czwartek, 16 czerwca 2011

Ciała pradziejów maluczkich, czyli wiedźmin Mniszkówną podszyty

Witajcie!

Ni deszcz ni śnieg ni mrok nocy nie przeszkodzą AŁtoreczkom w kolonizowaniu coraz to nowych fandomów. Oberwało się "Wladcy Pierścieni", oberwało się "Mieczowi Prawdy", Legenda Arturiańska też nie została oszczędzona, polegli nawet Zorro i "Alicja w Krainie Czarów".
Dziś w mordę dostanie wiedźmin. Geralt z Rivii zwany Białym Wilkiem.
Na szczęście nie występuje w tej części - spotkacie go dopiero za tydzień - jednak nie myślcie sobie, że przez to dzisiejsza część będzie dla Was mniejszym ciosem. Bo dzieją się tu rzeczy straszliwe.
Jest tu czas, który pożera zegary. Jest szalona kapłanka natury robiąca zimę trzy razy pod rząd. Jest ogoniasty Latawiec o skłonnościach żulerskich i Mistrz, przed którym rozstępuje się Bagno Śmierdzące (z wargami). Zło pręży grzbiet w głębi mózgu, Analizatorki wyją ze zgrozy, a im dalej w las, tym gorzej...
Indżoj!
Zanalizowały: Kalevatar i Pigmejka.
Adres opka: http://witcher.phx.pl/index.php?action=ff_bratniakrew

Bratnia Krew

Wskazówki zegara z chrzęstem czasu przemijały kolejną godziną.
Czas przeżuwał wskazówki z chrzęstem. Zły to był czas, oj zły. Czas pogardy (dla gramatyki).Nie no, mój zegar też wydaje dziwne dźwięki, jak nie wymienię w nim baterii na czas. Wtedy wskazówki ledwo ciągną i przy każdym poruszeniu słychać takie bzziitt... BZZIIIT... Strasznie to wnerwia nocą, mówię Wam.
I też musisz co rano instalować nowe wskazówki? Bo te ewidentnie przemijały, wiesz.

Przymglony wieczór w Lónevil opuszczał blade stopy księżyca na ziemię, łagodnie, powoli.
Mieszkańcy Lónevil z niesmakiem patrzyli na upstrzone odciskami i zrogowaceniami stopy księżyca i czym prędzej znikali w domach, dzięki czemu miejsce to uchodziło za wyjątkowo bezpieczne w nocy.
Mam balsam samoopalający do jasnej karnacji, mogę pożyczyć. Jemu, temu księżycowi.

Lónevil. Kraina płytkich szafirowych jezior, bagien, wąwozów i cienistych lasów. Lónevil. Siedemnasta gubernia Nilfgaardu nękana od 140 lat konfliktami z ościennymi prowincjami, przywdziewała swą ulubioną czerń nocy.
Znoszoną już nieco szarość wieczoru rzuciła na stos z rzeczami do prania. “Szlag, spruła mi się na tyłku!” pomyślała.
"Tu bi goth or not tu bi?", pomyślała gubernia i uznała, że goci to mainstream i od teraz nocą będzie przywdziewać wełniane swetry i ortalionowe spodnie. Mieszkańcy Lónevil na poważnie zaczęli rozważać możliwość emigracji.

Jej drzewa chyliły się pod chłodnym oddechem szepczącego mroku.
A krzaki drżały pod mrożącym krew w żyłach dźwiękiem “szelestu szelestu”, jaki wydawał Jeż Jak Byk.
Ten szepczący mrok musiał naparzać jakimś arktycznym wichrem, że się od niego drzewa łamały.

Cierpki zapach jesieni osiadał tuż nad ziemią.
Zaś w koronach drzew przyczaił się intensywny zapach ptasiego guana.

Powietrze stawało się lepkie i ciężkie od gęstniejących chmur zachodu.
… czyli “Jak napisać “zbierało się na burzę”, żeby czytelnik nie pokumał się o co chodzi.
Niee, to z Zachodu nadciągały zgniłe opary Reakcji, więc atmosfera zrobiła się trochę duszna.

Najmniejsze z księstw ociężale ruszyło po szynach ospale stawało do walki z nielitościwymi siłami mrocznej przyrody.
To znaczy co? Powódź zalała pola? Trzęsienie ziemi zniszczyło wioski i miasta? Gradobicia zniszczyły wszystkie plony i zapanował głód? Czy też może plagą jest ten cały smrodek jesieni i mroczne szepty gęstniejących chmur (czy jak to tam leciało)?
Mam niejasne przeczucie, że chodziło o zapalanie latarni. Ale mogę się mylić.

Rządzona prawem ciągłej zmienności, kapłanka natury zdawała się być szaloną zakładniczką tej nadludzkiej siły....
Ja bym raczej powiedziała, że cykl pór roku jest zdecydowanie stały i NIEzmienny. Byłby zmienny, gdyby kapłanka natury dla jaj zrobiła trzy razy pod rząd zimę i żadnej wiosny, a potem pierdolnęła jesień przed latem.
No skąd wiesz, może tam właśnie tak jest? Skoro kapłanka natury (jakiś podwykonawca natury właściwej?) jest szalona i wgl...

Cisza. Nienawistna cisza nocy przeszywała sumienia.
W takiej ciszy! - tak ucho natężam ciekawie,
Że słyszałbym głos z Cintry. - Jedźmy, nikt nie woła.
Oj bo ludzie w tym Lónevil mieli wyrzuty sumienia, że nocą wszyscy siedzą w chałupach, zamiast uskuteczniać jakiś clubbing w karczmie czy coś. No ale jak tu wyjść z domu, jak ci tuż nad głową księżyc wymachuje odnóżami?

Dziesięciolecia kazamackich niewoli w końcu zdusiły jęki konających. Cisza lónevilska.
- Wśróóóód nocnej ciiiiiszyyyy
Jęęęęk sięęę roozchooodziiii...
*pierdut!*
- Ssss... aaarrgghhh...
*Kazamacka niewola, udusiwszy ofiarę, odchodzi. Kurtyna opada. Oklaski.*
To bez wątpienia były Kazamaty Nienawiści, moja ulubiona lokacja z Diablo II. <3
BTW, mamy rozumieć, że ostatni mieszkaniec Lónevil właśnie rozstał się z życiem (po dekadach kazamackich niewoli! *napawa się urodą tej frazy*) i do końca opka będziemy raczone już tylko opisami przyrody? Jak mawiał świeżo upieczony Lord Vader: NUUUUUUUUUUUUUUUUU!!!

To mrok umysłów (ładne określenie na debilizm!), ciężar grud ziemi, nieurodzaj wypalenia. Głusza dalekich oddechów, szeptów, kroków, palców.
Zwłaszcza ta głusza palców brzmi przerażająco.
Nie no, las palców jeszcze bym jakoś zniosła, nie takie rzeczy się w horrorach widziało... ale głusza kroków? Znaczy, z kroczy utworzona? Ueeee...

Trzęsawiska bagienne niosły mięsisty chlupot czyichś nerwowych stóp.
W siatce niosły, to i chlupotało.

Sylwetka pierwszego z wędrowców ledwo zarysowywała się na tle mglistych konarów drzew. Głowę miał spuszczoną, z uwagą próbując odnaleźć własne nogi (chciały urwać się od korpusu i uciec w ciemną noc, skoro wymagało to takiej uwagi?), co gorsza gubiące drogę wśród trzęsawisk.
Myślę, że poszłoby mu lepiej, jakby drogi szukał oczami, a nie nogami. W tej sytuacji nie dziwię się, że próbują zwiać.

- Mistrzu, to naprawdę nie ma sensu przełazić tak przez te bagniska. Będzie lepiej, gdy zaś wrócimy na trakt. Mistrzu... - Zza drobnych pleców wychylił się sapiący głos niedorostka.
Głos próbował przez chwilę złapać oddech, ale zachrypł od wysiłku, splunął więc tylko siarczyście flegmą i znów schował się za plecami swego właściciela.

Usta wędrowca nazwanego mistrzem wykrzywiły się w uśmiechu, zmęczone gęstym mrokiem oczy uniosły w górę.
Uszy załopotały, a nos oklapł smętnie.

Czego znów chce ten wieśniacki głupiec. Czyż boski Aspallis nie ma nas w swej opiece?
Nie wiem. A ma?

Z pokorą i wiarą wznoszę ku Tobie wzrok, wielki Aspallisie. Doświadczałeś mnie wielokrotnie cieniami dnia i gęstym mrokiem nocy.
O, to mnie w takim razie Aspallis też dziś doświadczał! I wczoraj i przedwczoraj... I jutro pewnie też będzie. Mało skomplikowaną domenę sobie wybrał ten Aspalis.

I Ty miałbyś opuścić swego wiernego sługę właśnie dziś, gdy jesteśmy już tak blisko celu?
Znaczy, jak bóg strzeli focha, to już nocą nie będzie ciemno, a za dnia nie będzie cienia? Mało prawdopodobne.Mnie z tego wyszło, że jak bóg strzeli focha, to nastanie wiekuista światłość. Co w sumie jest nawet prawdopodobne, jeżeli “światłość” będzie oznaczała w kij wielką planetoidę, która ze zjawiskowym JEBUT rozniesie ten świat w drobny mak. Co prawda światłość, jaka wtedy nastanie, nie będzie wiekuista, ale nie czepiajmy się szczegółów.

Mistrz nagle przystanął. Owiany odorem bagien wzniósł kościste dłonie ku niebu. Jego usta zaczęły poruszać się w skupieniu cichej modlitwy.
Drobny wieśniak imieniem Ounlil zlękniony odwrócił się twarzą do Mistrza. Marzył o swej komórce z odrobiną siana, na której zwykł wypoczywać w takie noce jak ta. Westchnął nieznacznie. Przemoknięty trząsł się ze strachu i zimna, stojąc w śmierdzącej wodzie przyprawiającej go o mdłości.
Oni są pewni, że brodzą w bagnie, a nie w oborniku?

Wszystkiemu winien był napawający wstrętem wiatr.
Yyy, myślałam, że smród. Aha.
Bo wiatr smród roznosił. Takie combo, wiesz.

Podmuchy dusznego powietrza zaciskały tajemnicze pętle na skroniach i karku.
Pętle były zakamuflowane, a zagadnięte, żądały podania tajnego hasła.

Głowa kolebała się jak po dziesięciu kuflach mocnego lónevilskiego piwa.
Po dziesięciu kuflach mocnego piwa to nie głowa się kolebie, a cały świat dookoła, a człowiek bardzo intensywnie próbuje nie pomylić nóg z rękami (jeżeli oczywiście jest jeszcze świadom, że takowe ma).
Ech, to jakiś wiejski parob, pewnie zaprawiony w bojach.

Wiatr zagarniał pod swe pierzchnące ogony fetor napęczniałej od wilgoci gleby i gnijących wśród wody liści.
Ogony pierzchły temu wiatrowi od smrodu, co go lubił trzymać pod dupą. No przecież to jest doskonale sensowne.
Gdzie wiatr ma ogon? Może to nie był wiatr, tylko Latawiec? Hm, ale w takim razie to, pod co on sobie zaganiał ten fetor, to nie był ogon... ]:->
Cóż, zazwyczaj ludzie wolą odgarniać fetor od siebie za pomocą ablucji wchodzących w skład czynności porannych. No ale to pewnie był latawiec o skłonnościach żulerskich.

Podmuchy stawały się coraz silniejsze. Rękawy szat Mistrza poczynały coraz głośniej łopotać na wietrze.
No, jeśli twoje rękawy poczynają łopotać, wiedz, że coś się dzieje.

Jak żagle rzucone sztormom na pożarcie.
Znaczy, tyle tego wiatru nabrały, że Mistrzem miotało po całych bagnach? Czad.

Ounlil przysłonił przed wiatrem szeroko rozwarte oczy. Strach. Przerażenie. Serce skamieniało powodowane nagłą drętwotą prostego umysłu.
Najpierw przestał działać mózg, a potem serce. Hm, panie doktorze, to co, odłączamy denata od aparatury?

- Mistrzu! - Dało się usłyszeć wyduszony szept zabobonnego strachu zakorzenionego z głębi ciała pradziejów maluczkich.
Mam niejasne wrażenie, że jest tu mowa o pamięci gatunkowej, sięgającej aż do czasów Australopiteka – tylko ni wuja nie wiem, jak to się ma do czegokolwiek.
Siostra - archeolog zdążyła tylko zapytać, czym są "pradzieje maluczkie", bo tego nie było w programie. Potem popadła w stupor.
Mało tego – te maluczkie pradzieje najwyraźniej mają ciało!

Ostra struga błękitnego światła runęła z nieba prosto na wyciągnięte dłonie Mistrza. Zapalają się po kolei palce ogniem lodowatym i świszczącym.
- Słoniu, dokąd lecisz? - wyrzęził mistrz i z głupkowatym uśmiechem zaległ wśród bagien.Mocny stuff, te opary bagienne, nie ma co.

Podmuch dziwnego żaru zerwał wielki kaptur karmazynowego płaszcza z głowy Mistrza. Krucze włosy związane w gruby węzeł uwolniły się podobne teraz setkom długich szpikulców.
Jestem pewna, że są na to jakieś odżywki.Długich szpikulców? A może to Jeż z Erlenwaldu? - Zamilcz głupcze! - Syk niezadowolenia przebił się przez świst wiatru. - Człowieku małej wiary, boski Aspallis wysłuchał moich gorących modłów! Ty nie znasz drogi, ale wiesz jak przechodzić przez bagna.
No, każdy z nas ma jakiegoś skilla. Jeden robi dobrą jajecznicę, inny przechodzi przez bagna...
To mi wystarczy. Kierunek wskaże wielki Aspallis.
Obnażone przez wiatr alabastrowe ramiona Mistrza gwałtownie opadły.
Mmm, alabastrowe. A co z łabędzią szyją Mistrza? I z nosem jako wieża Libanu?Pewnie miał jeszcze różane policzki i oczy błękitne jak dwa jeziora. A bliscy przyjaciele mówili na niego Amanda.
Słodkie omdlenie rozlało się w żyłach palącą krwią. Wokół twarzy Mistrza wciąż jednak pozostawała bladobłękitna powłoka. Ounlil mógł teraz lepiej przyjrzeć się fizys tajemniczego kapłana Aspallisa.
He said "FIZYS". O.O
A miał on oblicze przedziwnej istoty jakby nieziemskiej i na poły umarłej.
Czyli był lekko podgniłym alienem?
Ojacie, kosmiczne zombie!

Usta jego pozostawały ciągle w dziwnym, spokojnym półuśmiechu.
Górną wargę jego wysuwała ku górze nienaturalna wypukłość zębów.
Czytaj: miał dolne kły jak szable dzika. Zaiste, nieziemska uroda.
Oczy niemal bezbarwne spoglądały bystrze, lecz w jakiś sposób niewidomo.
Spoglądały niewidomo, jak mistrz siadał na miękkim kamieniu w cieniu słońca.
W tajemnicę bytu i nieobecności.
Aaa, znaczy: oczy mu się zeszkliły od nadmiaru rozważań ontologicznych. To ja rozumiem.Nom, ja też już prawie ślepnę od nadmiaru filozofii, ale na egzaminie postaram się spoglądać bystro. To ma sens.
Tajemnicę uśpioną gdzieś w głębi umysłu i przezroczystych tkankach bryły serca.
Czyli tajniki filozoficzne ukryte są w mięśniu sercowym? Czyli zamiast wkuwać wszystkie te brednie, muszę tylko znaleźć ostry nóż i jakiegoś filozofa? Sweet. ^u^
BTW: Muszę cię zmartwić: tkanki serca nie bywają przezroczyste. Jeśli obserwujesz u siebie coś innego, skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.
Skąd wiesz, może on ma przezroczyste, skoro jest taki nie-z-tego-świata.


Serce Ounlila nie przestawało jednak rozbijać się o ściany klatki piersiowej.
Też chciało się dowiedzieć, dlaczego byt nie może być niebytem.Chciało się wyrwać na zewnątrz, żeby percypować rzeczywistość w akcie bezpośredniego ujmowania naocznościowego.
Przestań w tej chwili.
Lodowate strugi potu skapywały mu z rumianego czoła. Zmieszany niepewnością popełnił nieuważny krok w tył, po czym popadł w bagienne odmęty całym swym jestestwem. A reakcja moja wyglądała tak:
W mgnieniu oka wygłodniałe bagna wchłonęły Ounlila wydając jedynie pomruk z mozołem przedzierających się na powierzchnię baniek powietrza,
OMNOMNOMNOM...
- ostatnich już tchnień biednego wiejskiego chłopaka. Śmiercionośne pokłady zgnilizny oglądały już tylko oblicze Mistrza.
Znaczy co, bagno się na niego gapiło? Hm, nie wiem, co oni przedawkowali, ale było mocne.
Może to były te tolkienowskie Martwe Bagna, z trupami w zestawie?
Jakoby nie był zaskoczony nagle zaistniałym stanem rzeczy. Raczej rozbawiony skrajem ludzkiego życia.
Był też ucieszony skrawkiem bytu jako takiego i poirytowany rąbkiem u spódnicy.Jak świat światem, najciekawsze imprezy polegały na inhumowaniu bliźnich – dziwisz się, że on zaciesza?
Usta jego o przebłysku uśmiechu okalało kilka nieznacznych zmarszczek.
Ja nie wiem, co on robił ustami, że mu się zmarszczki na nich zrobiły... A może one nie były na ustach, a na tym przebłysku? Bo nie jestem pewna.
Nieszczęście kompana powoli nasycało mroczną stronę jego duszy.
Pasek Loading wciąż był zapełniony tylko w 37 %.
Błękitna poświata odbijająca się swym bladym światłem od postaci Mistrza powoli spływała z jego twarzy w kierunku stóp.
Przez kilka chwil miał więc iście hipsterskie, mistyczne fosforyzujące zacieki na koszuli.
On sam powolnym ruchem podniósł głowę łapczywie czerpiąc ciepłe jak oddech powietrze. Błękit materializował się. Skraplał, toczył z ramion i piersi gęstniejąc jak krew.
Cały był oblepiony niebieskimi glutami, innymi słowy.
Strumieniem sięgnął bagiennej czerni. Oczy Mistrza pociemniały od nieprzeniknionego mroku smolistego skrawka nieba, przedzierającego się przez ścianę puszczy.
Skrawek nieba przedzierał się z trzaskiem i łomotem, łamiąc gałęzie i klnąc plugawie, gdy zaczepił się o krzaki jeżyn.
Miękko poruszał ustami bezgłośnie wymawiając kolejne modlitwy. Był spokojny i skupiony. Nie pierwszy raz używał modłów i zaklęć wskrzeszenia.
Taak... zabić po to, by potem wskrzesić. Ulubioną rozrywką Mistrza musiało być kopanie rowów i zakopywanie ich z powrotem.
Stojąca woda pełna gnijących szczątków bryznęła na boki jakby w ucieczce przed błękitną strugą. Rozchylone wargi brunatnego błota ukazały nieruchome, przywalone szlamem ciało Ounlila.
Mamo, bagno na mnie mlaska!
Przed jednym się rozstępuje Morze Czerwone, przed innym Bagno Śmierdzące.
Wieśniak leżał bez życia w pozycji ludzkiej rozpaczy i przestrachu w obliczu nagłej śmierci.
A to jest na tę okoliczność jakaś specjalna pozycja?No, wyglądał pewnie TAK.
Dłonie Mistrza delikatnie poruszały się. Pod jego panowaniem była moc dana przez boskiego Aspallisa. Emanujący błękit wił się wokół ciała topielca zaciskając je coraz to mocniej. Chłodny blask dziwnego światła stawał się coraz mniej intensywny.
Nie minęła chwila - ciało Ounlila zaczęło powoli powracać z zaświatów. Pulsująca krew obudziła do życia oczy, dłonie i nogi. Wieśniakiem wstrząsnęła nagła fala torsji. Zwymiotował gęstym szlamem, którego nieopatrznie nałykał się, topiąc w odmętach bagien.
No, to była doprawdy wielka nieuwaga z jego strony, tak się nałykać.Co za oferma z niego, no nie mogę.
- A niech cię szlag, Ounlil! - Groźny głos Mistrza uderzył w przytomniejącego wieśniaka. - Uspokójże się wreszcie ty tchórzliwy szczurze! Nie mam zamiaru ciągle ratować twego trzęsącego się zadu. Ruszajmy! Przed świtem musimy dotrzeć pod bramy miasta!Ej, daj mu ochłonąć, facet chwilę temu zmartwychwstał! Co on, Łazarz, żeby miał tak od razu wstać i iść?
Ponaglany Ounlil był jednak tak oszołomiony tym, co działo się z nim przez ostatnie parę chwil, że nie potrafił wstać i iść dalej. Rzeczywistość wdzierała się w komórki i nerwy ciała palącym ogniem.
O, to dokładnie tak, jak u mnie co rano.
Tężejące ciało z powrotem budziło się do życia. Trzewia nabrzmiewały krwią.
No dobra, to nie.Nie jestem pewna, ale jak płuca napełniają się krwią, to chyba za długo się nie pożyje...
Odchylił i uniósł lekko głowę z niedowierzaniem spoglądając na swoje ręce. Znów mógł je zginać i poruszać palcami. Opuszczał je cierpki bezruch, który zastępował ostry, przenikliwy ból.
Po chwili ręce i nogi zaczęły wierzgać chlapiąc błotem na wsze strony, zaskoczone swoją prawdziwością i żywością.
Jego kończyny zyskały własne świadomości i uradowały się wielce. Następnym krokiem było wybicie się na niepodległość.
W związku z czym rozerwało go na szereg mięsistych kawałeczków! Ech... zrobiłam się głodna.
Ounlil intensywnie otwierał i zamykał oczy, przedzierając powiekami przez ścianę szlamu.
Biedaczek – rączki go nie słuchają, nóżki go nie słuchają, to już tylko powiekami może przedzierać sobie drogę przez bagno.
Zaraz pewnie stanie na rzęsach.
W końcu zdecydował się podnieść, gdyż obawa przed gniewem napawającego go przerażeniem pana, była silniejsza od doznawanego bólu i upokorzenia. Jego przetarta lniana koszula przewiązana sznurem w pasie przyległa wilgotna do ciała. Dotąd zmierzwione, krótkie blond włosy, zlepił czarny brud lónevilskich bagien. Chłopak stojąc na chwiejnych nogach gapowato spojrzał w twarz swego wybawiciela. Gwałtownie wzdrygnął się. Mateńko najmilejsza!
Łojzicku!Laboga!
Mateńko! Cicho wyrywało mu się z posiniałych ust.
- Nie jestem twoją matką, durniu! Cholera, za każdym razem to samo: co wskrzeszę, to taki ożywieniec nic, tylko “Mamaaa?” Szlag by to... – warknął Mistrz.
Bezbarwne tęczówki oczu Mistrza nabrały lśniąco czerwonego koloru. Źrenice przez krótką chwilę zwężały się i wydłużały, aż w końcu stały się podobne oczom węża.
Oddech Mistrza nagle zaczął przyspieszać. Powietrze ze świstem przebiegało z ust do płuc.
Facet, coś ci rzęzi w krtani. Lepiej skocz z tym do medyka.
To nie było powietrze, tylko magiczna samobieżna świstawka! :3
Krew w skroniach pulsowała rozsadzając całą czaszkę.
Plop!
Bryzg!
Szmery. Głosy. Dziki krzyk.
Białe myszki! I krasnoludki!
(Tylko nie na biurko!)
Demoniszcza! Tysiącletnia wskazówka i krewetki!
Dźwięki rozdzierały jego umysł. Za każdym razem tak samo, zło prężyło swój grzbiet w głębi mózgu.
No, gdyby w moim mózgu rezydował taki koleś:


też nie czułabym się zbyt komfortowo.

Mistrz czuł jak pęcznieje w nim gniew i niepohamowana żądza mordu. Nie potrafił powstrzymać zalewającej go fali ślepej nienawiści.
Ej, zgubiłam wątek - za co on się właściwie tak wścieka?
Za wolność waszą i naszą? Nie mam pojęcia.

Nachodziła go zewsząd zagnieżdżając się w głowie. Była jak pająk rozwieszając w okolicach skroni syczące, kąśliwe słowa.
Mistrz w wianku z syczących słów musiał wyglądać nieco kuriozalnie - ale za to efekt kąsania dawał mu +20 do quasi korony cierniowej, co jednak dodawało mu nieco chwały

To był złowieszczy jazgot. Skowyt. Ciągłe szmery. Szmery. Dethean...! Dethean...! Zabij. Zabij. Zabij!
Niestety nie wiem, jaki symbol powinien znajdować się w miejscu tego tajemniczego pytajnika - to nie u nas kodowanie się sypnęło.
To pewnie te Mroczne Pytajniki tak złowieszczo szemrały.

Miał zabić samego siebie.
Zrób to, zrób to, zrób to!

Ręce Mistrza gwałtownie pochwyciły za gardło.
Czyje? Bo to jest jak gdyby kluczowe info, wiesz.
Znając to opko, to pewnie za gardło wszechświata, albo chociaż gardło bagna (skoro były wargi, może być i gardło). Wszelkie inne możliwości byłyby zbyt prozaiczne.

Pośród niesłychanego wrzasku umysłu starał się siłą woli pokonać występujące przeciwko niemu swoje własne ciało. Gwałtownie szarpnął się w nadziei oswobodzenia i ucieczki przed samym sobą. Ounlil zamiast uciekać stał przed Mistrzem jak wryty. Możliwe, iż raz po przekroczeniu granicy strachu przestał być nagle więźniem uprzednich ataków trwogi. Dotarło do jego uszu ciężkie świszczące chrapanie.
E? Czyżby atak narkolepsji?

Mistrz powalony dziwną, piekielną siłą wewnętrzną, uderzył całym ciałem w pobliskie drzewo. Zadudniło wytrząsaną z ciała duszą.
Oż kurwa.
Nie no, poważnie - takie cudo możnaby oprawić w ramki i powiesić ku przestrodze.
Jeżu, z czego on miał tę duszę: z mosiądzu, kamienia?

Jedyne, co Mistrz starał się zrobić w tej chwili to opanować szał zła, który zalągł się w jego ciele.
O, też tak mam, jak widzę czekoladę miętową! ^.^

Potrzebował skupić myśli w jedną i dać pomóc samemu sobie.
Ounlil ostrożnie zbliżył się do Mistrza mając wyciągnięte dłonie w uspokajającym geście. Chciał pomóc swemu panu, ale ten odsuwał się na jego widok, coraz mocniej przyciskając plecy do kory drzewa. Wieśniak mimo to podszedł bliżej i dostrzegł cieniutkie czerwone stróżki płynące z oczu i ust Mistrza.Stróżki miały cieniutkie rączki i nóżki oraz malusie główki, a także mikrusie karabiny maszynowe: w końcu dobra stróżka musi mieć jakąś broń, nawet jeśli jest mała.

Bał się. Obawa i rozsądek nakazywały mu cofnąć się i uciec. Znajdował się jednak tak blisko, już tylko na wyciągnięcie ręki. Poczuł przepływ fali ciepła, która leniwie zagnieżdżała się w koniuszkach wszystkich części ciała.

Ale w koniuszkach WSZYSTKICH części? ;P

Działo się z nim coś dziwnego i jednako niesamowitego. Na prosty umysł napierała fala myśli, które mimo tego, iż słyszalne, nie należały do niego w zupełności.
Pospiesz się! Szybciej! Wyciągnij flakonik i podaj mi go do ust... Prędzej!
Ounlil naprędce i bez zastanowienia zaczął grzebać w kieszeniach płaszcza Mistrza. Ten starał się go powstrzymać, lecz bezskutecznie. Walka stawała się zbyt trudna mając do czynienia z dwoma opierającymi się ciałami.
Dwoma? Kto tam się opierał oprócz Mistrza? *węszy nadchodzącą orgię*

Wśród niemal zupełnych ciemności późnej nocy, połyskiwały jedynie czerwonym światłem oczy opętanego Mistrza. Ounlil wreszcie wyczuł pod palcami krągłość maleńkiej buteleczki.
Czy to aby na pewno była buteleczka...?

Była ona zatknięta korkiem, którego kształt przypominał nietypowy krzyż z jednym długim i drugim krótkim ramieniem.
Eee... faktycznie, dwuramienny krzyż jest wybitnie nietypowy. Mniej więcej tak, jak kanciaste koło.

Natychmiast ją wyciągnął, drugą ręką starając się przyprzeć głowę Mistrza do pnia drzewa. Całym swoim ciałem unieruchomił mu nogi i tułów. Twarz miał zaledwie w odległości jednej stopy od głowy Mistrza.
Czyli około 30 centymetrów – eeee tam, to wcale nie tak blisko: z takiej odległości można co najwyżej kogoś opluć.

Wtedy spostrzegł jego długie na ćwierć palca kły, szczególnie wyróżniające się spośród uzębienia. Zawahał się. Ręka zastygła mu w powietrzu.
No dalej! Na co czekasz?! Pospiesz się! Podaj mi go do ust! Cicho zaszumiały w głowie Ounlila gorączkowo rzucane słowa. Błagalny ton nie przypominał twardego głosu Mistrza. Wydało mu się, że należał zupełnie do kogoś innego, kogoś o wiele łagodniejszym usposobieniu.
Mistrz ma Wewnętrznego Dobrego Brata Bliźniaka?
A może to była Wewnętrzna Małgorzata?

Cichemu pyknięciu korka zawtórował syk uwalniającego się bladego dymku o odcieniu złota. Ounlil odruchowo odgiął głowę do tyłu, przez ramię i zacisnął powieki. Dopiero po chwili zerknął na Mistrza. Ten w pozycji półleżącej przypominał oszołomionego bazyliszka.
Znaczy co, Mistrz próbował zamienić wszystko w okolicy w kamień, ale wychodziły mu tylko babki z piasku?
I wyglądał jak czworonogi kogut ze skrzydłami i wężowym ogonem?

Czerwony blask oczu zaczął słabnąć. W dłoni trzymał opróżnioną buteleczkę. Ounlil zaklął ordynarnie w chłopskiej gwarze.
- Niech to wciórności!

- Nic wam nie ma Mistrzu? Co to do stu diabłów było?
No, prawie zgadłam. :)
Oszlag... rzeczywiście, to przepotwornie siarczyste przekleństwo. Niemal tak siarczyste, jak “psia kostka”!

- Zapytał próbując pomóc mu się podnieść. Mistrz jedną dłoń podał chłopu, wierzchem rękawa drugiej starał się zetrzeć z twarzy zasychające stróżki krwi.
- To był tylko mały atak. - Skłamał Mistrz. - Choruję od tego waszego lónevilskiego powietrza. Jestem astmatykiem.
HIH. Dość niekonwencjonalne masz objawy, facet.
Fakt, na ten rozrost uzębienia raczej nie pomogą inhalatorki.

- Ounlil zrobił głupią minę. Słowo astmatyk nic mu nie mówiło, poza tym, że musi to być ktoś dziwny, albo wielki. Prawdopodobnie znaczyło i jedno i drugie. - Swoją drogą - Ciągnął Mistrz - Jak długo można wdychać te, proszę ciebie, gówno?
NO PRZECIE MÓWIŁAM, ŻE ONI NIE IDĄ PO BAGNIE, A PO OBORNIKU.
"Proszę ciebie"? O.o

Ponadto jestem już znużony tą podróżą, dawno nie miałem nic w ustach. A ty, Ounlil, wcale nie ułatwiasz mi życia, psiakrew. Magia wymaga ode mnie dużych poświęceń. Proszę ciebie, czasem, aż za dużych. Ale jak widać, tym razem mi się opłaciło pomagając ci.
Niestety, przez efekt uboczny magii zaczęło urywać mi od gramatyki i interpunkcji.

Usta jego zadrgały układając się w ten jego charakterystyczny półuśmiech. Klepnął Ounlila w łopatkę pobłyskując przydługimi kłami. Ounlil wzdrygnął się. Ciarki przebiegły mu po plecach jak stado koni.
No, to wiele po nim nie zostało. :D

Mistrz nad wyraz dobrze widząc w ciemnościach, dostrzegł nietęgą minę Ounlila. Zreflektował się natychmiast, doskonale wiedząc, o co chodzi.
- Ounlil, nie musisz się mnie obawiać.
Chłop spojrzał na Mistrza wyczekująco. Znowu nie wiedział, o co mu tak naprawdę chodzi.
- Możesz być pewien, że zbyt sobie pochlebiasz myśląc, że akurat ciebie zechcę dźgnąć nożem i usmażyć nad ogniem.
A gdzie tam! Żgać nożem będę co najmniej Emhyra var Emreisa, nikogo niżej.

Wynająłem cię nie jako tanią przekąskę, proszę ciebie, lecz za przewodnika, nie zapominaj. - Zaczął donośnie śmiać się z własnego dowcipu. Czasami już zapominał, co to znaczy dobry dowcip.
No. Nie da się ukryć.
Tośmy się pośmiali, ah-haa...

- Ale te Mistrza... zębole! O takie wielkie i ostre! - Przesadnie gestykulując zamachnął brudnymi łapami w powietrzu określając ich rozmiary. W takich kategoriach należało mierzyć ludzki strach.
Znaczy w kategoriach czego – brudnych rąk? Wielkich zęboli?
Fakt, ludzki strach bywa wprost proporcjonalny do długości wyszczerzonych na nich zęboli.

Strach młodego chłopa z lónevilskiej wsi leżącej na granicy z Ynnäd.
Oczywiście, wszystkie mapy wiedźminlandu chytrze zatajają info o istnieniu zarówno całego Lónevil, jak i Ynnäd.

- Zawsze byłem dziwnym dzieckiem. - Zaczął Mistrz. - Te zęby mam takie, od kiedy pamiętam.
Matka podobno puściła się z niejakim hrabią Orlokiem...

[Mistrz raczy nas i swego przewodnika opisem traumatycznych wspomnień z dzieciństwa, kiedy to ojciec spiłował mu zęby i pokazywał go jako Dziwo na jarmarkach. Ciach!]
[W końcu role się odwróciły i wielka, karmiczna sprawiedliwość sprawiła, że zUy ojciec spłonął na stosie.]
Paliło się cudnie, proszę ciebie, a ja do tego dołożyłem swój zapas chrustu. Tak wiesz, symbolicznie. To miało być zadośćuczynienie za lata moich cierpień. A było ich dokładnie trzy.
Trzy były lata moich cierpień i lat moich cierpień było trzy. Nie były to cztery lata ani dwa. Pięć jest absolutnie wykluczone.

Mistrz przerwał na chwilę, dając Ounlilowi sygnał by wreszcie ruszył przed siebie. Nie było sensu w dalszym ciągu stać po kolana w bagnie i zezwalać legginsom na dalsze przemakanie.
(...)
- Ale co ciebie może obchodzić polityka i cały świat. - Rzucił Oulilowi szybkie spojrzenie. - Dla ciebie całym światem jest twoja mała wieś na pograniczu Lónevil i Ynnäd, proszę ciebie, tak mała, że żaden kartograf nie raczył zawracać sobie głowy jej istnieniem.
Taaak, nie ma to jak dać do zrozumienia temu, kto właśnie uratował nam życie, że pochodzi z dziury, gdzie wrony zawracają, a psy szczekają tyłkami. =.=
Przynajmniej mamy jakieś wytłumaczenie braku tego zadupia na mapach. Choć skoro to Lónevil miało status prowincji, jak najbardziej powinno tam być.

W takich miejscach na końcu świata, można się czuć bezpiecznie, do czasu, aż ktoś sobie wreszcie nie przypomni, że nie powinno wcale istnieć.
I co, obudzi czekającego w uśpieniu martwego Cthulhu?

Wtedy jeźdźcy na ognistych rumakach zmiotą wszystkie twoje wspomnienia. Przeszłość stanie się niczym. A ty będziesz wreszcie od niej wolny. Dlatego wznieca się pożar wojny, proszę ciebie, by pokryć wszystko popiołem zapomnienia.
Jesteś pewien, że nie chodzi raczej o politykę, surowce i wpływy?

Przestaniesz być tym, kim jesteś, a będziesz kimś, kim nigdy nie byłeś.
Innymi słowy, masz mocno popierdzielony status ontologiczny.

I tak powinno być. Wojny muszą trwać. To jedyna szansa na powtórne, parszywe, acz i tak lepsze życie.
Zwłaszcza dla tych, co na nich zginą. Zyskują oni zajebiste wprost życie wieczne.

Mistrz zasępił się. Wokół było cicho. Dało się słyszeć jedynie ciche pomruki czujnych drzew
To enty były, enty, nie drzewa!

i chlupot niepewnie stąpających stóp.
Czyich? Może to ta druga osoba, co się jakiś czas temu opierała?

Ounlil był najgorszym słuchaczem, jakiego tylko można było sobie wyobrazić. Nie obchodziła go polityka, przeszłość, ani przyszłość.
Dusza wieśniaka była przepełniona po brzegi myślami o ciepłych kluskach, zsiadłym mleku i cycatej babie cmokającej na niego z siennika, w chacie pokrytej strzechą.
Ej no, ja też lubię kluski. Tylko może zamiast cycatej baby poprosiłabym o jakiegoś wyględnego wikinga. Ewentualnie fauna, jakby akurat był jakiś na składzie – a wtedy niekoniecznie muszę mieć siennik.

Może właśnie tego należało mu pozazdrościć.
Baby? Dziękuję, postoję.

24 komentarze:

Orszulija pisze...

Analiza świetna, aczkolwiek nasuwa się pytanie - jakie dźwięki wydawałby Jeż Jak Byk of Erlenwald? To dopiero byłby stwór, aczkolwiek Biały Płomyczek Nilgaardu (który powinien się swoją drogą pozbyć nadwornego kartografa) pewnie by się nie zgodził.
A propos, Mistrz ma chyba wewnętrzne fuj, chociaż Małgorzata też być może, Dobrych Bliźniaków strach wspominać, a nuż ktoś się czegoś dopatrzy.
Hasło: ashagg. Prawie jak a, szlag!
P.S. Niech mnie ktoś poprawi, ale co robi zachodniosemicka Artemis z błędem jako bóg (!) w Nilfgaardzie, gdzie, o ile się nie mylę, obowiązuje kult Wielkiego Słońca?

jasza pisze...

Było już, że Was kocham?

Jeśli było, to powtarzać będę w nieskończoność!

Takiej dawki rozrywki nie pamiętam!

*****
Dziesięciolecia kazamackich niewoli w końcu zdusiły jęki konających. Cisza lónevilska.
> Wśróóóód nocnej ciiiiiszyyyy
Jęęęęk sięęę roozchooodziiii...
*pierdut!*
- Ssss... aaarrgghhh...
*Kazamacka niewola, udusiwszy ofiarę, odchodzi. Kurtyna opada. Oklaski.*
>>To bez wątpienia były Kazamaty Nienawiści, moja ulubiona lokacja z Diablo II. <3
BTW, mamy rozumieć, że ostatni mieszkaniec Lónevil właśnie rozstał się z życiem (po dekadach kazamackich niewoli! *napawa się urodą tej frazy*) i do końca opka będziemy raczone już tylko opisami przyrody? Jak mawiał świeżo upieczony Lord Vader: NUUUUUUUUUUUUUUUUU!!!

To mrok umysłów
>(ładne określenie na debilizm!), ciężar grud ziemi, nieurodzaj wypalenia. Głusza dalekich oddechów, szeptów, kroków, palców.
> Zwłaszcza ta głusza palców brzmi przerażająco.
>> Nie no, las palców jeszcze bym jakoś zniosła, nie takie rzeczy się w horrorach widziało... ale głusza kroków? Znaczy, z kroczy utworzona? Ueeee...

*****

DOSKONAŁE!

Anonimowy pisze...

Zaczęłam się cieszyć przy "szelestu szelestu" i nie przestałam aż do samiuteńkiego końca. Laboga :)

Straszne, co te aŁtoreczki z fandomami robią, straszne... aż się boję Geralta za tydzień w tym straszydle zobaczyć...
Brr!

Nadira

PS. Jak Wam się wydaje, ten bełkotliwy język to taka przywara własna aŁtoreczki czy też próba podrabiania Sapka? O.o

jasza pisze...

@Nadira

>Jak Wam się wydaje, ten bełkotliwy język to taka przywara własna aŁtoreczki czy też próba podrabiania Sapka?

Jeśli cokolwiek ma naśladować, to raczej serialowego Wiedźmina, bo od prozy Sapkowskiego ten bełkot dzielą lata świetlne.

Iveria/ ewa.iva pisze...

czytam, czytam te opko i nie mam pojęcia o co w nim chodzi :3

Na pohybel ałtorom i ałtorkom!

Anonimowy pisze...

Jestem wiernym czytelnikiem, ale to mój pierwszy komentarz. Po prostu wypatrzyłem genialną perełkę, którą muszę się podzielić:
Słuchajcie słuchajcie! The nine lives of Chloe King, serial, który zaczął wychodzić dwa dni temu, ma fabułę żywcem przeniesioną z polskiego, kliszowatego bloga z Marysią Suzanną w roli głównej ;D Jest nawet scena zejścia na śniadanie (nie ma tylko opisu ubrania, ale cóż zrobić.)!

Tinwerina Miriel pisze...

Ach, jakie piękne! Nie mogłam się oderwać i przestać śmiać, mimo, że zmęczona jestem przeokrutnie wycieczką do stolicy.

Anonimowy pisze...

@ Jasza Uh, nawet tego śmiesznego tfforu zwanego serialem nie przywołuj, bo zgnilizną trąci :/

Chodziło mi raczej o nadinterpretację stylu Sapka i próbę tejże nadinterpretacji podrabiania... A zresztą, któż to wie z aŁtoreczkami :)

...
Właśnie do mnie dotarło, że na stronie z której opko zostało wzięte, ktoś te opowiadania zatwierdza, a nie, jak sądziłam wcześniej, są one dodawane bez nadzoru. O ludzie >.>

Anonimowy pisze...

Oj, pardąsik, zapomniałam się podpisać.
Nadira ;)

Procella pisze...

<3 <3 <3
Już się nie mogę doczekać drugiej części!

atha pisze...

Wszystko było świetne, ale "Mamaaa?" mnie po prostu Ómarła i rozłożyła doszczętnie :D

Dzidka pisze...

Wszystko przeżyłam, ale tego, że Mistrz łaził w legginsach - już nie.

Wilcza Jagoda pisze...

O rany, gdzie znalazłyście opko o tak bełkotliwym stylu? Zawsze mnie bawią niezmiernie te "ozdobniki" i wydumane metafory.

A mnie ómarła wizja Mistrza miotanego wiatrem po bagnach ;D

Hasło mam piękne: glutwaln. Ktoś został walnięty niebieskim glutem z aury Mistrza! :D

Anonimowy pisze...

Mnie próby naśladowania AS-a kojarzą się ze szpikowaniem tekstu kurwami, rzyciami, chlaniem i chędożeniem.
A taka poezja to ni przypiął, ni wypiął i żeby nie to ostrzeżenie z początku, bym się zorientowała, że mowa o Wiedźminie. O.O

A w ogóle, to co jest złego w nazwach takich jak Metinna, Ebbing czy Nazair i po co aŁtorka tworzy nowe prowincje Nlfgaardu, skoro kanonicznych ci u nas dostatek?


Hasz

Sineira pisze...

Brawo, brawo, brawo! Dawno nie czytałam tak doskonałej analizy. Jesteście boginiami, o!

Fraa pisze...

Ktoś tam z przedpiśców napisał, że czyta to opowiadanie i nie wie, o co w nim chodzi. Łączę się w bólu. xD Albo już mi mózg wyparował, albo w tym nie ma sensu. ^^


A tak z ciekawości...
http://daughterforce.blox.pl/html

To żeście już przytulały? :)
Zachęcam. Nie na co dzień spotyka się bohatera o imieniu Anus. ;)

Anonimowy pisze...

Urwaaaaaa! Biedny Wiedźmin. Mam nadzieję, że aŁtorka oszczędzi nam romansu Geralta z Yennefer bo w jej wykonaniu wyszłoby to tragicznie.
Trzeba to wysłać Sapkowi z przeprosinami.
BTW. Czekałam na jakiegoś opka z wiedźmina. Nie wiem dlaczego ale czekałam.

Barranquilla

Anonimowy pisze...

O kur... Biedny Wiedźmin. Czemu aŁtorki nie pozostaną w fandomie Tłajlajta albo nie zajmą się Tokio Hotel, tylko biorą się za takie klasyki jak Władca Pierścieni czy właśnie saga o Wiedźminie? Toż to horror jest >.<

Korzystając z okazji, chciałabym zareklamować nowopowstałą analizatornie, którą prowadzę ja i moje dwie wspólniczki. Dopiero zaczęłyśmy i chciałyśmy wiedzieć, czy dobrze to robimy, dlatego prosimy was o opinie i rady, co do naszej dalszej działalności! ^^
Tutaj macie linka: http://krwiozercze-pijawki.blog.onet.pl/
Pozostawcie komcie! *o*
Z góry dziękujemy za odzew.
Pozdrawiam, Kae.

Goma pisze...

Mi też się oczy zeszkliły. I chyba nie lubię opek o wiedźminie jeszcze bardziej od pozostałych. Strasznie mnie zmęczyło. Ale Wy, jak zwykle, bez zarzutu. Szczególnie kategorie wielkich zęboli xD

kura z biura pisze...

Od tej bagiennej poezyi mózg mi wyparował, więc tylko napiszę, że strasznie się boję, co będzie za tydzień, jak pojawi się Geralt...


Analiza przeborska :D

hasło: firictor. Hm. Nadawałoby się na synonim, jakich poszukiwała Erka...

Anonimowy pisze...

A ja od czwartku usiłuję czytać i czytam i czytam i chyba jednak nie dam rady :(
ostatecznie się poddaję

tuptaczek

Anonimowy pisze...

Borze zielony i liściasty, chroń nas przed taką poezyją, na jaką sili się Ałtoreczka.
Analiza, jak zwykle, kwikaśna.

Maba
Hasło: "amymmi", a-mym-mi

Francesca pisze...

Nie ogarniam tej kuwety. Zabierałam się za to z cztery razy, w końcu przeczytałam dwa a nadal nie wiem o czym to O.o
Poza tym miałam cichą nadzieję, ze ta chwila nigdy nie nadejdzie... Wiedźminowi się oberwało, za co?! Przeżyję wszystko, ale nie to...
Wy, jak zwykle bezbłędnie, co do opka: wtf?!

Anonimowy pisze...

Odkryłem Waszą stronę kilka dni temu i od tego czasu czytam analizy, starając sie ze smiechu nie zapluć monitora. Niestety, tym razem się nie udało.
Dziękuję Wam serdecznie za te chwile radosnego rechotu, jakie zapewniają Wasze komentarze. Jestem bardziej niż pewny, że materiału do analiz nie zabraknie, ku ogólnej radości wszystkich czytelników.