piątek, 9 września 2011

Odchudzanie w trybie instant, czyli pluszowy upiór w blogasku

Witajcie!

Po pierwsze, przepraszamy za spóźnienie - mamy nadzieję, że wybaczycie nam lekką obsuwę. ;)
Po drugie - dziś na Niezatapialnej Armadzie Kolonasa Waazona druga część analizy opka o Sakurze wśród piratów - zapraszamy: KLIK
I wreszcie po trzecie - zapraszamy do lektury analizy obiecanego “upiornego blogaska” - innymi słowy: opka, w którym dwie Marysie Zuzanny przenoszą się do świata Upiora z opery - aŁtoreczka oszczędziła jednak książkę i zmaltretowała film z 2004 roku, powstały na podstawie musicalu Andrew Lloyda Webbera. Z jakim skutkiem? Przeczytajcie sami...
(Dla podratowania zdrowych zmysłów naszych Czytelników wybrałyśmy w tym tygodniu opko lekkie, przyjemne i nie obezwładniające kretynizmem - co jednak nie znaczy, że dobre!)
Indżojcie!

Adres blogaska: http://phantom-of-the-opera.mylog.pl/

Zanalizowały: Kalevatar i Pigmejka



Christie - Christine Daaé

Osiemnastoletnia brunetka o orzechowych oczach.
W rzeczywistości nazywa się Christine Thompson.
Znaczy - tylko podszywa się pod córkę tego znanego skrzypka?

O wczesnego dzieciństwa wielka miłośniczka „Upiora w operze”.
Zamiast elementarza czytała powieść Gastona Leroux?
Od dziecka zaczytuje się w powieści, w której będzie grała główną rolę.

Marzycielka, która potrafi twardo stąpać po ziemi.
Spokojna, ale czasami jej wściekłość nie zna granic.
Inteligentna, chociaż zdarza jej się popełniać wyjątkowo głupie błędy.
Samodzielna, jednak zdarza jej się bardzo potrzebować czyjegoś wsparcia i opieki.
Lojalna przyjaciółka, lecz czasem postąpi wbrew życzeniom najbliższych, zawsze mając na względzie ich dobro.
Pozytywnie nastawiona do ludzi, potrafi jednak odgryźć się złośliwie i obdarzyć przeciwnika ciętą ripostą.
Rozważna, jednak i jej zdarza się postępować lekkomyślnie.
Taaa, a jej drugie imię to Antylogia.
A trzecie Nie Mam Pojęcia Jak Stworzyć Spójny Charakter Postaci.

Nie cierpi… głównie postaci filmowego i książkowego Raoula, a także – zdecydowanie nie przepada za tym prawdziwym.
Czy tylko ja mam wrażenie, że ktoś tu miesza rzeczywistość z fikcją - i to na bardzo wielu poziomach?

Uwielbia… śpiewać oraz słuchać Głosu, który wciąż jej towarzyszy.
Bez GPSu czuje się jak bez ręki.
Takie rzeczy prowadzą na stos... albo w podziemia opery, w których czaił się zaborczy psychopata.

Odnosząca sukcesy pisarka, która kryje się pod pseudonimem głównie ze względu na rodzinę, która nie pochwala uprawianego przez nią gatunku – romansu z dużą dozą innych dodatków.
Ach, to tak się teraz określa literaturę pornograficzną?
Slash z elementami incestu. ;) (© Caitlin)

Marzy o ostatecznym upewnieniu się, że nie zwariowała i Głos istnieje naprawdę – że jest Aniołem Muzyki, Upiorem Opery albo po prostu… Erikiem.
Na jej miejscu bym się raczej upewniła, czy nie zapomniałam o przepisanej dawce różowych tabletek...
Pierwszy raz spotykam się z marzeniami o wizycie u psychiatry. Cóż, niektórym niewiele trzeba do szczęścia.

Meggie – Meg Giry

Osiemnastoletnia blondynka o szaro-zielono-niebieskich oczach.
Taki kolor się nazywa “barwa wody z kałuży”.

W rzeczywistości nazywa się Megan Gordon.
Jakoś mnie to nie dziwi. Zwłaszcza, że prawdziwa Giry to była “wątła dziewczynka o kruczych włosach, ciemnej cerze i bystrych oczach”.
Cicho tam, film z 2004 roku jest jedynym słusznym kanonem.
Fakt, kto by się tam przejmował opisami z książki... Głupia ja.

Podobnie, jak Christine, miłośniczka historii „Upiora w operze” – głównie musicalu.
To rzeczywiście, miłośniczka jak jasny gwint. Zwłaszcza, że wszelakich adaptacji - filmowych, telewizyjnych, scenicznych, radiowych itp. było W CHOLERĘ I JESZCZE TROCHĘ.
Autorka zapomniała dodać, że wcale nie chodzi jej o musical, tylko o wyżej wspomniany film. Tak, ten, w którym Upiora gra Gerard "This is SPARTAAAA!!!" Butler.

Twardo stąpająca po ziemi marzycielka.
Bogobojna satanistka.

Impulsywna i dosyć łatwo wpada w złość, ale czasem potrafi być oazą spokoju.
Jest bardzo inteligentna, ale i w jej zachowaniu pojawia się wiele głupich błędów.
Zdecydowanie samodzielna.
Nie lubi okazywać słabości, ale czasem przyjmuje wsparcie i pomoc od bliskich.
Lojalna przyjaciółka, ale nie zawaha się postąpić dokładnie na przekór bliskim, jeśli czuje, że wyjdzie im to na dobre.
Bywa dosyć negatywnie nastawiona do świata, a kiedy indziej – tryska radością.
Złośliwa, zgryźliwa, trochę cyniczna. Ludzie często obawiają się jej ciętego humoru.
O, następna z osobowością wieloraką.
Proszę wskazać 5 różnic pomiędzy charakterem jej i Christine.

Nie cierpi… wielu rzeczy, między innymi również Raoula, którego uważa za mięczaka pierwszej wody.
Bo tylko ryzykował życie, by uratować ukochaną, prawda. Co to jest, pfff.
Oj no bo nie próbował jej lirycznie ukatrupić i nie przesiadywał w mrocznych kazamatach, snując złowrogie plany, no.

Uwielbia… też śpiewać. Pić herbatę z melisą. Zajadać się czekoladą (podobnie, jak Christie), Jeść kiszone ogórki – może być nawet do wszystkiego.
Do tej czekolady będą zwłaszcza mniam.
Baletnica zajadająca się czekoladą. Ależ oczywiście, że przyjmuję to bez zastrzeżeń!

Też pisze, chociaż jest głównym krytykiem twórczości Christine. Czepia się najdrobniejszych szczegółów – zazwyczaj słusznie.
O, to tak jak my! :)

Marzy o… - tylko ona sama wie, o czym marzy.
O, Narrator Nieuświadomiony - witamy!

Chyba też o tym, żeby spotkać na swojej drodze bohatera romansów, które czyta i pisze…
Czyli Erika. Cóż, nie powiem, spojrzenie ma bardzo ponętne.

Madame Giry

Wyjątkowo tajemnicza kobieta. Zajmuje się baletem w Opera Populaire – uczy tancerki, tworzy choreografię itp.
Książki ssą, jak widać. Bo prawdziwa madame Giry miała nieco inną funkcję...
Prawdziwa, no weź.
Ja wiem, znów się czepiam.

Poza tym, najwyraźniej zna wiele tajemnic Opery – w jakiś sposób znalazła przejście na strychu prowadzące do dwudziestego pierwszego wieku.
Mało tego: otwiera szafę - a tam Narnia.
Strach pomyśleć, co znajdzie, jak zejdzie do piwnicy...

Także tylko ona wie, jakie niebezpieczeństwo grozi Meg i Christine.
Rozrost dupy spowodowany przedawkowaniem czekolady?


Jason Fielding – markiz Wakefield
Dla porządku wspomnijmy, że AŁtoreczki wyrwały go żywcem z romansidła pt. "Na zawsze" autorstwa Judith McNaught - do czego zresztą radośnie się przyznają.

Dwudziestosześcioletni brunet o zielonych oczach.
Przez takie opisy ciągle mam wizualizacje samobieżnych czupryn z oczami łypiącymi spod grzywek...

Przyjaciel i powiernik tajemnic Madame Giry.
Jeden z głównych Patronów Opery – jest bardzo bogaty i należy do Towarzystwa.
Ma duże powodzenie u płci przeciwnej, co czyni go raczej pewnym siebie – nawet zdarza się, że zadufanym w sobie.
A czasami, o zgrozo, zarozumiałym, by nie powiedzieć - pyszałkowatym.

****

Wszystko zaczęło się od tego, że postanowiłyśmy razem z Meg uniezależnić się od naszych rodziców… Fakt, iż po ukończeniu osiemnastego roku życia stałam się prawną właścicielką spadku po babci – dużego mieszkania w dawnej arystokratycznej rezydencji w Mayfair – zdawał nam się to maksymalnie ułatwiać.
I teraz zagwozdka: czy boCHaterce chodzi o dzielnicę w Westminsterze? O Mayfair w Calgary? O to w Saskatoon? Na przedmieściach Johannesburga? Na przedmieściach Hastings w Nowej Zelandii? O Mayfair w Kaliforni? O inne Mayfair w Kaliforni? O Mayfair w Waszyngtonie? W Pennsylvanii? A może o to w Chicago?
Cóż, ta aŁtoreczka przynajmniej była na tyle łaskawa, żeby nie ukatrupiać rodziców: zadowoliła się spadkiem po babci.

Pieniądze nie stanowiły problemu – udało nam się go rozwiązać już wcześniej – w raczej niekonwencjonalny sposób.
Czy tylko ja mam w tym momencie takie skojarzenia?
Obawiam się, że ten sposób jest niestety dość konwencjonany. Co innego, gdyby umiały wyprząść złoto ze słomy...

Pracowicie remontowałyśmy przez czas aż do wakacji każdy zakamarek naszego przyszłego domu.
I na co to wszystko?
By spędzić tam aż jeden wieczór.
Może nie doszłoby do tego wszystkiego, gdybyśmy nie miały tak na imię – Christine i Meg. Albo – gdybyśmy tak bardzo nie uwielbiały musicalu Andrew Lloyda Webera „Upiór w operze”.
FILMU, a nie musicalu. (Taaaak, wiem, powtarzamy się...)

A może było to zależne właśnie od tego, że zamieszkałyśmy w tym, a nie w innym miejscu?
Chociaż chyba najbardziej prawdopodobne, że powodem całej sytuacji była nasza odwieczna niechęć do zakończenia tej tragicznej historii i przyzwyczajenie do zastanawiania się „co by było, gdyby”…
...gdyby spuścić po brzytwie Raoula i zaakceptować Erika jako jedynego słusznego Tru Loffa? No jak to co? Upiór odkryłby swoją głęboko skrywaną naturę pluszowego misia-tulisia, całowałby was w czółka i smażył naleśniki. I pisałby muzykę do Domowego Przedszkola.

To wszystko jednak nie ma już znaczenia. Stało się i już. Pozostało nam działać – wziąć swój – i jednocześnie wszystkich bohaterów tej historii – los w swoje ręce…
Taaaak... I to jest chyba odpowiedni moment na to, żeby zacząć się bać.
Fandomy nie znają kataklizmu większego niż aŁtoreczki, które zacierają ręce i mówią "No, zaraz wszystko ustawię tak, jak powinno być".

Rozdział 1 - Christine
Kto nie umie daleko spoglądać, ten blisko ma kłopoty
~ Konfucjusz
Kto nie umie dobrze pisać, ten spotyka analizatorów.
~Pigmejka
Kto wrzuca cytat z Konfucjusza jako motto do blogaska?
~Kalevatar


Położyłyśmy się spać późno – po ustawieniu ostatnich niezbędnych rzeczy na ich miejsca i obejrzeniu oraz dogłębnym skomentowaniu „Upiora w Operze”. Jak zwykle, zastanawiałyśmy się, dlaczego ta historia przebiegła w ten sposób i jak mogłaby wyglądać, gdyby to od nas zależało.
Geeeeez, i one tak codziennie, dwadzieścia minut dziennie? Zapętliło je, czy co?!
No wiesz, fantazje erotyczne zazwyczaj snuje się przed zaśnięciem.

Racula nie potrafiłyśmy ścierpieć obie.
Co ona ma to Boru ducha winnej polskiej wsi? No, chyba, że chodziło jej o rucolę... Choć doprawy nie wiem, co jej to biedne warzywko mogło uczynić.
A może to o Dracula chodziło?

Ostatecznie doszłyśmy do wniosku, że był zniewieściałym egoistą, kretynem najgorszego gatunku i poza tym – w porównaniu z Erikiem wyglądał jak brzydka baba o niemytych od miesiąca włosach.
Zaiste SZPETNY. Tylko że problem polega na tym, że Gerard Butler był (parafrazując dowcip o Misiu Koralgolu) jedyną (ładną) pizdą wśród Upiorów. Pozostali wyglądali na przykład TAK. Albo TAK a nawet TAK! Mniej przerażający Erik też nie był chyba zbyt tulaśny: o, PROSZĘ.
Oj bo ty się tu wpierdzielasz z konkretem pomiędzy rozważania o Tru Loffie.

Kiedy już jednak obie położyłyśmy się spać w naszych sypialniach, okazało się, że zabawa dopiero się rozpoczęła…
No tak, zabawa bardzo często zaczyna się w sypialni.

***

- Christine, wstawaj! – mocne szturchnięcie i czyjś zniecierpliwiony głos zbudził mnie z błogosławionego snu. (...) Dłuższy czas zajęło mi otrzeźwienie, zorientowanie się, że jestem w swoim pokoju, we własnym, nowym mieszkaniu i… zauważenie wysokiej kobiety w ciemnej sukni, mierzącej mnie surowym spojrzeniem.
Od razu wróciłam do rzeczywistości. W zdumiewającym tempie wstałam i zaatakowałam ją:
Kopa pod kolano, pięścią w nos, a gdy padła na podłogę, jeszcze kilka kopów w nerki i fatality krzesłem.
No ale brawo za rozsądną reakcję.

- Kim pani jest i czego chce?!
Buu... A już liczyłam na rękoczyny.
Albo chociaż gaz łzawiący... nuda.

Była prawie mojego wzrostu, ale nie bardzo mogłam dostrzec rysy jej twarzy, bo zasłoniłam sobą najlepsze światło lampki.
I zostało tylko to gorsze światło? Och jak mi przykro...

Kobieta nie zadała sobie trudu, by mi odpowiedzieć. (...) Na wszelki wypadek wzięłam do ręki ciężką książkę ze swojego nocnego stolika. (...) uznałam, że w razie potrzeby wystarczy mi za prowizoryczną broń.
Kobieta zauważyła mój ruch i skomentowała go raczej zmęczonym głosem:
- Christine, nie wygłupiaj się. Lepiej zacznij pakować najważniejsze rzeczy…
Nie zdążyłam jej dać riposty,
A trzymałam ją na nocnej szafce, owiniętą w kolorowy papier i przewiązaną tasiemką.

bo w tym momencie do mojej sypialni wpadła jak burza, z kijem do krykieta przygotowanym do ataku, wciąż jeszcze półprzytomna Meg.
Po co im w nowym domu kij do krykieta?

- Co tu się dzieje?! – chociaż wydawała się być jeszcze nie do końca obudzona, zabrzmiała prawie niebezpiecznie.
Taaaa, jak TEN kotek.
Co chcesz, to "Ooo lolololol" brzmi bardzo złowrogo.

Obca znów, zamiast odpowiedzieć, westchnęła ciężko. (...)
- Megan, zamiast tracić czas na grę krykieta lepiej spakuj swoją torbę podróżną…
W tym momencie światło mojej lampki bardzo wyraźnie oświetliło jej twarz. Oniemiałam, bo zorientowałam się, skąd ją znam. Meggie wstrzymała oddech na dłuższą chwilę, co zdołałam rozpoznać po jej minie.
A konkretniej, po sinozielonym kolorze tejże miny.

- Madame Giry! – krzyknęłam, kiedy w mojej głowie odsunęła się odpowiednia szufladka. Kobieta wyglądała dokładnie tak, jak Miranda Richardson w roli Madame Giry z „Upiora”…
*najmniejsze zdziwienie świata*

Przez chwilę zastanawiałam się, czy przypadkiem nie dręczą mnie dziwne omamy spowodowane zbyt częstym i intensywnym oglądaniem musicalu… A jednak, nie wyglądała na niematerialną zjawę.
One nigdy się takie nie wydają, te zjawy. Tylko potem trzeba nosić taki zmyślny kaftanik...

Czy naprawdę miałyśmy do czynienia z MADAME GIRY?!
Cóż, nie dane nam było długo się nad tym zastanawiać, bo nagle wyciągnęła z mojej garderoby dwie duże torby (...) Otworzyła je i zaczęła do nich wrzucać poukładane na półkach ubrania.(...)
- Musicie stąd uciekać. Grozi wam poważne niebezpieczeństwo…
Hmm... Może madame Giry dostała greps o tych sierpniowych zamieszkach w Londynie? Choć w Westminsterze chyba nic się nie działo...

Obie z Meg stanęłyśmy za jej plecami i z głupimi minami patrzyłyśmy to na nią, to na siebie nawzajem. Czy przypadkiem nie miałyśmy do czynienia z jakąś wariatką?
Nuuuuu, na pewno wszystkie jesteście zdrowe. Tak tak.

Odwróciła się i z naszych twarzy wyczytała, co nam chodzi po głowie. Zauważyłam, że westchnęła ciężko.
- Jesteście Christine Daaé i Meg Giry! Nie widzicie?! Christine Daaé i Meg Giry! Możecie być bezpieczne tylko tam… Nie mogę wam teraz nic więcej wyjaśnić, nie ma na to czasu…
Yabba dabba dabba, pędzą konie po betonie, musicie przenieść się do świata "Upiora w operze", tylko nie mam pojęcia czemu! Happa siupa siupa...
Kurde no, ja też tak chcę! *siada i uparcie czeka na przybycie Aragorna, wyglądającego jak Viggo Mortensen*
To już nie Wiking? Nastąpiła jakaś detronizacja? :>
Wiking też może być, zawsze i wszędzie.

Jedno porozumiewawcze spojrzenie i głośny wybuch śmiechu. Miałam ochotę tarzać się po podłodze, tak bardzo śmiech rozbrzmiewał w moim wnętrzu.
Ja bym się raczej zmartwiła, jakby mi jelito zaczęło chichotać...
Może ona ma na brzuchu jakieś rezonatory, tak jak żaby przy pysku?

Szybko jednak przywróciła nas na ziemię poważna mina „Madame Giry”.
- Nie wierzycie?! – tym razem zapytała prawie ze wzgardą dla naszej „ignorancji”. – No to zobaczcie…
Odsunęła ubrania na wieszakach mojej garderoby. Za nimi, zamiast pustej ściany były… duże, stare, drewniane drzwi.
Ojapierdziu, NARNIA.

Szczęka opadła mi z wrażenia. Nie tylko mnie, Meggie też.
Drzwi otworzyły się po popchnięciu Madame.
Ej, to było niegrzeczne, tak popychać obcą kobietę!
Złe, złe drzwi! Nie będzie oliwienia zawiasów!

W tym momencie ukazały nam się wąskie, zakręcane do góry, kamienne schodki.
(...)
- A teraz nie marudźcie, naprawdę trzeba spakować wasze najpotrzebniejsze rzeczy…
Nie dała nam za bardzo wyboru, bo kontynuowała wrzucanie naszych ubrań do toreb.
Wybór pod tytułem "Jedna zagaduje wariatkę, a druga dzwoni po policję" też został wykreślony ze scenariusza - wprawną ręką Imperatywu Narracyjnego.

Obie chciałyśmy zobaczyć, co czeka na nas na szczycie schodów, ale bojąc się, że „Madame” mówi prawdę i że kiedy na nie wejdziemy możemy już nie mieć możliwości powrotu, zabrałyśmy się do roboty.(...)
Na pierwszy ogień poszły moje ulubione książki oraz wszystkie rękopisy – te dopiero rozpoczęte i te skończone.
Za chwilę na zawsze przeniesiesz się do alternatywnej rzeczywistości? ZABIERZ ZE SOBĄ SWOJE BLOGASKI!!!!!!!111!!1

Nie mogłam przecież nie dorzucić do tego także własnej, niedawno wydanej powieści. Byłam zbyt dumna ze swojego bestsellera.
Paczcie państwo, co za młodociany Dukaj w spódnicy.

Chwilę później, pod wpływem impulsu, dodałam DVD z „Upiorem w operze” oraz iPoda ze wszystkimi ulubionymi piosenkami. Do tego… baterie słoneczne, mini odtwarzacz DVD, telefon komórkowy, kosmetyki i przybory toaletowe, mały album ze zdjęciami rodziny i przyjaciół oraz wiele innych, ważnych dla mnie ze względów praktycznych i sentymentalnych, drobiazgów. Nie zapomniałam o dokumentach, kluczach, wyciągach bankowych, kartach płatniczych. W końcu nie miałyśmy pojęcia, gdzie znajdziemy się po wejściu na schody…
Czyli zabrała ze sobą absolutnie wszystko, co nijak nie przyda jej się w XIX wieku. Zwłaszcza te karty płatnicze brzmią bardzo praktycznie.
Z tego wszystkie jedyne, co jej tam będzie “działać”, to kosmetyki i album ze zdjęciami. No ale cóż, przynajmniej na początek przyszpanuje cudami z przyszłości.
No nie, przecież jedna wzięła baterie słoneczne. Co prawda żeby cały system zadziałał, musiałaby zamontować te wielkie panele słoneczne na dachu Opéra Populaire... No ale z pewnością zmieszczą się w torbie i nie wzbudzą niczyich podejrzeń.

Ubrałyśmy się w to, co było pod ręką. Meg – w swoją ukochaną, czarną, skórzaną kurtkę, jasne jeansy oraz trampki,
Ale o koszulce to zapomniała. Nie no, fajnie, cycki na wierzchu zawsze wzbudzają radość. :D

a ja – też w jeansy, ale granatowe, sweter nieco ciemniejszym odcieniu oraz w swoje najwygodniejsze buty do chodzenia – kiedyś wyjściowe, złote półbuty, teraz – po trzech latach regularnego zużycia – zmatowiały i nabrały raczej szarej barwy.
...a podeszwę chociaż mają, czy też straciły, tak samo jak kolor? (Drobna wskazówka: buty się czyści.)

Kiedy, już gotowe, stanęłyśmy przed Madame, (...) gestem wskazała, byśmy weszły pierwsze na schodki.(...)
Po chwili, kiedy już miałam zacząć wchodzić na górę, zorientowałam się, że Madame coś do siebie powiedziała, kiedy chowała klucz:
- Oby to był już ostatni raz… Może teraz się uda?...
Udałam, że nic nie słyszałam. Zamiast tego zebrałam się w sobie, by wciągnąć swoje walizy na górę.
Instynkt samozachowawczy: -200.

***

Jeszcze zanim dotarłam na szczyt schodów, słyszałam podniesione głosy. Jeden z nich na pewno należał do mojej przyjaciółki, a drugo był mi zupełnie obcy.
W końcu, na górze zobaczyłam… dwójkę obcych mi ludzi!
No, nie do końca obcych. Kobieta – blondynka – była ubrana w strój Meg i mówiła dokładnie tak samo, jak ona. Z drugiej strony, przestała przypominać siebie… Wyglądała jak… Jennifer Ellison – odtwórczyni filmowej roli Meg Giry!
*wzdech*
Nie dostaniemy żadnego wyjaśnienia, dlaczego tak się stało, prawda?
WYJAŚNIENIA SSĄ. Na co komu logika, skoro może być tru i zajebiście?

Jedynym słowem, jakie udało mi się z siebie wykrztusić, było jej imię.
Spojrzała w moją stronę i… jej oczy zrobiły się nagle ogromne jak spodki. Wyglądała, jakby zobaczyła ducha.
- Chris?! To ty?! (...)
- No jasne, że ja. A niby kto?
Milczała, a ja dopiero wtedy przypomniałam sobie o obecności obcego mężczyzny, z którym Meg przed chwilą tak zawzięcie się kłóciła. Stał z boku i spoglądał na nas z rozbawieniem, kpiną i ironią.
Z pewnością był to cieć strzegący Wrót Pomiędzy Światami. Przepuszczanie kursujących pomiędzy fandomami boCHaterek było dla niego chlebem powszednim.

Był wyższy ode mnie o ponad dziesięć centymetrów i bardzo elegancko ubrany. Moją uwagę zwróciła jego bardzo przystojna twarz, ciemne włosy i spojrzenie zielonych oczu, które dowodziło jego pewności siebie i świadomości powodzenia u płci przeciwnej.
Na szyi miał plakietkę z napisem "I'm too sexy for my shirt".

Natychmiast zrozumiałam, co w nim tak zacietrzewiło Meg. Nie potrafiła znieść takich aroganckich, zarozumiałych typów.
Zapamiętajcie: pierwsze chwile w nowym świecie należy spędzić na zacietrzewianiu się.
Zwłaszcza, jeśli zagaduje Was przystojny, elegancki mężczyzna.

Przyglądałam mu się z zaciekawieniem przez chwilę, ale przerwała mi „nowa” Megan:
- Jak to – kto? Christine Daaé! (...)
Nie przemówiło to do mnie, ale na wszelki wypadek sama objęłam się wzrokiem.
Przytuliłam się do siebie tęczówkami.

Oniemiałam. Gdzie się podziały charakterystyczne dla mnie i całej mojej rodziny wałeczki tłuszczu, które tu i ówdzie chroniły mnie przed zimnem?! Raptem zrobiłam się nadzwyczaj płaska na brzuchu i prawie zupełnie znikł mój tyłek! Jednocześnie mój biust wciąż miał ten sam rozmiar
TAK!!! Odwieczne marzenie dziewcząt, by tkanka tłuszczowa zniknęła wszędzie, tylko nie na biuście - zaliczone! O naiwności... :D
Poza tym - Emmy Rossum, grająca Christine w jedynej słusznej adaptacji, ma biust raczej niepozorny... no ale czymże jest wierność nawet nie powieściowym, ale filmowym realiom w starciu z potrzebą posiadania cyca!
Nie wiem, jak Wy, ale mnie by raczej zasmucił brak tyłka. Pomijając kwestie estetyczne, wolałabym mieć jakąś część ciała, na jakiej mogłabym siedzieć, a sam kadłubek się do tego średnio nadaje...

– tyle, że tym razem było to widać, bo nie wyrównywały go oponki na prawie całej mojej długości.
To ona miała "wałeczki tu i ówdzie", czy buforową strefę tłuszczu na całej długości tułowia?
Oponki... fuj.

A moje nogi! Zerknęłam w dół i przez chwilę myślałam, że nie mają końca.
Wrastały w trzy niższe piętra, sięgając stopami do piwnicy.
Widziała swoje nogi tym lepiej, że po magicznym odchudzeniu oraz zniknięciu tyłka, niechybnie musiały jej spaść spodnie.

Nagle ręce były jakby zupełnie nie moje, a ukochane półbuty – zrobiły się za duże! Nie wspomnę o swetrze i jeansach, które na pewno spadłyby ze mnie zupełnie, gdyby nie pasek, który natychmiast zacisnęłam na nich mocniej.
Buuu, czyli nie będzie golizny? Szkoda...

Torby, które przed chwilą wciągnęłam dziarsko maszerując po schodach, teraz wydawały mi się prawie tak ciężkie, jak ja sama.(...) Przy okazji zerknęłam na swoje dłonie – odciski na palcach, spowodowane długotrwałym pisaniem, zupełnie znikły.
Odciski? Ona chyba te blogaski ryła dłutem w kamieniu!
Wykuwała je w granicie.
Wystawiała sobie pomnik trwalszy od spiżu.

W głosie Meg pobrzmiewała nie do końca skrywana wściekłość.
Nie dziwię się. Mnie odmóżdżone spojrzenie filmowej Christine też zawsze przyprawiało o berserk.
A poza tym pewnie właśnie uświadomiła sobie, że przypadła jej rola Tej Mniej Fajnej.
Serio tak myślisz? A ten drugi Tru Loff znalazł się w blogasku przez przypadek? :)
Ale przecie nie jest UPIOREM. To nie to samo.

-(...) za sobą usłyszałyśmy głos Madame, o której zdążyłyśmy zupełnie zapomnieć.
- Widzę, dziewczęta, że już zdążyłyście poznać mojego przyjaciela i jednocześnie współpracownika. Jak zwykle, nie potrafi zachowywać się stosownie do swojej pozycji. To hrabia Jason Withmore…
Na gościnnych występach, z sąsiedniego romansu.

- Naprawdę, niezmiernie miło mi was w końcu poznać, drogie panie…
"W końcu." Wyczuwam stalking.

Ponieważ przyjaciółka najwyraźniej nie zamierzała odpowiadać, udało mi się przybrać na twarz coś w rodzaju uprzejmego uśmiechu, dygnęłam lekko i podałam mu rękę.
- Nam również, wasza lordowska mość… - dzięki Bogu, przez czytanie i pisanie romansów historycznych sposób tytułowania arystokratów miałam opanowany do perfekcji.
Ciekawe, czy inne, ekhm, techniki często opisywane w romansach, też ma opanowane do perfekcji...
Znaczy - omdlewanie na zawołanie?

Zanim się spostrzegłam, już trzymał w ręku moje torby. Chciałam je od niego zabrać, ale obdarzył mnie szelmowskim uśmiechem i pokręcił głową. Ustąpiłam, bo bałam się, że w „nowym” ciele nie dałabym rady długo ich dźwigać.(...)
Chciał też wziąć torbę i plecak Meg, ale ona natychmiast odsunęła się asekuracyjnie i warknęła, spoglądając na niego wilkiem.
- Dziękuję, poradzę sobie. Zamiast tego, sądzę, że obie mamy prawo dowiedzieć się, po co nas tu, do cholery, sprowadziliście i skąd się wzięła ta cała maskarada!
Bucera na samym wstępie - bardzo słusznie. Niech ten plebs wie, że ma do czynienia z Mary Sue!
Interesująca strategia: zgadzaj się na wszystko od razu, a pretensje miej później.

Madame (...) odpowiedziała nam stanowczym tonem:
- To było konieczne. Od momentu, kiedy stałyście się naprawdę Christine Daaé i Meg Giry, powinniście już mieć zapewnione bezpieczeństwo… - chociaż wyraźnie słyszałam drżenie w jej głosie.
Wait wait wait - to one przeistoczyły się w te dwie panienki samoistnie, na skutek zbyt częstego oglądania filmu? O.O Pomyśleć, że był taki czas, kiedy przechodziłam Baldursa trzy razy pod rząd... brrr.
*na wszelki wypadek włącza film z Monicą Belucci* No co?! Mogę chyba próbować?!

- O co w tym wszystkim chodzi? Co to znaczy, że „byłyśmy w ogromnym niebezpieczeństwie”? Czy tylko nas tu sprowadziliście?!
Niee, po drodze zgarnęliśmy jeszcze Freddy'ego Kruegera.
Bo sameście tu przylazły, durne pipy?

Wyrzucałam z siebie pytania z prędkością karabinu maszynowego. Kiedy już zabrakło mi pomysłów, dla odmiany pozwoliłam im na te pytania odpowiedzieć. usiadłam na wielkim, starym kufrze (...)
Madame wydawała się być niewzruszona.
- Wszystkiego dowiecie się w odpowiednim czasie…

***
W końcu dotarliśmy do szerokiego, ale ciemnego korytarza. (...) Madame spojrzała na nas przez ramię i uśmiechnęła się lekko.
- Dziewczęta, witajcie w paryskiej Opera Populaire!
Powinnyśmy się chyba tego spodziewać. Jeśli już zmienili nas w Christine Daaé i Meg Giry, to przecież nie mogło sprawiać im problemu przeniesienie nas w miejscu i czasie. W ten sposób, z Londynu z dwudziestego pierwszego wieku przeniosłyśmy się do Paryża roku 1870!
I tak dziw, że nie wprost do łóżka Upiora.

A jednak – na pewno dla mnie był to szok. (...) Dlaczego my? Dlaczego teraz? W jakim celu? Czy garderoba w babcinym domu od zawsze była portalem? Czy przez te czternaście lat, odkąd apartament stał pusty, nie mogłam przenieść się do świata rodem z mojej ulubionej historii miłosnej? A przede wszystkim – jakie niebezpieczeństwo i z jakiej przyczyny na nas czyhało?
No jak to jakie? Bicz boży na aŁtoreczki za bardzo utożsamiające się z bohaterkami swoich ulubionych fandomów.
Analizatorzy.

I, jak widać, nawet ucieczka do innego świata Wam nie pomogła.

Nie mogłam przyzwyczaić się do swojego nowego wyglądu. Gdzie zapodziało się ponad trzydzieści kilogramów nadwagi?(...) Meg pod tym względem nie zmieniła się tak bardzo. Owszem, miała inne rysy twarzy i urosła kilka centymetrów tak, że byłyśmy prawie równe wzrostem. Poza tym, chyba miała większy biust i nieco okrąglejsze biodra.
Już nigdy nie będę się śmiała z żadnej Hermiony, która “zaokrągliła się przez wakacje”. Teraz wydaje mi się to całkiem prawdopodobne w porównaniu z TĄ wizją.

Czasami zerkałam za siebie, aby dokładniej przyjrzeć się mężczyźnie, który bez słowa sprzeciwu lub chociaż skargi, niósł moje ciężkie bagaże. Był, owszem, wyjątkowo przystojny i mogłam się założyć, że ma wielkie powodzenie u kobiet, ale widziałam u niego charakterystyczną dla arystokratów pewność siebie nawet graniczącą z butą.
Zwłaszcza ta buta kazała mu robić za tragarza.
Bo przecież każdy arystokrata powinien całe dnie spędzać w kątku, przepraszając, że żyje.

Ostatecznie, po przejściu chyba przez cały gmach opery, dotarłyśmy do celu.
[Tu następuje opis pokoju. Ciach.]
Za nim natomiast znajdowała się… nowocześnie urządzona łazienka z pełnym węzłem sanitarnym. Dopiero po jakimś czasie miałyśmy się dowiedzieć, że wszystkie sprzęty, które się w niej znajdowały, pochodziły z naszej rzeczywistości, chociaż umieszczono je w roku… 1868!
Ależ oczywiście. W końcu nie może być tak, by możność przebywania w XIX wieku w sąsiedztwie ukochanego Upiora, występy w operze i inne takie przyjemności musiały być okupione koniecznością zrezygnowania z dobrodziejstw XXI wieku. Coś za coś w blogaskach? Nigdy.
KWIK. Być, to sobie mogły (widzę, że Madame Giry specjalizuje się też w kradzieżach...?), jeśli je tam przywlekli - ale podejrzewam, że z ich działaniem byłoby gorzej.

Meg, usiadła na jednym z łóżek, starając się zamaskować zmęczenie.
Zrobiła sobie maseczkę odżywczą z ogórka.

Chwilę później Fielding kurtuazyjnie pożegnał się z nami, zaznaczając, że na pewno już niedługo ponownie się spotkamy. Madame Giry została z nami i usiadła na krześle.
(...)
- Klucze do tego pokoju mam tylko ja i wy dwie. Nie wolno wam wpuszczać tutaj nikogo. Ktoś przecież mógłby zauważyć wasze sprzęty pochodzące z dwudziestego pierwszego wieku. Poza tym, proszę was, abyście uważały na swoje słowa i czyny. Tutaj bardzo łatwo jest zapomnieć o tym, że nie pochodzicie stąd. Nie chciałabym, by was odkryli, bo wtedy groziłoby wam jeszcze większe niebezpieczeństwo.
Mnie też codziennie grozi niebezpieczeństwo. Np. może mi spaść cegła na łeb, jak idę ulicą. Ale wątpię, aby to był powód do tego, żeby przenosić mnie do uniwersum np. Pieśni Lodu i Ognia...

Musicie być nad wyraz uważne i ostrożne. Co do innych spraw, to wszystkiego dowiecie się w odpowiednim czasie…
Ktoś tej podróbie madame Giry powinien zaktualizować moduł mowy. "Grozi wam niebezpieczeństwo, wszystkiego dowiecie się w odpowiednim czasie, uważajcie na siebie, grozi wam niebezpieczeństwo, wszystkiego dowiecie się w odpowiednim czasie." Ja rozumiem, że to postać drugoplanowa, no ale.

Kiedy Madame wyszła, rozpakowałyśmy szybko swoje rzeczy i wtedy poczułyśmy się nagle strasznie śpiące. Dopiero, kiedy skończyłam przekładać rzeczy, zerknęłam w duże lustro na ścianie. Rzeczywiście, byłam uderzająco podobna do filmowej Christine! Wypisz, wymaluj, Emmy Rossum.(...)Miałam tylko nadzieję, że zachowałam swój rozum i inteligencję, bo czułam, że będą mi bardzo potrzebne, by poradzić sobie w nowej rzeczywistości.
Sądząc po dotychczasowym postępowaniu bohaterki, nie robiłabym sobie po tej inteligencji wielkich nadziei.
Już sam fakt, że się zastanawia, czy ma ten rozum, nie świadczy chyba najlepiej...

Madame Giry wspominała coś o tańcu… wątpiłam, by oczekiwała od nas pokazu hiphopowego układu, jaki ćwiczyłyśmy od dawna z naszą liderką. Czyżbyśmy miały tańczyć… balet? Prawdziwy balet? Taki z pointami i króciutkimi spódniczkami?
Taaak, istotą i cechą konstytutywną baletu są przecież butki i spódniczki.

Westchnęłam. Najwyraźniej tak. W końcu nasze nowe ciała miały zupełnie inne właściwości, niż te stare.
Inny stan skupienia, inny okres połowicznego rozpadu...
Inną temperaturę wrzenia...

Na próbę stanęłam na palcach. Wytrzymałam dłużej, niż kiedykolwiek w życiu.
Taak - bo samo upodobnienie się do baletnicy daje od razu wszystkie skille baletowe. Żeby jeszcze baletnicy! Tylko aktorki ją grającej. Ta sytuacja jest tak samo sensowna, jak zmiana w Ralpha Fiennesa dająca możliwość zabicia kogoś Avadą.
Tym bardziej, że ta forma tańca baletowego wcale nie jest taka prosta nawet dla tych, którzy baletu uczą się przez kilka lat.

Na mojej twarzy nie było nawet jednej skazy. Pozostały tylko (...) moje piegi. W filmie Emmy Rossum – Christine nie miała piegów. Pomyślałam, że pewnie łatwo będzie mi je ukryć pod makijażem.
O, to nie masz jeszcze na twarzy permanentnego makijażu scenicznego? Bo wiesz, obawiam się, że Emmy w takim przez cały film paradowała.

W końcu dało o sobie znać moje zmęczenie. Głowa zaczęła mi ciążyć i wiedziałam, że jeśli się nie położę natychmiast, zasnę na stojąco. Zajęłam łóżko obok Meg, wyłączyłyśmy lampę i powiedziałyśmy sobie: „Dobranoc”.
Wyłączyłyśmy. Skubane już te baterie słoneczne zainstalowały?
Najwyraźniej.

Szybko zapadłyśmy w sen…
Narkolepsja opkowa w momencie, kiedy dzieje się coś bardzo ważnego - jest.

[Gwoli wyjaśnienia - narracja przeskakuje do "z punktu widzenia Meg".]

Szkoła przyzwyczaja ludzi do wczesnego wstawania. Zawsze byłam pewna, że to jedna z jej podstawowych funkcji, bo nie mogła mieć tylko jednego celu, skoro spędzałam w niej kilka godzin dziennie.
Oczywiście że nie! Wielogodzinne kolejki na poczcie też nie mają na celu jedynie dostania się do okienka - one ćwiczą społeczeństwo w cnocie cierpliwości i przypominają o marności wszechrzeczy.

Nie było nic dziwnego w tym, iż równo o siódmej moja świadomość ożywiała się. Gorzej było z ciałem, które potrzebowało kilku sensownych argumentów, by zwlec się z łóżka.
To ciekawe, na mnie jakoś tak szkoła nie podziałała. Dalej, kiedy tylko mogę, wstaję o wczesnych godzinach popołudniowych, a moja świadomość budzi się niewiele wcześniej. :P

Tym razem poszło lepiej, gdyż prawie samo zerwało się na dźwięk klucza, przekręcanego w zamku. Mój pokój posiadał jedynie nieczynną klamkę,
I pluszowe obicia na ścianach. Teoria z kaftanikiem staje się coraz bardziej sensowna.
*wyobraża sobie pokój składający się z samej klamki* Nie, tego nawet Salvador Dali nie ogarnie.

uniemożliwiającą nawet odrobinę prywatności, więc charakterystyczny chrobot stanowił nowość. Gdy otworzyłam oczy, okazało się, że nie jedyną. (...) Jedynymi znajomymi mi elementami były moja torba podróżna, rzucona niedbale koło łóżka i Chris, śpiąca mocno na posłaniu obok. (...) Do tej pory żyłam przekonaniem, że całe to przeniesienie stanowiło element jednego z moich barwnych, zabawnych snów.
Żyła tym przekonaniem przez AŻ całą minutę (od przebudzenia), ale co tam.

- Dzień dobry, Megan. Mam nadzieję, że noc minęła ci spokojnie – stwierdziła, siadając na jedynym krześle w pokoju,(...) Christine (...) również błyskawicznie oprzytomniała na widok Madame Giry. Złożyła grzecznie ręce na kołdrze, przyglądając się krytycznie swoim sterczącym na wszystkie strony włosom.
Oczy na szypułkach latały dookoła jak wściekłe.

- Dzień dobry, Christine – przywitała ją Madame, posyłając jej łagodny uśmiech. (...) Madame podała nam ubrania,
ZARAZ. Przecież “Madame Giry” to matka Meg. Czemu ona ją traktuje jak obcą osobę?

w które miałyśmy się przebrać i zostawiła nas same. Gdy Chris siedziała w łazience, przejrzałam zdjęcia innych tancerek, by wiedzieć, z kim mam do czynienia.
A co w ich pokoju robiły zdjęcia tancerek (aŁtoreczka ma szczęście, że w 1879 istniało już coś takiego jak trwała fotografia...)?
Dostały je od agentki TW Madame Giry na odprawie przed misją "Szok i przerażenie, czyli zdobyć Tru Loffa".

Marszcząc czoło, starałam się przypomnieć imię dziewczyny na fotografii, jednocześnie ubierając rajtuzy, trykot i krótką, zwiewną sukienkę, która jak dla mnie nie należała do zbyt wygodnych.
- Czy ty możesz mi wyjaśnić, jak ja mam się w tym pokazać ludziom? – zapytałam zdegustowana, ciągnąc za rąbek spódnicy.
Ciesz się, że nie kazali Ci się przebrać w np. strój potwora, czy czegoś równie pociesznego (na przykład grzyba). Bo wiesz, to jest twój ubiór SCENICZNY.

- Daj spokój. W naszych czasach uwielbiałaś miniówki, a ona jest niewiele dłuższa od twoich sukienek – stwierdziła, kręcąc głową z pobłażaniem. Tylko prychnęłam lekceważąco. To nie był XXI wiek, w którym tak krótkie rzeczy widywało się co krok! Tutaj stanowiłyśmy wyjątek, co niepokoiło mnie na równi z naszą misją.
Ekhm, przepraszam bardzo - czy one sądzą, że będą w tych trykotach i tutu wychodzić na ulicę? Kwik.
Wiesz, może ONA zamierza... ;>

– Nie martw się tak. Wszystko będzie ok. Zjedzmy coś, a świat od razu zrobi się bardziej kolorowy.
Mój żołądek zareagował na te słowa głośnym burczeniem, które poprawiło mi humor. Już w lepszym nastroju pobiegłam za Christine do jadalni.
Czy zejdą, czy ZEJDĄ?!

***

Śniadanie minęło w miłej, lekko sennej atmosferze.
Chlip, nie zeszły. :<

Okazało się, że corps powstało na tyle niedawno, że moja nieznajomość imion reszty grupy nie była niczym wyjątkowym. Ich sympatyczne, otwarte postawy zaskoczyły mnie.
Nie dziwię się. Też bym była zaskoczona, jakby wszystkie koleżanki z grupy zwracały się do mnie stojąc w TAKIEJ pozycji.

Gdy już się najadłyśmy, Madame wstała.
- Dziewczęta, zapraszam do sali prób. Mamy tylko dwa miesiące by ułożyć całą choreografię do opery „Hannibal”
Rotfl into space.
Nauczycielka baletu wraz ze stadkiem początkujących chórzystek będzie układać choreografię do opery - na dwa miesiące przed premierą? Kwikłam hardo.
I tak niestety jest z tym blogaskiem - niby napisany całkiem znośnie, gramatycznie i w ogóle, ale co jakiś czas aŁtoreczki jak nie zasadzą babola...!

i nie możemy marnować czasu – ogłosiła. Po jadalni przeszedł szmer zainteresowania. Poczułam nagły napływ entuzjazmu. Od tego wszystko się zaczęło i stanowiło to jakiś stały element w tej zakręconej rzeczywistości.
Podsumowując: gdzieś w równoległym wymiarze rzeczywistość zapętliła się na wydarzeniach opisanych (no dobra, odegranych) w "Upiorze w operze" - po scenie z żyrandolem automatycznie wraca do przygotowań do opery, w której po raz pierwszy wystąpi Christine - i tam właśnie trafiły nasze dziewczęta. Tylko po co?
Żeby dziewczynom przestało grozić to jakieś dziwne, tajemnicze chujstwo, to jest - niebezpieczeństwo. Bo psychopatyczny upiór wcale a wcale nim nie jest.

Zapowiadało się interesująco.
Przynajmniej do chwili, gdy weszłyśmy na salę. Nigdy nie tańczyłam baletu i trochę wątpiłam, że ten fragment naszego nowego życia przebiegnie bez problemów. Wbrew moim mrocznym oczekiwaniom nie było aż tak tragicznie. Nowe ciało posłusznie poddawało się rozkazom mózgu, gdy ten zrozumiał już, o co chodzi w tych wszystkich skomplikowanych nazwach, co stanowiło nie lada problem dla takiego osła językowego jak ja.
Och, jakież to zaskakujące... Tak bardzo, że aż wcale.

Nigdy nie miałam zbytnich chęci ani zdolności do lingwistyki, choć moje talenty muzyczne według psychologów miały świadczyć o czymś zupełnie innym. Problem w tym, że moją ojczystą mową stała się melodia już od pierwszych chwil życia i niewiele można zmienić w wieku lat osiemnastu.
W sensie - boCHaterka nie mówiła, tylko wydawała z siebie jakieś trele? Względnie, nosiła na szyi cymbałki?
Ćwierkała jak skowronek.

Dobrze radziłam sobie z angielskim, ale reszta języków stanowiła dla mnie czarną magię. Rozumiałam tylko te fragmenty, które nie kłóciły się z ukochaną, czystą logiką, czyli według mojej osobistej oceny nie było tego za wiele.
Taaak, bo język polski jest przecież taki logiczny i nie ma żadnych wyjątków, wcale. (O fakcie postrzegania rzeczywistości z perspektywy własnej dupy nawet nie wspomnę, bo wpadnę w tryb berserka I Co Wtedy.)

Musiałam odrzucić swoje rozmyślania i skupić się na wykonywaniu tych wszystkich niewygodnych póz i piruetów.
Oby ci rąbek od spódnicy już do końca przeszkadzał!

Sytuacji nie poprawiały dziwne piski wysokiej częstotliwości, dobiegające ze znajdującej się po drugiej stronie budynku sali ćwiczeń La Carlotty. Dotkliwie raniły mój słuch i doprowadzały mnie samą do nerwicy. „Wielka” diwa także przygotowywała się do gry w „Hannibalu”,
Sądząc po "wysokiej częstotliwości" - to nie diva, to wyjątkowo głośny nietoperz.

Na szczęście, gdy próba zakończyła się (...) nas poproszono o pomoc przy dekoracjach.
To są baletnice, czy “przynieś, wynieś, pozamiataj”?

Lubiłam tego typu zajęcia, więc z uśmiechem pośpieszyłam do głównej sali. Cały mój entuzjazm wyparował, kiedy dostrzegłam na widowni Jaśnie Pana Withmore’a. Na nasz widok uśmiechnął się bezczelnie, przyglądając się naszym sylwetkom.
I patrząc nam w “oczy”.

Dziką satysfakcję sprawiła mi myśl, że nie oglądał mnie w tej krótkiej, zwiewnej sukience tylko w dziennej, dłuższej, którą zmieniłam przed przyjściem tam.
Jeszcze nieraz cię w tej krótkiej zobaczy, nie martw się.

- Meg, przestań wpatrywać się w hrabiego takim wzrokiem, jakbyś chciała go rozebrać tu i teraz – stwierdziła rozbawionym tonem Chris, gdy malowałyśmy pień drzewa. Z oburzenia zabrakło mi tchu. Ja jedynie kontrolowałam jego zachowanie!
Poddała go przyspieszonej hipnozie. Nazwisko po ojcu miała Kaszpirowski.

Tak zadufanego w sobie, aroganckiego, niewybaczalnie przystojnego, bezczelnego, zgryźliwego Don Juana dawno nie widziałam! Zachowywał się, jakby cały świat należał do niego, co stanowiło irytujący dodatek do jego idiotycznie skonstruowanej osobowości.
TAAAAAAK. Bo przecież był dla Was miły i pomógł Wam wnieść bagaże. Doprawdy, co za zapatrzony w siebie bufon.

- Daj spokój, Chris. Nie mam ochoty na jednorazowy numerek, a wątpię by stać go było na coś więcej
Tym bardziej, że w tym świecie nie ma jeszcze porządnej antykoncepcji, haha.
No co, może dziewczęta zabrały ze sobą? Już widzę tę minę hrabiego, gdy wybranka zamacha mu przed oczami durexem.

– odparłam pozornie beztroskim tonem, na co przyjaciółka posłała mi powątpiewające spojrzenie. Wbrew wątpliwościom obie zachowałyśmy swoje dziewictwo dla kogoś wyjątkowego.
Dla Upiora!
Pozwolicie, że przypomnę:
No co, wyjątkowy jest? Jest!
Do tej pory nikt taki nie stanął na drodze żadnej z nas, więc całą swoją wiedzę o seksie czerpałyśmy z książek, które nie tylko czytałyśmy, ale wręcz pożerałyśmy. Może gdybym miała za sobą ten pierwszy raz, wykorzystałabym Jaśnie Oświeconego Idiotę ot tak dla sprawdzenia, czy rzeczywiście jest tak dobry, jak się nam wydawało,
A oceniła to po... długości butów?

ale w obecnej sytuacji nie miałam ochoty na kilka minut przyjemności, nie dające nic ponad chwilową satysfakcję.
Tym bardziej, że w tamtej epoce szanująca się kobieta nie zdawała sobie sprawy, że może mieć orgazm... Nie mówiąc o tym, jakie pojęcie o dawaniu kobiecie przyjemności miał przeciętny facet.

Później poszłyśmy na kolejną próbę, w trakcie której pomalowane dekoracje miały wyschnąć. Po niej Chris tajemniczo zniknęła gdzieś we wnętrzu opery,
A opera tajemniczo zrobiła OMNOMNOMNOM.

a ja postanowiłam pomóc w zanoszeniu wszystkiego do specjalnego schowka. W udziale przypadło mi drzewo (...) Niestety przeceniłam siłę swoich mięśni ramion. To ciało było przyzwyczajone do baletu, a nie pływania, treningów tańca nowoczesnego i zajęć z wychowania fizycznego jak to stare.
Bo balet to tylko takie zwiewne fiku-miku na zgiętych nóżkach, nie wymagające więcej siły niż szydełkowanie. Haha, nie.

Szybko zostałam w tyle. Ciemne, ponure korytarze przerażały mnie. Czułam na sobie czyjś wzrok i modliłam się, żeby należał do Upiora z Opery albo kogoś innego przyjaźnie nastawionego.
Bo Upiór wcale nie był zgorzkniałym, morderczym psychopatą. W głębi serca na pewno jest przychylnie nastawionym misiem-tulisiem.
CZEEEEMU aŁtoreczki ZAWSZE muszą kastrować najfajniejsze mroczne postacie?!
Taki lajf.

Zamiast tego spotkałam lekko już pijanego Jacquesa Lumiere’a - specjalistę od oświetlenia sceny(...) Był już w fazie natarczywej uprzejmości, co nie wróżyło nic dobrego. Szczególnie, jeżeli weźmie się pod uwagę jego wzrok, wlepiający się bezczelnie w mój dekolt, który nagle zrobił się stanowczo zbyt duży.
Samopompujący się dekolt... To jakiś mechanizm odstraszający? Coś jak zjeżenie włosów?
Jeśli tak, to w tym momencie Matka Natura chyba schrzaniła sprawę.

Usiłowałam go wyminąć, wykrzywiając usta w czymś, co miało być uprzejmym uśmiechem, ale złapał mnie za nadgarstek i pociągnął w swoją stronę.
Oho - penis go świerzbi, co dowodzi, że Tru Loff na ratunek już nadchodzi!

Zaczęłam się krztusić i odepchnęłam mężczyznę. Niestety nawet nie zauważył mojej niechęci. – Zostałaby panienka chwilę. Zawsze się tak panienka śpieszy, że nie mamy okazji poznać się bliżej.
- Panie Lumiere, proszę puścić pannę Giry – rozległ się czyjś melodyjny, głęboki głos, po którym rozpoznałam osobę swego wybawcy. Withmore.
*z pewnym takim znudzeniem* Tru Loff ratuje przed gwałtem - jest.

Zazgrzytałam zębami ze złości, ale ulżyło mi, gdy mężczyzna zabrał ręce. Natychmiast cofnęłam się, a on odszedł lekko chwiejnym krokiem. Zostałam sama z tym padalcem.
A było tak blisko! Już prawie gwałcił.
Padalec, jak śmiał tak bezczelnie uratować jej cnotę! I to ONA oskarża JEGO o pyszałkowatość, tak?

Przyglądał mi się z lekko sarkastycznym uśmieszkiem, opierając się o pobliską ścianę.
- Dziękuję bardzo za pomoc, Jaśnie Panie, ale, proszę wybaczyć, śpieszę się – stwierdziłam, ironicznie dygając.
Jak się dyga z ironią? Kolankami do środka, jak szafiarki?

- Czemu mnie tak nie lubisz, Meg? – zapytał szeptem, prosto w moje ucho. Zmartwiła mnie reakcja mojego ciała, któremu najwyraźniej cała ta sytuacja odpowiadała.
Otrzeźwiałam, gdy przesunął dłonie wzdłuż moich rąk, schodząc coraz niżej. Zezłościła mnie ta cała manipulacja za pomocą tych prostych gestów, zapewne wypróbowanych na wielu innych, naiwnych dziewczynach.
Manipulacja? Ja bym to nazwała raczej bardzo bezpośrednim, łatwym do interpretacji gestem. :P

- Chociażby dlatego, że nie umiesz utrzymać łap przy sobie, Withmore – odparłam zimno, robiąc krok w przód. Zaśmiał się cicho, nawet nie próbując mnie zatrzymać. Zrobiło mi się paradoksalnie smutno i chłodno.
To hymen wyrażał swoje niezadowolenie.
Najpierw nie chce, żeby ją rozgrzewał, a później narzeka. Ech, te baby...

I tym smutnym akcentem kończy się zarówno analiza, jak i cały blogasek. I dobrze. :)

37 komentarzy:

Leleth pisze...

Juuuuż? A tak się dobrze zapowiadało... Blogasek całkiem fajny (fajny w tym innym sensie :D), analiza takoż, ale...
"FILMU, a nie musicalu"
Niezależnie od nieznajomości ałtorki wersji scenicznej, film to też musical.

Ophelia pisze...

*jęk autentycznej rozpaczy* Eriiiiiik! Mistrzu mój, i ciebie Ałtorki nie oszczędziły! *przytula się do francuskiego wydania "Upiora"*
Okey. Blogasek nie jest jakoś masakrycznie tragiczny. Ale jako Wyznawczyni Najwspanialszej Powieści i Musicalu (Webber! Crawford!) czuję się zupełnie przybita. Rozumiem, że Gerard jest niesamowicie przystojny. I z niego aż promieniuje "chodź ze mną do łóżka", ale... ale w Upiorze nie o to chodzi! Ta historia nie zasługuje na takie potraktowanie!
Zresztą. Abstrahując nawet od Erika, Raula i Christine - gwałt na logice i rzeczywistości teatralnej (przygotowanie premiery w dwa miesiące mnie zabiło) jest zwyczajnie niewybaczalny jak dla mnie.
Naprawdę, podziwiam was, że dałyście radę to skomentować. Ja najprawdopodobniej odpadłabym już na wstępie, rzucając na odchodnym litanię wszetecznic.
Dziękuję.

*idzie czytać Leraouxa*

Pigmejka pisze...

@Leleth: miałam na myśli rozróżnienie pomiędzy rzeczywistym musicalem Webera: http://pl.wikipedia.org/wiki/Upi%C3%B3r_w_operze_%28musical%29 a FILMEM Joela Schumachera na jego podstawie: http://pl.wikipedia.org/wiki/Upi%C3%B3r_w_operze_%28film_2004%29 ;)

Leleth pisze...

Ależ ja wiem - trochę mnie rozbawiło tłumaczenie mi tego za pomocą wikipedii, bo musical wszelaki to moja największa pasja od kilku lat :) Chodzi mi o to, że tak wersja sceniczna, jak i filmowa, to musical, więc twierdzenie, że film nim nie jest, jest chybione.
Zresztą, Webber miał spory udział w tworzeniu filmowej produkcji.

Leleth pisze...

A, bajdełejem - jako ciekawostkę podaję coś na kształt blogaska, niestety, krótkie, ałtorka się chyba zraziła nieczułością komentujących... http://www.filmweb.pl/film/Upi%C3%B3r+w+operze-2004-106461/discussion/Co+by+by%C5%82o+gdyby...,1130593

Anonimowy pisze...

mój poziom dopuszczalnej abstrakcji wyszedł poza obszar krytyczny, pomachał mi i udał się do kąta pociąć kremówką...

Pigmejka pisze...

Leleth, Wikipedia miała służyć tylko jako narzędzie do pokazania, o jaką różnicę mi chodziło. ;) I widzisz, dalej się nie rozumiemy: ja wiem, że termin "musical" może się też odnosić do filmu. Jednakże w sytuacji, kiedy mamy "musical sensu stricto" - czyli dzieło Webera z 1986 roku, i film powstały na jego podstawie - z inną ekipą i obsadą, powinno się precyzować, którą z produkcji ma się na myśli: mówić, że chodzi o filmową wersję musicalu Webbera. ;>

Anonimowy pisze...

KURCZA NAĆ! Wczoraj przez pół nocy czekałam na analizę i położyłam się dosłownie dwadzieścia minut przed tym, jak ją wrzuciłyście! D:
Co do analizy - kwikaśna. Ta panienka mi przypomina panią Meyer, serio.
"CZEEEEMU aŁtoreczki ZAWSZE muszą kastrować najfajniejsze mroczne postacie?!"
W tym momencie poczułam się aŁtentycznie winna. xD
*Idzie zaganiać jakiegoś randomowego frajera do Baldursa w nadziei, że ów przekształci się w Solaufeina*

Pozdrawiam,
Nefariel
PS: Hasło to "cosati". To coś znaczy?

Sineira pisze...

Pokazując upiory, nie uwzględniłyście najbardziej seksowengo upiora ever! Foch! http://pl.wikipedia.org/wiki/Julian_Sands (Dobra, wiem, mam dziwny gust;))

Anonimowy pisze...

Taki mały szczegół: ałtorka chyba nie do końca zdecydowała, w którym roku umieści akcję. Raz podała datę 1870, chwilę potem zaś cofnęła się o 2 lata do roku 1868, a analizatorki dodały jeszcze rok 1879.
No i kolejny szczególik: boCHaterka miała 30 kg nadwagi i lubiła chodzić w krótkich spódniczkach? To dopiero świadczy o pewności siebie :)!

Rzabcia

Anonimowy pisze...

Czytam Wasze analizy od samego początku, ale jakoś nigdy nie wzięłam się za komentowanie. Dzisiejsza analiza jest po prostu świetna :D Czegoś takiego potrzebowałam w ten nudny piątkowy poranek xD

No i jeszcze:
"Yabba dabba dabba, pędzą konie po betonie, musicie przenieść się do świata "Upiora w operze", tylko nie mam pojęcia czemu! Happa siupa siupa..."
Kurde no, ja też tak chcę! *siada i uparcie czeka na przybycie Aragorna, wyglądającego jak Viggo Mortensen*

Też tak chcę :D

Pozdrawiam i życzę natchnienia do kolejnych analiz :)
Nei

Dzidka pisze...

No co to ma być?! Pitolenie o Szopenie przez cały blogasek, a potem ot tak, urwany?

Straszliwe toto. za to konterfekcik analizatorek - udany wielce :)

Anonimowy pisze...

Ejjj... aż szkoda, że nie ma więcej... Co prawda fandomu nie znam w ogóle (nie strzelajcie), ale i tak się ubawiłam...

I dosiadam się do Pigmejki, czekając na Aragorna :D

Nadira

Anonimowy pisze...

to się naczekałem:)

"Strach pomyśleć, co znajdzie, jak zejdzie do piwnicy..."

kwintesencja ałtoreczkowości -
każda chce pisać, a żadnej nie chce się czytać

brzydka panna zamienia się z zajebiocZczą laskę - o ja. A można było jeść mniej czekolady i trochę pobiegać, a każdy samiec by się ślinił i trzeba byłoby się przenosić do alternatywnego universum.

AA

Insomnia pisze...

Jeeej! Upiorne opko! :D Jak ja takiego długo szukałam (żeby zanalizować, of kors), ale wszystkie odnalezione były słitaśne i w miarę poprawne. Nie tak opkowe jak to coś. Co za cudowna projekcja marzeń! Chyba niechcący wiemy jak naprawdę wygląda aŁtorka i o jakiej karierze marzy.
Dwumiesięczne przygotowywanie premiery i uprzedzenia do tutu mnie Ómarły.
Ale to...
"Niestety przeceniłam siłę swoich mięśni ramion. To ciało było przyzwyczajone do baletu, a nie pływania, treningów tańca nowoczesnego i zajęć z wychowania fizycznego jak to stare. "
Czy ona widziała kiedykolwiek baletnicę?! Taką prawdziwą baletnicę?! Primabalerina to chodzący żywy model mięśniowy człowieka. Jak ciemnym trzeba być, żeby nie wiedzieć, że balet to najcięższy, wymagający największego poświęcenia taniec? Podskoki formacji tańca nowoczesnego/hip-hopowego (tak, nie ukrywam, trochę nimi pogardzam), to żaden taniec i wysiłku w nim doprawdy niewiele (co chyba najlepiej potwierdza fakt posiadania oponek). Ale wiem - to Mary Sue, więc nawet nie zauważy różnicy pomiędzy jednym a drugim.
Dobrze, że się tu urwało, bo czuję, że sceny bardziej romantyczne mogłyby być bolesną kastracją.

Pozdrawiam analizatorki!
Insomnia

PS A kiedy ciąg dalszy Drarry?
PPS Też mogę poczekać na filmowego Aragorna? Może jak stężenie oczekujących będzie większe, to szybciej przybędzie? :D

Telewizjoner pisze...

Mnie najbardziej fascynuje, jak boChaterki funkcjonowały w Operze Populaire nie znając żadnych języków z wyjątkiem łamanego angielskiego i (chyba, choć nazwiska tego nie sugerują) polskiego? Wszak to we Francji było...?

Anonimowy pisze...

Eeee, no wiecie co? Porzucać blogaska jeszcze przed pojawieniem się głównego Tru Loffa? Tak się nie godzi...


maryboo

Frej pisze...

A Upiór? Gdzie się podział? Nawet we śnie się nie odzywał... Albo jako jedyny poznał się na bohaterkach i odmówił udziału w tej szopce, albo jego Madame Giry jeszcze nie zdążyła ściągnąć z jakiegoś innego uniwersum do swojej podróbki Opery Populaire. Cóż, tym lepiej dla niego.
A tak nawiasem, to nie licząc tego pierwszego, kolejne wersje upiorów wyglądają naprawdę całkiem nieźle, czasem nawet lepiej, niż Butler. Jak na mój nie-ałtoreczkowy gust, rzecz jasna.

Leleth pisze...

@Pigmejko, rozumiem jak najbardziej twoją argumentację, rozumiem też ignorancję ałtorki co do wersji scenicznych - było ich jakieś sryliard, i gdyby naprawdę interesowała się tym musicalem, to którąś by znała. Niemniej mnie mówienie "uwielbiam musical" w kontekście filmu nie razi. Bo mówiący nie musi mieć na myśli całokształtu, a jedynie gatunek filmowy, i nie potrafię tu jednoznacznie rozróżnić, co miała na myśli, choć tutaj akurat skłaniam się ku Twojej teorii, że jest ignorantką, i swój rzekomo ukochany musical zna tylko w wersji filmowej (no, tego ostatniego to jestem niemal pewna).
Czyli w sumie - zgoda :).
Aha - nieznajomość książki i wersji scenicznej przed przystąpieniem do pisania historii na kanwie oczywiście jest naganna, ale, skoro już zdecydowała się pisać opko na postawie filmu czy tam, jak twierdzi, musicalu... za to, że nie jest tak jak w książce, należałoby się raczej czepiać Webbera.
Chyba muszę przeczytać to romansidło o markizie Wakefield, dawno nie kwikałam na d żadnym harlekinem...
Hasło: crepol. No owszem, było to dość dziwaczne.

'N. pisze...

Później poszłyśmy na kolejną próbę, w trakcie której pomalowane dekoracje miały wyschnąć. Po niej Chris tajemniczo zniknęła gdzieś we wnętrzu opery,
A opera tajemniczo zrobiła OMNOMNOMNOM.
*
W "Something from the Nighside" był taki motyw z pożerającym różnych takich chałupem. I u Mastertona. Brrr.

Ale przez to opko boję się otworzyć szafę :(

Captcha: comedo. O tak, to komedia!

Anonimowy pisze...

Strach pomyśleć, co znajdzie, jak zejdzie do piwnicy...
Lochy Snejpa, cóż by innego ;)

Anonimowy pisze...

Nie czytałam Upiora, ani nawet nie oglądałam filmu...
W normalnych warunkach kryłabym się teraz w szafie, coby mnie fani tegoż romansu nie dorwali, ale po lekturze tego opka jakoś straciłam zaufanie do "kanciapek".
Z resztą - takie szafa-wanie z krainy do krainy to świetny sposób na odchudzanie. Panna ze sporą nadwagą - hop - i figura modelki... też tak chcę!
Analiza świetna. Oby takich więcej.

A teraz pozwólcie, idę wyczekiwać z tęsknotą na młodego Harrisona Forda. Chociaż Viggo Mortensen też może być...

SStefania pisze...

Och, opko z mojego Mylożka!

A trzecie Nie Mam Pojęcia Jak Stworzyć Spójny Charakter Postaci.
Oj tam, na pewno jest spójna - tylko opisywanie rozmemłanej Mary Sue nie jest przyjemne, więc w opisie ałtoreczka wrzuciła kilka informed abilities które nigdy się nie sprawdzą. Ale te wady jak najbardziej rzeczywiste.

Autorka zapomniała dodać, że wcale nie chodzi jej o musical, tylko o wyżej wspomniany film. Tak, ten, w którym Upiora gra Gerard "This is SPARTAAAA!!!" Butler.
Dlaczego nie powstają romansidła z Leonidasem? Był dużo sympatyczniejszy niż ten psychol. Chyba że powstają?...

Bucera na samym wstępie - bardzo słusznie. Niech ten plebs wie, że ma do czynienia z Mary Sue!
Oj tam, Meg musi trochę pobyć tsun, żeby potem tym bardziej uroczo wyglądało gdy będzie dla niego dere!

Nieładnie urwane. A szkoda, bo analiza prześmiechowa i poczytałabym więcej.

Anonimowy pisze...

Kochani Analizatorzy których wielbię! Pożywiam się, łkając ze śmiechu na archiwalnych postach, a tu... WTEM!...Kamienno-jedwabny Snape cz. 1 nie istnieje! Czuje poważny niedosyt nie znając kanonu! Kornie padam do stópek, prosząc o poprawienie tego smutnego losu znikniętej analizki... :)

pozdrawiam
C.

Kalevatar pisze...

C. - Dzięki za zwrócenie uwagi, Kamiennojedwabny chyba wybrał się na spontaniczny urlop - ale ściągnęłam go z powrotem. Już działa. :)

Anonimowy pisze...

/dosiada się do czekających na Aragorna/ Mógłbyś przybyć z Faramirem? Proooooszęęęę!
Ja też chcę tak zrzucić kilogramy, ja też! Ale nie wiem, czy akurat chcę się przenosić do "Upiora w Operze", hmmm. Pomyślę, pomyślę.
Analiza po prostu zatyka. Sądzę, że autorki widziały ten film, gdzie dziewczyna-spawarka, tańcząca po godzinach... eee - nie pamiętam gdzie - dostawała się do baletu w rytm piosenki rockowej, a jej egzaminatorzy przytupywali do taktu.
A trzeba było obejrzeć chociażby "Billye'ego Elliota!, gdzie bohater musiał się pomęczyć, zanim zaczął tańczyć na scenie, na Siedem Piekieł!Ech.
Pozdrawiam serdecznie analizatorki - Barty
Hasło: undos
Dear ałthoress. UN DO it, pleaSe!!!

Fraa pisze...

To ja się męczę z jakimiś dietami, podczas gdy są takie świetne i szybkie metody na odchudzanie? :o
*włazi do szafy i czeka na efekty*

Anonimowy pisze...

Ach, te szafy... niezwykłe niby kufry z myślącej gruszy.

Z ciekawości. Wie ktoś gdzie po raz pierwszy został wykorzystany motyw szafy jako portalu do innego świata? Podobno C.S. Lewis nie był pierwszy, a jedynie wykorzystał czyjś pomysł...

Fraa, uważaj bo wpadniesz do Narni!

hasło: doocane
Prawie jak dieta "Dukan". Blogger proponuje nam powrót do tradycyjnego odchudzania.

Anonimowy pisze...

"Pić herbatę z melisą."

Ciekawe, czy aŁtoreczka wie, że z melisą trzeba być ostrożnym, bo nie dość, że uzależnia, to jeszcze organizm szybko się przyzwyczaja i można doprowadzić do tego, że bez wypicia 7 szklanek naparu dziennie nie będzie się mogło funkcjonować. Tak tylko o tym napomykam.
Rysia

Ayanamikawaii pisze...

Analiza cudna, chociaż nie jestem zbytnio zainteresowana "Upiorem...", więc i zrozumiałam mniej.

Tinwerina Miriel pisze...

Zapytam za ałtoreczką: i skąd się wzięła ta cała maskarada? (Ech, żeby to była Pratchettowska "Maskarada"!)I czemu tak nagle się skończyła przed pojawieniem się tru loff? *Foch*

PS. Przesuńta się, dobre kobity, czekające na Aragorna, tudzież Faramira, też poczekam. :D

hasło: howliono. Wyję, zaiste, ze śmiechu. :D

Anonimowy pisze...

Kalevatar niech będą dzięki! :) Działa! ^^ Kłaniam się :)

C.

kura z biura pisze...

No i nie dowiedziałam się, czy w XIX wieku będą im działać komórki... Oraz po kij od mietły zabierały walizki ciuchów, których i tak nie mogłyby na siebie założyć!

Co do komórek, to takiego babola strzeliła i Chmielewska w "Przeklętej barierze" - jej bohaterka zabiera w przeszłość komórkę i jest w stanie z niej korzystać!

kura z biura pisze...

A, jeszcze miałam napisać o arogancji markiza Jakiegośtam - albo jest tak przedstawiany w romansie, z którego pochodzi, albo to takie odgórne założenie, że arystokrata musi być arogancki. A jeśli fakty (wnoszenie walizek) temu przeczą, tym gorzej dla faktów!

Btw, przejrzałam inne opko tejże ałtorki i widzę, że harlekiny czyta z upodobaniem i pilnie realizuje zawarte w nich schematy!

hasło: preverie. Perwersyjne brewerie?

ithil7 pisze...

*siada obok całej reszty dziewczyn zaopatrzona w lunetę (do wypatrywania nadciągającego Aragorna)*

Serenity pisze...

Wiecie czego najbardziej w takich blogaskach nie lubię? Przedstawiania postaci - tj. opisywania ich charakteru, zanim zacznie się jakakolwiek akcja... To prawie tak, jakby w przedmowie autor zdradzał zakończenie utworu.

Kod: heomi [he(ter)o mi(łość), bo to była taka odskocznia od homor-romansów].

Kratka pisze...

Nie wybaczę! Jakieś głupie, obtłuszczone do granic możliwości dziewuszysko, hańbi swoją zrytą TFUrczością, jedną z moich ukochanych książek!
Analiza kwikaśna, choć przez sentyment do Upiora,ciężko mi było przez nią przebrnąć.