czwartek, 29 września 2011

Bractwo kurkowych asasynów, czyli krucjata bezsensu




Witajcie!
Dziś mamy dla Was prawie historyczne opko, będące w istocie źle zakamuflowanym fanfikiem. Dzieją się w nim rzeczy straszne i mroczne: mamy krucjatę zorganizowaną na popołudniowej herbatce przez papieża-zombie, zbójców porywających martwe noworodki, rycerzy chodzących na... nogach oraz tajemnicze bractwo Asasynów, które ma w zwyczaju obcinać swoim adeptom palce. Pojawia się tu też spadająca krew, miła tawerna i strażnik-parkourowiec... I żeby tylko to!
Za podesłanie opka dziękujemy Meb i Mroznej!

Adres blogaska: http://www.digart.pl/zoom/2888822/Krucjata_czesc_1.html
Zanalizowały: Kalevatar i Pigmejka


PROLOG
W izbie panowała ciemność. Jedynie z sąsiedniego pokoju wlewała się mała łuna światła, oświetlając lekko izbę. Izba ta była niewielka. Przy ścianie (tej izby) stał niewielki, własnoręcznie zrobiony stolik, a przy nim krzesło. Po przeciwnej stronie (izby) stało łóżko, a w nim kobieta.
Też stała. W łóżku.
No co, nigdy nie stałaś sobie nocą w łóżku? A może ta pani na przykład... pajęczyny usuwa, albo na komara na suficie poluje?

Miała sięgające ramiona,
Znaczy - chwytne takie? O boru, a co z resztą rąk?
Miała na nich specjalne ssawki, którymi chwytała różne przedmioty.

rude włosy, sklejone potem, świecącym leciutko.
Fluorescencyjny pot?
Pewnie fosforem się wysmarowała.

Oddychała, przez lekko zakrzywiony do przodu nos,
No, należałoby się martwić, gdyby miała nos zakrzywiony wgłąb twarzy.
Albo gdyby oddychała uszami.
Dobrze, że w ogóle oddycha.
 a usta miała zamknięte. Na kołdrze było widać wybrzuszenie. Kobieta była w ciąży.
Bo kobiety w ciąży niebędące są dwuwymiarowe i nijakich wybrzuszeń na kołdrach nie tworzą.
Ja się potrafię tak sprytnie zwinąć, że mnie pod kołdrą nie widać, ha!

Stęknęła cicho i pokój ponownie spowiła cisza. W sąsiednim pokoju na stole spał mężczyzna. Pochrapywał cicho, kiedy kobieta, obudziła się i krzyknęła z bólu. Mężczyzna zerwał się ze snu i podbiegł do żony, która rodziła.
Tak znienacka rodziła. W jednej chwili nic, w drugiej - skurcze parte. Kurka, mało brakowało, a babka przegapiłaby poród!
“kiedy kobieta, obudziła się i” … urodziła dodatkowy przecinek?

Po kilku minutach stękania i krzyczenia, urodziła chłopaka.
O, poród instant, fajnie.

Matka zemdlała z wycieńczenia. Ojciec ułożył dziecko do snu i sam poszedł spać.
I zostawił matkę i dziecię takie uwalane krwią, wodami płodowymi, z łożyskiem wesolutko płożącym się między nogami? Fuuj.
Hm, jeśli urodziła się Mary Sue, to jest duża szansa, że obyło się bez tych ohydnych substancji. Co najwyżej pewnie trochę tęczy w płynie pociekło i to wszystko.

Po trzech dniach śpiączki, matka obudziła się. Powoli wstała z łóżka i zataczając się podeszła do dziecka.
Które było już sinozielone i zaprzyjaźniało się z muchami. Bo kto niby miał je karmić przez ten czas?

Ojciec był w pracy.
Żona zdycha w łóżku uwalana krwią, noworodek podśmiarduje tuż obok, a ten sobie pomyka do roboty. Jaki to poziom wdupiemania?
Powiedziałabym, że to raczej syndrom uciekania w pracę, żeby się uchylić od domowych obowiązków... poziom hard.

Mały Aidan spał spokojnie ssąc kciuka,
Był to świeżo inkarnowany tybetański lama, który z pogodą ducha znosił takie niedogodności jak głód czy pełna pielucha.
Mam mroczne podejrzenia, że to nie był żaden lama, tylko już jednak zombie. A ssał własny kciuk z braku mózgu do pożarcia.

kiedy nagle drzwi otwarły się z hukiem. W progu stało dwóch wysokich, barczystych mężczyzn. Kobieta wystraszyła się, a z kolebki, którą kupił ojciec rozległ się donośny płacz. Mężczyźni weszli do środka zatrzaskując za sobą drzwi.
No cóż, przynajmniej w ten sposób okazali dobre wychowanie.

Jeden z nich usiadł na krześle i dał znak drugiemu, aby zrobił to, co do niego należy.
Na znaku było wypisane dużymi literami "CZYŃ SWĄ POWINNOŚĆ".
Niech zgadnę... znak wyglądał tak?

-Oddaj mi dziecko. - rzekł niskim głosem
Skupuje nieświeże noworodki?
Może to ten gościu z Monty Pythona i Świętego Graala?

-Kim jesteście? - spytała. Na jej twarzy odmalował się strach.
-Oddaj mi dziecko.-
-Ono należy do mnie.-
-Zanim się urodziło należało do Bractwa.-
-Czym jest Bractwo?-
-Lepiej, żebyś nie wiedziała. Oddaj mi dziecko.-
-Nigdy!
Po tych słowach rozmówca ruszył w stronę łóżeczka, popychając matkę Aidana, która upadła na kant stołu przecinając sobie głowę.
Zawsze w podobnych momentach ktoś upada i uderza głową o kant czegokolwiek, co kończy się oczywiście zgonem. Te kanty dybią na ludzkie życie, nic innego.
Ano. Na mnie na przykład ciągle wyskakują, sadystyczne szuje.

Krew rozlała się po podłodze. Mężczyzna wziął dziecko i wyszedł z domu. Drugi powoli wstał z krzesła, wyjął krzesiwo z kieszeni i podpalił dom.
Dom już wcześniej był strategicznie wysypany słomą i posypany siarką. Wszystko po to, by bohater nie musiał się za bardzo użerać z tym krzesiwem.
To było krzesiwo 2.0, z funkcją samozapłonu.

Ruszył do wyjścia z twarzą niewyrażająca żadnych emocji. Oboje wsiedli na konie (które z nich w międzyczasie zmieniło płeć?) i ruszyli drogą ku wzgórzom Golan do siedziby Bractwa.
O, to te hece się gdzieś w Palestynie dzieją?

Po kilkugodzinnej jeździe dotarli do siedziby, ukrytej wśród najwyższych wzgórz. Zeskoczyli z koni i ruszyli do pokoju Mistrza. Ukłonili się przed nim, a podpalacz rzekł:
-Oto dziecko, Mistrzu.-
- Dziękuję, Kapitanie Oczywistość. Odmaszerować - odparł Mistrz.



I
Rzym 1189 r. n.e.
Papież Grzegorz VIII siedział w Sali poselskiej w Bazylice św. Piotra.
Ech... *uses: Wikipedia* Strasznie mi przykro, ale w XII wieku wciąż stała tam jedynie bazylika z czasów Konstantyna (ok. 324 r.), która nijakiej Sali poselskiej nie miała. Prawdę mówiąc wątpię, by współczesna Bazylika takową zawierała.
Kij z salą poselską, papieżem jest ZOMBIE!!! Bo Grzegorz VIII zmarł w 1187 roku. Hm, to opko zaczyna się robić coraz ciekawsze.
Cóż, zombie są teraz w modzie; nic dziwnego, że w opku o krucjatach jakieś też wylądowały.

Przy stole oprócz niego siedzieli: cesarz niemiecki Fryderyk I Barbossa, król francuski Filip II August i król Anglii Ryszard Lwie Serce.
O lol, siedzieli przy herbatce i ciasteczkach.
Czy dwaj ostatni nie powinni właśnie toczyć ze sobą wojny?
Nie no, widać już skończyli wojować, w końcu z okazji krucjaty przerwali walki. Ale ja bym bardzo chciała wiedzieć co tam robi jakiś pirat. Bo cesarz niemiecki to się zwał Barbarossa.

Sala ozdobiona była różnymi freskami na ścianach i suficie, a z niego zwisał przepiękny, kryształowy żyrandol od króla Hiszpanii. Zebrani dyskutowali o obecnej sytuacji na Ziemi Świętej.
Takie normalne, popołudniowe pogaduchy uskuteczniali, niepomni na niedorzeczne odległości pomiędzy Paryżem, Londynem, Akwizgranem a Watykanem.
To przecież naturalne, że przed krucjatą wodzowie naradzają się w cztery oczy, zamiast wysyłać listy, posłów i inne takie.
(I tak już od niemal dziesięciu wieków państwa Zachodu próbują stworzyć „mapę drogową” dla pokoju na Bliskim Wschodzie... a tam jak trwała ruchawka, tak trwa do dziś.)
 
-Saladyn za dużo sobie pozwala! - krzyknął Ryszard, uderzając pięścią w stół. Jego kielich przewrócił się, a po stole rozlało się czerwone wino z Toskanii.
-Masz zupełną rację. - potwierdził ze złością cesarz.
-Sprawy potoczyły się za daleko.
Z tym się zgodzę. Saladyn ruszył na Jerozolimę, bo władca tego państwa pozwalał, by niejaki Renald z Chatillon ciągle organizował napady na karawany, okręty i miasta muzułmańskie, co w końcu doprowadziło do zerwania rozejmu, a w końcu właśnie wojny. Armia krzyżowców, jaka wyruszyła na niewiernych w 1187 roku była zdemoralizowana, źle przygotowana i źle poprowadzona: Saladynowi byłoby bardzo trudno z nią NIE wygrać, bo głównodowodzący chrześcijańskimi siłami był egoistycznym, zaślepionym idiotą. Mam mówić dalej?

 
Saladyn przejął ważniejsze miasta w Ziemi Świętej, Królestwo Jerozolimskie chyli się ku upadkowi, a krucjata w Egipcie okazała się niepowodzeniem.
Eee? Nie wiem, kto to mówi, ale w tym momencie prorokuje, bo krucjata egipska miała miejsce w roku 1202, podczas gdy mamy podobno 1189. Chyba że nam się w blogasku władcy zagadali zamiast ruszyć do walki z niewiernymi i tyle lat już minęło. 

 
Musimy coś zrobić.- wypowiedział się Filip
Wyrzućcie go ze znajomych na Fejsie.

 
-Macie rację, ale nie będzie łatwe zwołanie kolejnej wyprawy krzyżowej. Wasze skarbce świecą pustkami. - potwierdził papież.
Eee? Mnie się wydawało, że to papież nawoływał do krucjaty, a ci władcy tylko odpowiedzieli na jego wezwanie i to ONI wymyślili sposób, jak zebrać fundusze na wyprawę. Cóż, widać moje książki od historii się mylą...

 
-Oto się nie martw, Grzegorzu.-
Dodrukuje się. Znaczy, tfu, wybije się całe góry miedzianej, nic nie wartej monety.

 
-Dobrze, skoro mam się tym nie martwić to przejdźmy do kolejnego etapu naszej rozmowy.-
-Trzeba zaplanować odbicie Ziemi Świętej.-
1. Gdzie jest krzyż?!
2. A, tutaj leżał.
3. Dobra, macie miecze?
4. Ja mam widły, mogą być?
5. Mogą, nasz Pan i z widłami zaprowadzi nas do zwycięstwa.
6. Naaaaa wroooogaaaaaaa...!!!

 
-Zrobimy tak. Najpierw odbijemy Damaszek i ruszymy na Akkę. Tu może być najtrudniej, lecz jeśli się uda ruszymy w stronę Jerozolimy. Zdobędziemy ją i zniszczymy armię Saladyna.-
- Pójdziemy w rozproszeniu, małymi grupkami... tak po dwa, trzy tysiące... a środkiem puścimy konie.
- OBA? 

 
-Widzę jeden słaby punkt, który wcześniej zauważył papież. Na taką wyprawę potrzeba mnóstwa ludzi. Jak ją zbierzemy?
Tę mnóstwę ludzi? Mnie nie pytaj, ja tu tylko analizuję.
Eee... tak jak zawsze, czyli siłą? Chyba, że ci wielcy królowie nigdy wcześniej nie ruszali na wojnę i nie wiedzą, jak się mobilizuje ludność cywilną po średniowiecznemu. ;)

 
Czekając, musielibyśmy czekać kilka lat. I jak dotrzemy do Ziemi Świętej? Taka armia nie zmieści się do statków.-
To płyńcie na tratwach.
Proponuję teleport. Ten sam, którym transportujecie się na te popołudniowe nasiadówy przy herbatce.
Oh well, Barbarossa ruszył przez Węgry, Bułgarię i Azję Mniejszą, ale już Ryszard jakoś dał radę przedrzeć się przez morze.
Dla ojczyzny ratowania, nieprawdaż. No, ale oni się chcieli wszyscy razem zabrać, jak na zgraną paczkę przystało.

 
-Oto się nie martw, ale jeśli musisz wiedzieć (i psuć niespodziankę; w ogóle jaki ty jesteś ciekawski, ja pierdzielę!) to wynajmiemy najemników i pójdziemy na nogach.
Ci najemnicy nas zaniosą na plecach swych.
- CO ZA DOSKONAŁY POMYSŁ! - zakrzyknęli wszyscy.
No ba. Zawsze przecież mogli iść na rękach. Albo na rzęsach. To by dopiero zmyliło wroga!

 
A przy okazji dołączą do nas inne, chrześcijańskie państwa.-
Też będą nas nieść.
Pójdą za tłumem.

 
-To nie jest zły pomysł.-
W istocie, jest genialny.

 
-Czyli, sprawa załatwiona.-zakończył sprawę Grzegorz i wyszedł z sali.
Wszystko przebiegało zgodnie z planem:
 
Jejku, jakie te wyprawy wojenne banalne do zaplanowania. :D

 
Władcy rozjechali się do swoich państw.
Kolacja już im stygła.
I mecz się w telewizji zaczynał.

 
Ryszard i Filip zakończyli wojnę, podwyższyli podatki i zaczęli zbierać armię. Jednak pierwszy na krucjatę ruszył cesarz Fryderyk ze swoją armią. Poszedł przez Polskę* i Węgry, które dołączyły się do wyprawy. Przeszedł przez Turcję i dotarł do Akki.
Nastąpiła mała zmiana planów.
Na miejscu nie znaleziono Akki.
Pewnie jak zwykle Turki podpierdzieliły i sprzedały na targu. Tym niewiernym nie można ufać!
------------------
*Dla zainteresowanych – wtręt edukacyjny. Na apel papieża Honoriusza III o wyruszenie na krucjatę do Ziemi Świętej, Leszek Biały odmówił tłumacząc się, że w Jerozolimie nie ma piwa, a on niczego innego nie pija. ;)


II
Siedziba Bractwa. Kilkadziesiąt lat wcześniej.
No ale jakiego bractwa? Kurkowego?
*spływa na nią oświecenie* Czyżby templariusze?

Aidan stał na arenie z mieczem w ręku. Miał 15 lat. Był wysokim chłopakiem o ciemnych, krótkich włosach. Na niewyrażającej żadnych emocji twarzy znajdowały się bystre, niebieskie oczy.
Pomiędzy oczami położony był nos, zaś na południe od nich mieściły się usta.
Oczy na twarzy to rzeczywiście rzecz godna odnotowania. Przecież zazwyczaj znajdują się na różnych częściach ciała.

Miał lekko zadarty nos i cienkie wargi. Niewiele wystający podbródek był pokryty pierwszymi oznakami zarostu. Arena była pusta.
*w ciszy kontempluje urodę tego następstwa zdań*

Arena była pusta. W odległości kilku metrów przed nim stał mężczyzna z mieczem.
O, mężczyzna Schroedingera - ani jest, ani go nie ma...
To pewnie Schroedinger himself.

Aidan zdawał egzamin. Egzaminator podbiegł do niego i zaatakował. Chłopak sparował cios, ale pod siłą uderzenia cofnął się do tyłu.
Po czym, żeby zmylić przeciwnika, cofnął się do przodu.
A następnie spiralnie ruszył po linii prostej.

Wyprowadził kontratak z półobrotu celując w udo przeciwnika.
- Paruj kwartą z dexteru - poradził zza kadru Geralt geodeta.

Mężczyzna odbił cios. Chłopak znowu próbuje cięcia z góry przez prawe ramię.
Ukradkiem zapuścił bullet-time, bo coś się czasy w narracji pochromoliły.
To pewnie żeby dodatkowo zmylić przeciwnika.

Zaskoczony mężczyzna ledwo zdąża sparować cios. Widząc chwilową słabość egzaminatora próbuję pchnięcia, ale przeciwnik łatwo odbija miecz.
Tak to jest, jak narrator próbuje machać mieczem, nieprawdaż.

Aidan zalewa egzaminatora serią uderzeń, którą łatwo unika i atakuje go.
Aidan unika uderzeniami. To jest jakaś zaawansowana technika Szaolin, mam wrażenie.
Do tego to są uderzenia w płynie, zauważ.

Chłopak paruje cios, ale miecz wypada mu z ręki. Mężczyzna podnosi miecz, aby zadać ostateczny cios. Miecz opada na niego, a chłopak wyjmuje krótki, zakrzywiony miecz i blokuje cios. Aidan kontratakuje i przecina płaszcz i skórę egzaminatora. Z boku wypłynęła mu krew i spadła na arenę.
PRAWIE jak w Pieśni o Rolandzie:
Zaś Geryn wali Malprymisa z Brygalu. Tęga tarcz poganina niewarta mu jest ani szeląga.
Geryn kruszy jej kryształowy guz; połowa upada na ziemię, rozcina mu pancerz aż do ciała i wbija mu swą tęgą kopię w żywe mięso. Poganin wali się jak kłoda; duszę jego czart unosi. A jego towarzysz, Gerier, wali emira. Kruszy mu tarczę, rozdziera kolczugę, wbija mu w trzewia srogą włócznię; naciska mocno, przeszywa mu żeleźcem ciało i drzewcem ściąga martwego na ziemię.
...Niestety, “prawie” robi wielką różnicę.
Na mężczyznę opada jakiś miecz (Damoklesa?), a chłopak go paruje i kontratakuje, przez co z boku wypływa mu krew i spada (jebs!) na arenę. Cuda, panie tego.
Bo ta krew skrzepła w locie i dlatego spadła. Już jako taki częściowo zaschnięty glutek.

Mężczyzna spogląda na chłopaka i mówi do niego:
-Zdałeś. Idź do Mistrza.-
Chłopak chowa krótki miecz do pochwy, a dwuręczny oddaje egzaminatorowi.
Strasznie mi przykro, chłopcze, ale dwuręczne miecze weszły do użytku dopiero koło 1300 roku.

Aidan wychodzi z areny i udaje się do pokoju Mistrza. Staje przed drzwiami jego pokoju i puka w nie. Z pokoju dochodzi głos mówiący "wejdź". Chłopak otwiera drzwi do pokoju i wchodzi do środka pokoju. Przy biurku w pokoju siedzi osoba ubrana w czarny płaszcz i zarzucony na głowę kaptur zakrywający twarz.
Hm, ta osoba tylko w ten płaszcz jest ubrana? ;)

-Zdałem.- oznajmia chłopak Mistrzowi
-W takim razie trzeba rozpocząć Rytuał. Chodź za mną.- rzekł Mistrz i wyszedł z pokoju. Aidan ruszył za nim. Zeszli krętymi schodami do piwnicy. Po bokach paliły się pochodnie.
Piwnica miała boki, nie ściany? Hm, ciekawe rozwiązanie architektoniczne...

Piwnica była niewielkim pomieszczeniem, gdzie na ścianach były wymalowane różne wzory i słowa w nieznanym języku.
A pod ścianami stały worki z dziwnymi roślinami, nazywającymi się ziemniaki. Pod jedną ze ścian tajemniczo marynowały się w mistycznych słoikach ogórki.
Tajemnicze rytuały w mrocznych piwnicach. No nie, czekam już tylko na ostre Cyganki.

Mistrz wyjął nóż z kieszeni płaszcza i zaczął mówić przyciszonym głosem, coś czego Aidan nie dosłyszał.
- Co by tu zrobić, żeby dzieciakowi opadła szczęka – mruczał do siebie Mistrz. - Może jakieś przymierze krwi? To zawsze kręci małolaty.

Mistrz rozciął sobie skórę i zmoczył nóż swoją krwią.
-Wyciągnij prawą rękę, chłopcze.-
Aidan wyciągnął rękę, a Mistrz odciął mu serdecznego palca.
KWIK. No tak, teraz to chłopak na pewno będzie sprawnie walczył.
O w mordę. Czemu mu zaraz całej łapy nie upierdzielił? Przy samej szyi?

Po twarzy chłopaka przebiegł grymas bólu, ale nic nie powiedział.
Twardy jest! Nie pierwszy raz ktoś mu palec użyna, to się chłopina zahartował.

Za to Mistrz zaczął mówić.
-Od dziś należysz do Bractwa Asasynów. A na znak tego dostajesz sztylet, który ma każdy asasyn.
Wprawdzie możesz go już używać tylko lewą ręką, ale na pewno sobie poradzisz!
Ale haszyszu jeszcze nie dostaniesz. Dopiero jak będziesz pełnoletni.

A teraz twoja pierwsza misja.-
-Słucham, Mistrzu.-
-Zabijesz Szirkuha. Urzędnika i wysłannika Aladyna, który panuje nad Egiptem.
A to ciekawe, google mówi, że Egiptem nigdy nie rządził żaden Aladyn... czyżby jakiś uzurpator? Bo oczywiście aŁtor nie mógł popełnić tak głupiej literówki i na pewno nie chodziło mu o Saladyna, prawda?
W rzyci z googlem, mnie się zwizualizował ten Aladyn od lampy i latającego dywanu.
 
-Nie zawiodę Cię, Mistrzu - rzekł Aidan i ruszył w stronę wyjścia.
-Czekaj.-
-Tak, Mistrzu?-
-Masz tu pióro. Niech zaczerwienieje krwią Szirkuha.- i zarzynanej fleksji...
Tak w temacie krwi – to ktoś chłopakowi przewiązał ten kikutek po palcu, czy Mistrz ma nadzieję, że dzieciak się wykrwawi?

-Dobrze.- odpowiedział i wyszedł na dwór. Wsiadł na konia i ruszył. Tuż przed bramą podszedł do niego egzaminator i wręczył mu dwuręczny miecz.
-Od dziś należy do Ciebie.-
Przy skrytobójstwie na wuj ci się przyda, ale będziesz mógł używać go zamiast rożna. I wyrywać na niego panienki.

-Dziękuję.-
I ruszył drogą w stronę Kairu. Przed nim długa droga.
W stronę Kairu.

III
Aidan siedział na koniu ubrany w biały płaszcz, z zarzuconym na głowę kapturem, który zasłaniał mu twarz.
I wcale nikomu się nic nie kojarzy i w ogóle nikt nie ma najmniejszych podejrzeń, że opko jest nieudolnie zamaskowanym fikiem do Assassin's Creed...

U pasa wisiał mu długi, dwuręczny miecz z wystającą z pochwy klingą.
Co za oferma, nawet miecza do pochwy schować nie umie. No przecież mu wypadnie podczas jazdy!
Dwuręczny miecz sobie u pasa zawiesił, co za cep.

W kaburze na prawej nodze znajdowało się kilka noży do rzucania,
Niech zgadnę... miał też kołczan, w którym znajdowało się kilka szpad?

 
a na plecach miał krótki, zakrzywiony miecz. Na prawej dłoni miał mechanizm, dzięki, któremu w miejsce serdecznego palca pojawiał się sztylet, który nie przeszkadzał w poruszaniu się.
Za to bardzo ułatwiał upierdzielenie sobie kolejnego palca samemu. Genialne rozwiązanie.
Albo wrażenie sobie tego sztyletu w ucho czy do nosa. No brawo za ten pomysł.
 
Chłopak siedział w milczeniu. Minęły trzy dni odkąd wyjechał z siedziby Bractwa. Obok niego jechał Egipcjanin, jego przewodnik. Wtedy jego oczom ukazała się Kair.
Ta Kair tak podczas jazdy mu się znienacka ukazała? To musiała być ninja!
Ee tam, to tylko fatamorgana.
 
Zapłacił przewodnikowi i odprawił go. Poprawił się w siodle i przyspieszył konia kierując się w stronę miasta. Po kilkunastu minutach dojechał do miasta.
Seeeeeerio??? 

 
Przejechał bramę ozdobioną wizerunkiem bogów i znalazł się w obrębie murów. Jechał prostą drogą prowadzącą na niewielki plac. Dojechał do niego i rozglądnął się wkoło. Na placu było kilka mieszkań wolnostojących i gospoda „Pod Ciemną Gwiazdą”. Aidan wszedł do środka. Nikt na niego nie spoglądnął. Pewnie, dlatego, że jest bardzo wysoki i umięśniony jak na swój wiek.
A takie osoby w ogóle nie przyciągają uwagi, ani ciut ciut.
Takie, którym u pasa wisi dwuręczny miecz i które co i rusz urzynają sobie a co ucho, a to kawałek nosa? No ja bym się trzymała na dystans.

Podszedł do karczmarza i zamówił szklankę wody.
Kwiik! I może jeszcze z cytrynką?

Obok niego siedział przygarbiony mężczyzna. Ubrany w obdartą koszulę i za krótkie spodnie popijał z kufla coś dymiącego.
Wodę z sodą kaustyczną. Taki był twardy!

Karczmarz podał mu wodę w najbrudniejszej szklance, jaką miał.
Starannie wybrał ją spośród wszystkich dopiero czekających na umycie.
A wody zaczerpnął z wiadra z pomyjami.
 
Aidan zagadnął do faceta koło siebie.
-Wiesz coś o Szirkuhu.-
-Nie wiele, ale Abdul będzie wiedział więcej.-
-Kim on jest?-
-Pracuje u Szirkuha, ale nie przepada za nim. Wieczorem przesiaduje w tawernie w dzielnicy handlowej. Jak go poproszę to myślę, że Ci powie coś o nim.-
-Możesz to załatwić?-
-Jasna sprawa.- odparł i wyjął karteczkę na której zaczął coś rysować.
Karteczkę. Tak tak. Notesik wyjął. A potem jeszcze terminarz i laptopa.
I znów – nikomu absolutnie nie kojarzy się to z typowym erpegowym questem.

Jak skończył podał ją Aidanowi. Chłopak wziął ją i schował do kieszeni. Podał mężczyźnie kilka monet, dopił wodę i wyszedł wcześniej płacąc. Miał trochę czasu. Od karczmarza dowiedział się jak dojść do dzielnicy handlowej. Ruszył w jej stronę. Dojechał do tawerny i wszedł do środka. Tawerna w porównaniu do gospody „Pod Ciemną Gwiazdą” wydawała się być miła i przytulna.
Jak na tawernę przystało. Ściany były pomalowane na błękitno, a na każdym stoliku ustawiono wazonik z fiołkami, a z sufitu zwisały baloniki i serpentynki.
Po zapleczu miotała się Magda Gessler.
 
Usiadł przy stoliku i zaczął czekać na Abdula. Po kilku godzinach czekania skończył czekać do tawerny wszedł Abdul. Ubrany był w ciemny płaszcz z zwisającym na plecach kapturem.
No, przynajmniej jeden, któremu kaptur nie zasłania twarzy.

 
Na nogach miał trzewiki. Jego twarz zarumieniona od chłodu (typowego dla Egiptu) wyrażała radość po skończonym dniu pracy.(...) Aidan dał znak Abdulowi, aby usiadł koło niego. On zgodziwszy się na to, usiadł naprzeciwko niego i zamówił coś do jedzenia.
-Potrzebuje informacji o Szirkihu.(...) Mam coś od twojego przyjaciela.- powiedział, wyciągając karteczkę, którą dostał od mężczyzny w gospodzie i wręczył ją Abdulowi.
-Dobrze, ale jest jeszcze jeden warunek.-
-Zapłacę za każdą informację.-
-Nie oto chodzi. Dostarczysz tę paczkę - mówiąc to wyciągnął paczkę i położył ją na stole - do mojego przyjaciela na drugim końcu miasta.-
I dostaniesz za to expa!
(Wy też nosicie paczki i listy cały czas przy sobie, na wypadek, gdyby napatoczył się jakiś frajer, który je za Was doręczy?)

-Rozumiem. Wrócę przed zachodem Słońca.-
-Będę czekał.-
Aidan wiał paczkę i wyszedł z tawerny. Jego twarz owiał wieczorny, chłodny powiew. Wdrapał się na dach budynku i skacząc z jednego dachu na drugi udał się do wskazanego miejsca.
Czy jest jakiś niezwykle ważny powód, dla którego nie mógł iść jak człowiek, po ziemi?

Zeskoczył z dachu i zapukał do drzwi domu, do którego miał dostarczyć paczkę. Drzwi otworzył niski, otyły mężczyzna z kuflem w ręku.
-Paczka dla pana od Abdula.-
-Dziękuję. Długo na nią czekałem. Masz tu pióro i pokaż je Abdulowi na dowód tego, że dostarczyłeś mi paczkę.-
-Dziękuje. Do widzenia.-
Kurczę, średniowieczni szpiedzy są lepsi niż Poczta Polska.
Jakoś mam wątpliwości, by prawdziwi asasyni musieli sobie podbić level zanim zajęli się przedmiotem zlecenia.

Chłopak ponownie wskoczył na dach i udał się z powrotem do tawerny. Nagle przeskakując z dachu na dach zauważył go strażnik.
Strażnik zaś skakał po dachach, gdyż po pracy uwielbiał uprawiać parkour.
Aidan zeskoczył na dół, wyjął miecz i szybkim pchnięciem zabił strażnika.
Który stał i spokojnie czekał na rozwój wypadków.

Wytarł miecz o jego płaszcz i schował do pochwy. Wziął ciało strażnika i wrzucił je do studni.
Studnia ex machina wyrosła tam specjalnie dla niego, żeby miał gdzie zutylizować zwłoki.
Nie ma to jak wrzucić trupa do studni i wytruć całe miasto. Cóż, to też jest JAKIŚ sposób na pozbycie się tego Szirkuha...
 
Oddalił się od miejsca zbrodni i doszedł do tawerny. Wszedł do środka. Na środku stało dwóch mężczyzn okładających się pięściami, a wokół nich krzyczeli inni obstawiając zwycięzcę. Aidan usiadł naprzeciw Abdula, który kończył jeść swoje danie.
Tak, bo przecież w takiej standardowej karczmie podobne bójki wcale nie przeradzały się w ogólne mordobicie i nie przeszkadzały pozostałym klientom w spożywaniu zamówionych dań.

 
-Masz oto pióro od twego przyjaciela, które zaświadcza o pomyślnym zakończeniu zadania.-
-Myślałem, że Ci się nie uda.
-Przykro mi, że Cię zawiodłem.-
-Miły i śmieszny.-
Idealny na słodką zabaweczkę, czyż nie?

-Dobrze, oto twoje informacje. Jego pałac znajduję się w północnej części dzielnicy królewskiej. Strzeże go około pięćdziesięciu strażników. Do środka można dostać się dwoma wejściami: od strony wschodniej lub zachodniej. W środku jest około dziesięciu strażników, więc najtrudniej będzie się dostać do środka.
Noł, rili?

 
Szirkuh zasypia zaraz po pojawieniu się Księżyca na nieboskłonie. Myślę, że tyle wystarczy. Masz jakieś pytania?-
-Tak. Czy jego komnacie są strażnicy?-
-Nie.-
-W takim razie to wszystko. Dziękuje za informacje.-
-Nie ma za co.-
Zawsze chętnie pomagam miłym skrytobójcom.

Aidan wyszedł z tawerny i udał się w stronę pałacu. Księżyc już wzszedł, kiedy jego oczom ukazał się pałac namiestnika Szirkuha.
Księżyc specjalnie czaił się za budynkami i czekał na ten moment!
Bo klimat jest najważniejszy.

czwartek, 22 września 2011

Członek zwiedziony na manowce, czyli Harry Potter Special Yaoi Edition, cz. 3

Pamiętacie jeszcze urocze opko o... fascynacji rodzącej się pomiędzy Potterem a Malfoyem? Jakiś czas temu obiecałyśmy Wam część trzecią analizy tego tFForu (dwie poprzednie są TU i TU). Lud domagał się “momentów” - zatem lud je dostanie! Co prawda będą one polegać głównie na wzdychaniu, spoglądaniu i jedynie okazjonalnym ściskaniu (oraz uszczęśliwianiu białych kafelków w łazience), ale to zawsze coś, prawda?
Oprócz tego dowiecie się, jak powstają pękające naczynka, jakie porno lubi Ron i czym łopocze Snape.

Zanalizowały: Kalevatar i Pigmejka





- Ten Malfoy całkowicie zwariował! – Ron wyrażał swoje oburzenie zachowaniem chłopaka, pomagając sobie dłonią

Jedną ręką nadawał w migowym.

– Hermiona, ja naprawdę nie wiem, jak możesz wytrzymywać z tym palantem w jednym pokoju! Przecież on jest odrażający! Chciało mi się rzygać, jak zdjął koszulę.
Mujeju, jacy ci chłopcy dziś wrażliwi. Czyżby Malfoy miał tam jakieś wielkie, ropiejące krosty? Albo zasuszonego zroślaka, wyrastającego z klatki piersiowej?

- Ronaldzie! – powiedziała oburzona dziewczyna – Jak ty się wyrażasz? Nie żadne „rzygać”! Jeśli już masz wyrażać swoje obrzydzenie, to mów „wymiotować”! A Malfoy nie jest taki zły, kiedy się go pozna bliżej. Można z nim nawet prowadzić rozsądne rozmowy, oczywiście kiedy nie jest pijany.
Hermiona nie wykazuje tolerancji dla dosadnego słownictwa, ale z pobłażaniem patrzy na chlanie. Tak, oczywiście.
Przy czym osobnikiem chlejącym jest chłopak, który przez wszystkie lata szkoły traktował ją jak śmierdzącego śmiecia. Tak tak.
Cóż, jak się okazuje - nie jest taki zły. Tzn. kiedy jest trzeźwy. Wait - to znaczy, że przez pierwsze pięć części Pottera Malfoy był ciągle narąbany?

- Jak możesz go bronić?! Przecież to obrzydliwy wąż!
- Jak już animizujesz, to nie wąż, tylko smok.
Hermiono, jak już pouczasz, to poprawnie! Animizacja działa tylko w jedną stronę - to nadanie przedmiotom/zjawiskom cech istot żywych. Tutaj mamy do czynienia bardziej z animalizacją.
Aaaa, czyli jak ktoś się nazywa np. Dzik, to już nikt nie może nazwać go świnią?

- Jak to smok? – Ron zrobił wielkie oczy.
- To od jego imienia – tym razem do rozmowy wtrącił się Harry, zdruzgotany tym, że Ron jest takim ignorantem.
No, kto to widział - nie znać źródłosłowu imienia najgorętszego chłopaka w szkole! Harry od razu nadrobił zaległości.
(BTW, zawsze mnie dziwiło, że w Hogwarcie nie uczą łaciny.)

Widząc, że przyjaciel dalej ich nie rozumie, dodał – Draco po łacinie to inaczej smok.
Nie, Draco po łacinie to po prostu "smok". "Inaczej smok" to "secus draco".
Och jej, jakie to dzielne i miłe, takie zabawy słowne imieniem największego wroga. Aż mnie zęby od cukru bolą.

- Jak możesz wymawiać jego imię?! Nie pamiętasz już, co ci zrobił w powozie?! Przecież się na ciebie rzucił! Nie wiadomo, co by jeszcze zbroił gdybyśmy nie dotarli do zamku!
No, dzieciaka by mu zrobił przynajmniej. I to przez dżinsy!
Ewentualnie mógłby ZBROIĆ się do walki. Ale to by było kanoniczne, więc mało prawdopodobne.

- Nie robił nic nadzwyczajnego – odpowiedział odwracając głowę.(...)
- Żartujesz! Siedziałeś mu na kolanach! Zrozumiałbym to, gdybyś wpakował się tak jakiejś dziewczynie, ale nie chłopakowi! Gorzej, Malfoyowi, zakale świata magicznego!
Z sensem gada, polać mu.

Właśnie ten moment wybrała sobie Ginny, by przejść koło nich i spojrzeć na bruneta zaczerwionymi oczami.
Zielone schowała na chwilę do kieszeni.

Kiedy ich spojrzenia się spotkały, uciekła z płaczem do Wielkiej Sali. Na ten widok chłopakowi zrobiło się trochę wstyd za to, co jej zrobił.
Ale tylko troszkę.
Gorzką gorycz wstydu osładzała stójka Malfoya. Znaczy hm, wspomnienie stójki.

- Nie przejmuj się tak – zwrócił spojrzenie na Hermionę, gdy tylko usłyszał jej słowa skierowane do niego.(...) – Później z nią porozmawiam. Sama wkrótce zda sobie sprawę, że przedłużanie na siłę tego związku nie miało żadnego sensu.
I absolutnie nikt nie ma do ciebie pretensji o ten pokaz bucery, jaki odstawiłeś przy zrywaniu! Come on, masz gorętsze ciacho na horyzoncie, czuj się usprawiedliwiony.

- Mną też nie musisz się już martwić! – zawołał Ron, zapominając całkowicie o wcześniejszej sprawie – Już się nie gniewam, że z nią zerwałeś.
To nic, że ona teraz przez to płacze i cierpi. Baby i tak ciągle ryczą, właściwie nikt nie wie dlaczego.
Pewnie z zazdrości o penisa.

– Ale czy musiałeś z nią zrywać w ten sposób?! – zmierzył wściekłym wzrokiem bruneta.
No, przynajmniej ktoś tu ma choć odrobinę przyzwoitości. Cieszmy się tą chwilą, bo prędko odejdzie..

- Jakoś…. tak… wyszło – odpowiedział skrępowany.
- I... overreacted.
- Mogłem zabić.

[Wszyscy grzecznie idą do Wielkiej Sali, gdzie...]
Dyrektor jeszcze nie kwapił się do tego, by wygłosić swoje przemówienie. Czekał wciąż na kilku spóźnialskich. Jednym z tych był Draco Malfoy, który wszedł do Sali swoim nonszalanckim krokiem, nie zważając na zachwycone spojrzenia płci pięknej, ani także na zniecierpliwione spojrzenia nauczycieli. Usiadł przy swoim stole i spojrzał w pierwszej kolejności na Pottera.
Wcześniej zaś, kiedy wchodził do sali, nonszalancko patrzył w ziemię, skoro jego wzrok nie padł na nikogo innego?

- Może jednak przestaniesz się tak na niego patrzeć? Ujawnisz się przed całą szkołą. Chociaż… ty lubisz szokować i intrygować.
Taa... jeśli chodzi o Malfoya, to ani darcie Biblii, ani odgryzanie głów kurczakom, ani szaty z surowego mięsa na nikim już nie robiły wrażenia.

- To może oszczędzisz mi czasu i marnowania mojej cierpliwości i sam powiesz, o co tu właściwie chodzi? – próbował go podejść.
- Nie chcę ci psuć niespodzianki – odpowiedział spokojnie Zabini, całkowicie ignorując wściekłe spojrzenie, jakie mu zaserwował przyjaciel.
Niech zgadnę... skoro jedzą śniadanie, to... zaserwował mu to spojrzenie w postaci kanapki? Soku dyniowego?

- Żaden pomysł Dropsa nie może być miłą niespodzianką, więc sobie ze mnie nie kpij, bo tego bardzo nie lubię!
Oo, Draco nie lubi, gdy ktoś sobie z nim pogrywa. Z kim mi się to kojarzy...
- Jak zwykle wstałeś w złym humorze. Czyżby męczył cię mały kac? – mógł z niego kpić, z tego powodu, że jako nieliczny miał mocniejszą głowę od blondyna.
- Wyjątkowo dzisiaj nie. Nie zmieniaj tematu, tylko gadaj, bo narażasz się na męki jeśli nie wydusisz tego z siebie.
Będę cię raził mym nieświeżym oddechem, woniejącym przetrawioną wódą.

- Dobrze. Mogę ci zdradzić kilka szczegółów, ale nie musisz być już od razu taki agresywny. Chodzi tu o zjednoczenie domów, żeby lepiej bronić się przed Czarnym Panem
Przy czym chodzi o zjednoczenie w sensie jak najbardziej dosłownym, można by rzec... fizyczne ich połączenie.

- Tyle to ja sam już wiem! W końcu umiem co nieco się domyślić! Mów lepiej jaśniej. –
Draco zironizował odrobinę wypowiedz po czym ją jeszcze trochę zgoryczył i zaczął grzebać w talerzu widelcem.
A to ma taki związek z początkiem zdania, że...?

- Mogę ci tylko jeszcze powiedzieć, że jeśli będziesz miał szczęście, to będziesz mógł swobodnie spędzać o wiele więcej czasu z zielonookim gryfonem.(...)
- Co masz przez to na myśli?
- Sam się przekonasz. Właśnie Drops wstaje, żeby wygłosić tą swoją niesamowitą wiadomość.
Tę.

Draco wiedząc, że już nic więcej od przyjaciela nie wyciągnie, odwrócił się na ławce i spojrzał na starca, który stanął, żeby wszyscy go lepiej widzieli.
- Tak jak wam wczoraj mówiłem na uczcie powitalnej, wymyśliłem pewien sposób, żeby zjednoczyć uczniów z różnych domów. Dotyczy to w szczególności starszych roczników, które odejdą ze szkoły w tym lub przyszłym roku. Mamy nadzieję, że będą oni dalej utrzymywać ze sobą przyjazne stosunki.
Hehehehehehehehehehehe... no dobra, już nie będę.
A nawet jeśli nieprzyjazne, to chociaż za obustronną zgodą, jak na dorosłych ludzi przystało.

Dlatego, po skonsultowaniu się z opiekunami domu, podjąłem pewną decyzję. Z każdego domu weźmiemy kilku uczniów z siódmego, szóstego i piątego rocznika, i umieścimy ich w innych domach.
Kochany Dropsie, wymiana uczniów ma sens, jeśli pochodzą oni chociaż z innych miast... ale nie wtedy, jak i tak codziennie ze sobą przebywają. No ale rozumiem, becikowe samo się nie zarobi, gejowski romans sam się nie nawiąże. Kontynuuj.
I wcale nie wiemy, do czego to doprowadzi.

Na Sali zapanowało ożywienie. W niektórych miejscach odezwały się sprzeciwy, a w innych okrzyki zdumienia. Za to u Draco oczy przybrały wręcz stalową barwę.
Szkoda, że mu się nie skrystalizowały przy okazji.

Dyrektor poczekał, aż z powrotem zapanowała cisza. Dopiero wtedy kontynuował.
- Tak jak mówiłem weźmiemy kilka uczniów z tych roczników i umieścimy w innych domach. Będą oni mieszkali w dormitoriach razem z tymi uczniami, którzy zostali do niego przydzieleni w pierwszym roku. Będą razem z nimi chodzić na zajęcia, jeść posiłki i spędzać wolny czas na okres trzech miesięcy.
I może jeszcze nie będzie im wolno rozmawiać z przyjaciółmi ze swoich właściwych domów? Albusie, wiesz że to zakrawa o łamanie praw... już nawet nie tyle ucznia, co człowieka?

Później nastąpi zmiana. Ci co ich gościli w swoich dormitorium
Dormitoriach. No wiesz, Albusie? Jaki przykład dajesz uczniom?

pójdą razem z nimi do ich domów, także na okres trzech miesięcy. Drugi semestr już spędzicie już normalnie, ponieważ chcemy, żeby starsze roczniki dobrze się przyszykowały do testów.
Szkoda, że Albus nie wyjaśnił, jak wyobraża sobie kwestię Pucharu Domów.
A nauka w innym domu niż własny będzie mniej efektywna, ponieważ...? (Jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości, czy Albus liczy na nieustającą orgię.)

(...) W końcu skończyło się na tym, że Ron na razie został w swoim dormitorium, ale za to będzie razem z nim mieszkał pewien puchon. Hermiona zamieszkała z Luną, a Ginny trafiła do Slytherinu razem z Harrym, który miał zamieszkać w jednym pokoju z Draco.
NO KTO BY SIĘ TEGO SPODZIEWAŁ.

- Teraz możecie się rozejść i zapoznać z waszymi nowymi domami. Skrzaty przeniosły już wasze rzeczy do pokojów.
W razie, jakbyście chcieli zaprotestować, to i tak nie macie już wyboru, mwahaha.
Plan Dropsa nie miał słabych punktów.

Zaskoczeni uczniowie zaczęli się rozchodzić, ale zanim Harry wstał ze swego miejsca spojrzał w stronę stołu, przy którym od dzisiaj będzie jadał posiłki. Jego spojrzenie napotkało na Draco, który mu się przyglądał z delikatnym uśmiechem. Szybko odwrócił głowę. Zastanawiał się jak wytrzyma te trzy miesiące z tym oślizgłym wężem,
Oj tam, trochę żelu czy wazeliny i jakoś pójdzie. Czy tam wejdzie.

a raczej smokiem, jak to fachowo określiła Hermiona. Za to Draco już układał w swojej głowie plan uwiedzenia Pottera.
W kanonie plan ten koniecznie musiałby uwzględniać Imperiusa albo pigułkę gwałtu. Albo wręcz tasak i plastikowy worek. Tutaj - wystarczy, że posmyra go po członku i pełen sukces gwarantowany.

***
- Ja nie mogę – jęczał Ron. Jak zwykle, rudzielec nie mógł powstrzymać się przed powiedzeniem tego, co myśli – Co sobie dyrektor wyobraża!? Przecież to niemożliwe, żebyśmy mogli się zintegrować! Zwłaszcza z tymi paskudnymi wężami! Je raczej powinno się natychmiast wytępić, a nie pozwalać, żeby oni przechodzili do naszych dormitorium.
I zadawali się z naszymi kobietami, nieprawdaż.
(Widzisz, Albusie? Ron już podłapał od ciebie złą odmianę.)

W dodatku Harry i Ginny trafili do tych śmierciożerców! – krzyczał na cały korytarz chłopak.
- Ronaldzie – jeśli Hermiona użyła pełnego imienia rudzielca oznaczało to, że jest już na niego nieźle wściekła – Rozumiem, że masz jakieś nieuzasadnione uprzedzenia co do niektórych domów, ale nie musisz wygłaszać swojego zdania wszystkim w promieniu dwudziestu mil.
- Ja wcale nie jestem uprzedzony. Każdy w szkole wie, że z tych Ślizgonów nie będzie nic dobrego. Nadają się jedynie na sługusów Sama-Wiesz-Kogo! – rzucił z impetem – Będą z chorą służebnością lizać jego buty!!! – wygłosił jeszcze na koniec.
- Ronaldzie, swoje porno zachowaj dla siebie - odparła lodowatym tonem Hermiona.

- Nie wiedziałem, panie Weasley, że masz takie dobre zdanie o moim domu – usłyszeli za sobą jadowity głos. Ten głos nie mógł należeć do nikogo innego, jak właśnie do niego. Odwrócili się z przerażeniem i spojrzeli w czarne tęczówki nauczyciela eliksirów. Czasami Snape wydawał się bardziej przerażający niż sam Czarny Pan
No tak, Czarny Pan nie może im przecież dać szlabanu albo odjąć punktów - jedyne, co może, to tylko zabić.

– Jeśli masz taki dobry stosunek do Ślizgonów, to zapewne ucieszy Cię dwutygodniowy szlaban w mojej obecności. (...) Dzisiaj macie jeden dzień wolnego. Musicie się zorientować w planie lekcji, a także przyzwyczaić do nowych pokojów i lokatorów – jeszcze to dodając odszedł, powiewając swoją peleryną.
I pilnując, by łopotała malowniczo.
Posępny udzielił mu paru wskazówek.

- Już nie żyje! On mnie zabije na tych szlabanach – jęknął żałośnie rudowłosy chłopak.
- Ron, to jedynie twoja wina, że dostałeś szlaban. Gdybyś nie wypowiadał tych komentarzy, profesor Snape nie miałby żadnych powodów, by ci go wlepić. Dobrze, że przynajmniej nie odjął nam punktów.
Hermiona - zawsze na miejscu, gdy przyjaciel potrzebuje wsparcia.
To wina więźniów politycznych, że siedzą w więzieniach. Gdyby nie organizowali wieców i nie roznosili antyrządowych ulotek, mieliby spokój.

- Właśnie! Jak teraz będziesz w innym domu, to kto zdobędzie dla nas punkty na lekcjach i pomoże mi z moją pracą domową?!
- Ty myślisz tylko o sobie. Jesteś okropnym samolubem! – spojrzała na niego ze złością.
Hermiona - zawsze na miejscu, gdy trzeba wytknąć komuś swoje własne wady.

- Ale mi pomożesz?(...) Hermiiii, pomożesz mi prawda?
- Tak – westchnęła – Czasami zastanawiam się, czy jestem twoją dziewczyną, czy twoją niewolnicą.
Chciałaś powiedzieć: sekutnicą, prawda?

- Pomyślałem [powiedział Harry], że jesteście przeciwieństwem siebie, a jednak się dogadujecie.
- Nie martw się, Harry. Pewnego cudownego dnia znajdziesz dziewczynę, która będzie różniła się od ciebie diametralnie i spędzisz z nią miłe chwile…
No, jakby nie patrzeć, to przyjemność bierze się stąd, że dziewczynki i chłopcy się różnią.

zdałem sobie z czegoś sprawę! – wykrzyknął Ron, podbiegając do niego.
- O co chodzi?
Zapytał Harry, odsuwając się o krok. Nikomu się nie przyznał, ale nie lubił, gdy ktoś naruszał jego strefę osobistą. Nawet Syriusz wraz z Remusem nie potrafili wykorzenić z niego tego nawyku.
Regularnie siadali mu na kolanach, niestety - bezskutecznie.

Może miały na to wpływ lata, które spędził z wujostwem. Dlatego jego ojciec chrzestny z zaskoczeniem przyjął wieść, że zaczął chodzić z Ginny.
Też bym była zaskoczona na miejscu Syriusza, że chodzę z uczennicą, której nawet nie znam.

- Przecież będą rozgrywki w Quidditchu, a ty w tym czasie będziesz u Ślizgonów! Jesteś naszą atutową kartą. Jesteś najlepszym szukającym, nie możemy cię stracić i to jeszcze dla nich!
- Niestety, ale nie będę uczestniczył w rozgrywkach.
Będę zbyt zajęty grami... wstępnymi.
I chwytaniem innej... piłeczki.

Na pewno znajdziesz kogoś na moje miejsce, a teraz cześć. Idę do swego nowego pokoju. Przynajmniej wiem, gdzie on jest – odbiegł w stronę byłego dormitorium Hermiony.(...)
- Ron, nie sądzisz, że Harry nie znajdzie sobie nigdy żadnej dziewczyny? – niespodziewanie zapytała go Hermiona.
- Sądzisz, że nigdy nie odnajdzie miłości? – odwrócił się w jej stronę.
- Nie chodzi mi o to, że nie znajdzie dziewczyny… tylko, że znajdzie… chłopaka – stwierdziła, rumieniąc się delikatnie.
Cóż... przynajmniej ona wyczaiła, co się wyrabiało na sąsiednim siedzeniu w powozie. A już myślałam, że to jakiś zbiorowy atak pomroczności jasnej.
Cóż, zawsze była inteligentniejsza.

- Co ty mówisz, Hermi? Przecież to niemożliwe, żeby mój najlepszy przyjaciel był gejem.
Cóż, tym gorzej dla przyjaciela. ;/

– wymawiając to, skrzywił się – przecież chodził z moją siostrą.
- Jednak im nie wyszło.
No tak, bo przecież zainteresowanie chłopcami zaczyna się wtedy, kiedy z dziewczynami jakoś nie idzie.

Nie mieli nawet pojęcia, jak słuszne są jej przypuszczenia. Zaczęły się one spełniać już w tej chwili. Jednak podczas tego roku miało się wydarzyć jeszcze wiele rzeczy, które miały ich zaskoczyć. Jednak oni już bezpośrednio w nich nie uczestniczyli. Byli tylko ludźmi, którzy mogli wspierać w minimalnym stopniu Złotego Chłopca.
Zaś złoty Harry będzie się zaiste ślicznie prezentować przy platynowo-stalowym Draconie.
Obaj będą jako te cymbały (brzmiące).

***
Kiedy Złoty Chłopiec stanął przed wejściem do dormitorium prefektów (...) drzwi się otworzyły za sprawą blondwłosego chłopaka, który oparłszy się nonszalancko o framugę, spoglądał na szesnastolatka.
I teraz zagwozdka - czy Malfoy otworzył te drzwi siłą umysłu, czy też może sam działał jak jakaś fotokomórka?

- Potter, czyżby tak cię powaliła moja uroda, że nie możesz z siebie wydusić nawet słowa?
Uśmiechnął się, gdy Harry otrząsnął się i zamknął usta, które samoistnie otworzył widząc Ślizgona.
Draco był ubrany jedynie w jasne dżinsy, w dodatku rozpięte i spoczywające ledwo co na jego biodrach. Także z włosów chłopaka ściekała woda, poprzez jego tors, podbrzusze, aż do miejsca, które jeszcze zasłaniał materiał spodni.
Aż do jego PENISA, OMG, OMG. *gasp*

- Przesuń się Malfoy, chcę wejść – warknął, patrząc się na swoje stopy. Nie miał zamiaru dać się sprowokować temu wrednemu wężowi.
Taa, wężowi. Chyba temu w spodniach.

- Jak sobie życzysz – zaśmiał się lekko, odsuwając tylko na tyle żeby ten mógł wejść. Ale żeby to uczynić, Potter musiał się o niego otrzeć.
Potter: "I see what you did there, Malfoy."

Nie uszło jego uwadze to, że gdy ręka Gryfona prześlizgnęła się po jego podbrzuszu,
Malfoy: "I see what you did there, Potter".
A ręka też prześlizgnęła się tak... przypadkiem. Bo przecież to logiczne, że ocierając się o kogoś (kiedy go MIJAMY), smyramy go po rozporku.

na policzkach wyżej wymienionego zakwitł rumieniec. Zachichotał wewnętrznie.
Ten rumieniec zachichotał. Tak powstają pękające naczynka, Drodzy Czytelnicy.

Coraz bardziej podobało mu się zawstydzanie chłopca-który-przeżył.
I zamienianie go w chłopca-któremu-stanie.

- Zawsze witasz swoich gości tak ubrany? I myślałem, że już wziąłeś prysznic dzisiaj rano – zerknął na niego szybko, ale gdy zobaczył jego uśmieszek, postanowił tym razem nie odrywać od niego wzroku. Niech ten sobie nie myśli, że się go boi czy coś.
Będzie się na niego gapił z pełną odwagą i męstwem!

- Bo go wziąłem – przytaknął mu – a ten następny i mój wygląd, jest tylko dla ciebie.
I mam też dla ciebie dodatkowy przecinek!

- Bredzisz, Malfoy. Może powinieneś się zgłosić do Świętego Mungo? Na pewno przyjmą z chęcią kogoś takiego jak ty. Z twoją prezencją każda uzdrowicielka będzie tobie nadskakiwać
To jakaś najnowsza szkoła wrzuty - prawienie komplementów?
Czerń nowym różem, komplement nową obelgą... świat się zmienia, co poradzisz.

– powiedział swobodnie, chodź wygląd Malfoya i jego słowa mu w tym nie pomagały.
- Każdemu od czasu do czasu przydaje się uzdrowiciel – podszedł do niego tak, że ich ciała niemal się stykały – Ty także możesz czasami dać się ponieść
...nieopatrznie usiąść tyłkiem na betonie i złapać zapalenie pęcherza.

– chwycił jego krawat, bawiąc się nim – Jedynie Malfoyowie zawsze kalkulują, chociaż… - zrobił krótką przerwę spoglądając w zielone oczy chłopaka – czasami również się zapominają.
- Przestań – otrącił jego dłonie – Nie masz czegoś innego do roboty, niż znęcanie się nade mną?
Zapytał, wciąż się nie odsuwając, chodź (w tym kontekście powiedziałabym że raczej “stój”) bliskość Ślizgona zaczynała mu powoli przeszkadzać. Nie miał pojęcia, dlaczego tak nagle Draco zapragnął dotyku.
"Teściu, przytul mnie."

Jeśli chce się z kimś przespać, to niech pójdzie do swej Pansy lub jakiejkolwiek dziewczyny. Na pewno większość z nich nie poczułaby się urażona propozycją Malfoya. Nie raz widział, jak te na piątym roku niemal rozbierały go przy stole.
Zaczynam sądzić, że według AŁtorki posiłki w Wielkiej Sali wyglądały tak.


- To jest o wiele przyjemniejsze niż dręczenie pierwszorocznych – pociągnął niespodziewanie krawat Gryfona, który zachwiał się.
Biedny, chwiejący się krawat.

By utrzymać równowagę musiał się odrobinę pochylić tak, że jego oczy znalazły się na poziomie błękitu
Znalazły się równo na poziomie morza, co oznacza, że Malfoy prawdopodobnie wyrzucił go przez okno.
To by było zbyt piękne. :P

– Rumienisz się tak cudownie jak nikt – i nim Harry zdążył cokolwiek powiedzieć, polizał jego dolną wargę. Po tym natychmiast się odsunął z uśmiechem zadowolenia.
- Boże, Malfoy – wytarł z obrzydzeniem usta, a przynajmniej miał nadzieję, że to było obrzydzenie.
Bo mogła to być też chęć na barszcz biały na wędzonce.
A ja się zastanawiam, jak mu się udało tak idealnie w samą tylko dolną wargę wcelowac. Chyba że Harry ma takie usta jak ten pan.

Przez chwilę, zanim ten się jeszcze odsunął, poczuł jak przez ciało przeszedł dreszcz. Naprawdę chciałby żeby to było obrzydzenie… Bo co innego to mogłoby być?
Nie wiem. Dla wygody możemy nazwać to Stefan.

– Idź sobie ulżyć, czy coś, bo nie będę mógł tutaj spać. Przez całą noc będę się obawiać, że mnie zmolestujesz – samo mu się to wyrwało. Nawet nie pomyślał, o sensie tego co powiedział.
"Obawiać". "Zmolestujesz". Drogi Harry, o formie powinieneś pomyśleć, bo sens akurat jest całkiem znośny.
Też byś nie dbała o formę, jakbyś się bała, że ktoś ci zaraz zrobi z dupy jesień średniowiecza. I to prawdopodobnie bez wazeliny.
Taa. Bo Potter jest bezbronny jako ta wiotka lelija.

- A Złoty Chłopiec, zbawca całego świata, mi nie pomoże? Samotna zabawa nie jest tak samo przyjemna jak wspólna – odgarnął swoje przydługie włosy za ucho, opuszczając powieki, by znów leniwym ruchem je uchylić.
Chwytając każdą z osobna dwoma palcami.

Nie było wątpliwości. Uwodził Pottera. Ten jednak chyba nie zdawał sobie z tego sprawy, bo uważał, że to jakaś farsa, która ma za zadanie upokorzenie go, a on na pewno nie miał zamiaru dać na to pozwolenie.
Harry zawsze dziewica, część już-nie-wiem-która.
Do tego dziewica-nie-ogarniająca-gramatyki.

- A ty, Książę Slytherinu, nie masz sprawnych dłoni, by sobie pomoc? – tym razem to on się przesunął, kładąc rękę na jego policzku,
Przypadkiem I Niechcący.

nieświadomie rejestrując, że skóra Draco jest bardzo delikatna.
Informacja ta ominęła świadomość i dotarła wprost do jego podświadomości, pobudzając jednakże odpowiednie receptory w ciele, o których bardzo szeroko pisał Freud.
Te od fazy analnej?

Potem przesunął dłoń na jego szyję. Czuł pod palcami, jak puls przyśpiesza. Czyżby się denerwował? Nie, to raczej niemożliwe – A samotna zabawa nie musi być taka nieprzyjemna – zacisnął drugą dłoń na wpół zwiedzionym członku Malfoya który pisnął cicho.
Nie spodziewał się, że w związku sado-maso Harry woli być tym "sado".
I tym sposobem członek Malfoya został zwiedziony na manowce.
I pisnął.

Harry nie dał po sobie poznać, jak bardzo był zaskoczony tym, że Ślizgon był podniecony tą małą, słowną gierką – Poradzisz sobie sam.
Powiedział jeszcze i szybko wycofał się do pokoju, który jeszcze dzisiejszego ranka zajmowała jego przyjaciółka, zostawiwszy samego, zirytowanego i wściekłego Malfoya. Nikt nie robi czegoś takiego.
Właśnie. Wymacał, wymiział, a potem kazał się bawić sam, buc jeden.

- Merlinie – jęknął Draco, a jego biodra same poruszyły się do przodu – Kto by pomyślał, że Gryfoni są tak przebiegli
Zaiste, wielkiej i lisiej przebiegłości trzeba, by złapać faceta za członka.

– spojrzał w dół – I znowu będę musiał wziąć prysznic.
Nie czekając, aż jego podniecenie stanie się naprawdę uciążliwe, skierował się do łazienki. Od razu wszedł pod prysznic odkręcając wodę (polecam taką naprawdę lodowatą, od razu podziała), by Gryfon nie usłyszał jego jęków, chodź mógł ją zostawiać zakręconą. Niech Potter wie, do jakiego stanu go doprowadził.
Do takiego, że Draco będzie mył się na sucho? O lol. Co będzie później? "Potter, tak mnie nakręcasz, że muszę spać w psiej budzie!"?
Będzie spać nie na łóżku, a na podłodze, na dywaniku przed wejściem do pokoju Pottera.

Jego dłonie przejechały po klatce piersiowej, poprzez brzuch, aż do miejsca, które domagało się największej uwagi.
Podskakiwało i wymachiwało rączkami (i nibynóżkami), popiskując "tutaj, tutaj!".
Oraz kręcąc nerwowo czerwoną z niecierpliwości główką.

Jego członek nabrzmiały i gorący domagał się czegoś innego niż jego dłoń, ale na razie musiało mu to wystarczyć.
Oj, Draco, nie traktuj go tak po macoszemu, bo się członek zniechęci i zamknie w sobie.
Właśnie, on do ciebie z otwartym napletkiem, a Ty do niego jak do jeża...

Objął go i nie bawiąc się w żadne pieszczoty, zaczął mocno i gwałtownie sobie obciągać.
Łamiąc sobie kręgosłup w trzech miejscach.
No chyba że Draco sobie oDciągnął napletek. Ale czemu zaraz gwałtownie...?
Malfoy pobierał po kryjomu lekcje od jakiejś Kobiety-Gumy. Innego wyjaśnienia tego zdania nie widzę.

Nie potrzebował żadnych bodźców, już dłoń Gryfona na jego członku omal nie doprowadziła go do rozkoszy.
No o mały włos.
Łonowy.

(...) Dłoń mocno zacisnęła się na przyrodzeniu, głowa odchyliła do tyłu, pośladki zacisnęły się w podświadomym akcie samoobrony.

W jednym długim westchnięciu, który brzmiał w uszach Draco niczym krzyk, doszedł na białe kafelki.
A kafelki zrobiły “ślurrrrp” i mlasnęły z satysfakcją.

Długo musiał się uspokajać. Woda spływała spokojnie po jego ciele, zmywając z niego nasienie
Eee? Podobno trysnął na kafelki, a nie na siebie. Chyba, że strumień odbił się od nich rykoszetem...
Bo jak już Malfoy ma wytrysk, to jak z hydrantu. Aż dziw, że mu nosem nie poszło.

i łagodząc ostatnie jeszcze skutki orgazmu.
Ponownie zachęcam do polania się zimną wodą. Złagodzi w jednej chwili.

Przejrzał się jeszcze w lustrze sprawdzając, czy wygląda nienagannie.(...) Wyglądał wspaniale jak zawsze. Nie dziwił się innym, że nie mogą mu się oprzeć… z małym wyjątkiem.
Hagrid wciąż był nieugięty.
To ja, Narcyz się nazywam
Powodzenia oraz proszę - ja tych słów nie używam
Jestem śliczny jak kwiatuszek, który wabi setki muszek
Niepotrzebne mi podboje, aby wszystkie były moje...

Nikt nie wiedział, jak wielką obsesję ma Malfoy na punkcie Harry’ego. A na pewno nie wiedział tego sam zainteresowany. Nawet Draco nie zdawał sobie sprawy, jak daleko to zaszło.
Jeżu, ja rozumiem, że Freud, że podświadomość, ale jednak jak ktoś na kogoś leci, to z reguły o tym wie...

Pottera nie było w salonie. Zerknął szybko na drzwi prowadzące do drugiego pokoju. Były uchylone. Nie mógł przegapić takiej okazji. Potter niech się nauczy, że jak nie chce by ktoś zaglądał do jego pokoju, to powinien zamykać drzwi i dla pewności zastosować jeszcze kilka zaklęć.
Wykopać rów, napełnić wodą i wpuścić krokodyle.
Czasem wystarczy jedno zaklęcie: fiutus opadus.

Nie zawracając sobie głowy pukaniem, wszedł do środka. To, co ujrzał spowodowało, że jego prawa brew uniosła się w górę ze zdziwienia.
Na środku pomieszczenia stał Harry, ubrany jedynie w spodnie i spoglądał na leżące na łóżku ubrania. Najwyraźniej mu się one nie podobały, bo jego wyraz twarzy był żałosny, a w jego zielonych oczach można było ujrzeć rozpacz.
Depresję, angst i ogólny brak chęci do życia.
Niech zgadnę... Harry’ego trapi odwieczny problem pt. “Nie mam się w co ubrać”?

- Czemu się jeszcze nie ubrałeś? – Potter podskoczył nerwowo, gdy poczuł na swoim karku gorący oddech.
- Malfoy, co ty wyprawiasz? – cofnął się o krok, zaciskając dłoń na różdżce schowanej w kieszeni.
*z całych sił próbuje nie chichotać*

- I ty niby masz pokonać Czarnego Pana? Gdyby był na moim miejscu, już byś nie żył – do jednej brwi dołączyła druga.
Na szczęście Voldemort nie jest znany z obmacywania ładnych chłopców.
A przynajmniej nic o tym nie wiemy.

- Nie nazywaj go Panem – warknął – I Voldemort by się tutaj nie dostał.
- Powinieneś się już przekonać, że Czarnego Pana nic nie może powstrzymać. Czyżbyś się niczego nie nauczył przez te wszystkie lata? I będę go nazywać, jak mi się podoba
Na dobry początek proponuję "Zdzichu".
Ja głosuję za “Zbyszkiem”.

– jego ton był idealnie obojętny – To ty nie nazywaj go Voldemortem – ledwo się powstrzymał, przed wzdrygnięciem.
- Na pewno nie będę go nazywał Panem! – krzyknął.
- Jak tam sobie chcesz, ale jak ja nie mogę nazywać go po swojemu, to i ty nie możesz mówić tak o nim – zapanowała niezręczna cisza. Oboje spoglądali na siebie w napięciu.
Oho, czas na pierwszy kompromis w związku. Dalej pójdzie już z górki: ja odkurzam, ty wynosisz śmieci, w rolach czynny - bierny zmieniamy się co tydzień.

W końcu Harry zabrał głos.
- Tom.
- Co „Tom”? – spytał, nie rozumiejąc o co mu chodzi.
- Możemy go nazywać Tom. Tak przecież się nazywa – wzruszył ramionami.
- Tom – Malfoy jakby smakować to słowo w swoich ustach – Zgadzam się na Toma –
Bo nazywanie go po prostu "Voldemort" jest brakiem szacunku, ale mówienie po imieniu, jak do ziomala z podwórka, przechodzi bez zastrzeżeń.
Ale zobacz, jak się ładnie dogadują. Czyż to nie słodkie?

kiwnął głową – To czemu się nie przebierasz?
– Bo też chcę poświecić gołą klatą! Myślisz, że masz na to monopol?!

– powiódł swoim spojrzeniem po torsie bruneta. Potter wciąż był smukły, ale było widać, że wkrótce wyhoduje mięsień piwny ma ładnie zbudowaną sylwetkę. - Poczekaj. Pomogę ci – powiedział, gdy zauważył nieudane starania chłopaka próbującego zawiązać krawat
- Hermiona mi w tym zawsze pomaga – przełknął nerwowo ślinę, gdy doszedł do niego zapach chłopaka. Malfoy pachniał… kusząco.
Jak gorąca serdelka z ketchupem.
Jak zupa grzybowa...? *.*
Jak pierogi! <3

- Mógłbyś sam się tego nauczyć – poprawił jeszcze krawat, by dobrze się ułożył – Chociaż zawsze chętnie służę pomocą – zawsze chętnie poprawię ci twój... zwis męski.

zamruczał, spoglądając w te niesamowicie zielone oczy.
- Ma oczy po matce - wtrącił Snape zza kadru. - Też na nie poleciałem.

- Potter.
- Tak? – zatrzymał się w wejściu, ale nie odwrócił.
- Ładnie ci w zielonym – kącik jego ust uniósł się, gdy zobaczył jak koniuszki uszu Pottera stają się czerwone.
Głupie końcówki. Powinny raczej zzielenieć, czyż nie?