piątek, 18 listopada 2011

Dziewięć Krain Grafomanii i brudne gacie w warowni, czyli fantastyczne 2 w 1



Witajcie!

Tydzień temu zaprezentowałyśmy Wam opowiadanie o trójce dzielnych dzieciaków, wyruszających w daleką i niebezpieczną podróż. Dziś czeka Was dalszy ciąg ich przygód: poszukiwania kryształów trwają w najlepsze - i wcale a wcale nie przypominają misji w grze komputerowej, nie no, skąd Wam to przyszło do głowy... Nasi bohaterowie będą musieli zmierzyć się ze strażnikiem Dariuszem, członkiem konwentu satanistów, kobietą trzymającą pod halką armatę... a na sam koniec ujrzycie pokaz tantrycznej szermierki.
To jednak nie wszystko - w drugiej części analizy mamy dla Was... jeszcze jedno opko! Jego aŁtora już znacie - dwa tygodnie temu analizowałyśmy jego tFór, poświęcony wielkiej wojnie z kosmitami. Tym razem na warsztat wzięłyśmy historyjkę, w której również nie do końca wiadomo o co chodzi, ale przynajmniej jest śmiesznie. Tajemniczy jeździec przybywa do w wuj wielkiej i mrocznej warowni, w której znajdują się: schody wyposażone w lampy i kolekcję obrazów, radosne pochodnie, blondwłose wieszaki, sfrustrowane drewno i ozdobne krasnoludy zamkowe, a także strażnica, w której jest sejf, a w nim... sami zobaczycie, co.
PS. Już wkrótce możecie spodziewać się potterowej analizy, obiecujemy! ;)

Opka zanalizowały: Kalevatar i Pigmejka


Opko pierwsze, czyli kontynuacja Dziewięciu Krain Grafomanii:


Przybiliśmy do portu. Ludzie byli zdziwieni i zarazem uradowani, gdyż nasz statek był jedynym, któremu udało się przepłynąć morze. Wypytywali się nas, jak nam się to udało,
No jak to "jak"? Trzymali maszt, to i przepłynęli.
Wyjątkowo duże stężenie marysuizmu na pokładzie odepchnęło od nich Złe Moce.

czy wiemy, co się dzieje. Nie chcieliśmy odpowiadać, żeby nie powiedzieć czegoś, co by zagroziło misji. Pierwszym miejscem, do którego się udaliśmy był hotel.
Na zmęczonych podróżnych zawsze czekają hotele - niezależnie od uniwersum i epoki.
W hotelu tym była oczywiście bieżąca, gorąca woda, elektryczność i inne takie.

Zakwaterowaliśmy się w pokoju i wyszliśmy, aby pozwiedzać miasto i się trochę o nim dowiedzieć.
Nie ma to jak wesoła wycieczka na hiper tajniackiej misji. Niech tylko nie zapomną zajść do sklepu z souvenirami, żeby kupić jakieś plastikowe figurki produkowane w Chinach, inaczej wyprawa nie będzie się liczyć.

We trójkę poszliśmy do sklepu kartografa, gdyż
...mimo zakazu opuszczania miasta i masy niebezpieczeństw na drogach, mapy były towarem tak popularnym, że opłacało się utrzymywać specjalny sklep z nimi.
Nie od dziś wiadomo, że ludzi najbardziej interesuje to, czego nie wolno im robić - a jak przy okazji wiąże się to z niebezpieczeństwem, to w ogóle jest fun.
Dobrze, że nie mają tam jakiegoś wielkiego czerwonego przycisku z napisem “Nie naciskać, grozi Końcem Świata i plagą bakłażanów".

Mistrz Svein musiał załatwić swoje sprawy. Nie chciał nam powiedzieć, o co chodziło.
O zostawienie bezbronnych dzieciaków samych w obcym mieście, oczywiście. Pewnie żeby odebrały pierwszą lekcję sprytu i odwagi, “zdobyły ostrogi”... opcjonalnie po to, żeby wreszcie trafił je szlag.

Gdy weszliśmy do środka, przywitał nas mężczyzna stojący za ladą.
- Witam przybyszów! – powiedział kartograf – nazywam się Cedric. Nigdy was tutaj nie widziałem. Skąd przybywacie?
Kim jesteście i dokąd zmierzacie?
Był to bowiem kartograf filozofujący.
Tworzył mapy myśli, ha!

- Witam, ja jestem Mark – odparłem – a to jest Jasha i Sahir. Przypłynęliśmy statkiem z Southfolk.
- Z Southfolk? – zapytał – od dawna nie było tu nikogo z wyspy. Wszystkie statki podobno wypływały w morze, ale nigdy nie docierały na miejsce. Co się teraz dzieje na wyspie?
- Same straszne rzeczy – powiedziała Jasha – sztorm zniszczył prawie całe miasto.
O karczochach nawet żal wspominać.
To rzeczywiście straszne i niezwykłe, że sztormy szaleją nad morzem. I na dodatek niszczą to, co znajduje się nad jego brzegiem... ani chybi, nadchodzi koniec świata.

- Od kiedy pojawiły się dwa księżyce, tutaj też nie jest za wesoło.
Jeśli ten drugi księżyc to Gwiazda Śmierci, to faktycznie jest raczej kiepsko.

Przepraszam, zagadałem was. Na pewno chcieliście cos kupić.
- Tak – odpowiedziałem – poprosimy mapę miasta i okolic.
Nie macie czasem takich fajnych, plastikowych figurek, przedstawiających okoliczne atrakcje? Kupiłbym trochę dla rodziny...

- Proszę – sięgnął do kufra, z którego wyciągnął mapę narysowaną na kawałku starego pergaminu. - Należy się 35 sztuk złota.
Kwiiiiiiiiik! No, tego gierczanego standardu oczywiście nie mogło tu zabraknąć.
Już abstrahując od horrendalnej ceny (dla Pisaka to pewnie znaczy tyle co 35 złotych, lol), zawsze zastanawiało mnie, ile to konkretnie jest ta "sztuka złota".
Może po prostu wcisnął mu 35 pozłacanych naszyjników?Fakt, o takiej "sztuce" nie pomyślałam. ;)

Położyłem na ladzie należną kwotę,
Ciekawe, skąd chłopiec ma takie fundusze. Cała wyspa się zrzuciła?
Pewnie sprzedał te bursztynki zbierane na plaży.

po czym opuściliśmy sklep. Na mapie odnaleźliśmy punkt, w którym się znajdujemy i ruszyliśmy w stronę rynku. (...) Przechodziliśmy się po alejkach, gdy nagle zaczepiła nas staruszka, przy straganie z biżuterią.
- Nie chciałbyś, młodzieńcze, kupić pierścionka, lub bransolety dla pięknej damy? – powiedziała. Przyglądałem się jej wyrobom, a Sahir ledwo powstrzymywał się od śmiechu.
- Piękny masz naszyjnik – odrzekła – gdzie go kupiłeś?
Najpierw powiedziała, a potem sama sobie odrzekła?
Pełen zestaw usług, prowadzi rozmowę z klientem wyręczając go w odpowiedziach.

- Dostałem od dziadka – odpowiedziałem, lekko zmieszany – widziała może pani podobne?
- Tak, widziałam – powiedziała. Była to pierwsza poszlaka, na jaką natrafiliśmy. –
Ależ oczywiście, że pierwsza zagadnięta osoba będzie coś wiedziała w sprawie supertajemniczych artefaktów rozsianych po całym świecie!
Dziwisz się? Ci wszyscy kupcy to tylko agenci na usługach Imperatywu Blogaskowego.

Znalazłam go kiedyś w lesie i zrobiłam naszyjnik, podobny do twojego, ale już go sprzedałam.
Zrobiła naszyjnik z naszyjnika?
Oj no przerobiła po prostu. Wyszlifowała i przetopiła magiczne kryształy, a łańcuszek wyrzuciła. Potem dodała sparklącą helołkicię i opyliła rodzicom szukającym prezentu dla swojej pięcioletniej córki.

- Mogłaby nam pani powiedzieć, komu go sprzedała? To bardzo ważne. – spytała Jasha.
Droga Jasho: ogarniasz znaczenie słowa "kiedyś"?

- Nie wiem, czy mi wolno powiedzieć, bo wróg klasowy słucha ale sprzedałam go pewnemu mężczyźnie – odrzekła staruszka. – Był on wysoki i dobrze zbudowany.
Szczególnej uwadze polecam jego bardzo zgrabny tyłek.
Wysoki i dobrze zbudowany? Czy chodzi może o...? I kupował naszyjnik z Helołkicią? ;) Może miał jakąś małą kuzynkę, której musiał kupić prezent?
(Czyżby to był kraj anemików, że wysocy i dobrze zbudowani mężczyźni są tam czymś aż tak niezwykłym, by podawać te dwie cechy jako coś charakterystycznego?)


Miał na sobie czarny płaszcz i kaptur na głowie. Nigdy wcześniej go tu nie wiedziałam. Wyglądał, jakby pochodził z konwentu satanistów pustyni, ale nie jestem pewna.
Też nie jestem pewna. Nie wydaje mi się, aby czarny płaszcz był idealnym strojem na pustynię.

- Dziękujemy pani bardzo – powiedziałem. – Nie wie pani, czy ten mężczyzna jest jeszcze w mieście?
Ależ oczywiście, że wiem! Od czasu, gdy zrobił u mnie zakupy, jesteśmy znajomymi na fejsie i regularnie lajkuję mu statusy. Ostatnio jest w związku z jedną taką Zośką, co mieszka przy targu.

- Widziałam, jak wychodził główną bramą. Wydaje mi się, że rozmawiał z jednym strażnikiem. Nazywa się Dariusz.
Jeżu Borski, chyba nie Dariusz “Chodź na kawę” z Trudnych Spraw? :O

Jeżeli to takie ważne, to porozmawiajcie właśnie z nim.
- Jeszcze raz pani dziękujemy – powiedział Sahir,
...starając się ignorować świecący napis "Otrzymałeś 100 PD. Nowy quest: Spotkaj się z Dariuszem".
Najlepiej w wannie.

po czym udaliśmy się koszar, w których znajdowała się siedziba straży miejskiej.
Mijając aptekę, w której rezydował burmistrz oraz bibliotekę, w której mieściły się jatki.
Zapomniałaś o karczmie, w której wypasano bydło.
To akurat często jest stan faktyczny.

Gdy dotarliśmy na miejsce, przy wejściu zatrzymał nas jeden ze strażników.
- Stać! Tutaj nie wolno wchodzić. Czego szukacie? – powiedział gwardzista.
- Szukamy mężczyzny o imieniu Dariusz. Musimy z nim porozmawiać – odpowiedziała Jasha.
- Ja jestem Dariusz. O co chodzi?
Nad jego głową zamigotało dyskretne "+25 PD".

- Czy zna pan człowieka, wysokiego i dobrze zbudowanego. Ubranego w czarny płaszcz i z kapturem na głowie?
ALEŻ OCZYWIŚCIE!!!

Tak, przejeżdżał tu taki ostatnio. Pytał o hobbita zwanego Baggins i o jakiś pierścionek.

- Samada? Oczywiście, że znam.
A Ty, Czytelniczko/Czytelniku? Czy znasz dobrze zbudowanego człowieka w czarnym płaszczu z kapturem?

Dlaczego go szukacie? – powiedział Dariusz.
- Posiada on rzecz, która należy do mnie. – odrzekłem.
- A więc Samad coś wam ukradł?
- Nie nazwałbym tak tego – odpowiedziałem – po prostu ma coś, co do mnie należało.
- Nie wiem, jak mam wam pomóc. Widziałem go kilka dni temu, jak wychodził z miasta.
A jako że do opuszczenia miasta potrzebna jest specjalna przepustka i ochrona kupieckiej karawany - nie mam żadnej możliwości by sprawdzić, gdzie może się znajdować.

- Czyli nie wie pan, gdzie on się teraz podziewa.
- Niestety – odpowiedział. – Ładny naszyjnik. – Dodał, odwracając się i odchodząc.
- I tyłek też niczego sobie - dodał bojąc się, że aluzja ze zwracaniem uwagi na biżuterię innego mężczyzny nie zostanie dostrzeżona.
Po czym, równie dyskretnie mrugnął do chłopaka i wsunął mu do ręki zawiniątko z adresem swojej kwatery i kluczem do drzwi.

- Nic tu po nas – powiedział Sahir, po czym wróciliśmy do hotelu.
Gdy dotarliśmy na miejsce, w drzwiach przywitał nas Svein.
- Dowiedzieliście się czegoś istotnego? – Spytał Mistrz.
- Wiemy tylko tyle, że ktoś kupił kamień i zniknął.
- To niedobrze. Jeżeli Kryształ opuści miasto, będziemy mieć problemy z jego odnalezieniem.
A czego wy się spodziewaliście? Że wszystkie pradawne artefakty będą w pierwszej odwiedzonej przez was lokacji? Naiwność.
Wiesz, jakbyś była Mary Sue/Garym Stu to pewnie byś miała takie oczekiwania wobec świata.

Jest już późno. Kładźcie się spać.
Pali nam się pod dupą. Zagłada świata wisi na włosku. Wszyscy do łóżek, ale już!

Jutro wznowimy poszukiwania.
Po tych słowach udaliśmy się do łóżek i zasnęliśmy. Nagle usłyszałem, jak ktoś wychodzi z gospody i głośno z nim rozmawia.
Z tym gospodem.
To miło, że po wyjściu z niego zaczął rozmowę, zamiast tradycyjnie wypalić papierosa i zasnąć.

- Wiesz już coś? – powiedział żeński, ciepły głos.
- Jeszcze nie, ale mam cynk, ze drugi kryształ jest w Rosetown. – powiedziała druga osoba.
O, a teraz nawet nie musieli nigdzie iść - informator niejako “przyszedł” do nich. Jak tak dalej pójdzie, kryształy same do nich przyjdą i zapakują się do ozdobnego pudełka jako pamiątka z wycieczki.

Tym razem głos był niski i nieprzyjemny. – Wiem też, że nie tylko my go szukamy. – dodał. Te słowa zmroziły mi krew w żyłach. Nie tylko my staramy się odnaleźć Kryształy. Rozmowa nagle ustała i słyszałem, jak ktoś wchodzi do środka. Tej nocy już nie zasnąłem.
Następnego dnia poinformowałem wszystkich o wczorajszym wydarzeniu. Na wszystkich twarzach malowało się zakłopotanie.
Też bym była zakłopotana, gdybym była głównym bohaterem powieści, a linia fabularna wyłączyła mnie z aktywnego udziału w narracji.

- Ciekawe, kto jeszcze ich szuka. – powiedział Sahir.
- Właśnie – powiedziałem – na razie wiemy, że kryształ ma jakiś Samad.
- A tak właściwie – powiedział Svein – skąd się o tym dowiedzieliście?
- Powiedziała nam pewna kobieta na targowisku.
- A czy widziała twój kryształ i pytała się o niego? – spytał.
Hmm... Może warto by zacząć od nienoszenia tego supertajnego Magicznego Dzyngulca na widoku?
Wiesz, to by było LOGICZNE. Naprawdę oczekujesz logiki po tym opku?
Nie za zbytnio.

- Tak, ale jakie to ma znaczenie?
- Takie, że możemy ją dodać do listy osób szukających kamieni. Ktoś jeszcze się pytał o niego?
- Jeszcze strażnik Dariusz.
- Bardzo źle zrobiliście, opowiadając o Krysztale. Stąd wszyscy o nim wiedzą.
Było puszczać te bachory samopas? No, to teraz masz.

Musimy jak najszybciej znaleźć tego Samada i wyciągnąć od niego kamień, a teraz uważajcie na siebie i nie dajcie się złapać.
Po tej rozmowie udaliśmy się do karczmy na śniadanie.
W hotelu śniadania nie podawali? ^^
Może tam nie było warunków do zejścia na nie.

Gdy tylko weszliśmy do środka, usłyszeliśmy rozmowę o poszukiwaniu kamieni. To oznaczało jedno – wszyscy już wiedzą o ich wielkiej mocy i za wszelka cenę będą chcieli zdobyć je wszystkie.
Ale tak całkiem WSZYSCY? Szwaczki, sprzątaczki i czyściciele latryn też? No ładnie... to się niezły ścisk może zrobić.

- Schowaj go gdzieś – powiedział Mistrz.
- Słucham? – spytałem.
- Kryształ – powiedział szeptem – schowaj go gdzieś.
I nikomu ani trochę nie kojarzy się to z "Władcą Pierścieni".
Tyle że tamci mieli przynajmniej na tyle rozsądku, że rzeczywiście nie trzymali Pierścienia na widoku.

Gdy włożyłem go do najgłębszej kieszeni, do karczmy wszedł Dariusz z jakąś kobietą. Jest ona wysoka, ma długie blond włosy i rozprasza narratora, skoro ten niespodziewanie zmienił czas w zdaniu ma na sobie długą, białą suknie. Od razu nas rozpoznał i się usiedli przy naszym stoliku..
- Znowu się spotykamy – powiedział – co za zbieg okoliczności. Znaleźliście już Samada?
- Nie jeszcze nie – odrzekłem, - pan tez go szuka?
- Tak. Mam do niego pewną sprawę. Wiesz, on miał naszyjnik podobny to twojego. Skąd go masz?
- Nie musi pan wiedzieć wszystkiego – odpowiedziałem z lekką złością.
- Pyskaty jesteś – powiedział – twoi koledzy też nic nie wiedzą?
- Dosyć tego! – odparł Mistrz Svein – wychodzimy!
Bo chamstwa nie zniesę!

W tej chwili Dariusz wyciągnął miecz z pochwy, a jego towarzyszka chwyciła łuk, który miała na plecach
A którego wcześniej nie było ni-chu-chu widać.
Pod sukienką ma pewnie miniaturową armatę.
To prędzej Dariusz. ;)

i zaatakowali nas. Svein wyciągnął włócznię
Z dupy, nie bójmy się tego zauważyć.
Kobieta za to wytoczyła spod halki armatkę, a z kieszeni wyjęła kilka morgensternów. Ponadto okazało się, że dziwne urządzenie, jakie miała wpięte we włosy, to nie steampunkowa spinka tylko miotacz ognia.

i jednym ruchem wytrącił kobiecie broń z dłoni, a drugim powalił strażnika na ziemię.
A trzecim pokonał całe zło świata i jeszcze z rozpędu wprowadził wszędzie demokrację.
A na sam koniec opracował skład nawozu do karczochów.
I ostatecznie zwyciężyło Dobro.

- Gdzie jest twój przyjaciel!? – powiedział Mistrz.
- Niby dlaczego miałbym ci powiedzieć? – odrzekł Dariusz.
- Może dlatego, że mamy nad tobą przewagę, a ty leżysz bezradny na podłodze.
- Ha ha, good point.

- Dobrze, dobrze powiem. Jest on znajduje się on w chwili obecnej w chacie myśliwych na północny zachód od głównej bramy, ale musicie się śpieszyć, bo dziś wieczorem wyrusza do Złotej Valhalli.
Wyrusza dokąd, przepraszam bardzo? A może on sugeruje, że dziś wieczór Samad polegnie chwalebną śmiercią w boju?
No, to ostatnie akurat wcale nie jest takie nieprawdopodobne. Przecież podobno na kryształy dybie już całe miasto - taki wściekły tłum raczej sobie poradzi z małą myśliwską chatką.

- To właśnie chcieliśmy wiedzieć. Idziemy. – powiedział, po czym szybkim truchtem udaliśmy się do wskazanego miejsca.
A tamci tak spokojnie pozwolili im odejść? Ha, nie ma to jak honorowy wróg, który grzecznie i bez protestów uzna swoją przegraną.

Po drodze zauważyłem, że nie ma już straganu staruszki, która miała Kryształ.
Bowiem był to stragan potiomkinowski. A staruszka tak naprawdę była Stirlitzem w przebraniu.

Gdy dotarliśmy na miejsce, Mistrz Svein kazał nam zostać na zewnątrz, twierdząc, że może być niebezpiecznie. Nagle usłyszeliśmy coś w krzakach nieopodal domu.
Jeża jak Byka?
A co innego może się czaić w krzakach, jeśli nie On?

- Czego tutaj szukacie? – wykrzyczała postać, która wyłoniła się z chaszczy, trzymając w oburącz dwa miecze.
*jebs pod biurko* Ani chybi był to gajowy Śiwa, ćwiczący tantryczną szermierkę w leśnych ostępach.
W stopach trzymał po dwa granaty, a o ucho miał zaczepioną kuszę.

- Mistrzu! – zawołała Jasha i po chwili z domku wyszedł Svein, gotowy do walki. Postać z opisu przypominała Samada.
Dziwne... Opis "wysoki, dobrze zbudowany, w czarnym płaszczu" jakoś pomijał kwestię czterech rąk.
Oj tam, kto by się przejmował takimi anatomicznymi detalami.

- Gdzie masz kryształ!? – powiedział Mistrz.
- Powiem ci, ale najpierw będziesz musiał mnie pokonać – odpowiedział Samad.
- Sorry, Winnetou, ale exp sam się nie nabija - dodał widząc zniecierpliwienie czarodzieja.

Svein, nie wiadomo jak, znalazł się tuż za Asassynem
Wait, wait - a skąd tam nagle asasyn?
A skąd tam Cthulhu i karczochy? Przecie wiadomo, że z dupy.

i zwalił go z nóg, ale on szybko wstał zamachnął mieczami, ale nie trafił w swojego przeciwnika, gdyż rączki mu się poplątały ten szybko odskoczył. Obydwoje zadawali wiele ciosów, ale nie ranili się nawzajem.
Tak delikatnie te ciosy zadawali.
Ledwie muskali się końcówkami mieczy – sztuki walki uczył ich pewnie wiedźmin z naszej wcześniejszej analizy...
Toż mówię, że tantryczna szermierka.

Niespodziewanie szyję Samada przeszywa strzała, a on upada martwy na ziemię. Z za chaty wyszła kobieta wysoka, jak towarzyska Dariusza, ale miała ciemne włosy i była ubrana w myśliwskie ubranie.
Boru, nawet narrator tutaj jest boleśnie niestabilny.

- Anika? – powiedział Mistrz z lekkim zdziwieniem – kto by pomyślał, że się jeszcze spotkamy.
- Ja też nie sądziłam, że kiedyś znowu cie zobaczę – odpowiedziała kobieta.
- To wy się znacie? – spytała Jasha.
- Ależ skąd! - odparli równocześnie. - Widzimy się pierwszy raz w życiu.

- Tak – powiedzieli oboje, po czym razem się roześmiali. – Spotkaliśmy się w Akademii Magii – powiedział Mistrz.
- Ale ja postanowiłam uciec z klasztoru i wieść samotne życie.
- Zechciałabyś pomóc nam w ważnej misji? – spytał Svein.
- Dla ciebie wszystko – odpowiedziała Anika. – Więc co to za misja?
Tyle na temat jej samotnego życia.

- Tak jak zawsze, musimy uratować świat o zagłady, czyli nic nowego.
- Kolejna podróż pełna przygód. Nie przegapiłabym takiej okazji – powiedziała, po czym Mistrz zdjął z szyi Samada naszyjnik z Kryształem i mi go podał. Ruszyliśmy w dalszą drogę na północ.
Beztrosko ignorując fakt, że martwy Samad już nie ma jak im powiedzieć, w którą stronę powinni pójść.
_____________
Opko Drugie:

adres: http://literka.info/watek-Pożeracz-Życia-Prochy-Nadziei



PROLOG – W SŁUSZNEJ SPRAWIE

Deszcz padał nieprzerwanie od kilku godzin. Mocząc wszystko, co znajdowało się poza, jakąkolwiek, osłoną.
Kto tylko mógł, ukrył się w domu, ponieważ ulewa znaków interpunkcyjnych była jeszcze gorszą plagą od deszczu żab.

Wiekowe drzewa, kołysały się na wietrze, jak używana huśtawka.
Nowe huśtawki się nie kołyszą. To by wyjaśniało, czemu dzisiejsze dzieci są takie sfrustrowane.
Obawiam się Pisaku, że pomyliłeś drzewa z trzcinami. “Wiekowe drzewa” to te wielkie i potężne - one raczej nie mają gumowego pnia...

Do przodu i do tyłu, do przodu i do tyłu.
I raz, i dwa, i trzy, trzymać tempo! Wichura nie wichura - porządek w przyrodzie musi być!

Kamienie ogromnej warowni drwiły sobie z pogody.
Nie mokły?

Woda ściekała po nich, zmywając kurz i brud, na nich zaległy. Wielkie wrota, większe niż Sekwoja,
Może jeszcze większe niż sama warownia? To by dopiero było cool.
Sekwoja nową miarą wysokości! \m/ Nie ma sensu pytać, po co komukolwiek - poza Sauronem - stumetrowe wrota, prawda?
Żeby zadać szyku?

rozstąpiły się przed jeźdźcem, przemokniętym do suchej nitki. Gdy tylko przekroczył próg, drzwi, zatrzasnęły się za nim, przywołując donośne echo. Jeździec pokręcił głową
Tyle razy im mówił, że trzeba obić wrota barankiem, żeby zamykały się ciszej - jak do ściany. Ech.

i zsiadł z konia. Brązowy ogier, ze srebrną grzywą i czarnymi podkowami,
E... nie powinno być raczej na odwrót?

A także ze złotym rogiem na czole i uroczym znaczkiem na zadzie.

posłusznie podążał za nim. Postać, dokładnie wiedziała, gdzie idzie, mimo tego, że wszędzie było ciemno, jak w jaskini. Koń lekko się poruszył i nie chciał iść dalej.
Nie dziwię się. Dobrze wychowany koń wie, że powinien najpierw trafić do stajni, a nie błąkać się ze swoim jeźdźcem po obcym zamku.
W dodatku po ciemku.

Podróży nie miał pojęcia dlaczego, ale przekonał go kilkoma marchewkami, żeby się ruszył.
A Ty, Czytelniczko/Czytelniku - też zawsze nosisz se sobą trzy kilo marchewek? Ten podróżNy musiał bardzo dostojnie wyglądać z wiechciem natki sterczącym z kieszeni.

Długa belka, podtrzymywana kilkoma prętami, służyła za miejsce, gdzie uwiązuje się konie.
Aha, czyli właściciel budowli lubi, jak mu koniki walą placki na posadzkę. No spoko, są różne gusta.
Hint: miejscem, gdzie uwiązuje się konie jest koniowiąz, który jest - uwaga - belką (pręty są opcjonalne:/). Czyli po zredukowaniu wszystkich niepotrzebnych rzeczy otrzymujemy zdanie: "Koniowiąz".

Dzielne zwierze, nawet nie zarżało, gdy jego właściciel odchodził. Zajadało się marchwią i czekało.
Zatem nie “dzielne” tylko “głupie i żarłoczne”.
A czemu miało rżeć? Chociaż... skoro go jeździec nie rozkulbaczył, nie wytarł, wyszczotkował itd., to owszem - powinien. Tylko że w takim razie zwierzę jest nie "dzielne", a "mało asertywne". ;)

Zakapturzony sięgnął po pochodnię, która wisiała na ścianie. Dotknął jej ręką, a ta, błyskawicznie się zapaliła.
Chyba iskra poszła od tego nadprogramowego przecinka...
Albo to facet był tak napalony.

Czerwony płomień, radośnie podskakiwał, gdy był niesiony.
- Łiii! A teraz na barana!

Cieszył się, że znów żyje i może pokąsać drewno, które go utrzymuje.
Z tej radości aż popiskiwał. o.O
A może to był Calcifer z “Ruchomego zamku Hauru”? Tylko co on by tam robił?

Długie schody, były równo ociosane i przyjemnie się po nich wchodziło na wyższy poziom.
Ja też, kiedy jestem sterana po długiej podróży i przemoknięta do suchej nitki, rozkoszuję się tym, jak zajebiście wchodzi mi się po schodach. No co? Wy tak nie macie?

Jednak trzeba było uważać, wąska trasa, mieściła na sobie tylko jedną osobę i nie miała żadnego oparcia.
No, to rzeczywiście musiało się po nich przyjemnie wchodzić. Brakuje w nich tylko wyskakujących ze stopni teleskopowych sztyletów i poluzowanych desek.

Po ponad stu krokach, dotarli na piętro.
Oni? Facet w międzyczasie rozmnożył się przez pączkowanie?
Oni - facet i jego długa, gorąca pochodnia. Znaczy się, ten płomień, no.

Nie było tu nic ciekawego, parę pochodni, długa obręcz i schody na następny poziom.
Obręcz? Ależ mnie to bardzo ciekawi - co mogła robić obręcz w warowni, i co obejmowała?
Może tam kierat był? Do otwierania tych sekwojowych wrót na przykład? Chociaż nie... to by było sensowne.

Przemoknięty gość, wchodził już na czwarte i lekko dyszał.
To jest warownia czy wieżowiec?
Skoro drzwi mają ponad sto metrów, to cała reszta tez musi być odpowiednio rozbuchana. Hmm... ciekawe, kto tu sobie próbuje zrekompensować inne rozmiary.

Mimo, że stworzone do spokojnego wchodzenia, męczyły, po dłuższym marszu.
Czy tylko ja nie widzę sensu w rozwodzeniu się na temat wchodzenia po schodach?
BTW: jedyne schody, po których przyjemnie się wchodzi, to te ruchome.
I to tylko wtedy, kiedy działają.

Nareszcie dotarł, gdzie planował. Spiralne schody, wprost zapraszały na górę, swymi lampami oliwnymi i obrazami.
I rzadką kolekcją daktylowych chrząszczy z Azerbejdżanu.

Kilka kamyczków spadło i odbiło się od schodów, wywołując niewielki hałas. Mężczyzna zatrzymał się w pół kroku i nasłuchiwał. Usłyszał jedynie ciche mlaskanie konia, który ciągle jadł marchew.
I słyszał go przez cztery piętra?
Widzę, a raczej - słyszę to! Mroczne, ponure zamczysko, dookoła szaleje wichura i ulewa, w ciemnościach kryją posępne korytarze pełne niebezpieczeństw i zasadzek - a w przytłaczającej ciszy niesie się miarowe CIAMK... CIAMK... CIAMK...

[Autor raczy kontynuować swój Traktat o Wchodzeniu po Schodach jeszcze przez dłuższą chwilę. Ciach.]

Wkrótce, schody się skończyły i ukazały długi korytarz, pełen okien, lamp i drzwi.
Ktoś wywalił to wszystko na środku i poszedł sobie?
Ekipa remontowa zawsze zostawia po sobie bajzel.

Na korytarzu panował spokój.
Na zachodzie też bez zmian.

Poza jednym krasnoludem, stojącym przed jednymi z wrót, nie było nikogo widać. Jeździec, wyjął klucze z kieszeni spodni i włożył je do zamka.
A ten krasnolud nie zareagował? To był jakiś odpowiednik naszych krasnali ogrodowych - krasnolud zamkowy?

Najbliższe drzwi, po lewej stronie, stanowiły wejście do małej strażnicy.
Strażnica wewnątrz warowni. Wot, co znaczą piętrowe zabezpieczenia.
Niech zgadnę... wewnątrz strażnicy będzie sejf w sejfie, a w nim samym tajna skrytka!
A w skrytce BŹDZIĄGWA!!!
Trzymająca w pysku... tajemne chujstwo!!!

Tutaj, wszyscy obrońcy, mogli się przebrać, odpocząć, przespać.
A reszta tej gargantuicznej budowli to same pustostany; w dodatku mieszkańcy sami się tam gubili, więc woleli mieszkać na kupie.
Hm, zupełnie jak na moim uniwerku, na wydziale nauk społecznych...

Drewno lekko zaskrzypiało, ale nikt się tym nie przejął.
Drewno z tego powodu zamknęło się w sobie i zapisało się na terapię do psychoanalityka.

Wewnątrz, kamiennego pomieszczenia, siedział młody człowiek, w brązowej koszuli i białych spodniach. Młodzieniec miał najwyżej dwadzieścia lat, krótko obcięte, blond włosy i przypominające niebo, błękitne oczy, z białymi skazami.
Znaczy się, oczy mu bielmem zachodzą. Zaiste, porównanie z niebem bardzo na miejscu. :/

Krzesło, którego używał, było stare, ale solidne.
Gacie, które miał na tyłku, były białe, ale trochę nieświeże.
A korniki w drewnie i wszy łonowe w gaciach były nieliczne, ale żarłoczne.

Na stole stał półmisek z mięsem i kilka talerzy, z owocami. Prócz tego, pełny dzban piwa i wina, butelka wody, cztery kufle i dwie szklanki. W rogu, zaraz przy wejściu, stały dwa wieszaki. Jeden z nich był zajęty, przez dwa płaszcze i dwie czapki.
A także przez dodatkowy przecinek.
Płaszcze, czapki i przecinek warczały głucho na wszystko, co próbowało się zbliżyć do ich wieszaka.

Przemoczone nie mniej, niż ten, należący do przybysza. Na drugim, wisiała tylko jedna, lekko mokra koszula, mocno ubłocona, ale w kilku miejscach, pozostał jeszcze czerwony kolor.
Obawiam się, że suszenie na tego typu szkody nie pomoże. Chyba że właściciel wyznaje zasadę “się wysuszy, się wykruszy”... =.=

Gość, pokręcił głową i podszedł do wieszaka. - Ilekroć przychodzę na wartę, zawsze spotykam cię tutaj. Czy ty zawsze, musisz jeść, kiedy ja tu przychodzę? - Odwiesił płaszcz.
Wieszak zarumienił się i przepraszająco zaszurał nóżkami.

Długie, złote włosy, opadły do pasa i podskoczyły, kilka razy, gdy je złapał.
A potem z wrzaskiem rozpierzchły się na wszystkie strony.
Wieszak z włosami blond? Ludzie, to nie wieszak, to pewnie jakaś modelka!
Nie dziwię się, że zawstydziła się na uwagę o jedzeniu.

Przewrócił, zielone oczy kilka razy i cicho westchnął.
Przy wejściu stało kilka par różnokolorowych oczu. Ich przewracanie było tamtejszym odpowiednikiem podbijania karty w fabryce.

Starał się jak mógł, by ten warkocz przetrwał dłużej, niż jeden dzień, a on rozpadł się dużo wcześniej.
Podpowiem z własnego doświadczenia: pomaga związanie go na końcu. ;)
A jak się go naprawdę mocno splecie, to może dość długo wytrzymać, serio serio. Tylko poćwiczyć trzeba.

Odgarnął włosy z czoła, i zaciągnął je za długie, szpiczaste uszy. Ściągnął szarą bluzę i podszedł do skrzyni. Nie miał nawet jednego włoska na całym torsie.
O fuuu... Ale ciekawe: ogolony, wyłysiały czy nieletni?

W oku młodzieńca pojawił się błysk zazdrości i zaskoczenia.
Sam sobie zazdrościł tej permanentnej depilacji?
(Mam nadzieję, że to rzeczywiście depilacja, a nie grawitacja ściągająca mu wszystkie włosy na nogi.)

Kufer, nie wyróżniał się zbytnio. Ciemne drewno i szary metal, nic specjalnego. Otworzył go kluczem, który miał na obręczy,
Tej obręczy z pierwszego piętra?
Ha, wreszcie się wyjaśniło, po co ona tam była!

i wyciągnął białą koszulę, niedawno praną. Założył ją na siebie i pokręcił ramionami, żeby się dobrze ułożyła.
No tak. Faceci. Założenie świeżej koszuli jest zupełnie wystarczającą czynnością higieniczną po długiej podróży.

Zasiadł do stołu i sięgnął po jabłko. Delikatnie ugryzł, a soczysty miąsz, wpadł wprost, pod jego zęby.
ಠ_ಠ
Aaaaa, jabłko - pułapka! Zamiast poczciwego miąższu miało w sobie krwiożerczy miąsz, który go pewnie udusi tak jak Królewnę Śnieżkę!
Ale jak "pod zęby" - w dziąsła mu się wwiercił?
No. I zrobił tam takie wieeeeelkie dziury i doprowadził do śmiertelnego krwotoku! Czytelnicy, strzeżcie się jabłek z miąSZem!


31 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Genialna ta analiza! Śmiechnęłam sobie dużo razy, poważniejszych chichotów też nie brakowało. Jak się dostaje coś takiego, to się za potteropkami nie tęskni.
Czekam na krwotok spod zębów z niecierpliwością :)

Anonimowy pisze...

Ha, pierwsza! Super analiza! Cieszę się z powrotu Jeża jak Byka...

Anonimowy pisze...

"W hotelu tym była oczywiście bieżąca, gorąca woda, elektryczność i inne takie."

Wi-Fi zapewne też Było. Straszne zaniedbaniem ze strony hotelu było by, gdyby bohaterowie podczas niebezpiecznej podróży nie mogliby napisać na fejsbuczku, jakiego nowego skilla się nauczyli~

Anonimowy pisze...

Cudna analiza!Co zdanie to perełka!
Ubawiłam się setnie, dziękuję i Jeża Byka w różki całuję.
Chomik

Anonimowy pisze...

Boru, a ja właśnie sobie jabłuszka chrupię... Ale żyję, tym razem miałam szczęście (;

Analiza genialna, od dłuższego czasu macie rękę do naprawdę niesamowitych opek. To pierwsze o Wielkiej Wyprawie to aż mam ochotę czytać dalej, takie toto pocieszne jest xD

Yaoja.

Nefariel pisze...

Ukwikałam się. Szczególnie przy expach z pierwszej analizy. A w tym drugim opku zanosiło się na jakieś yaoi, czy to tylko moja rozbudzona wyobraźnia?

Aha - skoro gawiedź zachęciła Was do analizy opek o Harrym, to ja spróbuję nieśmiało poprosić o coś narutowego...

Hasło to obblati. Obblati, obblata!

Paviczek bez nożyczek pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Serenity pisze...

Podróży nie miał pojęcia dlaczego, ale przekonał go kilkoma marchewkami, żeby się ruszył.
A Ty, Czytelniczko/Czytelniku - też zawsze nosisz se sobą trzy kilo marchewek? Ten podróżNy musiał bardzo dostojnie wyglądać z wiechciem natki sterczącym z kieszeni.

A może te marchewki rosną w tejże warowni? ^^

Kod: anting - bo wy zawsze jesteście anty: antyopkowe, antymarysójkowe i antyałtoreczkowe :D

Anonimowy pisze...

Tantryczna szermierka... Piękne! Właśnie wyobraziłam sobie pojedynek Obi-Wana i Dartha Maula w stylu tantrycznej szermierki.

Dżem Malinowy

Jeż jak Byk pisze...

*dumny ze swojego epizodu*

Anonimowy pisze...

Miałyście już mnóstwo świetnych analiz, ale to, co tu prezentujecie to pierwsza klasa! Przez całą analizę nie mogłam przestać się śmiać! Jabłka z agresywnym miąszem mnie ómarły!

Cieszę sie z Pottera.
*szczerzy zęby*

*fika koziołki*

*JEBS*

Ekhem, wracając do tematu: jeszcze dwie rzeczy: ostatnio widziałam jeża...

Hasło mam,,masakar".
Każde opko któte tu jest umieszczone(i dzięki Boru zanalizowane) to istna masakara. Masakra, znaczy się.

Gogi

jasza pisze...

Tak wczoraj mnie naszło na rozmyślanie, dlaczego analizy PLUSa są rewelacyjne. Efekt bicia się z myślami - bo doprowadzacie do absurdu te opętańcze teksty. To jeden z przykładów:

Mężczyzna zatrzymał się w pół kroku i nasłuchiwał. Usłyszał jedynie ciche mlaskanie konia, który ciągle jadł marchew.
> I słyszał go przez cztery piętra?
>> Widzę, a raczej - słyszę to! Mroczne, ponure zamczysko, dookoła szaleje wichura i ulewa, w ciemnościach kryją posępne korytarze pełne niebezpieczeństw i zasadzek - a w przytłaczającej ciszy niesie się miarowe CIAMK... CIAMK... CIAMK...

No właśnie.

Anonimowy pisze...

Śmiałam się jak głupia, szczególnie przy drugim opku. Jak ja uwielbiam wasze analizy. Odpowiednie na poprawę humoru.

Hasło: presse (bardzo o analizę z Naruto?)

Anka aka Eowyn pisze...

Cudna analiza, jak zwykke zresztą. Mnie też najbardziej podobało się zdobywanie expa z pierwszego opka.

A ja mam taką malutką próśbkę do was: co byście powiedziały na opko LotRowe? Bo daaawno nie było. Jak coś takiego znajdę, to podrzucę.

A hasło mam misiveni. Hmm... my siwiejemy od tych opek?

Anonimowy pisze...

"Miał na sobie czarny płaszcz i kaptur na głowie. Nigdy wcześniej go tu nie wiedziałam. Wyglądał, jakby pochodził z 'konwentu satanistów' pustyni, ale nie jestem pewna.
Też nie jestem pewna. Nie wydaje mi się, aby czarny płaszcz był idealnym strojem na pustynię."
" jednym ruchem wytrącił kobiecie broń z dłoni, a drugim powalił strażnika na ziemię.
A trzecim pokonał całe zło świata i jeszcze z rozpędu wprowadził wszędzie demokrację.
A na sam koniec opracował skład nawozu do karczochów.
I ostatecznie zwyciężyło Dobro."
"Svein, nie wiadomo jak, znalazł się tuż za Asassynem
Wait, wait - a skąd tam nagle asasyn?
A skąd tam Cthulhu i karczochy? Przecie wiadomo, że z dupy."
"Długie schody, były równo ociosane i przyjemnie się po nich wchodziło na wyższy poziom.
Ja też, kiedy jestem sterana po długiej podróży i przemoknięta do suchej nitki, rozkoszuję się tym, jak zajebiście wchodzi mi się po schodach. No co? Wy tak nie macie?"
Te fragmenty mnie Ómarły;)
Niektórzy ludzie nie powinni dotykać klawiatuy, naprawdę...;P
Csaptcha: ticasi. Tak, odjadę moim Tico na farmę i zacznę hodować kaczochy;>
Pozdrawiam
Janet

Anonimowy pisze...

Setniem się ubawił, czytając analizę. Z Pottera się bardzo cieszę, ale, ale... czy nie czujecie chęci na zanalizowanie opka HP, w którym główną boCHaterką jest nie kto inny, a córka Bellatrix Lestrange? Jeśli tak, to jest ono pod adresem http://corka-azkabanu.blog.onet.pl/
Wprawdzie aŁtorka nad ortografią się nie znęca, ale opko jest cudownie kiczowate i rozkosznie przesłodzone. Polecam serdecznie.

Anonimowy pisze...

Popieram pomysł z opkiem o Dianie Lestrange. Wiecie, tak sobie teraz siedzę owinięta szlafrokiem i rozmyślam o Jeżu. Może niekoniecznie mądrze, ale fantazyjnie przyszło mi do głowy, że:
Jeż+Byk+Snape+Jedwab=LOOOOOL Onnuecgafjdskssdawwjgxswggdsa. HEHEHEHEE. KURWA.PRZEPRASZAM.

Anonimowy pisze...

Ekhem. Już się ogarnęłam. Jeszcze raz przepraszam.
Gogi

Anonimowy pisze...

Hahahahahahahahahahahahahahaha.Tak mniej więcej wyglądała moja reakcja na analizę. Pobudziłam sąsiadów, walą szczotką w sufit...

Pozdrowienia dla Gogi. Chcesz numer do psychiatry?

Lestrange?
Jestem ZA!!!1!

No żesz akurat jabłuszka wchrzaniałam w najlepsze...

Cast pisze...

Uhu, uwaga! Może i to nie na temat tej analizy, ale prawie spadłam z krzesła gdy na to wpadłam. Cytat z Eragona:
"Natura nigdy nie zdołałaby do tego stopnia wygładzić kamienia. Jego nieskazitelna powierzchnia miała barwę ciemnego błękitu, przecinanego delikatną siatką białych żyłek. W dotyku kamień był zimny i śliski niczym stwardniały jedwab."
:D

Dołączam do rozwścieczonej tłuszczy (co już właściwie zrobiłam tydzień temu, ale ćśś.): Pottera! Albo Naruto! Albo po prostu jakiegoś fanfika, takie całkiem wymyślone opowiadania nigdy im nie dorównują ^^

Anonimowy pisze...

Kocham wasze analizy, ale naprawdę brakuje mi jakiś fanficków. Popieram koleżankę nade mną w tej kwestii).
Może być HP, ale podrzucam wam kilka dziwactw Naruto. Zajrzyjcie może coś was natchnie (Ominęłam Sakurę, dośc mam już Sakury):

http://tenten-i-neji.blog.onet.pl ("Tu szalały bandy, wszędzie było pełno bójek." -śmieszy mnie to zdanie)

http://tenten-love-neji.blog.onet.pl/

http://konoha-in-love.blog.onet.pl/

http://www.senpuu.net/?102 (czytałam to dawno temu, wstęp zachwyca: Jeżeli masz zamiar to przeczytać, to uzbroj się w cierpliwość. To może okazać się najgłupszą rzeczą jaką kiedykolwiek czytałeś[aś]. Typowa telenowela rodem prosto z Brazylii. To jest prawie cała historia, kiedyś doczekacie się zakończenia^^)

http://www.fanfiction.net/s/4654690/1/Klan_Uzumaki (troszkę o kimś innym)

http://www.senpuu.net/?119

Dobra już więcej Was nie męczę. Pamiętajcie, że Was uwielbiam.

Wasza TartaraK

Anonimowy pisze...

I jeszcze to:
http://www.senpuu.net/?82 -w dziale fanfick tej strony są dalsze części, ciężko się to czyta, oj ciężko.

Hasło: procyc (musiałam napisać, może to o Tsunade?)

Anonimowy pisze...

Ubiję Was dziewczyny. Odkryłam tę stronę trzy tygodnie temu. Nie przeczytałam wiele, ale bardzo mi się spodobało, to co robicie. Jednak dzisiaj, niepomna na ostrzeżenia innych czytelników, zasiadłam do komputera z jabłuszkami. No i stało się. Ze śmiechu się zakrztusiłam. Dobrze, że moja przyjaciółka z którą mieszkam była w domu. Zakrztusiłam się, zrobiłam fioletowa i zemdlałam, odratowali mnie w szpitalu...

Co do analizy- świetna!
Popieram pomysł z Potterem, albo z Naruto.
Ale już NIGDY NIE BĘDĘ JADŁA JABŁUSZEK!!!11!

Anonimowy pisze...

A ja mam dość Pottera a ZWŁASZCZA tych wszystkich japońskich niewydarzeństw:-( I wiem,że na pewno istnieją jeszcze jacyś inni czytelnicy, którzy moje zdanie poprą- te opka SF/fantasy są lepsze, choćby z tego jednego powodu,ze nie wiem-tak od pierwszego zdania- co się w nich wydarzy.No i musi być jakiś płodozmian w naturze:-(

Dzidka pisze...

Boru jaśnisty, jesteście jedyne :D
Płomień robiący łiiii to mój faworyt tym razem :D Ale dość mocno ubił mnie także mlaskający koń! Czy Pisak słyszał kiedykolwiek, jak je koń?! I to jeszcze twardą marchew?!

:D

Anonimowy pisze...

Hmmm... Jedno co mnie zastanawia to to, że najpierw trójka bacho... tfu, wybitnie uzdolnionych młodych ludzi bez najmniejszego problemu rozwala Cthulhu a gdy przychodzi do walki z CZŁOWIEKIEM, ich mistrz i jakaś obca baba muszą im skórę ratować. Umiejętności nagle pozapominali? Czy po prostu na statku takiego bonusa, coby przejść tutorial.
Hasło: potionte - bo drugie opko rozumiałam piąte przez dziesiąte.

Buuka

Anonimowy pisze...

CIAMK...

CIAMK...

CIAMK...

Anonimowy pisze...

Domyślam się, że bardzo nie lubicie komentarzy w stylu "ej luknijcie na to opko", ale w tym akurat jest coś, czegoście chyba jeszcze nie przerabiały: kucyponki!

http://trahall.deviantart.com/art/Nastolatek-cz1-Pojawienie-sie-Gaji-270217839

Wilcza Jagoda pisze...

No i znowu się uhahałam :D
Opka nie muszą być fanfikami, żeby były zabawne - wystarczy, że do bólu powtarzają utarte schematy (np. gier albo filmów akcji) - i już się czujemy swojsko :D

Anonimowy pisze...

Panie Analizatorki, zapominacie o dodawaniu linków do poprzednich analiz.

Anonimowy pisze...

"Aha, czyli właściciel budowli lubi, jak mu koniki walą placki na posadzkę."

Ja w sprawie technikaliów, tj. technicznych aspektów różnych fekaliów: konie jako żywo nie produkują placków tylko jabłka. Po placki zapraszam do krowy.