugiej ulubionej przeze mnie postaci w uniwersum Sapkowskiego). Niestety, w tej postanowiła zmasakrować moją ukochaną Yennę. JAK można tak pozbawić postać charakteru? I to tylko po to, by jej Mary Sue wyszła na fajną (podpowiedź - nie pykło). Agr!
Bez analizy chyba wyskoczyłabym przez okno gdzieś po pierwszych zdaniach xD