czwartek, 30 czerwca 2011

Make niwelacja, not war, czyli wiedźmin Mniszkówną podszyty - cz. III

Witajcie!

"I oto się zwarli, już miecze łomoczą i lśnią śród równiny!*"

Innymi słowy - czas na wielki finał. Zmutowany elfi Mistrz i wiedźmin Geralt (wraz z kompanią) spotykają się w Standardowej Spelunie© i zaczynają prać się po mordach. Lecą wióry, strzępy i kłaki, logika kona miotana drgawkami, gramatyka rzęzi w kącie, furkoczą piruety, furkocze tutu Mistrza Aloesa, furkocze Geralt ulatując na mieczu w siną fal, furkoczą przemęczone mózgi Analizatorek, więc już kończę, serio, już starczy.
Uważajcie na nisko przelatujące znaki.

Adres opka: http://witcher.phx.pl/index.php?action=ff_bratniakrew
*"Pieśń o bitwie pod Mozgawą", Jacek Kowalski

Zanalizowały: Kalevatar i Pigmejka.


Dwaj wiedźmini zabierali się do objuczania koni. Z paleniska roznieconego poprzedniego wieczoru tliła się jedynie wątła, cienka strużka dymu.Nie była taka wątła, skoro się TLIŁA. Moim zdaniem to całkiem nieźle, jak na zwykły dym.
Szarowłosa dziewczynka podróżująca z nimi spała jeszcze na rozłożonej na ziemi derce. Obaj wiedźmini z pieczołowicie ukrywaną troską raz po raz zerkali na nią.
Patrzyli na nią przez palce, czy też zerkali na nią chmurnie - dla niepoznaki?
(Bo gdyby odkryła, że się o nią troszczą, to...?)
To stałyby się rzeczy straszne.

Oczy starszego, białowłosego, choć często surowe i nieprzyjemne, zdradzały elementy ojcowskiej miłości.
Tęczówka była oschła i nieprzystępna, ale źrenica spozierała całkiem życzliwie - a siatkówka rozważała nawet kupno małej kucyka.
Ojcowskiej miłości? No bez jaj, bo za moment dojdziemy do tego, że Geralt miał jakieś niezrealizowane potrzeby rodzicielskie i dlatego naciągał ludzi na to całe Prawo Niespodzianki.

Młodszy rzucał nerwowe, krótkie spojrzenia. Było w nich braterskie przywiązanie i podziw, których na co dzień nie ujawniał, krył pod maską obojętnej ironii.
Bo co? Testosteron trzymał go twardą ręką za fraki i ciągle przypominał, że prawdziwy facet = nieokrzesany buc?
Ale to przywiązanie i podziw były w kierunku tej dziewczynki odczuwane, tak? Czy w kierunku wszechświata w ogólności?

Przed zmrokiem musieli dotrzeć do Um i zaopatrzyć się w żywność na dalszą podróż. Świątynia kapłanki Nenneke była jeszcze bardzo daleko.
Myślałam, że go była świątynia bogini Melitele, ale w sumie dawno Sapka czytałam, mogło mi się coś pomieszać...
No co, może już wynieśli ją na ołtarze po tym, jak Szczerbic zafundował jej męczeńską śmierć u słupa.

- Wstawaj, Ciri!
Młodszy, krótko strzyżony wiedźmin krzyknął na śpiącą z upiornie złośliwym uśmiechem na twarzy. Dziewczynka podskoczyła nieco na prowizorycznym posłaniu, po czym zaczęła rozglądać się dookoła półprzytomnie. Gwałtownie wyrwana ze snu przez ułamek sekundy nie wiedziała gdzie jest.
- Nienawidzę cię, Lambert!
Syknęła.
- Twoje żarty nie są wcale śmieszne!
To miał być żart? Myślałam, że on ją najzwyczajniej w świecie obudził... Mnie matka też tak zawsze budzi. Czyli przez całe moje życie po prostu żartowała, jak kazała mi zrywać się o 6 rano do szkoły?!

Obruszona gwałtownie podniosła się, sprytnie próbując wymierzyć małą piąstką w szczękę wiedźmina nazwanego Lambertem.
Ten zaśmiał się krótko, zatrzymując spadającą pięść na dwa cale od szczęki.
Jeśli pięść ma spadać, należy założyć, że cios wymierzono z góry. Ciri podskoczyła tak wysoko, czy też zawsze ma przy sobie drabinkę na takie okazje? Może wspięła się na drzewo?

- Prawdziwe lwiątko z ciebie, Ciri! Jak na małą wiedźminkę masz bardzo impulsywną naturę.
Reszta wyrostków, których zbieramy z rynsztoków celem zwiedźminienia, zazwyczaj jest zadeklarowanymi stoikami.
Co do jednego - wszyscy są buddystami. ;D

Brakuje ci jednak jeszcze odrobiny refleksu. I wzrostu. I rozumu. Lamberta nie tak łatwo przechytrzyć! Potraktuj to jako kolejną lekcję.
Ciri obojętnie wzruszyła ramionami i prychnęła.(...)
Szybkim ruchem zamachnęła się i z impetem kopnęła go w kolano. Ten jęknął boleśnie i pochwycił drobną dziewczynkę oburącz w pasie.
- O cholera!
Lekkim ruchem podniósł ją do góry na wysokość o wiele większą niż tą, na której znajdowały się jego dziwnie połyskujące żółte oczy. Spojrzał groźnie. Ciri wcale nie bała się tego spojrzenia. Uśmiechała się kącikiem ust, a z oczu biła jej triumfująca duma.
W odróżnieniu od dumy, która jest pełna pokory i wstydliwości.

- Ty mała wiedźmo! Gra zupełnie nie fair, całkowicie na mod(ł)ę tej diablicy Merigold. To nie było po wiedźmińsku!
O, więc teraz wiedźmini są znani z przepisowej walki (i pewnie kłaniają się potworom przed rozpoczęciem starcia), zaś czarodziejki i magowie to weterani walk ulicznych? *wizualizuje sobie Vilgefortza z tulipanem*
Nom. A jak się im tulipany skończą, pewnie sięgną po kije bejsbolowe.

Lambert puścił Ciri pozwalając by spadła z wysokości, na której trzymał ją poprzednio. Dziewczynka sprężyście wylądowała na ziemi bez jakiejkolwiek szkody.
To rzeczywiście nie lada osiągnięcie. Przy tej zręczności za chwilę będzie bełty w zęby łapała. Bełty to jej będą z ręki jadły!

- Jak tylko dotrzemy do Um zorganizuję ci taki trening, że będziesz marzyła żeby to były mordownia, wiatrak i wahadło! Obiecuję ci!
Nie daj bór... będą... wskakiwać po schodach na jednej nodze? *próbuje stłumić traumę z podstawówki*

Po krótkiej chwili dodał jeszcze z niemal niewyczuwalnym zmieszaniem:
- Poza tym, wiedz, że dałem ci wygrać.
Ale się tego wstydzę.

Czas był najwyższy, by wyruszyli w dalszą drogę. Jechali stępa głównym traktem. Mijali po drodze na przemian hektary chłopskich pól, łąki i lasy.
A nie dowiem się, ile dokładnie było tych hektarów? *zawiedziona* Tak w ogóle, co to są “chłopskie pola”? W Wiedźminlandzie nastąpiło już uwłaszczenie, czy też mają tam zamiast dwu- i trójpolówek pola chłopskie, mieszczańskie i szlacheckie?

Rozwydrzone wiosennie ptaki usilnie próbowały przekrzyczeć ich myśli i wypowiadane słowa.
A to złośliwe, niecne ptaki! Pewnie dlatego, że wiosenne: te jesienne i zimowe są dużo lepiej wychowane.
Ciri nuciła pod nosem prostą melodię, którą pamiętała jeszcze z Cintry. Jechała przodem. Wiedźmini ciągnęli się za nią jak ser na pizzy rozmawiając ze sobą. Ona jednak nie słyszała z rozmowy absolutnie nic, nawet wtedy, gdy odwróciła się w siodle i jadąc tyłem zwolniła nieco konia.
Jak można zwolnić jeszcze bardziej, jeśli się jedzie stępem? Ten koń musiał zacząć się cofać chyba. (A Ciri jest może i zajebista, ale najwyraźniej przygłucha.)
No i gdy będzie, jadąc tyłem, gapić się na nich znacząco, z pewnością nie zorientują się, że chce ich podsłuchać i zaczną mówić głośniej.

Ptaki wrzeszczały (łoboru, to są ptaki czy mewy z ADHD?), pod końskimi kopytami strzelały łamane gałązki.
Gałązki? Na "głównym trakcie"?

Nie mogła niczego usłyszeć.
Aaa... to musiały być specjalne, wytłumiające dźwięki gałązki kapiszonowców.

Widziała tylko jak Geralt tłumaczy coś Lambertowi, a ten prostował się wyraźnie zdenerwowany, jak przyłapany na ściąganiu żaczek.
- Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć, co tak naprawdę łączyło cię z Merigold?
Lambert z uporem zadawał wciąż te same pytanie.
E? Skoro sam wypytuje, to dlaczego to on się denerwuje i stresuje, a nie Geralt?
Najwyraźniej drży z niepokoju o ich związek. Jego i Geralta, rzecz jasna.
(Boru, ja to napisałam? O.O)

Białowłosy wiedźmin dotąd starał się nie zwracać uwagi na niestosowne kwestie coraz częściej padające z ust towarzysza. Nie można mu jednak było odmówić sprytu i inteligencji.
Tak, proste ignorowanie zaczepek rzeczywiście wymaga wielkiej przemyślności.

Pytał wprost, dopiero wtedy, gdy miał pewność, iż kluczeniem nic więcej nie wyciągnie z Geralta.
Aaa, to było o Lambercie? Hm, nie wiedziałam, że pytanie wprost o kwestie, na jakie nie otrzymało się odpowiedzi po czynieniu aluzji, jest dowodem sprytu: stawiałabym raczej na bucerę.
Czy tylko ja mam wrażenie, że te wszystkie podchody są godne gimnazjalnych nastolatek? Dorośli faceci w takich sprawach zazwyczaj pytają prosto z mostu.

- Bo tu nie ma nic godnego do opowiedzenia, ot była to przelotna miłostka i nic więcej.
Lambert żachnął się.
- A szczegóły? Gdzie, ile razy, kto na kim? No proszę cię, Geralt, co to jest w ogóle za odpowiedź?!

- Vesemir widział was wtedy w stajni. Najzwyczajniej odepchnąłeś ją od siebie, jak jakiś cham, który nadmuchawszy głupią chłopkę zostawia ją samą z nowym kłopotem i nie przyznaje się, że oto on jest jego faktycznym sprawcą.
A Lambert czuje się upoważniony do czynienia mu wyrzutów bo...?

- Nie czuję się w najmniejszym stopniu zobowiązany, by ci się zwierzać, Lambert. (...) Jeżeli jednak tak uparcie pytasz o Triss, to może sam nią jesteś jakoś szczególnie zainteresowany, co?
Utrafił w sedno. Lambert gwałtownie wyprostował się, oczy iskrzyły mu niebezpiecznie.
- Ja? Nigdy! Merigold to wredna jędza.
- A przejmuję się nią i robię ci wyrzuty tak tylko, dla picu!

Geralt uznał rozmowę za skończoną. Nim jeszcze popędził konia pomyślał, że od jakiegoś czasu cech wiedźmiński tworzy coraz mniej doskonałych wojowników. On ma skrupuły, a Lamberta najwyraźniej dopadła zwykła zazdrość.
Zaprawdę niegodne to szlachetnego, cnotliwego obrońcy ludzkości oh wait.

***
Karczma
Pod złamanym mieczem stała na środku małego, kupieckiego miasteczka Um. Śmierdziała kiepskim jadłem, ludzkim potem, sianem i snem.
Siano NIE śmierdzi - tylko pachnie tym, czym jest: sianem. Równie dobrze można by powiedzieć, że łąka śmierdzi.
Co do smrodu snu, to nie wiem, nie zdarzyło mi się go nigdy wąchać.

Była jednak jedynym miejscem, w których podróżni mogli chociaż trochę odpocząć. Dookoła ścian poustawiane były stoły i długie ławy.
*próbuje ustawić meble dookoła ścian* Nie umiem... :(

Większość miejsc była zajęta. Od rozłożonych na ławach ludzi biło alkoholem i czosnkiem. Niektórzy silniejsi i co wytrwalsi w piciu chwiali się, ostatkiem sił utrzymując w pozycji siedzącej.
Skoro ci silniejsi się chwiali, to słabsi pewnie dawno leżą pod ławami. Hm, i karczmarz ich nie wyrzucił? Może to nie karczma, a przytułek dla bezdomnych alkoholików?
Tym niemniej to urocze, jak AŁtoreczka usiłuje wykreować obraz Standardowej Speluny©. Brakuje tylko bójki na tulipany i nogi od stołu.

Jedni wrzeszczeli na drugich, wylewając wzajemne żale.
Żale były mocno rozcieńczone wodą, ale i tak nie brakowało na nie chętnych.

Kolejni płacząc, obejmowali się i zapewniali, że podarują sobie konia z rzędem i podzielą się nawet żonami. W przypływie tej hojności ślinili sobie wzajemnie policzki i karki.
Znaczy, oblizywali się? Może to nie karczma, a jakiś lokalny odpowiednik Błękitnej Ostrygi?

Czasem można było znaleźć kogoś leżącego pod stołem.
A czasem nawet takiego, co był przybity za uszy do ściany.

Po rogach siedziały skulone senne kobiety i ci, którzy pragnęli pozostać niezauważeni.
Bo rogi pomieszczenia to, jak wiadomo, terra incognita.

Mistrz siedział w kącie trzymając kolana pod brodą. Ostatnie kilka godzin przespał skulony w embrionalnej pozycji.
Powtórzę pytanie: i karczmarz mu pozwolił, zamiast kazać wynająć pokój albo spadać? Jassssne.

Był całkowicie wypoczęty. Zmęczenie podróżą dawno minęło opadając na ziemię jak kurz.
Bo przecież nie ma lepszego miejsca na wypoczynek, niż śmierdząca gospoda, której ściany niemalże trzęsą się od wrzasków pijanego tatałajstwa.

Dyskretnie rozglądnął się dookoła. Wśród pijanej hałastry nie dostrzegł nikogo, kto wyglądałby jak wiedźmin.
Poznał to po tym, że żaden z nich nie targał na plecach gumowej kikimory.

Nie było też żadnej małej dziewczynki, owej Cirilli, Dziecka Niespodzianki.
Przymknął na powrót powieki, pozostając w stanie dziwnego letargu.
Czekał.
***
Na długo przed zapadnięciem zmroku wiedźmini i Ciri dotarli do Um. Miasteczko nie wydało im się nazbyt przyjemne. Prości ludzie pierzchali przed nimi, jak gdyby ujrzeli zarazę. Brudne dzieci w łachmanach ciskały w nich kamieniami.
Taaak, a ich matki tarzały się w błocie ze świniami i nawet miejscowy kowal mylił kowadło z młotem.
Psy szczekały dupami, a sołtys na noc zwijał gościniec.

Ciri wodziła wokoło ciekawym wzrokiem, lecz po chwili przestała.
I...co? Uparcie zaczęła gapić się w jeden punkt?

Spostrzegawcze dzieciaki zaczęły przekrzywiać swoje główki na boki, robiąc miny okropne, potęgujące brzydotę twarzyczek przypominających świńskie ryjki. Szkaradnemu przedstawieniu towarzyszyły piskliwe wrzaski.
Ej no, kurwa, to są wiejskie dzieci czy wyjątkowo szpetne gnomy?! Ałtoreczko, przeginasz.
To jest "ubogie miasteczko", czy jakaś kolonia karna dla mutantów popromiennych? Bo klimaty się zrobiły trochę w stylu "Wzgórza mają oczy". I nie, nie sądzę, by bezdomne dzieciaki były tak tępe, by zaczepiać obcych facetów obwieszonych bronią jakby stanowili obwoźny arsenał.

Po chwili cała trójka znalazła się przed karczmą. Geralt zajął się końmi, Lambert i Ciri weszli do środka. Gdy tylko otworzyli drzwi, uderzył ich ciepły chuch karczmianych wyziewów.
Chuch poprawił natychmiast prawym sierpowym, by na koniec ostatecznie znokautować ich kopem z półobrotu. Był to bowiem daleki kuzyn Zapachu Paskudnego Starego Rona.

Odruchowo odchylili głowy pełni obrzydzenia.
Mistrz rozwarł momentalnie swoje kocie oczy. Wyprężył grzbiet.
A potem miauknął i zaczął wylizywać się pod ogonem.
Dokładnie to samo pomyślałam. :P

Ciri złapała Lamberta za rękę. Nie podobało jej się to miejsce, ani ci ludzie. Wszyscy brudni, pijani, zaspani.
Zwłaszcza to “zaspani” może wzbudzać przerażenie.
No, to brzmi trochę jak poranek w akademiku.

Lambert żwawym krokiem ruszył do przodu ciągnąc za sobą Ciri. Miejsca takie jak te nie wzruszały go ani odrobinę.
Nie bał się nawet śpiących ludzi.
A jeszcze przed momentem odchylał głowę z obrzydzenia. Tak zmężniał w międzyczasie?

Podszedł do szynkowni obrzucając grubego karczmarza złym spojrzeniem.
Bo grunt, to nastawić do siebie negatywnie właściciela miejsca, w którym ma się zamiar jeść i spać. Każdy to wie.
Znaczy: wyszedł i podszedł do tej karczmy jeszcze raz? Bo "szynkownia" to jakby nie do końca to samo, co "szynkwas".

Ten łypnął na niego obojętnie, spode łba.
"Łypnąć spode łba" = niechętnie ≠ obojętnie. Z pozdrowieniami od (przyczajonej) logiki.

Całkowicie oddawał się czynności wycierania kufla brudną i zatłuszczoną szmatą.
O, standardowe wyposażenie każdego opkowego karczmarza - kufel i brudna szmata - jest.
*odhacza w kajeciku*

Sam nie prezentował się lepiej. Włosy miał ulizane do tyłu, końcówki siwiejących wąsów ubrudzone zaschniętym jedzeniem. Małe, rozbiegane oczka wodziły na lewo i prawo.
Znaczy się, wodniste były?
Albo korowody wodziły. Albo lud na barykady. Trudno powiedzieć.

Wiedźmin i Ciri stali pośrodku.
Chwilowo występowali w roli Axis Mundi.

Szynkarz przestał wreszcie czyścić kufel i odłożył go. Grubymi i wielkimi jak u niedźwiedzia łapami oparł się o blat. Pochylił się ku wiedźminowi i chuchnął mu czosnkowym oddechem prosto przed nosem.
Wszędzie ten czosnek i czosnek. Mieszkańcy tej wsi boją się wampirów, czy co?
A może to jakaś supermoc jest? Fuuton: Czosnkowy chuch no-jutsu?

- Czeeeegoo?
Zachrypiał przeciągle wbijając wzrok w krtań Lamberta.
Lambert niechętnie, aczkolwiek poprosił o trzy porcje jajecznicy.
Nie chcąc, ale musząc. I ujmując to tak niegramatycznie, jak tylko zdołał.

Praktycznie niezauważeni, w ogólnej wrzawie pijackich głosów, pomrukach pałętających się pod nogami kotów,
Biedne koty - te pomruki pałętające się pod ich nogami musiały być strasznie denerwujące.
Zawsze myślałam, że wrzawa ma to do siebie, że tłumi mniej głośne dźwięki - no ale te koty najwyraźniej pomrukiwały bardzo przenikliwie.

szczęku toastowych kufli (które różniły się od zwykłych...?)(Były jednorazowe, żeby po toaście można je było roztrzaskać o czerep bez większego żalu.) i szuraniu ław, usiedli pod jedną ze ścian, tam gdzie zostały ostatnie już wolne miejsca.
Czekali na Geralta.
Dramatyzm powiał od tego zdania, oddzielonego akapitem od reszty narracji.

Ciri siedziała objęta przez Lamberta ramieniem. Obejmował ją tylko wtedy, gdy chciał mieć stuprocentową pewność, że jest bezpieczna. Na co dzień darzył ją karcącym pokrzykiwaniem, by siedziała prosto, nie trzymała łokci na stole i nie marudziła przy jedzeniu.
Też mi podarek.
Słowem: zachowywał się jak rasowa mama kokoszka. No proszę, jak się panowie wiedźmini ładnie cywilizują przy dziecku.

I tak wiedziała, że ją lubi, na swój dziwny, wiedźmiński sposób.
Wpatrywała się przez chwilę w drzwi, ale Geralt nie przychodził. Znudzona zaczęła więc rozglądać się po karczmie. Jej spojrzenie spoczywało na czerwono - sinych twarzach podpitych wędrowców, opuchniętych i zmęczonych od płaczu, ogromnych kobiecych oczach. Ślizgało się między wędrowcami.
Młodziutka dziewczyna przyniosła zamówione porcje jajecznicy. Lambert momentalnie chwycił (Tak się zasugerowałam klimatem standardowej speluny, że byłam pewna, że będzie "za cycki". ^^") za łyżkę.
Ciri w końcu zatrzymała wzrok na jednym człowieku, który w dziwny sposób przykuwał jej uwagę.
Szczupły mężczyzna siedział w rogu. Niemal bezbarwne oczy wlepiały się w nią beznamiętnie.
Trudno, żeby wpatrywały się inaczej, skoro były bezbarwne - ergo: przezroczyste. Ciekawe, czy można było zobaczyć za nimi jego mózg...

Ciri wzdrygnęła się. Jego wzrok przeszywał ją na wskroś. Nieprzyjemne zimno rozeszło się jej po ciele. Mimo tego, iż człowiek przerażał, nie potrafiła oderwać od niego oczu. Patrzyli tak na siebie, a on zaczął ją urzekać coraz bardziej.
Urzekanie w toku. Loading...

[Urzeka, urzeka, aż w końcu Ciri mdleje od tego urzekania.]
[Lambert]Dostrzegł wibrację medalionu. Zaklął pod nosem i nagle spojrzał na siedzącego w kącie mężczyznę.
Ten nie poruszając się wcale, błysnął białymi zębami w uśmiechu. Ukazał długie kły w całej ich okazałości.
Lambert błyskawicznie sięgając po srebrny miecz, spoczywający w pochwie na plecach, doskoczył do mężczyzny. Ten równie szybko złapał za klingę własnego ostrza.
Auć, musiało boleć. Ale nie martw się, palce da się pewnie przyszyć, tylko wyzbieraj wszystkie z podłogi.

Jedną ręką wykonał szybki gest. Jego postać zaczęła tańczyć przed oczami wiedźmina.
A z ukrytych głośników popłynęły dźwięki tajemniczej inkantacji:
"Mai
Ya hee... Mai Ya haa... Mai Ya hoo... MAI YA HO-HO!!!"

Lambert widział go najpierw na środku karczmy, a następnie już przy drzwiach.
Mężczyzna używał teleportu na małe odległości, by zmylić wiedźmina.
I przy okazji przyszpanować przed resztą zebranych.
Zmylić? A nie lepiej od razu zabić? Skoro może się teleportnąć, dajmy na to, tuż za jego plecami...
A weź. Toć to by było BANALNE!

Wybiegł za nim przed karczmę. Postać migała nie dając się w żaden sposób uchwycić.
Niezawodnie był to mag, albo kapłan. Szkolony specjalista. Ponadto zmutowany elf przemieniony w wampira.
A także kucyponek, mumia i Piaskowy Ludek w jednym.
Jednorożec, Władca Żywiołów, Sakura i Bill Kaulitz.

Całkiem dużo, jak na jedną osobę.
W rzeczy samej. Nie za dużo, AŁtorko?

Wiedźmin nie miał zamiaru go ścigać i daremnie marnować siły.
Inna sprawa, gdyby marnował je nie na darmo.

Skupił całą uwagę wytężając doskonały wzrok.
Mniej subtelni obserwatorzy mogliby pomyśleć, że wytężał co innego, tak się nadął i wytrzeszczył oczy.

Fala szału rozlewała się po jego ciele. Budziła się w nim natura mordercy.
Wreszcie zaczął go lepiej widzieć. Przezroczysta powłoka powoli zbliżała się w jego stronę. Wiedźmin odskoczył do tyłu, a następnie sparował cios lecący na niego z impetem.
Sam cios leciał? Znaczy, bez udziału broni czy innych takich? No w końcu z magiem walczy, nie? Różne rzeczy są możliwe.

Wykonał szybki półobrót. Mając napastnika lekko po skosie, zmusił go do podobnego ruchu.
Chwycił go za bary i obrócił? Co to jest, walka czy taniec synchroniczny?

Poruszał się szybko, miecz wampira świszczał koło niego, wciąż nie trafiając. W końcu pełny piruet, wykrok i cios. Znów chybił. Zaczęło to irytować Lamberta. Przeciwnik zachowywał się zupełnie tak, jakby doskonale wiedział, co ma w danym momencie zamiar uczynić.
Ma Sharingana, ani chybi.

Wykonał kolejny półpiruet, który zakończył cięciem. Ostrze miecza przecięło jedynie ubranie napastnika. Mistrz tańczył na podobną wiedźmińskiej mod(Ł!)ę. Dodawał do tego jeszcze salta i uderzenia z góry.
A potem wiedźmin i mag wykonali pas de deux.
Ciekawe, który z nich nosił tutu.

Wiedźmin wykonywał szybkie uniki, parując ciosy.
Logika says: unik ≠ parowanie.

Miecze pobłyskiwały w świetle wątłego słonecznego blasku. Wampir wykorzystując zadawany cios, błysnął odbijającym się od ostrza światłem kierując go (tego światła) w wiedźmińskie oczy.
No, potrafi kierować promieniem światła - ani chybi czarodziej!

Lambert odruchowo zamrugał lekko oślepiony.
No bez jaj... Odblask "wątłego słonecznego blasku" mógłby go oślepić jedynie wówczas, gdyby Lambert walczył w wyjątkowo ciemnej piwnicy, a nie za dnia na drodze! Oj wiesz, może jest bardzo wrażliwy na światło... w końcu to tylko wiedźmin. ;]

Mistrz przejechał końcem miecza po wewnętrznej stronie lewej ręki Lamberta, który zacisnął w bólu zęby.
Zza pleców wampira wychynął drugi wiedźmin. Geralt czując, co się święci, wypił mikstury i wyczekiwał za karczmą, aż zaczną działać.
Skoro wyczuł, że coś jest nie tak, to czemu sterczał cały czas na zewnątrz, zamiast wpaść do środka i kazać im się wynosić?
Taa... Zamiast iść z odsieczą druhowi, skitrał się za winklem i walnął sobie Jaskółkę. A potem jeszcze się zdrzemnął dla zregenerowania sił... a potem jeszcze obiad zrobił... ogórki zawekował... Taaak, wiem, to opko, nie powinnam zadawać takich pytań...
Nie, serio - wiedźmini rzeczywiście łykali te prochy przed walką (a nie w jej trakcie, jak w pierwszym "Wiedźminie"), ale do licha, gdy ich ktoś zaatakował znienacka, obywali się bez nich. :/

Mistrza zdziwiła obecność drugiego mutanta. O ile dobrze wiedział, miał pokonać tylko jednego.
Jednego - znaczy: obojętnie jakiego?

Wykonał kolejny szybki gest rysując przed sobą fale przypominające ruch węża.
Myślałam, że fala z reguły wygląda po prostu jak fala. Mój Boru, czuję się taka przyziemna.

Gdy dłoń przesunęła się na wysokość bioder jego postać rozpłynęła się całkowicie w zachwycie.
Całe szczęście. Dłoń wykonująca wężowe ruchy na wysokości bioder może być odczytana jako całkiem nieobyczajna deklaracja.

Geralt mając zmysły wyczulone do granic możliwości nie mógł go dojrzeć.
Och, ale z pewnością mógł go usłyszeć i poczuć, prawda? Skoro miał wyczulone wszystkie zmysły...

Lambert opuścił miecz. Nerwowo rozglądał się na boki poszukując Mistrza.
Nagle zachwiał się i upadł ciężko na kolana. Geralt odwrócił się w jego stronę. Lambert wstał i zaczął do niego mówić zmienionym głosem.
- Jesteś Geralt z Rivii zwany Białym Wilkiem. Słyszałem wiele o tobie.
Ale nie dość, żeby nie zaatakować jakiegoś obcego faceta, biorąc go za ciebie.

Wiedźmin zaczął powoli zbliżać się do Lamberta. Nie opuszczał miecza ani na chwilę.
- Jesteś mutantem z Kaer Morhen, wychowankiem Vesemira. I o nim mi mówiono.
No cóż za tajne info! Powiedział nam tyle rzeczy, których o Geralcie nie wie nikt poza nim!

- A ty, kim jesteś?
Geralt starał się, aby jego głos był wolny i stonowany. Nie chciał pod żadnym pozorem zdradzać, iż jest pod działaniem eliksirów.
- Jestem Czyniącym ze świątyni Aspallisa w Lousenfort. Również mutantem. Udoskonalonym wampirem, który jak widzisz potrafi władać mieczem.
Nieudoskonalona wersja wampira obejmuje tylko ssanie i walenie przeciwnika kijem po głowie. Wersja najtańsza, demo, nie robi nic, ale za to może służyć za ozdobę ogrodową, bo się ładnie błyszczy w słońcu.
A Lestat oprócz władania mieczem potrafi jeszcze grać na skrzypcach, improwizować w commedii dell'arte i śpiewać rocka. Jaki to stopień doskonałości?

- Wiedz, że nie mam zamiaru cię zabijać z czysto osobistych pobudek.
Absolutnie nie bierz tego do siebie!

Potrzebne mi jest twoje Dziecko Niespodzianka, Cirilla, księżniczka cintryjska. Oddaj mi ją, a puszczę ciebie i twojego towarzysza wolno. Jeśli tego nie zrobisz, będziesz zmuszony z nim walczyć. Ja mu w tym pomogę.
Geralt zacisnął dłonie na mieczu. Wampir oszukiwał go. Jeżeli wszedł w ciało Lamberta, prawdopodobnie już nie dało się mu w żaden sposób pomóc.
- Wybieraj, wiedźminie. Uratuj chociaż siebie. Dobrze wiesz, że nie zdołasz mnie pokonać. Twój miecz, znaki i eliksiry wiedźmińskie niewiele zdają się w walce z Czyniącym.
Wspominałem ci już, że po drodze miałem nielichy problem z jedną, niewyrośniętą harpią?
Poza tym: come on, jesteś tylko randomowym, zmutowanym wąpierzem z zakonu sodomitów, z czym do ludzi.

Bądź rozsądny. Daję ci szansę i chcę puścić wolno.
Przez chwilę milczeli. Wiedźmin poczuł ogarniającą go falę wściekłości. Obiecał Ciri, że jej nigdy nie zostawi. Nigdy.
- Nie!
Geralt rzucił się na Lamberta. Ten wykonał unik i paradę. Obaj zaczęli obracać się i ciąć w wiedźmińskim tańcu śmierci.
Danse geralte macabre.
Macabre z całą pewnością.

Geralt wykonał znak Aard. Lambert poleciał w tył i z siłą uderzył plecami o bruk. Zadawali ciosy w serce, barki, brzuch, ręce i uda.
A czemu w twarz i dupę już nie? Przepraszam, w czym dupa jest gorsza od ud?
A w jaki sposób drugie zdanie wynika z pierwszego? O.o

Stosowali wyskoki, półpiruety i piruety.
Wszystko pięknie, ale nie lepiej, jakby “stosowali” ciosy?

Zachowywali się jak zgrana para pokazująca swe umiejętności w balecie walce.
A kiedy będzie ten moment, w którym Lambert robi jaskółkę, a Geralt łapie go za biodra i unosi nad głowę, po czym obaj jadą przez całe lodowisko oh wait.

Była ona bardzo wyrównana, wiedźmini postępowali pewnymi schematami, które obu wpajano od początki nauk w Kaer Morhen.
Głównie tym, żeby nie postępować schematycznie.

Białowłosy parował cięcia niemal w ostatnim momencie. Łudził się, że wiedźmin w końcu przestanie napierać na niego tak intensywnie. Nie widząc w końcu ratunku dla przyjaciela zaczął już tylko chronić samego siebie. Wirował. Parował kwartą z dexteru.
Ciągle tą jedną kwartą z dexteru parował, klnąc przez zęby, że też AŁtoreczka nie podpatrzyła u Sapkowskiego innych ruchów.

Przyspieszył ruchy, piruety i półpiruety. Miecz świszczał w powietrzu zsyłając grożącą śmierć.
Śmierć groziła paluszkiem obu walczącym, co nieco ich rozpraszało.

Po chwili zauważył jednak, że Lambert słabnie. Tracił siły w zaskakującym tempie. Geralt (...) ciął z pełnego obrotu tuż znad głowy. Usłyszał jak ostrze przesuwało się po twarzy i piersi wiedźmina. Dostrzegł materializującego się obok wampira. Lambert padł twarzą na ziemię.
Geralt nie spoglądając na towarzysza runął z wyskoku na Mistrza. Ten jednym gestem odrzucił go do tyłu. Spadł ciężko na plecy czując chrzęst kości. Podniósł się.
Mniejsza o pęknięty kręgosłup i żebra - twardym trzeba być!

Wampir rzucał kolejny czar. Chciał napierać dalej, nie potrafił. Klinga dosłownie paliła mu dłonie powodując przywieranie skóry do srebra.
Komu, wampirowi?
No chyba.

Geralt zaryczał z bólu.
Aaaa, no właśnie, tak mi coś nie pasowało.

Oderwał lewą dłoń od miecza, sięgając po drugi spoczywający na plecach. Oba miecze wprowadził w wirowy ruch.
I, furkocząc, uleciał w siną dal.
Łiii, helikopterek!

Poruszał się chaotycznie, nie dając przeciwnikowi szansy na odgadnięcie, w jaki sposób zada cios. Czyniący odrzucił miecz. Przepełniony pychą po brzegi, uznał, że więcej nie będzie mu potrzebny.
Jeszcze mógł sobie koszulę na klacie rozedrzeć, o, tak jak ci panowie tutaj. :)

Chciał patrzeć, jak wiedźmin umiera. Chciał widzieć, jak tańczy tak, jak mu zagra.
I to był jego największy błąd.
Srebrny miecz wypadł wiedźminowi z ręki. Czyniący nie był potworem, lecz zmutowanym elfem.
Acha, czyli zmutowany elfo-wampir to nie potwór? Dobrze wiedzieć! *zapisuje w podręcznym notesiku tę cenną informację*

Rozwścieczony zaczął rzucać w wampira znakami. Jeden za drugim.
Leciały jeden za drugim: stop, zakaz postoju, wyjazd z drogi podporządkowanej...

Starał się go odepchnąć, ogłuszyć, osłabić.
No, przywalenie takim znakiem w czerep może ogłuszyć, to pewne.
Zwłaszcza, jeśli dostanie się nie samą tabliczką, a tym drągiem, do którego jest przymocowana.

Chciał zając kapłana niwelacją, a nie zadawaniem magicznych ciosów.
KWIIIIIK!!! Znaczy co, wcisnął mu łatę do łapy i kazał biegać po okolicy, czy może najpierw polecił mu wypoziomować niwelator?
Make niwelacja, not war - nic tak nie ostudza morderczych zapędów jak porządne pomiary wysokościowe.

Rzucał znaki i powoli zbliżał się do niego. Kapłan skupiał się na ich odbijaniu.
Tą łatą, ani chybi.

Wysilał całą moc, którą miał w sobie, by zniszczyć Mistrza. Chciał zrobić to nawet kosztem własnego życia. Dla dobra Ciri. Dla jej bezpieczeństwa.
Wykonywał mieczem okręgi o różnych średnicach.
Liczył na to, że tym razem mag wyciągnie cyrkiel i zacznie mierzyć te średnice?
Co on się tak napalił na tę niwelację, co?
Może chce zostać geodetą, bo wiedźminienie mu się przejadło?

Chciał rozproszyć uwagę kapłana. Gdy był już dostatecznie blisko skoczył wykonując w powietrzu salto podobne do tego, które wykonywał wcześniej Czyniący. Uderzył całym sobą, potęgując wygięciem ciała impet uderzenia.
Nie wiedziałam, że wygięcie ciała ma taką moc. Jak mnie kiedyś napadną zbiry, zrobię mostek - będą mogli mi naskoczyć!
Myślę, że jak się na kogoś zwali koleś postury Geralta, to już dodatkowy impet nie jest potrzebny.

Zwalił się na ziemię mało nie łamiąc karku.
Głowa Czyniącego poleciała dwa metry dalej wirując w powietrzu. Spadła.
Niemożliwe... myślałam, że będzie lewitować. =.=
Geralt go chyba musiał zębami za gardło złapać... albo Mistrz miał głowę przymocowaną na sznurek. Innej opcji nie widzę.

Geralt przewrócił się na plecy ciężko sapiąc. Wampir nie był już groźny.
Przynajmniej na jakiś czas.
Póki mu głowa do tułowia nie przyrośnie.
Dlatego zostawimy go tu, by się zregenerował i dalej mógł truć nam dupę. Nie spalimy go, nie wrzucimy do dołu z wapnem, nie potniemy na naprawdę małe kawałki, które będziemy zakopywać wzdłuż drogi co 10 mil jeden... Absolutnie.

Zaczął docierać do niego wrzask kłębiących się wokół ludzi. Z tłumu wyszła Ciri. Stanęła tuż przez Geraltem.
Na widok Lamberta łzy pocisnęły się jej do oczu.
DO oczu? To gdzie były wcześniej? I co to za łzy-dominatorki, że cisną?

Pozwoliła im płynąć po twarzy i zalać policzki i usta.
Nie mówiła nic, tylko uklękła przy martwym wiedźminie a następnie ściągnęła zawieszony na szyi medalion. Należał do niego. Potem upadła na ziemię głośno łkając. Objęła wątłymi ramionami tężejące ciało.
Ej no, stężęnie pośmiertne powstaje zwykle około 2–4 godz. po śmierci.
Oj cicho, psujesz dramatyzm sceny.

Geralt stał obok osłupiały. Twarz miał kamienną, ale jego wnętrze palił ogień żalu i nienawiści. Walczył z wiedźminem, wiedźminem druhem, młodszym bratem.
W niewielkim kupieckim miasteczku Um rozlana została bratnia krew.
Powiedz mi, kiedy mam się wzruszyć, ok? Bo nie wiem, czy już teraz, czy szykujesz jeszcze więcej patosu.

Geralt schylił się i siłą podniósł leżącą Ciri. Spojrzała na niego mając twarz i ubranie ubrudzone krwią Lamberta. Patrzyła wyczekująco. Błagalnie. W dłoniach trzymała wiedźmiński medalion z orłem.
Zajumała go przy okazji jakiemuś innemu wiedźminowi? Bo wszyscy ci z Kaer Morhen mieli medalion z wilkiem.

Jej chude ramiona trzęsły się w rozpaczy.
Geralt wziął ją na ręce przerzucając lekko przez ramię.
- Proszę cię, nie patrz na niego. Na pewno wolałby, byś zapamiętała go takiego, jakim był w Kaer Morhen.
Dlatego zostawmy go tak, jak leży, i zajmijmy się wspomnieniami! =.=
Tak!

Ruszył przed siebie niosąc Ciri. Dziewczynka uderzała go pięściami próbując zatrzymać. Oszołomiony lud rozstąpił się przed wiedźminem.
Szedł bez koni, nie odwracając się.
No jasne, po co komu konie, skoro rozpacz im doda sił w podróży.

Dobrze wiedział, że kapłana nie da się w żaden sposób zabić.
Ale dałoby się załatwić go tak skutecznie, żeby po zregenerowaniu się obudził się pięć wieków później, prawda? No ale PO CO.

Zostało mu tylko iść, a potem czekać, aż ponownie przyjdzie.
Tak tylko cicho podpowiem, że konno mogliby uciec DALEJ...

Po cintryjską księżniczkę.
Po Dziecko Niespodziankę.
Po Ciri.
I po łatę od niwelatora!

18 komentarzy:

Bolo pisze...

Ej, dobra, to opo bije wszelkie chyba granice idiotyzmu... (swoją drogą mam niezłe wyczucie - pojawiam się po pół roku a tu od dawna wyczekiwany Wiesiu :D)

Jedną mam małą sugestię...
W miejsce: Logika says: unik ≠ parowanie
Można by się nawet pokusić o stwierdzenie: unik <=> ~parada
:D

Muah, to było dobro. Oczywiście poza opkiem...

Anonimowy pisze...

A będzie coś dalej? Czy to opkowe cudo sprowadza się wyłącznie do tego, że Geralt jest na minusie, jeśli chodzi o konia i kumpla?
Gumowa kikimora - to nigdy nie zostanie wybaczone ;) Analiza rewelacyjna (to oczywista oczywistość), ale odrobinkę za bardzo merytoryczna. Brakuje mi tej waszej "szpileczki", przejawów bezinteresownej złośliwości, którą tak uwielbiam. Za mało :)
Spoważniałyście Szanowne Panie, ale nieodmiennie udowadniacie, że jesteście genialne :)

Ramoneska pisze...

Jeżu! Toż to przednie było! Po prostu rewelacja. Gratulacje! Życzę więcej takich dunrnot! Zauważyłam pewną zależność - im teoretycznie "lepsze" opko, tym lepsza jest wasza analiza.

Sentra pisze...

A ja coś dziwnego zauważyłam. Na samym początku, pierwszy komentarz Pigmejki: Nie była taka wątła, skoro się TLIŁA. Moim całkiem to zdaniem nieźle, jak na zwykły dym.
Na odwrót chyba? Może tak miało być, a ja jestem zbyt głupia...

Wracam do analizy!

Popielaty pisze...

Ojej, ale to opko męczące... Tęskno mi trochę za czymś z założenia absurdalnym, takim Potterem będącym krzyżówką jednorożca, wampira, wilkołaka, zombie, kanapki z serem, Fineasza i Ferba czy kolejnym romansem Billa i Toma z polskimi nastolatkami. No, ale zobaczymy co szykujecie. W każdym razie - analiza przednia ; )

Anonimowy pisze...

Ta analiza była tak kwikogenna, że zaczęłam się śmiać już na samym wstępie.
A końcówka mnie dobiła do reszty.

Rysia

Dzidka pisze...

Błękitna Ostryga silnie wryła się w pamięć, jak widzę :D

Numanuma jej mnie załatwiło, ale ostatecznie padłam przy rzucaniu znakami. Wyobraziłam to sobie :D

Oraz: NO CO ONE WSZYSTKIE MAJĄ Z TYMI WAMPIRAMI.

Captcha: bolomat. Czyli opko, bo opko to takie urządzenie do wywoływania bólu głowy.

Anonimowy pisze...

Ja pierdle! Z kolegą piszemy sobie takie inteligentne parodie wiedźmina na gg i ja jestem Geraltem. Już wiem jak zachowywać się w stosunku do Ciri.
Poza tym analiza kwikogenna i te znaki. Na początku myśałem że chodzi o takie znaki drogowe bo było napisane z małej litery.
Pisze się "Znaki" a nie "znaki" karwasz twarz
Barranquill

SStefania pisze...

Trzecia część najlepsza. Nie, żeby z poprzednimi było coś nie tak (choć pierwsza męczyła tymi opisami), ale ta jest wyjątkowo świetna. Z mojej strony było mnóstwo śmiechu i facepalmów, choć więcej tego pierwszego - dziękuję Wam bardzo za te miłe chwile!

Anonimowy pisze...

Jeszcze zanim zacznę czytać - bogowie, jakie maleńkie literki na początku analizy! Niby nic, ale jak się ma problemy ze wzrokiem...
A teraz lecę, lecę, lecę czytać!

T-chan

Anonimowy pisze...

po czym obaj jadą przez całe lodowisko oh wait.

To było najlepsze!
Dzięki za uratowanie mi wieczoru.

Chomik

Anonimowy pisze...

Aaaach, coś absolutnie pięknego! Nie lubię "Wiedźmina", ale ta analiza mnie tak radośnie nastraja, że chyba spróbuję przeczytać sagę jeszcze raz.
Jesteście niesamowite, wiecie? :)

(kod: tupgra. To... słodkie.)

T-chan

jasza pisze...

Analiza wspaniała, ale szczyt absurdu osiągnęłyście w jeździe figurowej na lodzie:

>>A kiedy będzie ten moment, w którym Lambert robi jaskółkę, a Geralt łapie go za biodra i unosi nad głowę, po czym obaj jadą przez całe lodowisko oh wait.

@@@@
A obaj w różowych trykotach z cekinami. Już nie odgonię tej wizji...

Wilcza Jagoda pisze...

A mnie najbardziej rozwaliła wizja Geralta oddalającego się niczym mały helikopterek :D

Anonimowy pisze...

Do lektury i analizy polecam niezwykle śmiechowy blog http://www.historia-alchemika.blog.onet.pl Uprzedam! Mnóstwo materiału do "skomentowania" ;d

Anonimowy pisze...

''Chciał zając kapłana niwelacją, nie zadawaniem magicznych ciosów.''

zUy zając... XD

Analiza świetna, jak zawsze^^

Shi.

kura z biura pisze...

Dziewczyny, zniwelowałyście mnie kompletnie. I jeszcze znakiem oberwałam, ałć!
Niniejszym oddalam się do Krainy Wiecznych Łowów :)

Sineira pisze...

Przez Was ani chybi przyśni mi się Geralt jako geodeta na łyżwach:D