czwartek, 23 czerwca 2011

Dzika bestia chłopostrzelna, czyli wiedźmin Mniszkówną podszyty – cz. II


Witajcie!
W tym tygodniu druga część przygód naszych bohaterów, wędrujących przez bagna Wiedźminlandu. Przygotujcie się na niezapomniane wrażenia! Bóstwo zakonu sodomitów okaże się entuzjastą karuzeli, a jego kapłani będą praktykować medytację pokątną i prowadzić eksperymentalną terapię światłem w podziemiach swojej świątyni. Pojawi się brat Aloes, sprawnie krojący jabłuszka i wąż aportujący zakrwawione sztylety. Kikuty spróbują być rękami z łapami, a bohaterów zaatakuje psychopatyczna świecąca matematyczka z cyrklem. Będziecie także świadkami klasycznego tybetańskiego berserka kontrolowanego i domniemanego aktu kanibalizmu.
A tymczasem... Indżojcie!
Opko zanalizowały: Kalevatar i Pigmejka
Nie minęły trzy stajania jak ziemia pod nogami zaczęła stawać się coraz twardsza i mniej błotnista.
W fantasy przyjmuje się, że stajanie wynosi około 2,5 mili. Ha, rzeczywiście, niecałe 8 mil, co to jest. :D
Mistrzowi zdało się, że wkroczyli na jakiś dawno zapomniany trakt wiodący z zachodnich prowincji na wschodnie obszary. Bagna poczęły rozchodzić się na boki,
Uznały, że nic tu po nich i zabrały się do domu.
Rozeszły się w szwach.
odsłaniając możliwą do przejścia ścieżkę. Wreszcie nogi mogły odpocząć od nieustannego podnoszenia niemal do wysokości łokci.
To przez te bagna trzeba było przechodzić takim krokiem, jak na rosyjskiej defiladzie?
Mistrz westchnął rad zmiany i pogrążył się w myślach.
***
Świątynia Aspallisa przypominała pokaźnych rozmiarów warowną twierdzę osadzoną na skalistym wzgórzu. Aspallis był uznawany przez swoich wyznawców za najwyższego zwierzchnika losu wszystkich walczących.
Jego siostra, Aspalis, była semicką boginią polowań - i była nieźle wkurzona, że jej nieistniejący brat zagarnął sobie taką fajną domenę.
Zwolenników miał wielu, popierali go zarówno ludzie prawi, jak i zbrodniarze, mordercy, spiskowcy i drobni złodzieje.
A to jest coś niezwykłego? Zdawało mi się, że i w naszym świecie wśród wierzących wszystkich religii jest cała masa psychopatów i drani - ale może się mylę...
Na terenie świątyni miano w zwyczaju mówić o Aspallisie jako nieodrodnym synu Fortuny i Aresa
Żeby to chociaż było "Tyche i Aresa" albo "Fortuny i Marsa". Ale gdzie tam!
BTW, grecko-rzymscy bogowie w Wiedźminlandzie to i tak fail.
To pewnie jakaś ichnia forma ekumenizmu jest.
pradawnych bogów, w których wierzyli pierwsi ludzie.Oł rili? Cóż, historycy religii wiążą raczej jej początki z magią albo animizmem, fetyszyzmem czy szamanizmem i uważają, że politeistyczne systemy religijne pojawiły się później - ale co oni tam wiedzą, co nie?

Miał w sobie coś z boga wojny, żartobliwi dodawali, że nigdy nie zszedł z dziko kręcącego się koła, karuzeli, na której wychowywała go Fortuna i dlatego nieobliczalnie
...uwielbiał diabelskie młyny?
...rzygał na ludzi?
stawał raz po stronie dobra raz zła.
Aha.
Na szczytach czterech wież z grubo ciosanych kamieni trzepotały pod falą wiatru flagi świątyni. Między szczeblami złoto-drewnianego koła chłopskiego wozu
No, to musiał być nielichy chłop, że sobie do wozu przyprawił koła obite złotą blachą.Jakiś kułak, ani chybi.
wetknięty był dużych rozmiarów dwuręczny miecz.
No nie, to chyba nieco utrudniało kołom toczenie się. (Widział ktoś mały miecz dwuręczny?)Śmiem twierdzić, że jakiś krasnoludek mógłby takowy posiadać.
Wszystko to widniało na czarnym tle symbolizującym niepewną śmierć.
Aa, to te transportowe ekstrawagancje były tylko namalowane na chorągwi? Uff.
BTW, pierwsze słyszę, by czarny zwiastował niepewną śmierć. No chyba że to była taka mocno sprana czerń.
Niepewną, czyli jak? „Wrzucimy go do jamy ze skorpionami i zobaczymy, czy przeżyje?”

Świątyni - twierdzy Aspallisa pozbawionej fosy nie dało się złupić ani sforsować. Pod ciągłą protekcją Aepass�hl przełożonego kapłana była zupełnie bezpieczna.
Och, ale z pewnością dało się ją wziąć głodem... ;3
Wątpię. Skoro ten Aspallis był taki cool, to pewnie im codziennie mannę z nieba zrzucał - albo może nawet pieczone kurczaki, kto go tam wie.
Przed budynkiem głównego gmachu (...) walczyło na miecze dwóch kapłanów. Obaj bosi, ubrani w skromne czarne habity, wydawali się być całkowicie pochłonięci walką. Napierali na siebie jak dwa rozjuszone muflony podczas okresu godowego.
Bardzo oryginalne porównanie, biorąc pod uwagę, że opis dotyczy kapłanów. Następne w kolejności powinno być "jak dwie dziwki walczące o jedną latarnię".
Słychać było jedynie szczęk stali. Ich ruchy - uniki i ciosy rzucane były jak słowne wyzwania,
*rzuca unikiem*
Auć!
Ups! Niechcący...
uderzały siłą młodzieńczej zapalczywości. Nikt ich nie obserwował. Pozostali kapłani ćwiczyli fechtunek w przydzielonych do tego salach, bądź niedostrzegalnie i bezszelestnie oddawali się codziennym medytacjom.
Niedostrzegalnie, czyli jak? Udawali, że robią herbatę albo pielą grządki, a tak naprawdę mantrowali, by osiągnąć oświecenie? Czy może chowali się w tym celu za winklem?
To była medytacja pokątna, a kapłani tak naprawdę byli wojownikami ninja.
***
Jeździec na karym ogierze wjechał powoli na dziedziniec. Podkute kopyta konia o ogromnych rozmiarach z impetem waliły o bruk. Rytmiczne uderzenia umykały w przestrzeń i nicość.
Tuż za koniem usadowiła się czarna dziura, wsysająca tętent kopyt.
Parszywe mnichy mają uszy w każdym kamieniu, oczy w każdej wyrobionej przez wiatr szparze w murach. Myślą, że nie wiem jak obserwują mnie z każdego ciemniejszego kąta, Tor North�a, Vestte, Suth�a, Ěste i dachów tego całego kurnika. Czują się tu całkowicie bezpieczni - pisarczyki, rozmodleni głupcy.
E? A to co? Narrator nagle postanowił się ujawnić i zrobił to akurat w momencie napadu maniakalnego?
Jest jeszcze możliwość, że to mowa pozornie zależna, ale AŁtoreczka zapomniała ją wyróżnić z tekstu...
Głowa i twarz przybysza szczelnie była zamknięta w czarnym hełmie, z którego po obu stronach wyrastały jastrzębie skrzydła.
Dlaczego Emhyr uparł się, żebym przyjechał po Czyniącego właśnie tutaj.
A co, sprzedają ich w każdym supermarkecie?
Mnisi owszem machają mieczami, ale to nie jest jakaś szczególna umiejętność. Ich zawodzące śpiewy i gęsie pióra raczej nie mają większej mocy sprawczej.
Śpiewy i pióra pewnie nie, ale śmiem twierdzić, że wprawne machnięcie mieczem może mieć całkiem silną moc sprawczą.
Jeździec zbliżył się do kapłanów na odległość dziesięciu kroków. Widząc, iż nie może spodziewać się z ich strony jakiejkolwiek reakcji, leniwie zsiadł z konia. (...) Prezentował się w czarnej rycerskiej półzbroi, do której srebrnymi klamrami imitującymi lwie łapy przypięty był również czarny płaszcz z wyhaftowanym czerwoną i srebrną nicią symbolem Nilfgaardu. Po chwili ściągnął hełm i światu ukazała się twarz o nieugiętym wyrazie, inteligentnym spojrzeniu brązowych, błyszczących oczu. Orli nos dodawał postaci majestatu i powagi.
Co nie udało się niezwykłej zbroi, mieczowi ani ogólnej sylwetce, udało się nosowi. No cóż, dobre i to.
W końcu osiągnął zamierzony cel. Jeden z kapłanów uniósł wysoko dłoń na znak zakończonego pojedynku.
Pewnie był fetyszystą nosów.
Bez oznak zmęczenia skłonił się przed przeciwnikiem (...) i oddał mu swój miecz. Ten odwzajemnił ukłon i oddalił się w stronę małego budynku przypominającego rozbudowaną stodołę.
KWIK. Znaczy co, stodoła miała lewe i prawe skrzydło, oraz specjalny składzik na gnój?
Jeździec w skupieniu wodził wzrokiem za oddalającym się.
Szczególnie jego uwagę przyciągnął tyłek mężczyzny oraz jego szerokie barki...
(No ale serio, na co innego można patrzeć, jeśli obserwuje się osobę oddalającą się od nas?)
Kapłan stojący obok niego wykonał nagły półobrót, odbił się palcami prawej stopy, bezszelestnie i z wielką gracją dosiadł konia. Pocmokał z góry na ogiera poklepując go po szyi. Rycerz mając uniesioną ze zdziwienia prawą brew spojrzał na kapłana. Postarał się jednak ukryć zaskoczenie przybierając natychmiastowo maskę obojętności.
Na jego miejscu w tej sytuacji udałabym raczej, że ta uniesiona brew to taki tik albo trwałe zniekształcenie twarzy, ale jak on tam chce.
Kapłan uśmiechnął się do niego zdawkowo. Twarz pojaśniała mu nieznacznie, zabłyszczały ogromne fiołkowe oczy.
Zatrzepotały czarne firanki rzęs...
- Całkiem wysoki jak na D�hoine. Niech idzie za mną, Aepass�hl czeka.
Pomijając już sypnięte kodowanie (Już wiem! Tam powinien być apostrof! *dumna z własnej dedukcji*) - imię tego boga ewoluuje w naprawdę fascynujący sposób.
Tak ogólnie to kwik, bo jedyne, z czym mi się kojarzy ta nazwa to pochodzące ze Starszej Mowy "aep arse", co znaczy nie mniej nie więcej, jak właśnie "w dupę". Nie wiem tylko, czy to opis, czy deklaracja. :D
Może to jakiś starożytny zakon sodomitów?
Rycerz kipiąc ze złości zaczął przystępować z nogi na nogę. Jeszcze nikt nigdy go tak nie znieważył zwracając się w ten sposób.
I dlatego zaczął z irytacji tupać nóżką.
(...) Obaj zniknęli w dużych, rzeźbionych w drewnie drzwiach. Weszli bez wątpienia do sanktuarium, w nozdrza momentalnie uderzył ich ostry i duszący zapach kadzideł. Szli zacienionym korytarzem lewej nawy bocznej. Rycerz począł nieco się rozglądać. Z posadzki świątyni wyrastały liczne klomby czarnych róż.
Ani chybi magia, skoro im KLOMBY samoczynnie na posadzce wyrastają. I co jeszcze? Ze ścian zwisały rabatki?
I jak one rosną bez światła? (Dobra, wiem, czepiam się. ;P)
Gdzieniegdzie stali inni kapłani bliźniaczo podobni do przewodnika o dziwnych oczach, a niektórzy leżeli krzyżem na lodowatej posadzce.
Krzyżem leży się zazwyczaj przed ołtarzem albo przed świętym posągiem, czy innym szczególnym miejscem w świątyni, a ten fragment brzmi trochę tak, jakby szanowni mnisi popadali w losowych miejscach w nawie bocznej i leżą, bo taaakaaa impreza była...
Z zakamarków sanktuarium dochodziły ciche wielogłosowe pieśni. Przesycone magicznymi mocami czarne róże, kadzidła i śpiew odurzały swą dziwnością.
Fakt, jak czytam o tym wszystkim, czuję się lekko odurzona.
Ej, ale czarne róże akurat są całkiem prozaiczne, wystarczy podlewać je wodą z barwnikiem.
Chwilę potem kapłan i Nilfgaardczyk skręcili w lewo wkraczając w krótsze ramię transeptu. Sanktuarium zbudowane było na planie nietypowego krzyża o ramionach nierównej długości. W miejscu prezbiterium znajdował się niewielki ołtarz, na którym płonęły dziesiątki długich świec.
Mniejsza o nierówność ramion - TO jest dopiero dziwność!
Bo ołtarz jest elementem prezbiterium. ;>
Bo z kolei ani trochę dziwne nie jest, że pogańska świątynia pogańskiego boga w z gruntu pogańskim Wiedźminlandzie zbudowana i opisana była na planie opatentowanym przez chrześcijańskie kościoły.
Widzę, że dialog pomiędzy religiami w Wiedźminlandzie kwitnie.
W miejscu prezbiterium znajdował się niewielki ołtarz, na którym płonęły dziesiątki długich świec.
Ogień wojny, płomień były tutaj czczone na równi z samym Aspallisem. Ciemnymi, stromymi schodami zeszli do podziemi sanktuarium.
Duszne powietrze przesycone było wonią róż. Przeszli jeszcze jeden długi korytarz, na jego końcu znajdowały się trzy pary drzwi. Środkowe cicho skrzypiąc otworzyły się samoczynnie.
O, fotokomórkę mają, fajnie.
Ale które środkowe? Bo mi wyszło, że tam sześć drzwi było.
Sala w istocie była niewielka, zalana ostrym światłem spadającym z sufitu, który zdawał się płonąć. Była to iluzja, aczkolwiek bardzo realistycznie wyglądająca i bijąca oślepiającymi blaskami.
Blaski uderzały wchodzących niczym bicze wodne - bo to nie była świątynia, a sanatorium, w którym prowadzono eksperymentalną terapię światłem.
Po chwili rycerz dostrzegł klęczącego w kącie człowieka. Był pochylony, szczupły, w odróżnieniu do innych kapłanów jego habit był oślepiająco biały. Słysząc dudnienie podkutych oficerek Nilfgaardczyka bezszelestnie wstał i zaczął zbliżać się do przybysza. Oczekiwał posła już drugi dzień.
- Rad jestem widzieć was hrabio, Iaden Dennis Cervantes aep Vigoffor.
Dennis Cervantes - piękne. A może lepiej Don Matthew Kichote?
Albo Unicef Clerasil? Też brzmi śpiewnie i cudzoziemsko.
A teraz, by uświadomić AŁtoreczce rozmiary zasadzonego przez nią failu, rozszyfrujemy to imię, za przykład podając imię Cahira, również Nilfgaardczyka. Przedstawiał się on jako "Cahir Mawr Dyffryn aep Ceallach", gdzie Cahir było jego imieniem, Mawr imieniem jego matki, Dyffryn nazwiskiem rodowym, a "aep Ceallach" oznaczało "syn Ceallacha". Zatem w opku mamy Iadana, którego matka nazywała się Dennis (!) i który nosił nazwisko rodowe Cervantes (!!!).
Przybywacie jako poseł cesarza Nilfgaardu. (...) Jestem Fommar Cinabr, Aepass�hl świątyni Aspallisa.
Gestem wskazał posłowi stojące nieopodal pięknie rzeźbione krzesło z drzewa cedrowego. Sam spoczął na podwyższeniu obitym karminowym pluszem. Obok stał mały stolik, na którym leżała srebrna patera z czerwonymi jak krew malutkimi jabłuszkami.
Hm, w świętym miejscu mają szamkę? Dość niekonwencjonalnie...
Rycerz zaczął mu się przyglądać. Ruchy kapłana były pełne majestatu, twarz o smutnych, wyblakłych oczach odzwierciedlała życie ascety.
Częścią tej wyniszczającej ascezy było to siedzenie z karminowym pluszem i jabłuszka?
Jak to robiła? Oczy biczowały się o świcie i o zmroku, nos praktykował post, a uszy wznosiły nieustające modły?
Głowa jego od czoła niemal do skroni była ogolona.
Ale przecież skronie są tuż przy czole, po bokach... znaczy co, czoło miało mu zwyczaj zarastać? :O
Pozostałe włosy siwe i długie do pasa splecione były w ciasny warkocz.
Te krótkie i rude sterczały radośnie na boki.
Był elfem jak większość kapłanów Aspallisa. Ponadto miał prawie pięćset lat i za sobą tysiące spotkań takich jak to.
Oczyma duszy mojej ujrzałam właśnie tego elfa podgolonego niczym chiński chłop pańszczyźniany. O.O
A teraz skupmy się na kolejnym failu, moi mili. Pięćsetletni elf miał szansę pamiętać przybycie pierwszych ludzi do Wiedźminlandu, a z całą pewnością pamiętał rozpoczęcie wojen elfio-ludzkich. I teraz powiedzcie mi: czy wasze zawieszenie niewiary przetrzyma starożytnego elfa, który po tym wszystkim służył jeszcze ludzkiemu bogu?
- Cesarz Emhyr var Emereis zapewnia swoją przyjaźń i przychylność świątyni wielkiego Aspallisa. (...) Przysyła swego posła, sam deklarując się uniżonym sługą i przyjacielem najwyższego kapłana.
Uniżonym sługą? Cesarz Emhyr? Żartujesz sobie?!
Zwraca się toteż do niego z braterską prośbą o wsparcie w pewnej bardzo ważnej dla cesarza kwestii.
Tak. O udzielenie bratniej pomocy w kwestii doboru zasłon w nowej sypialni. To kluczowa sprawa.
Skinienie i zdawkowy uśmiech. Czyżby wiedział, o co chodzi?
Iaden wziął głęboki oddech.
- Cesarz pokornie prosi o przysłanie na jego dwór Czyniącego.
Cesarz nie prosi pokornie. Cesarz bierze wszystko, co leży na jego ziemiach, ponieważ wszystko to jest jego własnością. Come on, to jest Nilfgaard, a nie jakaś Polska z konkordatem. :/
Wie, że jego świątobliwość ćwiczy w świątyni obdarzonych szczególnymi umiejętnościami. (...)
Kapłan poruszył się nieznacznie sięgając po maleńkie czerwone jabłko.
- Od wieków, wy ludzie przychodzicie tutaj, do świątyni Aspallisa z prośbami, których realizacją zajmować winni się jedynie bogowie.
Znaczy, żeby wywołać deszcz w czasie suszy albo wygubić niewiernych przy każdej innej okazji?
Któż to, człowiek, ma mieć moc odbierania życia mianowanym pasterzami narodów królom? Może jednak to tylko elfi kapłani mogą brukać swe dłonie krwią ludzi, a nie bogowie?
Słuszne pytanie. Przecież powszechnie wiadomo, że „bogowie łakną krwi”. Więc czemu kapłani zabierają im taką frajdę?
Aep'arse chyba mistrzem Yodą być chce. Jednak tyle stylu co on nie ma. I miast mądrości bełkot z ust jego spływa.
- Cesarz Emhyr ośmiela się prosić o Czyniącego. Ludzka pycha i strach stanowią przyczynek zamachów („stanowić przyczynek DO czegoś”, na litość! Jak już używasz takich zwrotów, rób to poprawnie!) na życie bliźnich.
Koncepcja drugiej osoby jako „bliźniego” jest typowo chrześcijańska, pragnę zauważyć. Czy ten wątek sponsoruje akcja Chrześcijaństwo W Każdym Uniwersum?
Nigdy nie daliście sobie wytłumaczyć, iż to nie przeciwników należy eksterminować, lecz wasze chorobliwe władcze zapędy.
Słowem: zen, moi mili, zeeeen.
Przeciwnicy zaś, jak na wrogów przestało, automatycznie przestaną wam wtedy zagrażać.
Uroboros, wąż pożerający swój własny ogon przyniesie wam wkrótce zakrwawiony sztylet.
Super! Wszędzie go szukałam.
Ten sam, którym ośmielaliście się dokonywać mordu na władcach.
Wąż z funkcją aportowania.
Od tego samego zginiecie wy, którzy chcieliście przechytrzyć los. Zęby Uroborosa obdzielą was taką samą śmiercią.
Ej, ale Uroboros jest symbolem nieskończoności, a nie karmy. :/
Wasza historia ciągle jest taka sama. Zmieniają się tylko czasy, miejsca i nazwiska. Czyny pozostają niezmienne. Wąż przynosi ludziom jeden czas. Czas zdrady i śmierci. Pomylił się, jeżeli myślał, że wyciągniecie z tego jakąkolwiek pożyteczną naukę.
Zapadło głuche milczenie, Aepass�hl wbił równiutkie zęby w twardy miąższ jabłka. Po chwili dodał ze spokojną obojętnością:
- Nie mylę się, nieprawdaż?
Iaden przez chwilę nie wiedział, co ma powiedzieć. Kapłan miał zupełną rację.
Ojeju, natychmiastowe nawrócenie na pacyfizm, no proszę. Posyp teraz głowę popiołem.
Musiał jednak podjąć dalszą rozmowę.
- Najjaśniejszy cesarz Emhyr władca Nilfgaardu prosi o Czyniącego, który zgładzi wiedźmina i odbierze mutantowi Dziecko Niespodziankę.
Kapłan łagodnie uniósł brwi, po czym zaśmiał się. Posłowi zdało się, że w sali rozbrzmiało tysiąc maleńkich dzwoneczków.
Gościu ma carillon w krtani?!
- Zabić wiedźmina? Czy Emhyr ma mnie i podlegających mi kapłanów za płatnych najemników?
Nie, kurde, za najemników – wolontariuszy.
Nikczemników pragnących jedynie mordować, palić, niszczyć, gwałcić?
Wprawdzie była mowa tylko o mordowaniu... ale to zabawne, że wspomniałeś o tym gwałceniu, Aep'arse.
No, Krzyżacy jakoś potrafili połączyć powyższe z uduchowieniem. I w sumie nie tylko oni...
Wstał z karminowego siedzenia. Czerwień drażniąco kontrastowała z jego habitem i bladą skórą.
Wywoływała alergię mentalną.
- Cesarz najwyraźniej pomylił sobie instytucje i osoby. Do likwidacji wiedźminów powinien zatrudnić kogoś takiego jak Schirrú, albo Leo Bonhart. (...) Na pewno nie odmówi cesarzowi w odbijaniu Dziecka Niespodzianki.
Zabawne, jak szybko wielkiemu Aep'arsowi minęła ta dziwna maniera kaleczenia gramatyki. Można by pomyśleć, że od dawna układał sobie tamtą pretensjonalną przemowę.
Poseł poczerwieniał nagle wyczuwając w głosie elfa wyższość i drwinę. Zreflektował się natychmiast.
Kazał swoim policzkom natychmiast zblednąć!
- Cesarz jest przekonany, iż zadania podjąć się może jedynie Czyniący.
Fommar Cinabr ponownie usiadł i westchnął znużony.
- Czyniący są kapłanami i wiernymi wojownikami Aspallisa. Szkoleni i kształceni nie po to, by narażali swój los na byle bijatyki i swady. Oni rodzą się z rzadkimi predyspozycjami do wyższej magii. Drzemie w nich potężna moc, która źle wykorzystana występuje przeciwko ludzkości i niszczy ją. Kapłani Aspallisa stoją na straży sił chaosu i dobra.
Ok, czyli mamy do czynienia z wylęgarnią magicznych randomowych przekoksów, którzy są tak potężni, że Sapek nie zająknął się o nich słowem (pewnie ze strachu).
[Aep'arse jeszcze trochę dąsa się i kryguje, ale oczywiście się zgadza.]
***
Niedługo po tej rozmowie Fommar Cinabr zaprowadził Iadena do sali, w której kapłani odbywali ćwiczenia. Spośród czternastu walczących wskazał jednego. W dłoni nadal trzymał nadgryzione czerwone jabłuszko.
- Aloe, nunnab! Aloe, łap!
Mam tu słownik Starszej Mowy i nie zawaham się go użyć. *Kalevatar uses Dictionary. It’s super effective!* Oczywiście, nie zawiera on niczego nawet zbliżonego do "nun'nab". Swoją drogą, to brzmi bardziej jak jakieś suahili, nie?
Mnie z tego wyszło “aloesowa niańka Narodowego Banku Australii”. Nic mnie już chyba nie zdziwi...
Jabłuszko wyleciało nagle w górę, jak wystrzelone z procy. Kapłan nazwany Aloe
No bez jaj. A Prawoślaza też mają?
stał chwilę nasłuchując,
Czego nasłuchiwał? Świstu nadlatującego jabłka? :P
po czym obrócił się profilem i wysunął w górę dziwnie złożoną dłoń. Coś świsnęło w powietrzu, a następnie z chrzęstem wbiło się w coś twardego.
Pod nogami Iadena wylądowało przebite małym sztyletem jabłko. Wyczyn nie byłby taki pokazowy, gdyby nie fakt, iż rzucający miał oczy przewiązane czarną opaską.
Pfff! Zwykła cyrkowa sztuczka. W dodatku koleś został ostrzeżony, że ktoś do niego rzuca. No i miał złapać to jabłko. ;P
Nie mógł wyjść z podziwu dla umiejętności kapłana, którego przedstawiono mu imieniem Aloe. Aloe Amuddsen Cinabr.
Amuddsen? Norwegów też tam mają?
Czyniący był najmłodszym siostrzeńcem Aepass�hl.
***
Mistrz jak maskę zrzucił rysujące się na twarzy myśli i wspomnienia.
W mojej głowie pojawił się makabryczny obraz zdzierania sobie skóry z twarzy. Dziękuję Ci, aŁtorko.
Dziwny szelest wyrwał go z zadumy i kazał działać wszystkim zmysłom.
Zmysły ruszyły z piskiem opon (mózgowych).
Począł nasłuchiwać i wpatrywać się w zarośla. Ounlil szedł przodem coraz częściej potykając się. Zmęczenie wpełzało w jego ciało lodowatym odrętwieniem.
Chłodziło go? Kurde, chcę takie zmęczenie - zwłaszcza latem!
Nogi sprawiały mu kłopoty. Odmawiały posłuszeństwa i stawiania kolejnych kroków.
Wywiesiły też stosowne postulaty na piętach i zbudowały barykady na poziomie kolan.
Zmęczenie ludzkiego ciała wizualizowało się.
Koło głowy pojawiły mu się takie wielkie krople potu, jak w mandze?
Potykało między potrzebą spoczynku a koniecznością dalszej wędrówki.
Potykało się...? Szła koło niego jakaś antropomorficzna personifikacja zmęczenia, dobrze rozumiem?
Zaczynało nieco rozjaśniać się. Poszarpane skrawki światła przebijały się przez zielone tarcze liści.
Liściaste tarcze były jednak mocne i nie przepuszczały światła - a ostre klingi gałęzi szarpały je na jeszcze mniejsze strzępy, w związku z czym światło spadało na ziemię w postaci małych, błyszczących plasterków.
Mistrz opuścił lekko powieki. Pierwszy blask słońca zawsze boleśnie kłuł go w oczy.
Był głodny, brudny i przemoczony.
Ten blask. Dlatego kłuł.
Drugi blask kłuł go w pośladki, a trzeci łaskotał za uchem.
Ubranie ciążyło mu, utrudniało ruch.
Tak mu namokło od rosy, że nagle waży tyle co zbroja?
Wiesz, skoro przedzierali się przez bagno, to całkiem prawdopodobne.
Szedł jednak dalej rozglądając się dookoła coraz częściej. Wyczuwał bowiem w powietrzu delikatne drgania.
Wibracje Mocy, ani chybi. I jeszcze te, jak im tam... fluktuacje.
Nie była to mgła osadzająca się na bagnach i krzakach. Wyraźnie jego ramiona i twarz oblepiała emitowana przez coś dziwnego magiczna energia.
Boru, tylko nie to, znowu będą te niebieskie magiczne gluty i próba samouduszenia?! NUUUUUUUU!!!
Rozglądał się bacznie, lecz niczego nie dostrzegał.
Im dalej szli tym dziwne poczucie wzmagało się. Mistrzowi zaczęło szumieć w głowie. Zachwiał się, ale nie upadł.
- Mistrzu, musim odpocząć. Nie da rady dalej leźć. Nie da.
Kumie, ino tamój dojdziem! Wżdy uradzim!
- I tak jesteśmy już spóźnieni. Przed świtem mieliśmy być w Um. (...)
Kroczyli dalej. Mistrz w skupieniu starał się regenerować siły. Wykonał dłonią krótki gest. Wyrzucił w przód trzy palce i przesunął nimi w powietrzu, w dół.
Miał zapas tych palców w bagażu?Może to były takie palce?
Czar wzmacniający podziałał natychmiastowo. Ciepła energia przebiegła po jego ciele i zaraz potem przeszła na Ounlila.
Nie przeszli jednak jednej mili jak niepokojące magiczne sygnały nasiliły się. Poczęły pulsować i szumieć w głowie Mistrza. (...) Szepnął na Ounlila by ten zatrzymał się. (...)
Mistrz pomacał prawą dłonią rękojeść kutego przez elfy miecza. Miał go zawieszony przy pasie. Z lewego rękawa szaty wysunął krótki sztylet o bardzo wąskim ostrzu. Nieznacznie pochylił się nasłuchując. Widział jak krzaki parę kroków przed Ounlilem poruszyły się.
Nagle z pozostałych ciemności nocy wychynęła chuda, mała, jarząca się postać.
Laboga, Człowiek-Żarówka!
Biła od niej biało - zielona łuna światła.
Łuna światła - uff, to nie tak źle. Zawsze mogła być to łuna ciemności.
Natychmiast potem dało się słyszeć dziki kwik przerażonego Ounlila. Chłop nie zdążył odskoczyć. Potwór zamienił go w prosię? ucapił go za nogę.
Mistrz niemal nie poruszając się wprawił sztylet w świdrujący ruch.
Z niebywałą wprawą wwiercił go w powietrze.
Ostrze przeleciało tuż nad uchem panicznie szamoczącego się Ounlila i zatopiło się w ramieniu potwora. Dało się słyszeć jednoczesny jazgot i skowyt.
A także wycie i zawodzenie. =.=
Mistrz był już przy zmorze i drasnął jej wielkie trzepoczące skrzydło.
Sugeruję celować raczej klatkę piersiową...
Potwór o zbliżonej do kobiecej fizjonomii nie miał jednak ochoty puszczać Ounlila, który darł się tak jakby obdzierano go ze skóry. Kobieta - demon spojrzała czerwonymi okrągłymi ślepiami na Mistrza i wyszczerzyła długie igłowate zęby. Nagle z chudych kikutów, które pełniły funkcję rąk o wielkich czteropalczastych łapach
Kikuty bardzo starały się nadrabiać miną i animuszem, ale w funkcji rąk z łapami nie czuły się najlepiej.
Nagle z chudych kikutów, które pełniły funkcję rąk o wielkich czteropalczastych łapach wypuściła chłopa.
To brzmi, jakby chłop był jakimś rodzajem broni czy innego podłego ataku. ^^
Łaaaa, dzika bestia chłopostrzelna!!!
Długimi pazurami machnęła przed twarzą Mistrza. Ten cofnął się zataczając mieczem szybkie okręgi różnych wielkości. Dobrze wiedział, że da mu to nieco czasu na wyskandowanie odpowiedniego zaklęcia.
Tak, bo potwora będzie biegać za nim z cyrklem i sprawdzać, czy okręgi rzeczywiście są różnej wielkości.
Jeśli to powstała z grobu psychopatyczna matematyczka - kto wie.
Mimo to, musiał się spieszyć. Stała przed nim lekko trzepocąca skrzydłami, młoda, wygłodniała i wściekła harpia.
Czyli miałam rację z tą matematyczką.
Przełożył miecz z prawej dłoni do lewej. Cicho wypowiedział zaklęcie a następnie uderzył znakiem ogłuszającym. (...) Cios był nadspodziewanie silny, momentalnie ogłupioną harpię mocno odrzuciło do tyłu. Uderzyła skrzydłami w pobliskie drzewo i szamocąc się chlupnęła w bagno.(...)
Potwór wyskoczył ze szlamu z jazgotliwym wrzaskiem. Mistrzowi zadzwoniło w uszach. (...) Mistrz postanowił użyć swych umiejętności telepatycznych i wedrzeć się do jej mózgu.
Bo zarąbanie jej mieczem byłoby zbyt proste, nie?
Zbyt prozaiczne. Uwłaczałoby jego dumie.
Z głębi siebie zaczął wydawać jeszcze straszniejsze dźwięki mające odstraszyć potwora.
Wyemitował całą symfonię na gazy jelitowe.
A potem beknął bojowo.
[Tu następuje przydługa, choć nieźle napisana scena walki. Ale wynik może być tylko jeden:] Demon oddał zwycięstwo Mistrzowi.
Oddech Mistrza nie przyspieszył ani na chwilę. Umysł miał po brzegi przepełniony bitewnym szałem.
Bo szał oczywiście idzie w parze z kontrolą oddechu i innymi takimi wykwintnościami.
Bo to był klasyczny berserk kontrolowany, nie znasz się. Praktykowany jest głownie przez wyjątkowo wkurwionych mnichów tybetańskich.
Coś jak "Ommmmmój buddo KRWI KRWI zeen..."?
Po kilku sekundach euforia zelżała znacznie. (…) Włożył zbroczony krwią miecz do pochwy
...bo po co go wytrzeć, prawda... Przecież zaschnięta na klindze krew jest taka tru.
i wyciągnął z ramienia harpii swój sztylet.
Przypomniał sobie o Ounlilu. Szybkim krokiem doskoczył do leżącego chłopa.
Nie było wątpliwości, że był martwy. (…)
Mistrz stojąc nad zwłokami przez chwilę zastanawiał się nad podjęciem próby odratowania Ounlila.
Uuu, teraz to już tylko wprawny w fachu Igor mógłby pomóc.
Szybko jednak porzucił tę myśl. Tworzenie iluzji wyższego stopnia zajęłoby mu dużo czasu, a nogę i tak przyszłoby po prostu amputować.
A na wuj mu iluzoryczny chłop? Nie lepiej ratować tego prawdziwego? Przecież już raz go wskrzesił. :/
Wzruszył więc lekko ramionami i zaklął pod nosem. Był potwornie głodny. Jedzenie iluzorycznych dań uznawał za żałosne, a Ounlila rzeczywiście już w żaden sposób nie dało się wykorzystać.
Czy AŁtoreczka nam w ten subtelny sposób sugeruje, że Mistrz ma zamiar WPIERDZIELIĆ tego trupa? O.o
Yyy... chyba nie chcę znać odpowiedzi na to pytanie.

23 komentarze:

Anonimowy pisze...

Kontrolowany berserk rozłożył mnie na łopatki. Następnym razem, jak mnie coś porządnie wkurzy, będę sobie pod nosem pomrukiwać: "Ommmmmm buddo, krwi krwi zeeeeeen..." XD

Nadira

Anonimowy pisze...

Jakoś tak dzisiejszy odcinek rozbawiła mnie bardziej niż ten z zeszłego tygodnia. Końcówka i kontrolowany berserk rozwaliły mnie na łopatki. To było przeborskie. No i pojawiła się w końcu choć wzmianka o Wiedźminie.
Planujecie dalej analizować to dzieło?

Anonimowy pisze...

"Mistrz był już przy zmorze i drasnął jej wielkie trzepoczące skrzydło."
Ja myślałam, że tu chodzi o tą z Avatara (Ikran po angielsku banshee, po polsku zmora)

Swoją drogą dlaczego ten mistrz używa Znaków? ("uderzył znakiem ogłuszającym.")
To opko jest tak głupie że aż po medytuje:"Ommmmmm buddo, krwi krwi zeeeeeen..."
Analiza kwikogenna.
Barranquilla

atha pisze...

Przeczytałam zaledwie kawałek, bo z czystej ciekawości, co dziś będzie, musiałam zrobić sobie przerwę w nauce, ale jednak muszę się podzielić tym, że komentarz
"Tak ogólnie to kwik, bo jedyne, z czym mi się kojarzy ta nazwa to pochodzące ze Starszej Mowy "aep arse", co znaczy nie mniej nie więcej, jak właśnie "w dupę". Nie wiem tylko, czy to opis, czy deklaracja. :D"

Spowodował u mnie napad takiego śmiechu, że pies pod oknem się rozszczekał.

Hasło: tulness. O tak, za to to bym was utulnęła :D

Reszta jutro, jak mi wytrwałości starczy i naucze się na egzamin, zamiast czytać analizę.

Nimrodel pisze...

No nie, miałam nadzieję, że tacy ludzie jak Ałtoreczka nie czytają "Wiedźmina", a tu proszę, niespodzianka...
Analiza świetna, szczególnie fragment o walce "mistrza" mnie rozwalił...

Dzidka pisze...

Wytknę. "Trzy pary drzwi" jest poprawnie.Tak jak trzy pary nożyczek.
Założenie aŁtoreczek i pisaków, że wszystkie świątynie we wszystkich światach równoległych zbudowane są na wzorzec chrześcijańskich, osłabia mnie. Zerowa wyobraźnia, brak pomyślunku. Przypominam sobie jedną z Waszych analiz, gdzie pisak pochował rękami bohatera trzy czwarte mieszkańców wioski fantasy, po czym natkał na ich grobach masę... krzyży.

Goma pisze...

Czy to, że nie znam Wiedźmina mogło wpłynąć na niższy stopień zachwytu niż zwykle? Bo Waszym komentarzom nic nie brakowało, z całą pewnością.

jasza pisze...

*Jedzenie iluzorycznych dań uznawał za żałosne, a Ounlila rzeczywiście już w żaden sposób nie dało się wykorzystać.

> Czy AŁtoreczka nam w ten subtelny sposób sugeruje, że Mistrz ma zamiar WPIERDZIELIĆ tego trupa? O.o

****
Cała analiza prześmieszna, ale finał zrzucił mnie z kanapy.

Anonimowy pisze...

Wiecie co, tak sobie czytam to opko i doszłam do wniosku, że to jest nic w porównaniu z tym, na co natknęłam się jakiś rok temu:
http://wiedzminskie-historie.blog.onet.pl/
To jest dopiero horror!

Analiza jak zwykle świetna, zwłaszcza koniec. Podczas jego czytania jednocześnie się śmiałam i czułam niesmak. Mistrzu, smacznego.

dracomaleficium pisze...

Genialna ta analiza, dużo lepsza niż ta z zeszłego tygodnia. Bojowe użycie słownika położyło mnie na łopatki, podobnie, jak berserk kontrolowany i cała gama komentarzy z panem "Aep Arse" w roli głównej. Jesteście w formie!

Co do samego opka, mam mieszane uczucia. Znaczy, widać, że dziewczyna się stara i coś tam w sobie ma, nie? Gdyby tylko dało radę wyleczyć ją z tych egzaltowanych pomysłów i nakłonić, żeby co bardziej skomplikowane słowa i zwroty konsultowała najpierw ze słownikiem... Mogliby wyjść z niej ludzie. A jednocześnie niektóre fragmenty są tak absurdalne, że nic, tylko facepalm. Może czas ją z tego wyleczy...

hasło: rants. Otóż to.

Anonimowy pisze...

http://www.clickclickclick.com

Anonimowy pisze...

Ło matko i córko, zeżre tego Ounila :/ Tego jeszcze nie grali - kanibalizm w opku. Analiza jak zawsze cacy, a dziś bardzo cacy :)
Szczególnie rozbawili mnie najemnicy-wolontariusze, ale ałtoreczka też nie pozostawała daleko w tyle i prawie umarła mnie "dwoma rozjuszonymi muflonami" :)

Francesca pisze...

Łooo Borzu... Wpierdzieli tego dzieciaka. Ałtoreczka ma nie równo do sufitem, wszystkie właściwie mają ale to, to już lekkie przegięcie jest O.o
Ta analiza jak na moje oko, jest jedną z najlepszych ostatnimi czasy. Mucha nie siada.


Btw. nie wiem czy już kiedyś czytałyście tego blogaska ale może was zainteresować - http://deidara-i-sakura-love.blog.onet.pl

Anonimowy pisze...

Jesteście cudowne!
Ommmmmój buddo KRWI KRWI zeen..."

Cudo.
Chomik

Anonimowy pisze...

- Całkiem wysoki jak na D�hoine.

*unosi rękę* Przepraszam bardzo, czy tylko ja odniosłam wrażenie, że powyższe hasło odnosi się do konia?
Fail na failu failem pogania.

Sama nie wiem, z czego się bardziej cieszyć - z Zakonu Sodomitów, świątobliwego Aep Arse'a, brata Aloesa, rozbierania nilfgaardzkich imion (btw. i z książką w ręku - "Dyffryn" to nie nazwisko rodowe, tylko imię cahirowego pradziadka ;)) czy końcówki.

Więcej Sapkosia!

Hasz

Anonimowy pisze...

Uwielbiam Wasze analizy :)
Całość prześwietna, zwłaszcza porównanie do walki o jedną latarnię i berserk kontrolowany, to jest mój cytat roku. Aaach, za głośno się śmieje, wieczorem nie będę mogła mówić.
Tylko te "stajania" nie dają mi spokoju, to był żart czy faktycznie jest takie słowo...?

T-chan

Pigmejka pisze...

T-chan: http://pl.wikipedia.org/wiki/Staje

Ramoneska pisze...

http://kwejk.pl/oczekujace/19977

Czy to nie jest przypadkiem Wasz Koto-czołg? :D

Analiza jest po prostu tfurcza i códowna! Jeden wielki kwik, że aż miło :)

hasło: Unpea - prawie jak jakieś imię z tego Opcia :D

Anonimowy pisze...

Pigmejko, że istnieją "staje" czy "staja" to wiem, ale "stajanie"? Czy może z tą odmianą moją coś nie tak jest?

T-chan

Anonimowy pisze...

up: Oczywiście nie doczytałam, głupiutka ja ^^" Zwracam honor :)

T-chan

Anonimowy pisze...

Analiza jak zwykle świetna ^^

Polecam zanalizowanie tego tfforu: www.moja-kochana-ksiazka-xxxxxxxx.blog.onet.pl
Ałtorce jest w nim chłodno i zimno, a jej poczucie humoru jest na poziomie minusowym. Polecam ;D

Shishuu ^^

Tiganza pisze...

...Czyniący, to byli na Midgaardzie, i zaprawdę, Vuko Drakkainen zabiłby tego ałtoreczkowegi MISZCZA śmiechem. A niech ją wąż kopnie, możliwe, że bagienny...

Anonimowy pisze...

Hej ^^ Miałam jeszcze nie komentować, bo, jak widać, przeczytałam mało analiz, ale po prostu muszę to napisać:

"Z lewego rękawa szaty wysunął krótki sztylet o bardzo wąskim ostrzu."
Czy naprawdę tylko mnie się to skojarzyło z Assassin's Creed?

Tiggy