czwartek, 25 sierpnia 2011

Czarne żniwa na dupie rzeczywistości, czyli szatański konwent sztyletów


Witajcie!
Na jakiś czas postanowiłyśmy odpocząć od sercowo-fallicznych dylematów Harry’ego i Dracona - jednakże ci, którzy mieli nadzieję na “momenty”, niech nie tracą nadziei - najprawdopodobniej jeszcze wrócimy do naszej ulubionej czarodziejskiej parki. Za to chciałybyśmy ogłosić, że w tym tygodniu mamy dla Was coś naprawdę SPECJALNEGO. Otóż nie jest to typowy blogasek, a... powieść przeznaczona do publikacji! Pisak snuje plany podboju polskiego rynku czytelniczego i zdeklasowania "Harry'ego Pottera"; problem w tym, że brak mu pieniędzy na wydanie owego dzieła (4 tysiaki piechotą nie chodzą), a jest tak zajęty pisaniem pozostałych pięciu tomów przygód swojego czarodziejskiego alter ego, że nie starcza mu czasu na należyte poprawienie błędów w tekście. Jak sam raczył stwierdzić - "tym zajmie się już wydawnictwo". I wiecie co? Zajmiemy się tym MY, z całą naszą miłującą dobrocią! :D *chwytają młynki modlitewne by okładać nimi Pisaka po głowie* Czy tekst ten nadaje się, by wydać go w wersji książkowej? Cóż... oceńcie sami. Możemy jedynie Was zapewnić, że znajdziecie w nim wiele ciekawych rzeczy: co prawda przez większość narracji będziecie przedzierać się w daremnym trudzie odnalezienia sensu, ale wynagrodzą go Wam: czarodzieje, którzy są sztyletami, pełzający mrok, kartofle zdające raport z wojny ze stonką, magiczne różdżki wymagające nastrojenia, chędożąca się na prawo i lewo gramatyka, rasistowskie wojny magów, pustynia wysadzana ładnym krajobrazem, Ruska Maszyna Do Robienia Sławy i wiele, wiele innych.
Indżojcie!

Zanalizowały: Kalevatar i Pigmejka


Rozdział I Wybór białych
Dwa tygodnie wcześniej od chwili obecnej (która dzieje się nie wiadomo kiedy) wydarzyło się coś nieprzewidzianego, coś co spowodowało zmianę sytuacji w mieście,
Szambo wybiło? Wybuchła epidemia dżumy? Psy zaczęły szczekać tyłkami?
"Coś się dzieje wreszcie,
gwaaałcą w naszym mieście" *nuci*

zmianę sytuacji w mieście, gdzie miało się wszystko rozegrać.
Wszystko - czyli co? Oddzielenie światła od ciemności, grzech pierworodny, potop, narodziny Zbawiciela, a potem nadejście Bestii, Czterech Jeźdźców i tak dalej...?

Zaczęło się późnym wieczorem, gdy większość ludzi szykowało się do spoczynku (starannie zmieniwszy płeć na nijaką), inni czuwali i czekali na taką chwilę.
No tak, zawsze i wszędzie znajdą się tacy, co to ciągle czuwają, bo nie znają dnia ani godziny, ale czują, że koniec świata nadejdzie najdalej w przyszły wtorek. Bardzo często czekają na niego w miłym pokoju bez klamek...
Albo w piwnicy w towarzystwie sobie podobnych, skandując "Hastur, Hastur, Hastur".

Niedaleko miasta, w ukrytym miejscu w lesie nad bagnami odbyło się tajne spotkanie
I nie wiem - czy to las był nad bagnami, czy to ukryte miejsce... jeśli to drugie, to sądzę, że spotkanie było bardzo... wciągające.

tajne spotkanie pewnej grupy, na pewno nie mieli dobrych zamiarów.
Wielki banner z napisem "Doroczne spotkanie czcicieli Szatana. Gwałcimy koty już od 666 lat!" nie pozostawiał wiele wątpliwości.
O, magiczne rozmnożenie podmiotów już w pierwszym akapicie - ciekawe, jak bardzo Gramatyka zeszmaci się w dalszej części opka...

Kilku przedstawicieli przybyło na wezwanie swojego przywódcy,
A pozostali co? Przyszli, bo usłyszeli, że ktoś ciastka będzie rozdawać?

Ja bym przyszła na darmowe ciastka... ^^

mężczyzny w średnim już wieku lecz nadal obdarzonym wieloma siłami.
Np. siłą grawitacji, siłą ciężkości i siłą elektrostatyczną ładunku punktowego.
Jak też i siłą wieku oraz (wciąż jeszcze) siłą lędźwi.

Rozmawiali bardzo krótko siedząc przy starym stole, paliła się mała iskierka światła,
Ta iskierka światła siedziała przy stole. I paliła się, żeby wszechogarniającemu absurdowi stała się zadość.
Opłacało im się organizować ten szejtański konwent tylko po to, by pogadać "bardzo krótko"?

stało tam dwanaście kielichów pełnych gorzkiego wina
I oni to gorzkie wino tak bez dodatków piją? Żadnych soczków, nic? Twardzi są! Pewnie jeszcze żują pszczoły. ;)

i dwanaście sztyletów ułożonych obok. Byli to magowie, w których nikt nie wierzył, pojawiali się tylko w książkach.
Znaczy się... te sztylety były magami, tak? Mhm. *odsuwa się na bezpieczną odległość, na wypadek, gdyby jakiś sztylet zamierzał strzelić w nią kulą ognia*
No ja też bym nie uwierzyła w magów, którzy są sztyletami... i jakoś nie przypominam sobie, by tacy pojawiali się w jakichś moich książkach. A może to działa tak, że mag, w którego nikt nie wierzy, zmienia się w sztylet?

Jednak prowadzili walkę po złej stronie,
Oj tam. Każda strona, jaka dysponuje ciastkami, musi być z definicji dobra, nawet jeśli jest ZŁA.
Bo oni po prostu toczą walki od dupy strony.

chcieli zdobyć całkowitą władzę poprzez niszczenie, liczne krzywdy na swojej drodze
Znaczy się - sami siebie krzywdzili? Dziwna metoda na dojście do władzy...
Liczą, że siły dobra powstrzymają ich z litości, żeby już się tak nie cięli.

i mordowanie przeciwników. Szykowali parszywy plan pozbycia się swoich odwiecznych wrogów.
A to mroczni szubrawcy...
Plan był porośnięty gęstym parchem i magowie uciekali się do niego tylko w ostateczności. Dermatolodzy kosztowali ich fortunę.

Chcieli przelać na siebie sławę, która opuściła ich po wielu porażkach.
Ale taka sława, która poniosła wiele porażek, to raczej niesława... I to z tego rodzaju, którego nawet schwarzcharakter wolałby uniknąć.
*chlusta na Pigmejkę sławą z wiaderka*
No wiesz?! Makijaż mi się rozmaże!

- Czemu Panie wezwałeś nas o tak później porze, nie śmiałbym narzekać lecz muszę na rano iść do roboty pytam z ciekawości, mamy mnóstwo zadań na głowie. Jestem ci wierny, nie zważaj na moje uniesienia.-
Nie unoś się gniewem, nie pamiętaj złego, wszystko znoś, wszystkiemu wierz, we wszystkim pokładaj nadzieję, wszystko przetrzymaj...
Tak tylko pytam, czemu, do wielokrotnie chędożonej niewiasty, kazałeś nam zarwać noc, ale nie bierz tego do siebie, panie.

Zapytał jeden z zebranych pochylając głowę kierując wzrok w inną stronę.
- Żyjemy nocą, jesteśmy ciemnością, mrok nas strzeże, z księżyca czerpiemy siłę. Demosesie
Demoses, czyli antropomorficzna personifikacja dema zespołu S.E.S.
- Ekhm... - Demoses odchrząknął. - Możesz przejść do rzeczy, kiedy tyko zechcesz, panie.

jesteś posłuszny jak inny (jak inny Demoses? To ich jest więcej?), nie wątpię w twe słowa. Daję wam ważną misję, która wzmocni nasze działania.
I przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali... wróć! Nie ta kartka...
No tak - nic nie wzmacnia działań tak, jak... działania. To przecież logiczne.
Będzie cementował ich poczucie wspólnoty poprzez pracę w grupie. Da im blok i kolorowe kredki. ^^

Naszą wygraną zapamiętają na zawsze, zobaczą naszą przewagę.- Powiedział przywódca.
- Salomonie (Jeżu Borski...), ojcze, nie wychylajmy się zbyt wcześnie, nie pozbieraliśmy się po poprzednim ataku, straciliśmy wielu potężnych wojowników. Pomógł im ten chłopak (tym wojownikom...? To był akt zbiorowej eutanazji, czy co? Biegał pomiędzy nimi z walizką pełną pavulonu.), w takim stanie narażamy się na niebezpieczeństwo.- Zwrócił się do niego mężczyzna siedzący najbliżej.
- Od dziś nie będzie strachu o przetrwanie, to my będziemy rozsiewać grozę.
*wyciąga z piwnicy worek z napisem "Groza - 5 kg" i zarzuca go na plecy* Trzeba siać, Drodzy Czytelnicy, trzeba siać...

Czas pokazać się w blasku odwagi.
A nie trząść portkami tchórzostwa, jak do tej pory.

Jestem w stanie was zapewnić, że niedługo nasz los się odmieni.
Jestem w stanie was zapewnić... jednak tego nie zrobię. Ale wiedzcie, że jestem do tego zdolny!

Długo starałem się i w końcu zdobyłem to „Et nemier tiara Morthus".
Zdobył zdanie w nieistniejącym języku? Hmm... to miło.

Mówiąc to uniósł się wielką dumą,
W przełożeniu na polski: jego “duma” w stanie uniesionym jest wielka. ;>
Może nawet robić za trzecią nogę. ;)

przepełniła go wewnętrzna radość i pełnia władzy, na twarzy pojawiła się groza nieczystych marzeń.
...a na blogasku rozlało się rozwolnienie patosu i paw pseudopoetycki. Analizatorki zaś przepełniła mroczna, sięgająca najgłębszych kręgów piekła kurwica.
*napieprza młynkiem modlitewnym w daremnej próbie zniwelowania kurwicy*
Nieczyste marzenia obejmowały konto premium na RedTube, kradzieże chipsów w osiedlowym sklepiku i mokre sny z nauczycielką matmy w roli głównej.

Mężczyzna podniósł wysoko przedmiot dwoma rękoma,
Oł rili? Jesteś pewien, narratorze, że nie uszami? Albo dupą?
Mógł go jeszcze w zębach trzymać. Ten przedmiot. Czymkolwiek jest.

mrok wypełzał na wszystkie strony.
Kap, kap. Śluuuurp, plask.
*pełzu - pełzu - pełzu*

Powietrze nasyciło się czystym złem.
Tak się czasem dzieje, jeśli zje się za dużo fasolki po bretońsku.
Albo to Szatan wkręcił się w klimatyzator.

Wśród zgromadzonych panowało niedowierzanie, przecierali oczy aby się upewnić, prawie nie pospadali z krzeseł.
Mhrocznym magom o mało co gacie nie pospadały z tego wielkiego zdziwienia.
A Pigmejka prawie nie wyszła z siebie po przeczytaniu tego zdania.

Tylko syn przywódcy zmartwił się najbardziej, przetarł wilgotne czoło.
- Przyniosłeś tutaj Tablicę Śmierci własnym życiem ojcze, zbyt wielką cenę oddałeś na poświęcenie. Takiego błędu nie da się już naprawić,
Zdecydowanie się nie da. Gramatyka chędoży się tak, że aż iskry idą, składnia już zapomniała, jak się trzyma nogi razem, a Logika uznała, że nie może na to wszystko patrzeć i poszła w cholerę.

zsyłasz na siebie zgubienie, kto nas dalej poprowadzi.
I kto nam zajumał znak zapytania?

- Synu masz wątpliwości w miękkim jeszcze sercu, nadejdzie czas kiedy zrozumiesz i zajmiesz moją pozycję. Uczucia należy odstawić, być bezwzględnym.
Twardym być, nie miętkim.

Legendy jakie znasz dawno wygasły, dziś nie wierzymy w brednie starców. Wracaj do miasta i udawał dalej, czyń swoje powinności na naszą korzyść.
Syn spochmurniał na te słowa i rzekł ponuro:
- A mógłbyś, szanowny ojcze, powiedzieć jeszcze raz to samo, ale żeby miało choć cień sensu?

Mężczyzna posłuchał go, opuścił stół i znikł za drzwiami. Nadal uważał, że ojciec wybrał najgorszy sposób do pokonania przeciwników. Podciągnął swój czarny płaszcz aż na wysokość głowy (zwizualizował mi się Tofik...) (a potem zadarł kieckę po pas i opuścił gatki w nadziei, że piosenka o gwałceniu nie kłamała) i przepadł w powietrzu.
- No drodzy panowie, trzeba wypić za bliskie zwycięstwo w nadchodzących czasach. Nastawcie swoje czarne Ellenty (na język potoczy różdżki czarnomagów) (a na język poturla to jak będzie?) (to różdżki trzeba nastrajać, jak kanały w telewizorze?), klątwa śmierci nareszcie będzie skuteczna i wykonalna,
Bo dotychczasowe wersje wywoływały tylko nudności i lekkie zawroty głowy.

chwycimy ich życie w nasze szpony, rozszarpiemy ich a krwią nasączymy ziemię.
A z ich czaszek zrobimy miski na cukierki.

- Podaj nam polecenia Panie a zrobimy dla ciebie wszystko, nic nam nie przeszkodzi, będziemy służyć ci aż po grób.
Własny, czy wrogów?

- Rzekł kolejny uczestnik spotkania.
- Najpierw pozabijamy szczeniaki przygotowujące się do wyboru białych.
A potem zabiją kociaki szykujące się do wyboru różowych w zielone kropki. Cokolwiek to znaczy.

Ich kochane pociechy z ambicjami trafią prosto na cmentarz, tam młode ciała zgniją pożerane przez robactwo. Po kolei zaburzymy spokój panujący w mieście aż upadnie ostatnia nadzieja dla niegodziwych.
Aż upadnie nadzieja dla niegodziwych - czyli do momentu kolejnej porażki. Nie no, zakładać z góry, że przegrają, to chyba nadmierny pesymizm... :D
On już zna Imperatyw Narracyjny i wie, że ZUo koniecznie musi zostać pokonane przez jakiegoś wkurzającego dzieciaka z przekokszonymi supermocami.

Dziesięć różdżek skierowało się w górę, groźne słowa padły z ust Salomona, tylko on znał potrzebne formuły prastarych zaklęć.
- A niech ich dunder świśnie - zahuczał Salomon posępnie.
A reszta trzymała różdżki dla efektu, żeby zrobić sztuczny tłum. Różdżkowy.

Swoją własną krwią naznaczył tablicę, zadrżała i pękła w miejscu półksiężyca.
Ciekawe, czy każda tablica ma "miejsce półksiężyca". Będę musiała sprawdzić. A może to jakaś specjalna, muzułmańska?

Czarne smugi wiły się w powietrzu napełniając energią broń magów. Chwile później kiedy było już po wszystkim, przywódca dał listę dwudziestu trzech młodych osób, nawet dzieci zostały skazane na śmierć.
Komu dał tę listę? Wijącym się smugom? *wyobraża sobie faceta wciskającego w szpony Demonów Zła pogniecioną kartkę z nabazgraną listą ludzi-do-wyrżnięcia i ze starą listą zakupów na odwrocie*

Wszyscy mają zginąć od jedynego uroku śmierci pozostawiając bliznę zła trwałą ponad pamięć.
Ale że niby gdzie ta hipertrwała blizna ma się zrobić?
Na dupie Rzeczywistości.

Pod przykryciem nocy wyruszyli na miasto, mrok im sprzyjał, poruszali się jak bestie wypuszczone na łowy.
Czaili się po krzakach, śliniąc się żarłocznie?
I czochrali się o brzózki.

Nadal czuli smak wygranej i wina podarowanego przez Salomona
Które było - pozwólcie że przypomnę - gorzkie. Rzeczywiście, mniam. I zaiste, niesamowicie kojarzy się dzięki temu ze smakiem wygranej... =.=

Wpadli do wyznaczonych domów nękając zaspanych,
Co za brak taktu! Wyobrażacie sobie - ktoś przychodzi Was zabić, a Wy tacy nieuczesani!

zabijali bez żadnych emocji, nikt nie zdążył zareagować. Czarne żniwo pozostawiło na swojej drodze same sztywne ciała.
I do zabicia dwudziestu trzech ŚPIĄCYCH ludzi potrzebowali zajebiście-turbo-mrocznej czarnej magii? Nie prościej było wleźć przez okno i zaciukać kogo trzeba nożem?
Oj bo wtedy by nie było czarnych żniw na bliznowatej dupie rzeczywistości. Czy jakoś tak.

Kilka dni później akcja przeniosła się w inne miejsce,
Akcja... tej opowieści, jak rozumiem? Ale narratorze, nie powinieneś tego mówić, to powinno wynikać z ogólnej narracji. Serio - w pewnej książce, jaką czytałam, tak było. Właściwie to w kilku... no dobra, we wszystkich.

wśród otwartych wzgórz na wielkich połaciach trawiastych
Masz na myśli ŁĄKI, pisaku?
Jak wyglądają wzgórza zamknięte? Potrzeba do nich klucza, tak jak do lasu?

przechadzał się młodzieniec, wędrował w wytyczonym kierunku od kilku dni.
Od kilku dni lazł przez te trawy? Na Bora, gdzie go wyniosło, na stepy akermańskie?
To przechadzał się czy szedł w konkretną stronę? Skoro sam nie wiedział, to nic dziwnego, że tyle to trwało.

Otaczała go rozległa pustka, nad nim bezchmurne niebo.
Poza tym słyszał donośną ciszę i świergot ptaków.
Niebo gwiaździste nad nim i prawo moralne gdzieś trochę na lewo.

Po jego wyglądzie można wywnioskować, że nie czuł się zanadto dobrze, zawsze był poważny i przyzwyczaił się do smutku.
A był to Posępny Gruźlik Wieczny Tułacz.
Emo wędrowniczek.

W swoim krótkim życiu dużo przeszedł, zbyt wiele cierpienia jak na jedną osobę. Choć zdobył prawie wszystko ciężką pracą to nadal brakowało mu jednego, długo nie da się wytrzymać w samotności, nie chodziło o przyjaciół, zdobywał ich w każdych kręgach.
No to o co mu szło? Ktoś mu ulubionego pluszowego misia zajumał?
Może jeszcze nigdy nie zamoczył?

Okrutne wydarzenie, które odbyło się niedawno jeszcze nie obiło mu się o uszy. Tak często przebywał w tamtym mieście aż zamieszkał na stałe, lecz długo nie wytrzymał w nowym domu, zawsze ciągnęło go na kolejne ekstremalne podróże, miał również powody aby znikać samemu.
*dalej nie widzi sensu ani ciągu przyczynowo-skutkowego, ale postanawia być dzielna i czyta dalej*

Tamta sprawa również tyczyła się jego w pewnym stopniu, miał przygotować białych do głębszego opanowania magii, sam wytypował odpowiednich kandydatów.
Dowiemy się w końcu, o co chodzi z tą rasistowską wojną magów? I czemu ci czarni zawsze są źli?

Długo wstrzymywał się z tą decyzją, a teraz mogło być już za późno. Godziny zbliżały się ku południu.
A Pigmejka zaczęła zbliżać się ku stuporowi.
*napieprza młynkiem*

Musiał pokonać jeszcze jedno wzniesienie aby dojść do celu. Trawa była wilgotna od porannej rosy, jesienne ciepło jeszcze nie doszło na tą [TĘ, do stu wychędożonych baranów!] stronę, krył się tam cień.
Za tym wzgórzem? Co to było, że tam nie docierało słońce - Cmentarzysko Słoni z „Króla Lwa”?

Po paru minutach dostał się na wzgórze, ujrzał nowy obraz,
Taaa, Mona Lisa mu się ukazała zamiast krajobrazu.

przed nim stały ruiny starej budowli.
Ruiny, kiedy tylko go zobaczyły, dygnęły grzecznie podmurówką.

Podszedł bliżej i odpoczął na szczątkach głównego dziecińca
Łoj, musiał mieć niezłą tuszę, skoro cały dziedziniec zajął!
To zdanie ma tyle sensu co "podszedł do łóżka i wyspał się".

w cieniu kolumn, nie odczuwał mocnego zmęczenia, po twarzy spływały mu małe kropelki.
A te kropelki to tak z wypoczęcia po nim spływały. Albo może to szampan z niego kapał?
Bo gdy odczuwa mocne zmęczenie, to leje się z niego jak z kranu.

Z uwagą oglądał otaczające go mury, wyglądało na to jakby czegoś szukał. Znał to miejsce z książek i opowieści, owiało się sławą tuż przed zniszczeniem.
Uuu, to chyba jednak musiał być szampan, skoro całe miejsce jest “zawiane”.
Czyli gdzieś w ruinach stoi Ruska Maszyna Do Robienia Sławy, skoro to miejsce samo się nią owiało?

Nie znalazł odpowiedzi w swoich rozmyślaniach, więc nie zamierzał zostawać tam długo.
W tych rozmyślaniach. Bo się zamyślił, ale mu się to NIE spodobało, więc nie próbował drugi raz.
Facet poszedł tam tylko po to, żeby sobie podumać w malowniczych okolicznościach przyrody. Słodko. A robić nie ma komu.

Wiedział o pomieszczeniu, które zachowało się w nienaruszonym stanie, wszyscy zwiedzający zostawiali tam swoje podpisy, takiej okazji nie mógł opuścić, również postąpił podobnie.
Bo nie ma to jak przyczynić się do dewastacji resztek starożytnych ruin, prawda.
Ile lat ma bohater? Piętnaście?

Ruszył w odpowiednim kierunku, minął bramę wejściową i pozostałości korytarzy, kiedy znalazł się na miejscu wyciągnął Radui (różdżka białomaga).
- FADURAT!
Niestety zapomniał ją nastroić, więc z różdżki wystrzelił talerz pomidorowej.

Zaklęcie spowodowało zapalenie się wszystkich pochodni, ogień pokazał mu wnętrze palcem. Ściany były zarysowane przez gości w ciągu wielu lat, odnalazł mały wolny skrawek dla siebie.
Ten ogień.

Ostrym patykiem wyrył swoje inicjały płonącymi przez chwilę liniami. Wyszedł na zewnątrz odetchnąć świeżym powietrzem, szykował się do powrotu kiedy naprzeciw niego pojawił się starszy człowiek, miał krótką siwą brodę spiętą w jeden warkocz.
Był to strażnik, pilnujący zabytku przez dewastatorami, i był bardzo, ale to BARDZO niezadowolony.
Bohater dopiero teraz zauważył stojącą na dziedzińcu tablicę z napisem: "Strzeż się mrocznego ciecia, wędrowcze!".

Okrywał go gruby brunatny płaszcz ze sztywnego materiału.
Łaskawie przyjmę na wiarę, że był to wykrochmalony len, a nie np. kamienny jedwab. ;>

Nie wyglądał groźnie (ten płaszcz), na twarzy ujawnił się sztuczny uśmiech,
Bo uśmiech identyczny z naturalnym nie powinien przecież wzbudzić nieufności, ffcale.

ręce miał złożone za plecami, blask słońca oświetlił jego oblicze.
Tylko samo oblicze? Facet miał prywatne słońce z funkcją reflektora?

- Zamek Ostatnich Druidów nie jest już bezpiecznym miejscem,
Cóż... gdyby był, Ostatni Druidzi nie byliby ostatnimi, więc... to trochę jakby oczywiste.

nie wiadomo czy demony wróciły do swojego świata, wyczuwają pulsującą energię.
Nie wiadomo, czy wróciły, ale wiadomo, że wyczuwają. Mhm.
No i masz. Teraz nie mogę pozbyć się skojarzeń z pulsującą erekcją Dracona z poprzedniej notki. :/ (Ten kawałek ostatecznie wyleciał z analizy, ale uszkodzenia w moim mózgu pozostały.)
Ale zamek, po którym szalałaby demoniczna erekcja, na pewno przyciągałby tłumy turystów... obojga płci;)

Uwielbiasz nowe wyzwania, poznałem twoje wyczyny, nic nie stanie ci na przeszkodzie.- Rzekł zbliżając się małymi krokami.
- Mówię bez sensu, żeby odwrócić twoją uwagę. Masz oczy po matce. I wcale nie chcę cię zabić. Za to włosy masz dokładnie takie, jak twój ojciec...

- Musi mnie Pan nauczyć skradania się niepostrzeżenie, pojawiasz się z nikąd, zaszczytem jest poznawanie sztuki mistrza ale niepotrzebnie miesza się w czyjeś życie.
Facet, ty go lepiej naucz mówić po ludzku, skradać się to nawet pies potrafi...
Fakt, w jednym zdaniu zwraca się do rozmówcy na cztery różne sposoby.

Młodzieniec schował różdżkę do kieszeni, znał tego mężczyznę, niczego się nie obawiał, odnosił się z szacunkiem ale nie przejawiał wobec niego przyjaźni, od niego miał dostać pewną posadę.
- Bez przesady chłopcze, nie chciałem ci przeszkodzić, jesteś bardzo zabiegany.
Więc nie mogę spełnić twojej prośby, bo wiesz, taki zajęty jesteś. A w ogóle to nie pozwól mi cię zatrzymywać.

Przybyłem tutaj osobiście aby porozmawiać z tobą.
- Zostawiłeś całe miasto specjalnie dla mnie, wystarczyłby posłaniec, człowiek na takim stanowisku powinien dbać o sprawy białomagów. Decyzja jaką mi proponowałeś nie jest łatwa, mam mało czasu, dużo podróżuję i jestem zajęty. Nadmiernie wysoko mnie Pan oceniał.
Mogę nawet nie próbować wymyślić do powyższego fragmentu konstruktywnego komentarza? Mogęmogęmogę???

- Nie zwracaj się tak do mnie, po prostu wystarczy Eleros.
Albo Elros, żeby plagiat był pełny.

Przeżywamy żałobę w mieście, czarnomadzy i szaronadzy zadali poważną ranę.
Kopnęli w rzepkę, ściśle rzecz ujmując. Tylko nie wiem kogo, bo ktoś nam podpierdzielił dopełnienie ze zdania.

Straciliśmy najmłodszych, naszą przyszłość, byli szykowani od narodzenia i odeszli tak wcześnie. Mogli się wiele od ciebie nauczyć, taki sławny przykład, wybitny i odważny młodzieniec.
Krytyczna wiadomość nie przerwała rozmowy, jakby chłopiec nie odczuwał żalu.
Pisaku, może “krytyczna” brzmi mądrzej, niż “negatywna”, ale wierz mi - w TYM kontekście to NIE jest synonim.

- To już nie moja sprawa jak dalej postąpicie. Trzeba było zaatakować ich w odwecie ale znając wasze zwyczaje nie zrobiliście tak.
Właśnie. Czemu po prostu nie powyrzynacie się nawzajem? Będzie fajnie!

Pokój dawno wygasł a wy nadal ślepo szukacie rozejmu. Nie pasuję do was, mi od dziecka wpajano inne poglądy. Niedługo sprzedam dom. Nasze drogi chyba się rozejdą, cóż miło było.
Fajny wzór do postępowania, nie ma co. Niezwykle szlachetny.

- Jest jeszcze szansa, miasto górne. Tak wiem, widzę to po twojej twarzy, to bardzo długa i ciężka praca. Chciałbym ją właśnie tobie powierzyć. Masz w sobie mnóstwo siły, widzisz wszystko inaczej, nie lękasz się kłopotów. Twój ojciec spodziewał się, że urodzisz się niezwykłym dzieckiem, zyskałeś tyle zdolności wyłącznie sam. Wiem co o tym myślisz, zastanów się.
Ja też wiem, co o tym myślę - że naprawdę już najwyższa pora, by Czytelnicy zaczęli rozumieć, o co chodzi. Niestety, mam wrażenie, że Pisak starannie powycinał wszystkie momenty czyniące sens.

- Jak na razie wybieram się w Góry Piekielnych Ostrzy (a konkretnie do Domu Latających Sztyletów?), stamtąd będę mógł szybko przybyć do waszego miasta jeśli przedtem zadecyduję się na twoją propozycję Elerosie.
Zadecyduj ty lepiej o kupnie słownika...

- Zapuszczasz się w najgorsze tereny ale rozumiem w jakiej pozycji się znalazłeś, zgłoś się do mnie za kilka dni. Postaram się pomóc, trudno pozbierać się po utracie bliskiej osoby.
Mężczyzna schował się za kolumną i tam używając uroku teleportacji przeniósł się
Urok - według dawnych wierzeń: czar, siła magiczna, mogąca szkodzić, niekorzystnie wpływać na czyjeś losy” - znaczy się, kolejny, który sam sobie szkodzi? To opko o masochistach, czy jak?

do Werunium, znalazł się w swoim gabinecie, usiadł na fotelu
Na oparciu. Bo tak naprawdę był gadającą papugą.

i rozmyślał, miał nadzieję na pozytywne rozwiązanie. Chłopiec został sam, ostatni raz spojrzał na ruiny i ruszył w drogę powrotną. W tym zamku uczono czarodziei, ostatnia szkoła jaka pozostała i przekazywała stare zasady, wychodzili stamtąd sami najlepsi dokonując później wspaniałych wyczynów.
Najdalej 500 metrów za bramą.

Kiedyś marzył aby dostać się do takiej elitarnej uczelni dla magów, lecz teraz wszystko odbywa się inaczej.
Ech, te kursy korespondencyjne...

Świat pcha się coraz dalej.
Na dodatek pomaga sobie łokciami, skubany.

[Cała bieg tej długiej historii zaczyna się w chata Kalego Werunium, nie wiadomo dlaczego los wybrał to zwykłe dotychczas miejsce, przypadkowe miasto na tyle innych możliwych. Znajdowało się ono w zachodniej części Ameryki Północnej nad niewielką rzeką Odessą i jej dopływami,
RZEKA Odessa w Ameryce Północnej, a nad nią z rzyci wzięte Werunium. Matulu, mnie słabo, ja ginę...

z dala od większych aglomeracji, otoczone zaś rozległą równiną wolnej przestrzeni, z niewielką ilością połaci roślinnej i pięknego krajobrazu.
*myśli* *rozważa wszystkie za i przeciw* *pije wódkę* *myśli dalej*
OK, po długiej i żmudnej dedukcji jestem skłonna wysunąć nieśmiały wniosek, że Pisakowi mogło chodzić o pustynię...
Pustynię tym cudowniejszą, że leżącą nad rzeką i jej dopływami. Mnie z kolei wizualizuje się coś na kształt stepu porośniętego gdzieniegdzie kępami trawy i punktowo rozmieszczonymi skupiskami pięknego krajobrazu. Zaiste, Salvador Dali by tego lepiej nie wymyślił.

Założycielem był Wilhelm Werum, stąd wzięła się nazwa.
W takim razie powinno być nie Werunium, a Werumium - byłoby to sensowne też z tego względu, że kojarzyłoby się z dominium - a tak, to kojarzy mi się z werminią.

Pochodził on z Europy i razem z liczną rodziną przybył tutaj tuż po odkryciu tego kontynentu,
Przez kogo? Azjatów? Wikingów?

tak spodobała mu się ta ziemia

Miała wyjątkowo ładny odcień

toteż wolał pozostać na stałe. W ciągu kilku lat osada stała się bardziej odwiedzana w przeciwieństwie do dzisiejszych czasów.
Eee... znaczy się, wszyscy turyści wybyli do innych ośrodków wypoczynkowych?

Wewnątrz miasto było dość rozbudowane, od farmy i lasu przy południowej granicy aż po duże osiedla na północy.
Zwłaszcza las w mieście świadczy o jego rozbudowaniu. Podobnie jak obecność jednej, samotnej farmy.
Może mieszkańcy woleli się rozbudowywać na zewnątrz? Albo wgłąb?
Chciałam też spytać, jak właściwie wyglądają “duże osiedla”, ale... nie, właściwie nie chcę wiedzieć.
Pewnie dowiedziałybyśmy się, że były to "szerokie połacie zabudowań mieszkalnych" czy coś w tym stylu.

Tutejsza flora to nadal dzicz,
W przeciwieństwie do flory występującej w innych krajach, która jest w pełni cywilizowana i ułożona. Wszystkie rośliny, nawet te w lasach i na łąkach, rosną w równych rządkach same z siebie - tak je chłopi i gajowi wytresowali.
A ziemniaki każdego poranka i wieczoru stają do apelu, zdając chłopom raport z frontu walki ze stonką.

Tutejsza flora to nadal dzicz, pomijając parki i zagajniki, gdyż rzadko zwiedzana, mocno zarosła tworząc tajemną ciemność.
No proszz, a ja kilka dni temu byłam w lesie, i wiecie co? Było tam bardzo dużo flory, ale jakoś nie emitowała mroku. :D
Czytelnicy, pamiętajcie - zadeptujcie lasy, bo inaczej zaczną dziczeć i emanować szatanem. \m/

Na wybrzeżach rozchodziły się małe uliczki,
Jeżu Borski, na wybrzeżach czego?! Tylko nie mówcie mi, że tej flory...
Inną opcją jest, że na zachodnim wybrzeżu Ameryki. Nie wiem, co gorsze.

urocze według mieszkańców, dbano o swoje przydomowe ogrody,
jednocześnie całkowicie olewając gramatykę...
Niee, to po prostu ta dzika flora pożarła nieostrożny podmiot. ^^

najczęściej uprawiano znane róże,
Nie, serio? Ja tam zawsze uprawiam nieznane rośliny. A im bardziej ich nie znam, tym chętniej je sadzę.
*podlewa tajemne chujstwo, które uprawia na parapecie*

co tydzień przystrzyżono trawniki, a zapach rozchodził się wokoło.
Zapach czego? Bigosu? Kaszanki? Starych skarpet?
Przystrzygania. Choć równie dobrze jak z trawników, mógł dobiegać z kościoła, w którym co niedzielę proboszcz golił swe owieczki.

Centralną część zajmował ratusz, tam pracowali ludzie z najbliższego otoczenia.
Z najbliższego otoczenia ratusza. Czyli np. bezdomni, którzy zdrzemnęli się raz przed wejściem do niego.
Ratusz miał własny emiter promienia ściągającego, który zasysał nieostrożnych sąsiadów i zmuszał ich do pracy biurowej. A potem ludzie się dziwili, że urzędnicy są wiecznie wkurzeni.

Stamtąd łatwo trafić do szpitala, na posterunek policji czy sądu
Łojezu, w tym mieście muszą mieć naprawdę agresywnych bezdomnych!

oraz innych ważniejszych budynków. W szkołach uczyła się cała młodzież, szykująca się do prawdziwego życia i przepychu codzienności, tak przeważa los.
Prawdziwe życie” jakoś kłóci mi się z “PRZEPYCHEM codzienności” - no, ale jeśli los tak chce... =.=’

Park obok należał zazwyczaj wyłącznie dla zakochanych.
Ale w każdy pierwszy wtorek miesiąca wynajmowali go od zakochanych miejscowi alfonsi i ekshibicjoniści.
A w soboty gwałciciele.

Ogrodnicy postarali się, aby rosły tam zagraniczne rośliny.
Bo rośliny lokalne to była DZICZ! *dumna z błyskotliwej dedukcji*

Najpiękniejsza była wiosna, kiedy kwitły japońskie wiśnie, głęboką zieleń wzbogacały rozmaite kolory róż. Nie można przetrwać bez licznych sklepów, gdzie ludzie kupowali potrzebne rzeczy,
E, jacyś dziwni ci ludzie. Przecież każdy normalny człowiek kupuje w sklepach tylko niepotrzebne rzeczy.

zawsze było pełno, jakby każdy umówił się na dokładną godzinę.
Oj tam, to akurat opis typowego współczesnego społeczeństwa konsumpcyjnego.

Jedyna restauracja była tylko bogatszych, założył ją włoch
Taki długi, zakręcony i z cebulką na końcu?

i serwował wykwintne dania, biznesmeni chodzili tam w celu interesów.
A nie po to, żeby coś zjeść? o.O (Nie komentuję tej składni. Nie mam już na to siły.)

Blisko szkoły stała również piekarnia
Nie, to nie my wycinamy fragmenty tekstu, to narratorowi ciągle urywa od narracji. I tak, my też nie wiemy, czemu pomiędzy opisem parku koło szkoły a tą piekarnią, jest wzmianka o restauracji, co sprawia, że słowo “również” wyskakuje totalnie z dupy.
Nie mamy również pojęcia, jak w ogóle KOGOKOLWIEK mogłoby obchodzić, jak wygląda to całe miasto i po cholerę Pisak raczy nas tym opisem zamiast wreszcie wyjaśnić, co się tu u licha dzieje.

Blisko szkoły stała również piekarnia starszego małżeństwa, małe dzieci przychodziły aby kupić słodki smakołyk na dalszą drogę.
Dalszą drogę? Co to było za miejsce, gdzie one się uczyły, jakaś Szkoła Wędrowna?
Rozumiem, że w tej piekarni sprzedawano wyłącznie "słodki smakołyk"?

Jest tam jeszcze sporo miejsc do opisania.
Ich jednak ich nie opiszę, bo mi się nie chce.
(Ale może to i lepiej...)
To zdecydowanie lepiej.

Prowadziło tam jedynie kilka dróg prażących się w letnie upały nieznośnych dla każdego.
Nom, taka prażąca się droga może być nieznośna - zwłaszcza, jak się asfalt topi.
*wyobraża sobie drogi strzelające w przechodniów skwierczącym popcornem*

Trzeba było przebyć spory kawałek, aby przenieść się do innego miasta.
Bowiem teleporty stały w pewnym oddaleniu od rogatek. Scotty nie lubił zgiełku miasta.

Z pozoru nic ważnego w nim się nie działo. W normalnym miasteczku gdzie żyją typowi ludzie pojawią się niespotykane zmiany.
Natomiast w miasteczku, w którym żyją ludzie nietypowi(?), postęp cywilizacyjny zamiera całkowicie.

Istniejący jak dotąd spokój nie potrwa długo. Zawsze przytrafiały się jakieś sprzeczki, do których należały kłótnie sąsiedzkie powodując problemy. Zazwyczaj większość była przyjaźnie nastawiona wobec siebie.
Większość problemów była przyjaźnie nastawiona. Widzicie: mówi się, że nieszczęścia chodzą parami - zaś tamtejsze problemy tak się nawzajem lubiły, że zbierały się w stada. Ale ogólnie, to żyło się fajnie!
Do sprzeczek należały kłótnie powodując problemy... na przykład takie, jak szalejące czasy w zdaniach?

Mieszkańcy mieli własne życie, które próbowali utrzymać w ładzie i zmieniających się czasach.
No, to całe szczęście, że mieli własne życie - z cudzym byłoby im chyba trudniej. Kwestie oddychania nie swoimi płucami i takie tam...
Myślę, że spora część tzw. poduszkowców ma jednak głównie cudze życie...

Każdy mógł sobie wymarzyć takie wspaniałe, drugiego takiego nie odnajdą. Jednak wielu z niego wyjeżdżało w poszukiwaniu lepszej pracy, gdyż tu nie mieli odpowiednich warunków.
Ale przynajmniej pomarzyć sobie o nich mogli.
Wyjeżdżali ze swojego życia? Znaczy jak, odkręcali gaz i ruszali na Highway to Hell? Wow. A podobno to takie spokojne miasteczko...

Nikt nie spodziewał się nadchodzących wydarzeń, które zmienią całe życie kilku przypadkowym osobom.
Dobra, Pisaku, przejdziesz wreszcie do rzeczy, czy pierdzielenie w kółko tego samego to Twój sposób na tworzenie klimatu?

Nadejdą chwile, kiedy sami będą wspominać ten pierwszy wyjątkowy dzień, nie każdy będzie miał taki zaszczyt, jeśli to tak można nazwać.
Czemu? Czyżby niektórych te wzniosłe wydarzenia zastały w wychodku, w łóżku z sąsiadem albo w zarzyganej wannie z perspektywą kaca giganta?

Będą nimi młodzi bohaterowie, którzy przejdą niezapomniane przygody w swoich krótkich latach życia. Znajdą się w przeróżnych sytuacjach niezdarzających się na co dzień,
Panie w dziekanacie powiedzą im "Dzień dobry", ktoś ustąpi im miejsca w pociągu...

nie będzie im łatwo przez to przejść w pojedynkę, potrzebować będą wiernych przyjaciół stających po ich stronie.
Psychoterapeuty, grupy wsparcia i egzorcysty.

Zobaczą niesamowite rzeczy, które utrwalą się na zawsze w ich pamięci dość głęboko.
Jeszcze dodaj, że utrwalą się wyraziście i niezwykle mocno. Nie żałuj sobie: tautologie, synonimy i powtórzenia są fajne.
PS. Żartowałam.

Nie zawsze potoczy się po ich myśli, poleją się łzy rozpaczy ale również szczęście zawita w ich sercach. Ktoś ważny dla nich zamieni się we wspomnienie i odejdzie na zawsze, pojawią się nowi, aby zapełnić pustkę odmieniając przyszłość na dobre lub wprost przeciwnie. Niektórzy z nich czekali na taką zmianę, inni się nie spodziewali, woleliby aby nigdy to się nie wydarzyło. Mogą wspominać i marzyć dalej, to ich wybór, lecz nie da się zmienić teraźniejszości w przeszłość, czas dla nich płynie nadal.
Ej, ale teraźniejszość ciągle się zamienia w przeszłość. Na tym właśnie polega upływ czasu. Chyba. Po przeczytaniu kilkunastu stron tego opka nic już nie wiem...
...krasnoludki, wszędzie te krasnoludki w tych ich wrednych różowych czapeczkach... Przepraszam, mówiłaś coś?

Nie cofną tego, będą się z tym borykać na co dzień.]
To zupełnie jak z przygodnym seksem skutkującym uporczywą wysypką miejsc wstydliwych!

Zauważyliście ten kwadratowy nawias zamykający? Tak, pięć stron wcześniej był gdzieś drugi, otwierający. Cały ten bełkot o mieście w Ameryce był jednym wielkim wtrąceniem. =.=
A to jest dopiero połowa pierwszego rozdziału!!!