czwartek, 30 czerwca 2011

Make niwelacja, not war, czyli wiedźmin Mniszkówną podszyty - cz. III

Witajcie!

"I oto się zwarli, już miecze łomoczą i lśnią śród równiny!*"

Innymi słowy - czas na wielki finał. Zmutowany elfi Mistrz i wiedźmin Geralt (wraz z kompanią) spotykają się w Standardowej Spelunie© i zaczynają prać się po mordach. Lecą wióry, strzępy i kłaki, logika kona miotana drgawkami, gramatyka rzęzi w kącie, furkoczą piruety, furkocze tutu Mistrza Aloesa, furkocze Geralt ulatując na mieczu w siną fal, furkoczą przemęczone mózgi Analizatorek, więc już kończę, serio, już starczy.
Uważajcie na nisko przelatujące znaki.

Adres opka: http://witcher.phx.pl/index.php?action=ff_bratniakrew
*"Pieśń o bitwie pod Mozgawą", Jacek Kowalski

Zanalizowały: Kalevatar i Pigmejka.


Dwaj wiedźmini zabierali się do objuczania koni. Z paleniska roznieconego poprzedniego wieczoru tliła się jedynie wątła, cienka strużka dymu.Nie była taka wątła, skoro się TLIŁA. Moim zdaniem to całkiem nieźle, jak na zwykły dym.
Szarowłosa dziewczynka podróżująca z nimi spała jeszcze na rozłożonej na ziemi derce. Obaj wiedźmini z pieczołowicie ukrywaną troską raz po raz zerkali na nią.
Patrzyli na nią przez palce, czy też zerkali na nią chmurnie - dla niepoznaki?
(Bo gdyby odkryła, że się o nią troszczą, to...?)
To stałyby się rzeczy straszne.

Oczy starszego, białowłosego, choć często surowe i nieprzyjemne, zdradzały elementy ojcowskiej miłości.
Tęczówka była oschła i nieprzystępna, ale źrenica spozierała całkiem życzliwie - a siatkówka rozważała nawet kupno małej kucyka.
Ojcowskiej miłości? No bez jaj, bo za moment dojdziemy do tego, że Geralt miał jakieś niezrealizowane potrzeby rodzicielskie i dlatego naciągał ludzi na to całe Prawo Niespodzianki.

Młodszy rzucał nerwowe, krótkie spojrzenia. Było w nich braterskie przywiązanie i podziw, których na co dzień nie ujawniał, krył pod maską obojętnej ironii.
Bo co? Testosteron trzymał go twardą ręką za fraki i ciągle przypominał, że prawdziwy facet = nieokrzesany buc?
Ale to przywiązanie i podziw były w kierunku tej dziewczynki odczuwane, tak? Czy w kierunku wszechświata w ogólności?

Przed zmrokiem musieli dotrzeć do Um i zaopatrzyć się w żywność na dalszą podróż. Świątynia kapłanki Nenneke była jeszcze bardzo daleko.
Myślałam, że go była świątynia bogini Melitele, ale w sumie dawno Sapka czytałam, mogło mi się coś pomieszać...
No co, może już wynieśli ją na ołtarze po tym, jak Szczerbic zafundował jej męczeńską śmierć u słupa.

- Wstawaj, Ciri!
Młodszy, krótko strzyżony wiedźmin krzyknął na śpiącą z upiornie złośliwym uśmiechem na twarzy. Dziewczynka podskoczyła nieco na prowizorycznym posłaniu, po czym zaczęła rozglądać się dookoła półprzytomnie. Gwałtownie wyrwana ze snu przez ułamek sekundy nie wiedziała gdzie jest.
- Nienawidzę cię, Lambert!
Syknęła.
- Twoje żarty nie są wcale śmieszne!
To miał być żart? Myślałam, że on ją najzwyczajniej w świecie obudził... Mnie matka też tak zawsze budzi. Czyli przez całe moje życie po prostu żartowała, jak kazała mi zrywać się o 6 rano do szkoły?!

Obruszona gwałtownie podniosła się, sprytnie próbując wymierzyć małą piąstką w szczękę wiedźmina nazwanego Lambertem.
Ten zaśmiał się krótko, zatrzymując spadającą pięść na dwa cale od szczęki.
Jeśli pięść ma spadać, należy założyć, że cios wymierzono z góry. Ciri podskoczyła tak wysoko, czy też zawsze ma przy sobie drabinkę na takie okazje? Może wspięła się na drzewo?

- Prawdziwe lwiątko z ciebie, Ciri! Jak na małą wiedźminkę masz bardzo impulsywną naturę.
Reszta wyrostków, których zbieramy z rynsztoków celem zwiedźminienia, zazwyczaj jest zadeklarowanymi stoikami.
Co do jednego - wszyscy są buddystami. ;D

Brakuje ci jednak jeszcze odrobiny refleksu. I wzrostu. I rozumu. Lamberta nie tak łatwo przechytrzyć! Potraktuj to jako kolejną lekcję.
Ciri obojętnie wzruszyła ramionami i prychnęła.(...)
Szybkim ruchem zamachnęła się i z impetem kopnęła go w kolano. Ten jęknął boleśnie i pochwycił drobną dziewczynkę oburącz w pasie.
- O cholera!
Lekkim ruchem podniósł ją do góry na wysokość o wiele większą niż tą, na której znajdowały się jego dziwnie połyskujące żółte oczy. Spojrzał groźnie. Ciri wcale nie bała się tego spojrzenia. Uśmiechała się kącikiem ust, a z oczu biła jej triumfująca duma.
W odróżnieniu od dumy, która jest pełna pokory i wstydliwości.

- Ty mała wiedźmo! Gra zupełnie nie fair, całkowicie na mod(ł)ę tej diablicy Merigold. To nie było po wiedźmińsku!
O, więc teraz wiedźmini są znani z przepisowej walki (i pewnie kłaniają się potworom przed rozpoczęciem starcia), zaś czarodziejki i magowie to weterani walk ulicznych? *wizualizuje sobie Vilgefortza z tulipanem*
Nom. A jak się im tulipany skończą, pewnie sięgną po kije bejsbolowe.

Lambert puścił Ciri pozwalając by spadła z wysokości, na której trzymał ją poprzednio. Dziewczynka sprężyście wylądowała na ziemi bez jakiejkolwiek szkody.
To rzeczywiście nie lada osiągnięcie. Przy tej zręczności za chwilę będzie bełty w zęby łapała. Bełty to jej będą z ręki jadły!

- Jak tylko dotrzemy do Um zorganizuję ci taki trening, że będziesz marzyła żeby to były mordownia, wiatrak i wahadło! Obiecuję ci!
Nie daj bór... będą... wskakiwać po schodach na jednej nodze? *próbuje stłumić traumę z podstawówki*

Po krótkiej chwili dodał jeszcze z niemal niewyczuwalnym zmieszaniem:
- Poza tym, wiedz, że dałem ci wygrać.
Ale się tego wstydzę.

Czas był najwyższy, by wyruszyli w dalszą drogę. Jechali stępa głównym traktem. Mijali po drodze na przemian hektary chłopskich pól, łąki i lasy.
A nie dowiem się, ile dokładnie było tych hektarów? *zawiedziona* Tak w ogóle, co to są “chłopskie pola”? W Wiedźminlandzie nastąpiło już uwłaszczenie, czy też mają tam zamiast dwu- i trójpolówek pola chłopskie, mieszczańskie i szlacheckie?

Rozwydrzone wiosennie ptaki usilnie próbowały przekrzyczeć ich myśli i wypowiadane słowa.
A to złośliwe, niecne ptaki! Pewnie dlatego, że wiosenne: te jesienne i zimowe są dużo lepiej wychowane.
Ciri nuciła pod nosem prostą melodię, którą pamiętała jeszcze z Cintry. Jechała przodem. Wiedźmini ciągnęli się za nią jak ser na pizzy rozmawiając ze sobą. Ona jednak nie słyszała z rozmowy absolutnie nic, nawet wtedy, gdy odwróciła się w siodle i jadąc tyłem zwolniła nieco konia.
Jak można zwolnić jeszcze bardziej, jeśli się jedzie stępem? Ten koń musiał zacząć się cofać chyba. (A Ciri jest może i zajebista, ale najwyraźniej przygłucha.)
No i gdy będzie, jadąc tyłem, gapić się na nich znacząco, z pewnością nie zorientują się, że chce ich podsłuchać i zaczną mówić głośniej.

Ptaki wrzeszczały (łoboru, to są ptaki czy mewy z ADHD?), pod końskimi kopytami strzelały łamane gałązki.
Gałązki? Na "głównym trakcie"?

Nie mogła niczego usłyszeć.
Aaa... to musiały być specjalne, wytłumiające dźwięki gałązki kapiszonowców.

Widziała tylko jak Geralt tłumaczy coś Lambertowi, a ten prostował się wyraźnie zdenerwowany, jak przyłapany na ściąganiu żaczek.
- Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć, co tak naprawdę łączyło cię z Merigold?
Lambert z uporem zadawał wciąż te same pytanie.
E? Skoro sam wypytuje, to dlaczego to on się denerwuje i stresuje, a nie Geralt?
Najwyraźniej drży z niepokoju o ich związek. Jego i Geralta, rzecz jasna.
(Boru, ja to napisałam? O.O)

Białowłosy wiedźmin dotąd starał się nie zwracać uwagi na niestosowne kwestie coraz częściej padające z ust towarzysza. Nie można mu jednak było odmówić sprytu i inteligencji.
Tak, proste ignorowanie zaczepek rzeczywiście wymaga wielkiej przemyślności.

Pytał wprost, dopiero wtedy, gdy miał pewność, iż kluczeniem nic więcej nie wyciągnie z Geralta.
Aaa, to było o Lambercie? Hm, nie wiedziałam, że pytanie wprost o kwestie, na jakie nie otrzymało się odpowiedzi po czynieniu aluzji, jest dowodem sprytu: stawiałabym raczej na bucerę.
Czy tylko ja mam wrażenie, że te wszystkie podchody są godne gimnazjalnych nastolatek? Dorośli faceci w takich sprawach zazwyczaj pytają prosto z mostu.

- Bo tu nie ma nic godnego do opowiedzenia, ot była to przelotna miłostka i nic więcej.
Lambert żachnął się.
- A szczegóły? Gdzie, ile razy, kto na kim? No proszę cię, Geralt, co to jest w ogóle za odpowiedź?!

- Vesemir widział was wtedy w stajni. Najzwyczajniej odepchnąłeś ją od siebie, jak jakiś cham, który nadmuchawszy głupią chłopkę zostawia ją samą z nowym kłopotem i nie przyznaje się, że oto on jest jego faktycznym sprawcą.
A Lambert czuje się upoważniony do czynienia mu wyrzutów bo...?

- Nie czuję się w najmniejszym stopniu zobowiązany, by ci się zwierzać, Lambert. (...) Jeżeli jednak tak uparcie pytasz o Triss, to może sam nią jesteś jakoś szczególnie zainteresowany, co?
Utrafił w sedno. Lambert gwałtownie wyprostował się, oczy iskrzyły mu niebezpiecznie.
- Ja? Nigdy! Merigold to wredna jędza.
- A przejmuję się nią i robię ci wyrzuty tak tylko, dla picu!

Geralt uznał rozmowę za skończoną. Nim jeszcze popędził konia pomyślał, że od jakiegoś czasu cech wiedźmiński tworzy coraz mniej doskonałych wojowników. On ma skrupuły, a Lamberta najwyraźniej dopadła zwykła zazdrość.
Zaprawdę niegodne to szlachetnego, cnotliwego obrońcy ludzkości oh wait.

***
Karczma
Pod złamanym mieczem stała na środku małego, kupieckiego miasteczka Um. Śmierdziała kiepskim jadłem, ludzkim potem, sianem i snem.
Siano NIE śmierdzi - tylko pachnie tym, czym jest: sianem. Równie dobrze można by powiedzieć, że łąka śmierdzi.
Co do smrodu snu, to nie wiem, nie zdarzyło mi się go nigdy wąchać.

Była jednak jedynym miejscem, w których podróżni mogli chociaż trochę odpocząć. Dookoła ścian poustawiane były stoły i długie ławy.
*próbuje ustawić meble dookoła ścian* Nie umiem... :(

Większość miejsc była zajęta. Od rozłożonych na ławach ludzi biło alkoholem i czosnkiem. Niektórzy silniejsi i co wytrwalsi w piciu chwiali się, ostatkiem sił utrzymując w pozycji siedzącej.
Skoro ci silniejsi się chwiali, to słabsi pewnie dawno leżą pod ławami. Hm, i karczmarz ich nie wyrzucił? Może to nie karczma, a przytułek dla bezdomnych alkoholików?
Tym niemniej to urocze, jak AŁtoreczka usiłuje wykreować obraz Standardowej Speluny©. Brakuje tylko bójki na tulipany i nogi od stołu.

Jedni wrzeszczeli na drugich, wylewając wzajemne żale.
Żale były mocno rozcieńczone wodą, ale i tak nie brakowało na nie chętnych.

Kolejni płacząc, obejmowali się i zapewniali, że podarują sobie konia z rzędem i podzielą się nawet żonami. W przypływie tej hojności ślinili sobie wzajemnie policzki i karki.
Znaczy, oblizywali się? Może to nie karczma, a jakiś lokalny odpowiednik Błękitnej Ostrygi?

Czasem można było znaleźć kogoś leżącego pod stołem.
A czasem nawet takiego, co był przybity za uszy do ściany.

Po rogach siedziały skulone senne kobiety i ci, którzy pragnęli pozostać niezauważeni.
Bo rogi pomieszczenia to, jak wiadomo, terra incognita.

Mistrz siedział w kącie trzymając kolana pod brodą. Ostatnie kilka godzin przespał skulony w embrionalnej pozycji.
Powtórzę pytanie: i karczmarz mu pozwolił, zamiast kazać wynająć pokój albo spadać? Jassssne.

Był całkowicie wypoczęty. Zmęczenie podróżą dawno minęło opadając na ziemię jak kurz.
Bo przecież nie ma lepszego miejsca na wypoczynek, niż śmierdząca gospoda, której ściany niemalże trzęsą się od wrzasków pijanego tatałajstwa.

Dyskretnie rozglądnął się dookoła. Wśród pijanej hałastry nie dostrzegł nikogo, kto wyglądałby jak wiedźmin.
Poznał to po tym, że żaden z nich nie targał na plecach gumowej kikimory.

Nie było też żadnej małej dziewczynki, owej Cirilli, Dziecka Niespodzianki.
Przymknął na powrót powieki, pozostając w stanie dziwnego letargu.
Czekał.
***
Na długo przed zapadnięciem zmroku wiedźmini i Ciri dotarli do Um. Miasteczko nie wydało im się nazbyt przyjemne. Prości ludzie pierzchali przed nimi, jak gdyby ujrzeli zarazę. Brudne dzieci w łachmanach ciskały w nich kamieniami.
Taaak, a ich matki tarzały się w błocie ze świniami i nawet miejscowy kowal mylił kowadło z młotem.
Psy szczekały dupami, a sołtys na noc zwijał gościniec.

Ciri wodziła wokoło ciekawym wzrokiem, lecz po chwili przestała.
I...co? Uparcie zaczęła gapić się w jeden punkt?

Spostrzegawcze dzieciaki zaczęły przekrzywiać swoje główki na boki, robiąc miny okropne, potęgujące brzydotę twarzyczek przypominających świńskie ryjki. Szkaradnemu przedstawieniu towarzyszyły piskliwe wrzaski.
Ej no, kurwa, to są wiejskie dzieci czy wyjątkowo szpetne gnomy?! Ałtoreczko, przeginasz.
To jest "ubogie miasteczko", czy jakaś kolonia karna dla mutantów popromiennych? Bo klimaty się zrobiły trochę w stylu "Wzgórza mają oczy". I nie, nie sądzę, by bezdomne dzieciaki były tak tępe, by zaczepiać obcych facetów obwieszonych bronią jakby stanowili obwoźny arsenał.

Po chwili cała trójka znalazła się przed karczmą. Geralt zajął się końmi, Lambert i Ciri weszli do środka. Gdy tylko otworzyli drzwi, uderzył ich ciepły chuch karczmianych wyziewów.
Chuch poprawił natychmiast prawym sierpowym, by na koniec ostatecznie znokautować ich kopem z półobrotu. Był to bowiem daleki kuzyn Zapachu Paskudnego Starego Rona.

Odruchowo odchylili głowy pełni obrzydzenia.
Mistrz rozwarł momentalnie swoje kocie oczy. Wyprężył grzbiet.
A potem miauknął i zaczął wylizywać się pod ogonem.
Dokładnie to samo pomyślałam. :P

Ciri złapała Lamberta za rękę. Nie podobało jej się to miejsce, ani ci ludzie. Wszyscy brudni, pijani, zaspani.
Zwłaszcza to “zaspani” może wzbudzać przerażenie.
No, to brzmi trochę jak poranek w akademiku.

Lambert żwawym krokiem ruszył do przodu ciągnąc za sobą Ciri. Miejsca takie jak te nie wzruszały go ani odrobinę.
Nie bał się nawet śpiących ludzi.
A jeszcze przed momentem odchylał głowę z obrzydzenia. Tak zmężniał w międzyczasie?

Podszedł do szynkowni obrzucając grubego karczmarza złym spojrzeniem.
Bo grunt, to nastawić do siebie negatywnie właściciela miejsca, w którym ma się zamiar jeść i spać. Każdy to wie.
Znaczy: wyszedł i podszedł do tej karczmy jeszcze raz? Bo "szynkownia" to jakby nie do końca to samo, co "szynkwas".

Ten łypnął na niego obojętnie, spode łba.
"Łypnąć spode łba" = niechętnie ≠ obojętnie. Z pozdrowieniami od (przyczajonej) logiki.

Całkowicie oddawał się czynności wycierania kufla brudną i zatłuszczoną szmatą.
O, standardowe wyposażenie każdego opkowego karczmarza - kufel i brudna szmata - jest.
*odhacza w kajeciku*

Sam nie prezentował się lepiej. Włosy miał ulizane do tyłu, końcówki siwiejących wąsów ubrudzone zaschniętym jedzeniem. Małe, rozbiegane oczka wodziły na lewo i prawo.
Znaczy się, wodniste były?
Albo korowody wodziły. Albo lud na barykady. Trudno powiedzieć.

Wiedźmin i Ciri stali pośrodku.
Chwilowo występowali w roli Axis Mundi.

Szynkarz przestał wreszcie czyścić kufel i odłożył go. Grubymi i wielkimi jak u niedźwiedzia łapami oparł się o blat. Pochylił się ku wiedźminowi i chuchnął mu czosnkowym oddechem prosto przed nosem.
Wszędzie ten czosnek i czosnek. Mieszkańcy tej wsi boją się wampirów, czy co?
A może to jakaś supermoc jest? Fuuton: Czosnkowy chuch no-jutsu?

- Czeeeegoo?
Zachrypiał przeciągle wbijając wzrok w krtań Lamberta.
Lambert niechętnie, aczkolwiek poprosił o trzy porcje jajecznicy.
Nie chcąc, ale musząc. I ujmując to tak niegramatycznie, jak tylko zdołał.

Praktycznie niezauważeni, w ogólnej wrzawie pijackich głosów, pomrukach pałętających się pod nogami kotów,
Biedne koty - te pomruki pałętające się pod ich nogami musiały być strasznie denerwujące.
Zawsze myślałam, że wrzawa ma to do siebie, że tłumi mniej głośne dźwięki - no ale te koty najwyraźniej pomrukiwały bardzo przenikliwie.

szczęku toastowych kufli (które różniły się od zwykłych...?)(Były jednorazowe, żeby po toaście można je było roztrzaskać o czerep bez większego żalu.) i szuraniu ław, usiedli pod jedną ze ścian, tam gdzie zostały ostatnie już wolne miejsca.
Czekali na Geralta.
Dramatyzm powiał od tego zdania, oddzielonego akapitem od reszty narracji.

Ciri siedziała objęta przez Lamberta ramieniem. Obejmował ją tylko wtedy, gdy chciał mieć stuprocentową pewność, że jest bezpieczna. Na co dzień darzył ją karcącym pokrzykiwaniem, by siedziała prosto, nie trzymała łokci na stole i nie marudziła przy jedzeniu.
Też mi podarek.
Słowem: zachowywał się jak rasowa mama kokoszka. No proszę, jak się panowie wiedźmini ładnie cywilizują przy dziecku.

I tak wiedziała, że ją lubi, na swój dziwny, wiedźmiński sposób.
Wpatrywała się przez chwilę w drzwi, ale Geralt nie przychodził. Znudzona zaczęła więc rozglądać się po karczmie. Jej spojrzenie spoczywało na czerwono - sinych twarzach podpitych wędrowców, opuchniętych i zmęczonych od płaczu, ogromnych kobiecych oczach. Ślizgało się między wędrowcami.
Młodziutka dziewczyna przyniosła zamówione porcje jajecznicy. Lambert momentalnie chwycił (Tak się zasugerowałam klimatem standardowej speluny, że byłam pewna, że będzie "za cycki". ^^") za łyżkę.
Ciri w końcu zatrzymała wzrok na jednym człowieku, który w dziwny sposób przykuwał jej uwagę.
Szczupły mężczyzna siedział w rogu. Niemal bezbarwne oczy wlepiały się w nią beznamiętnie.
Trudno, żeby wpatrywały się inaczej, skoro były bezbarwne - ergo: przezroczyste. Ciekawe, czy można było zobaczyć za nimi jego mózg...

Ciri wzdrygnęła się. Jego wzrok przeszywał ją na wskroś. Nieprzyjemne zimno rozeszło się jej po ciele. Mimo tego, iż człowiek przerażał, nie potrafiła oderwać od niego oczu. Patrzyli tak na siebie, a on zaczął ją urzekać coraz bardziej.
Urzekanie w toku. Loading...

[Urzeka, urzeka, aż w końcu Ciri mdleje od tego urzekania.]
[Lambert]Dostrzegł wibrację medalionu. Zaklął pod nosem i nagle spojrzał na siedzącego w kącie mężczyznę.
Ten nie poruszając się wcale, błysnął białymi zębami w uśmiechu. Ukazał długie kły w całej ich okazałości.
Lambert błyskawicznie sięgając po srebrny miecz, spoczywający w pochwie na plecach, doskoczył do mężczyzny. Ten równie szybko złapał za klingę własnego ostrza.
Auć, musiało boleć. Ale nie martw się, palce da się pewnie przyszyć, tylko wyzbieraj wszystkie z podłogi.

Jedną ręką wykonał szybki gest. Jego postać zaczęła tańczyć przed oczami wiedźmina.
A z ukrytych głośników popłynęły dźwięki tajemniczej inkantacji:
"Mai
Ya hee... Mai Ya haa... Mai Ya hoo... MAI YA HO-HO!!!"

Lambert widział go najpierw na środku karczmy, a następnie już przy drzwiach.
Mężczyzna używał teleportu na małe odległości, by zmylić wiedźmina.
I przy okazji przyszpanować przed resztą zebranych.
Zmylić? A nie lepiej od razu zabić? Skoro może się teleportnąć, dajmy na to, tuż za jego plecami...
A weź. Toć to by było BANALNE!

Wybiegł za nim przed karczmę. Postać migała nie dając się w żaden sposób uchwycić.
Niezawodnie był to mag, albo kapłan. Szkolony specjalista. Ponadto zmutowany elf przemieniony w wampira.
A także kucyponek, mumia i Piaskowy Ludek w jednym.
Jednorożec, Władca Żywiołów, Sakura i Bill Kaulitz.

Całkiem dużo, jak na jedną osobę.
W rzeczy samej. Nie za dużo, AŁtorko?

Wiedźmin nie miał zamiaru go ścigać i daremnie marnować siły.
Inna sprawa, gdyby marnował je nie na darmo.

Skupił całą uwagę wytężając doskonały wzrok.
Mniej subtelni obserwatorzy mogliby pomyśleć, że wytężał co innego, tak się nadął i wytrzeszczył oczy.

Fala szału rozlewała się po jego ciele. Budziła się w nim natura mordercy.
Wreszcie zaczął go lepiej widzieć. Przezroczysta powłoka powoli zbliżała się w jego stronę. Wiedźmin odskoczył do tyłu, a następnie sparował cios lecący na niego z impetem.
Sam cios leciał? Znaczy, bez udziału broni czy innych takich? No w końcu z magiem walczy, nie? Różne rzeczy są możliwe.

Wykonał szybki półobrót. Mając napastnika lekko po skosie, zmusił go do podobnego ruchu.
Chwycił go za bary i obrócił? Co to jest, walka czy taniec synchroniczny?

Poruszał się szybko, miecz wampira świszczał koło niego, wciąż nie trafiając. W końcu pełny piruet, wykrok i cios. Znów chybił. Zaczęło to irytować Lamberta. Przeciwnik zachowywał się zupełnie tak, jakby doskonale wiedział, co ma w danym momencie zamiar uczynić.
Ma Sharingana, ani chybi.

Wykonał kolejny półpiruet, który zakończył cięciem. Ostrze miecza przecięło jedynie ubranie napastnika. Mistrz tańczył na podobną wiedźmińskiej mod(Ł!)ę. Dodawał do tego jeszcze salta i uderzenia z góry.
A potem wiedźmin i mag wykonali pas de deux.
Ciekawe, który z nich nosił tutu.

Wiedźmin wykonywał szybkie uniki, parując ciosy.
Logika says: unik ≠ parowanie.

Miecze pobłyskiwały w świetle wątłego słonecznego blasku. Wampir wykorzystując zadawany cios, błysnął odbijającym się od ostrza światłem kierując go (tego światła) w wiedźmińskie oczy.
No, potrafi kierować promieniem światła - ani chybi czarodziej!

Lambert odruchowo zamrugał lekko oślepiony.
No bez jaj... Odblask "wątłego słonecznego blasku" mógłby go oślepić jedynie wówczas, gdyby Lambert walczył w wyjątkowo ciemnej piwnicy, a nie za dnia na drodze! Oj wiesz, może jest bardzo wrażliwy na światło... w końcu to tylko wiedźmin. ;]

Mistrz przejechał końcem miecza po wewnętrznej stronie lewej ręki Lamberta, który zacisnął w bólu zęby.
Zza pleców wampira wychynął drugi wiedźmin. Geralt czując, co się święci, wypił mikstury i wyczekiwał za karczmą, aż zaczną działać.
Skoro wyczuł, że coś jest nie tak, to czemu sterczał cały czas na zewnątrz, zamiast wpaść do środka i kazać im się wynosić?
Taa... Zamiast iść z odsieczą druhowi, skitrał się za winklem i walnął sobie Jaskółkę. A potem jeszcze się zdrzemnął dla zregenerowania sił... a potem jeszcze obiad zrobił... ogórki zawekował... Taaak, wiem, to opko, nie powinnam zadawać takich pytań...
Nie, serio - wiedźmini rzeczywiście łykali te prochy przed walką (a nie w jej trakcie, jak w pierwszym "Wiedźminie"), ale do licha, gdy ich ktoś zaatakował znienacka, obywali się bez nich. :/

Mistrza zdziwiła obecność drugiego mutanta. O ile dobrze wiedział, miał pokonać tylko jednego.
Jednego - znaczy: obojętnie jakiego?

Wykonał kolejny szybki gest rysując przed sobą fale przypominające ruch węża.
Myślałam, że fala z reguły wygląda po prostu jak fala. Mój Boru, czuję się taka przyziemna.

Gdy dłoń przesunęła się na wysokość bioder jego postać rozpłynęła się całkowicie w zachwycie.
Całe szczęście. Dłoń wykonująca wężowe ruchy na wysokości bioder może być odczytana jako całkiem nieobyczajna deklaracja.

Geralt mając zmysły wyczulone do granic możliwości nie mógł go dojrzeć.
Och, ale z pewnością mógł go usłyszeć i poczuć, prawda? Skoro miał wyczulone wszystkie zmysły...

Lambert opuścił miecz. Nerwowo rozglądał się na boki poszukując Mistrza.
Nagle zachwiał się i upadł ciężko na kolana. Geralt odwrócił się w jego stronę. Lambert wstał i zaczął do niego mówić zmienionym głosem.
- Jesteś Geralt z Rivii zwany Białym Wilkiem. Słyszałem wiele o tobie.
Ale nie dość, żeby nie zaatakować jakiegoś obcego faceta, biorąc go za ciebie.

Wiedźmin zaczął powoli zbliżać się do Lamberta. Nie opuszczał miecza ani na chwilę.
- Jesteś mutantem z Kaer Morhen, wychowankiem Vesemira. I o nim mi mówiono.
No cóż za tajne info! Powiedział nam tyle rzeczy, których o Geralcie nie wie nikt poza nim!

- A ty, kim jesteś?
Geralt starał się, aby jego głos był wolny i stonowany. Nie chciał pod żadnym pozorem zdradzać, iż jest pod działaniem eliksirów.
- Jestem Czyniącym ze świątyni Aspallisa w Lousenfort. Również mutantem. Udoskonalonym wampirem, który jak widzisz potrafi władać mieczem.
Nieudoskonalona wersja wampira obejmuje tylko ssanie i walenie przeciwnika kijem po głowie. Wersja najtańsza, demo, nie robi nic, ale za to może służyć za ozdobę ogrodową, bo się ładnie błyszczy w słońcu.
A Lestat oprócz władania mieczem potrafi jeszcze grać na skrzypcach, improwizować w commedii dell'arte i śpiewać rocka. Jaki to stopień doskonałości?

- Wiedz, że nie mam zamiaru cię zabijać z czysto osobistych pobudek.
Absolutnie nie bierz tego do siebie!

Potrzebne mi jest twoje Dziecko Niespodzianka, Cirilla, księżniczka cintryjska. Oddaj mi ją, a puszczę ciebie i twojego towarzysza wolno. Jeśli tego nie zrobisz, będziesz zmuszony z nim walczyć. Ja mu w tym pomogę.
Geralt zacisnął dłonie na mieczu. Wampir oszukiwał go. Jeżeli wszedł w ciało Lamberta, prawdopodobnie już nie dało się mu w żaden sposób pomóc.
- Wybieraj, wiedźminie. Uratuj chociaż siebie. Dobrze wiesz, że nie zdołasz mnie pokonać. Twój miecz, znaki i eliksiry wiedźmińskie niewiele zdają się w walce z Czyniącym.
Wspominałem ci już, że po drodze miałem nielichy problem z jedną, niewyrośniętą harpią?
Poza tym: come on, jesteś tylko randomowym, zmutowanym wąpierzem z zakonu sodomitów, z czym do ludzi.

Bądź rozsądny. Daję ci szansę i chcę puścić wolno.
Przez chwilę milczeli. Wiedźmin poczuł ogarniającą go falę wściekłości. Obiecał Ciri, że jej nigdy nie zostawi. Nigdy.
- Nie!
Geralt rzucił się na Lamberta. Ten wykonał unik i paradę. Obaj zaczęli obracać się i ciąć w wiedźmińskim tańcu śmierci.
Danse geralte macabre.
Macabre z całą pewnością.

Geralt wykonał znak Aard. Lambert poleciał w tył i z siłą uderzył plecami o bruk. Zadawali ciosy w serce, barki, brzuch, ręce i uda.
A czemu w twarz i dupę już nie? Przepraszam, w czym dupa jest gorsza od ud?
A w jaki sposób drugie zdanie wynika z pierwszego? O.o

Stosowali wyskoki, półpiruety i piruety.
Wszystko pięknie, ale nie lepiej, jakby “stosowali” ciosy?

Zachowywali się jak zgrana para pokazująca swe umiejętności w balecie walce.
A kiedy będzie ten moment, w którym Lambert robi jaskółkę, a Geralt łapie go za biodra i unosi nad głowę, po czym obaj jadą przez całe lodowisko oh wait.

Była ona bardzo wyrównana, wiedźmini postępowali pewnymi schematami, które obu wpajano od początki nauk w Kaer Morhen.
Głównie tym, żeby nie postępować schematycznie.

Białowłosy parował cięcia niemal w ostatnim momencie. Łudził się, że wiedźmin w końcu przestanie napierać na niego tak intensywnie. Nie widząc w końcu ratunku dla przyjaciela zaczął już tylko chronić samego siebie. Wirował. Parował kwartą z dexteru.
Ciągle tą jedną kwartą z dexteru parował, klnąc przez zęby, że też AŁtoreczka nie podpatrzyła u Sapkowskiego innych ruchów.

Przyspieszył ruchy, piruety i półpiruety. Miecz świszczał w powietrzu zsyłając grożącą śmierć.
Śmierć groziła paluszkiem obu walczącym, co nieco ich rozpraszało.

Po chwili zauważył jednak, że Lambert słabnie. Tracił siły w zaskakującym tempie. Geralt (...) ciął z pełnego obrotu tuż znad głowy. Usłyszał jak ostrze przesuwało się po twarzy i piersi wiedźmina. Dostrzegł materializującego się obok wampira. Lambert padł twarzą na ziemię.
Geralt nie spoglądając na towarzysza runął z wyskoku na Mistrza. Ten jednym gestem odrzucił go do tyłu. Spadł ciężko na plecy czując chrzęst kości. Podniósł się.
Mniejsza o pęknięty kręgosłup i żebra - twardym trzeba być!

Wampir rzucał kolejny czar. Chciał napierać dalej, nie potrafił. Klinga dosłownie paliła mu dłonie powodując przywieranie skóry do srebra.
Komu, wampirowi?
No chyba.

Geralt zaryczał z bólu.
Aaaa, no właśnie, tak mi coś nie pasowało.

Oderwał lewą dłoń od miecza, sięgając po drugi spoczywający na plecach. Oba miecze wprowadził w wirowy ruch.
I, furkocząc, uleciał w siną dal.
Łiii, helikopterek!

Poruszał się chaotycznie, nie dając przeciwnikowi szansy na odgadnięcie, w jaki sposób zada cios. Czyniący odrzucił miecz. Przepełniony pychą po brzegi, uznał, że więcej nie będzie mu potrzebny.
Jeszcze mógł sobie koszulę na klacie rozedrzeć, o, tak jak ci panowie tutaj. :)

Chciał patrzeć, jak wiedźmin umiera. Chciał widzieć, jak tańczy tak, jak mu zagra.
I to był jego największy błąd.
Srebrny miecz wypadł wiedźminowi z ręki. Czyniący nie był potworem, lecz zmutowanym elfem.
Acha, czyli zmutowany elfo-wampir to nie potwór? Dobrze wiedzieć! *zapisuje w podręcznym notesiku tę cenną informację*

Rozwścieczony zaczął rzucać w wampira znakami. Jeden za drugim.
Leciały jeden za drugim: stop, zakaz postoju, wyjazd z drogi podporządkowanej...

Starał się go odepchnąć, ogłuszyć, osłabić.
No, przywalenie takim znakiem w czerep może ogłuszyć, to pewne.
Zwłaszcza, jeśli dostanie się nie samą tabliczką, a tym drągiem, do którego jest przymocowana.

Chciał zając kapłana niwelacją, a nie zadawaniem magicznych ciosów.
KWIIIIIK!!! Znaczy co, wcisnął mu łatę do łapy i kazał biegać po okolicy, czy może najpierw polecił mu wypoziomować niwelator?
Make niwelacja, not war - nic tak nie ostudza morderczych zapędów jak porządne pomiary wysokościowe.

Rzucał znaki i powoli zbliżał się do niego. Kapłan skupiał się na ich odbijaniu.
Tą łatą, ani chybi.

Wysilał całą moc, którą miał w sobie, by zniszczyć Mistrza. Chciał zrobić to nawet kosztem własnego życia. Dla dobra Ciri. Dla jej bezpieczeństwa.
Wykonywał mieczem okręgi o różnych średnicach.
Liczył na to, że tym razem mag wyciągnie cyrkiel i zacznie mierzyć te średnice?
Co on się tak napalił na tę niwelację, co?
Może chce zostać geodetą, bo wiedźminienie mu się przejadło?

Chciał rozproszyć uwagę kapłana. Gdy był już dostatecznie blisko skoczył wykonując w powietrzu salto podobne do tego, które wykonywał wcześniej Czyniący. Uderzył całym sobą, potęgując wygięciem ciała impet uderzenia.
Nie wiedziałam, że wygięcie ciała ma taką moc. Jak mnie kiedyś napadną zbiry, zrobię mostek - będą mogli mi naskoczyć!
Myślę, że jak się na kogoś zwali koleś postury Geralta, to już dodatkowy impet nie jest potrzebny.

Zwalił się na ziemię mało nie łamiąc karku.
Głowa Czyniącego poleciała dwa metry dalej wirując w powietrzu. Spadła.
Niemożliwe... myślałam, że będzie lewitować. =.=
Geralt go chyba musiał zębami za gardło złapać... albo Mistrz miał głowę przymocowaną na sznurek. Innej opcji nie widzę.

Geralt przewrócił się na plecy ciężko sapiąc. Wampir nie był już groźny.
Przynajmniej na jakiś czas.
Póki mu głowa do tułowia nie przyrośnie.
Dlatego zostawimy go tu, by się zregenerował i dalej mógł truć nam dupę. Nie spalimy go, nie wrzucimy do dołu z wapnem, nie potniemy na naprawdę małe kawałki, które będziemy zakopywać wzdłuż drogi co 10 mil jeden... Absolutnie.

Zaczął docierać do niego wrzask kłębiących się wokół ludzi. Z tłumu wyszła Ciri. Stanęła tuż przez Geraltem.
Na widok Lamberta łzy pocisnęły się jej do oczu.
DO oczu? To gdzie były wcześniej? I co to za łzy-dominatorki, że cisną?

Pozwoliła im płynąć po twarzy i zalać policzki i usta.
Nie mówiła nic, tylko uklękła przy martwym wiedźminie a następnie ściągnęła zawieszony na szyi medalion. Należał do niego. Potem upadła na ziemię głośno łkając. Objęła wątłymi ramionami tężejące ciało.
Ej no, stężęnie pośmiertne powstaje zwykle około 2–4 godz. po śmierci.
Oj cicho, psujesz dramatyzm sceny.

Geralt stał obok osłupiały. Twarz miał kamienną, ale jego wnętrze palił ogień żalu i nienawiści. Walczył z wiedźminem, wiedźminem druhem, młodszym bratem.
W niewielkim kupieckim miasteczku Um rozlana została bratnia krew.
Powiedz mi, kiedy mam się wzruszyć, ok? Bo nie wiem, czy już teraz, czy szykujesz jeszcze więcej patosu.

Geralt schylił się i siłą podniósł leżącą Ciri. Spojrzała na niego mając twarz i ubranie ubrudzone krwią Lamberta. Patrzyła wyczekująco. Błagalnie. W dłoniach trzymała wiedźmiński medalion z orłem.
Zajumała go przy okazji jakiemuś innemu wiedźminowi? Bo wszyscy ci z Kaer Morhen mieli medalion z wilkiem.

Jej chude ramiona trzęsły się w rozpaczy.
Geralt wziął ją na ręce przerzucając lekko przez ramię.
- Proszę cię, nie patrz na niego. Na pewno wolałby, byś zapamiętała go takiego, jakim był w Kaer Morhen.
Dlatego zostawmy go tak, jak leży, i zajmijmy się wspomnieniami! =.=
Tak!

Ruszył przed siebie niosąc Ciri. Dziewczynka uderzała go pięściami próbując zatrzymać. Oszołomiony lud rozstąpił się przed wiedźminem.
Szedł bez koni, nie odwracając się.
No jasne, po co komu konie, skoro rozpacz im doda sił w podróży.

Dobrze wiedział, że kapłana nie da się w żaden sposób zabić.
Ale dałoby się załatwić go tak skutecznie, żeby po zregenerowaniu się obudził się pięć wieków później, prawda? No ale PO CO.

Zostało mu tylko iść, a potem czekać, aż ponownie przyjdzie.
Tak tylko cicho podpowiem, że konno mogliby uciec DALEJ...

Po cintryjską księżniczkę.
Po Dziecko Niespodziankę.
Po Ciri.
I po łatę od niwelatora!

czwartek, 23 czerwca 2011

Dzika bestia chłopostrzelna, czyli wiedźmin Mniszkówną podszyty – cz. II


Witajcie!
W tym tygodniu druga część przygód naszych bohaterów, wędrujących przez bagna Wiedźminlandu. Przygotujcie się na niezapomniane wrażenia! Bóstwo zakonu sodomitów okaże się entuzjastą karuzeli, a jego kapłani będą praktykować medytację pokątną i prowadzić eksperymentalną terapię światłem w podziemiach swojej świątyni. Pojawi się brat Aloes, sprawnie krojący jabłuszka i wąż aportujący zakrwawione sztylety. Kikuty spróbują być rękami z łapami, a bohaterów zaatakuje psychopatyczna świecąca matematyczka z cyrklem. Będziecie także świadkami klasycznego tybetańskiego berserka kontrolowanego i domniemanego aktu kanibalizmu.
A tymczasem... Indżojcie!
Opko zanalizowały: Kalevatar i Pigmejka
Nie minęły trzy stajania jak ziemia pod nogami zaczęła stawać się coraz twardsza i mniej błotnista.
W fantasy przyjmuje się, że stajanie wynosi około 2,5 mili. Ha, rzeczywiście, niecałe 8 mil, co to jest. :D
Mistrzowi zdało się, że wkroczyli na jakiś dawno zapomniany trakt wiodący z zachodnich prowincji na wschodnie obszary. Bagna poczęły rozchodzić się na boki,
Uznały, że nic tu po nich i zabrały się do domu.
Rozeszły się w szwach.
odsłaniając możliwą do przejścia ścieżkę. Wreszcie nogi mogły odpocząć od nieustannego podnoszenia niemal do wysokości łokci.
To przez te bagna trzeba było przechodzić takim krokiem, jak na rosyjskiej defiladzie?
Mistrz westchnął rad zmiany i pogrążył się w myślach.
***
Świątynia Aspallisa przypominała pokaźnych rozmiarów warowną twierdzę osadzoną na skalistym wzgórzu. Aspallis był uznawany przez swoich wyznawców za najwyższego zwierzchnika losu wszystkich walczących.
Jego siostra, Aspalis, była semicką boginią polowań - i była nieźle wkurzona, że jej nieistniejący brat zagarnął sobie taką fajną domenę.
Zwolenników miał wielu, popierali go zarówno ludzie prawi, jak i zbrodniarze, mordercy, spiskowcy i drobni złodzieje.
A to jest coś niezwykłego? Zdawało mi się, że i w naszym świecie wśród wierzących wszystkich religii jest cała masa psychopatów i drani - ale może się mylę...
Na terenie świątyni miano w zwyczaju mówić o Aspallisie jako nieodrodnym synu Fortuny i Aresa
Żeby to chociaż było "Tyche i Aresa" albo "Fortuny i Marsa". Ale gdzie tam!
BTW, grecko-rzymscy bogowie w Wiedźminlandzie to i tak fail.
To pewnie jakaś ichnia forma ekumenizmu jest.
pradawnych bogów, w których wierzyli pierwsi ludzie.Oł rili? Cóż, historycy religii wiążą raczej jej początki z magią albo animizmem, fetyszyzmem czy szamanizmem i uważają, że politeistyczne systemy religijne pojawiły się później - ale co oni tam wiedzą, co nie?

Miał w sobie coś z boga wojny, żartobliwi dodawali, że nigdy nie zszedł z dziko kręcącego się koła, karuzeli, na której wychowywała go Fortuna i dlatego nieobliczalnie
...uwielbiał diabelskie młyny?
...rzygał na ludzi?
stawał raz po stronie dobra raz zła.
Aha.
Na szczytach czterech wież z grubo ciosanych kamieni trzepotały pod falą wiatru flagi świątyni. Między szczeblami złoto-drewnianego koła chłopskiego wozu
No, to musiał być nielichy chłop, że sobie do wozu przyprawił koła obite złotą blachą.Jakiś kułak, ani chybi.
wetknięty był dużych rozmiarów dwuręczny miecz.
No nie, to chyba nieco utrudniało kołom toczenie się. (Widział ktoś mały miecz dwuręczny?)Śmiem twierdzić, że jakiś krasnoludek mógłby takowy posiadać.
Wszystko to widniało na czarnym tle symbolizującym niepewną śmierć.
Aa, to te transportowe ekstrawagancje były tylko namalowane na chorągwi? Uff.
BTW, pierwsze słyszę, by czarny zwiastował niepewną śmierć. No chyba że to była taka mocno sprana czerń.
Niepewną, czyli jak? „Wrzucimy go do jamy ze skorpionami i zobaczymy, czy przeżyje?”

Świątyni - twierdzy Aspallisa pozbawionej fosy nie dało się złupić ani sforsować. Pod ciągłą protekcją Aepass�hl przełożonego kapłana była zupełnie bezpieczna.
Och, ale z pewnością dało się ją wziąć głodem... ;3
Wątpię. Skoro ten Aspallis był taki cool, to pewnie im codziennie mannę z nieba zrzucał - albo może nawet pieczone kurczaki, kto go tam wie.
Przed budynkiem głównego gmachu (...) walczyło na miecze dwóch kapłanów. Obaj bosi, ubrani w skromne czarne habity, wydawali się być całkowicie pochłonięci walką. Napierali na siebie jak dwa rozjuszone muflony podczas okresu godowego.
Bardzo oryginalne porównanie, biorąc pod uwagę, że opis dotyczy kapłanów. Następne w kolejności powinno być "jak dwie dziwki walczące o jedną latarnię".
Słychać było jedynie szczęk stali. Ich ruchy - uniki i ciosy rzucane były jak słowne wyzwania,
*rzuca unikiem*
Auć!
Ups! Niechcący...
uderzały siłą młodzieńczej zapalczywości. Nikt ich nie obserwował. Pozostali kapłani ćwiczyli fechtunek w przydzielonych do tego salach, bądź niedostrzegalnie i bezszelestnie oddawali się codziennym medytacjom.
Niedostrzegalnie, czyli jak? Udawali, że robią herbatę albo pielą grządki, a tak naprawdę mantrowali, by osiągnąć oświecenie? Czy może chowali się w tym celu za winklem?
To była medytacja pokątna, a kapłani tak naprawdę byli wojownikami ninja.
***
Jeździec na karym ogierze wjechał powoli na dziedziniec. Podkute kopyta konia o ogromnych rozmiarach z impetem waliły o bruk. Rytmiczne uderzenia umykały w przestrzeń i nicość.
Tuż za koniem usadowiła się czarna dziura, wsysająca tętent kopyt.
Parszywe mnichy mają uszy w każdym kamieniu, oczy w każdej wyrobionej przez wiatr szparze w murach. Myślą, że nie wiem jak obserwują mnie z każdego ciemniejszego kąta, Tor North�a, Vestte, Suth�a, Ěste i dachów tego całego kurnika. Czują się tu całkowicie bezpieczni - pisarczyki, rozmodleni głupcy.
E? A to co? Narrator nagle postanowił się ujawnić i zrobił to akurat w momencie napadu maniakalnego?
Jest jeszcze możliwość, że to mowa pozornie zależna, ale AŁtoreczka zapomniała ją wyróżnić z tekstu...
Głowa i twarz przybysza szczelnie była zamknięta w czarnym hełmie, z którego po obu stronach wyrastały jastrzębie skrzydła.
Dlaczego Emhyr uparł się, żebym przyjechał po Czyniącego właśnie tutaj.
A co, sprzedają ich w każdym supermarkecie?
Mnisi owszem machają mieczami, ale to nie jest jakaś szczególna umiejętność. Ich zawodzące śpiewy i gęsie pióra raczej nie mają większej mocy sprawczej.
Śpiewy i pióra pewnie nie, ale śmiem twierdzić, że wprawne machnięcie mieczem może mieć całkiem silną moc sprawczą.
Jeździec zbliżył się do kapłanów na odległość dziesięciu kroków. Widząc, iż nie może spodziewać się z ich strony jakiejkolwiek reakcji, leniwie zsiadł z konia. (...) Prezentował się w czarnej rycerskiej półzbroi, do której srebrnymi klamrami imitującymi lwie łapy przypięty był również czarny płaszcz z wyhaftowanym czerwoną i srebrną nicią symbolem Nilfgaardu. Po chwili ściągnął hełm i światu ukazała się twarz o nieugiętym wyrazie, inteligentnym spojrzeniu brązowych, błyszczących oczu. Orli nos dodawał postaci majestatu i powagi.
Co nie udało się niezwykłej zbroi, mieczowi ani ogólnej sylwetce, udało się nosowi. No cóż, dobre i to.
W końcu osiągnął zamierzony cel. Jeden z kapłanów uniósł wysoko dłoń na znak zakończonego pojedynku.
Pewnie był fetyszystą nosów.
Bez oznak zmęczenia skłonił się przed przeciwnikiem (...) i oddał mu swój miecz. Ten odwzajemnił ukłon i oddalił się w stronę małego budynku przypominającego rozbudowaną stodołę.
KWIK. Znaczy co, stodoła miała lewe i prawe skrzydło, oraz specjalny składzik na gnój?
Jeździec w skupieniu wodził wzrokiem za oddalającym się.
Szczególnie jego uwagę przyciągnął tyłek mężczyzny oraz jego szerokie barki...
(No ale serio, na co innego można patrzeć, jeśli obserwuje się osobę oddalającą się od nas?)
Kapłan stojący obok niego wykonał nagły półobrót, odbił się palcami prawej stopy, bezszelestnie i z wielką gracją dosiadł konia. Pocmokał z góry na ogiera poklepując go po szyi. Rycerz mając uniesioną ze zdziwienia prawą brew spojrzał na kapłana. Postarał się jednak ukryć zaskoczenie przybierając natychmiastowo maskę obojętności.
Na jego miejscu w tej sytuacji udałabym raczej, że ta uniesiona brew to taki tik albo trwałe zniekształcenie twarzy, ale jak on tam chce.
Kapłan uśmiechnął się do niego zdawkowo. Twarz pojaśniała mu nieznacznie, zabłyszczały ogromne fiołkowe oczy.
Zatrzepotały czarne firanki rzęs...
- Całkiem wysoki jak na D�hoine. Niech idzie za mną, Aepass�hl czeka.
Pomijając już sypnięte kodowanie (Już wiem! Tam powinien być apostrof! *dumna z własnej dedukcji*) - imię tego boga ewoluuje w naprawdę fascynujący sposób.
Tak ogólnie to kwik, bo jedyne, z czym mi się kojarzy ta nazwa to pochodzące ze Starszej Mowy "aep arse", co znaczy nie mniej nie więcej, jak właśnie "w dupę". Nie wiem tylko, czy to opis, czy deklaracja. :D
Może to jakiś starożytny zakon sodomitów?
Rycerz kipiąc ze złości zaczął przystępować z nogi na nogę. Jeszcze nikt nigdy go tak nie znieważył zwracając się w ten sposób.
I dlatego zaczął z irytacji tupać nóżką.
(...) Obaj zniknęli w dużych, rzeźbionych w drewnie drzwiach. Weszli bez wątpienia do sanktuarium, w nozdrza momentalnie uderzył ich ostry i duszący zapach kadzideł. Szli zacienionym korytarzem lewej nawy bocznej. Rycerz począł nieco się rozglądać. Z posadzki świątyni wyrastały liczne klomby czarnych róż.
Ani chybi magia, skoro im KLOMBY samoczynnie na posadzce wyrastają. I co jeszcze? Ze ścian zwisały rabatki?
I jak one rosną bez światła? (Dobra, wiem, czepiam się. ;P)
Gdzieniegdzie stali inni kapłani bliźniaczo podobni do przewodnika o dziwnych oczach, a niektórzy leżeli krzyżem na lodowatej posadzce.
Krzyżem leży się zazwyczaj przed ołtarzem albo przed świętym posągiem, czy innym szczególnym miejscem w świątyni, a ten fragment brzmi trochę tak, jakby szanowni mnisi popadali w losowych miejscach w nawie bocznej i leżą, bo taaakaaa impreza była...
Z zakamarków sanktuarium dochodziły ciche wielogłosowe pieśni. Przesycone magicznymi mocami czarne róże, kadzidła i śpiew odurzały swą dziwnością.
Fakt, jak czytam o tym wszystkim, czuję się lekko odurzona.
Ej, ale czarne róże akurat są całkiem prozaiczne, wystarczy podlewać je wodą z barwnikiem.
Chwilę potem kapłan i Nilfgaardczyk skręcili w lewo wkraczając w krótsze ramię transeptu. Sanktuarium zbudowane było na planie nietypowego krzyża o ramionach nierównej długości. W miejscu prezbiterium znajdował się niewielki ołtarz, na którym płonęły dziesiątki długich świec.
Mniejsza o nierówność ramion - TO jest dopiero dziwność!
Bo ołtarz jest elementem prezbiterium. ;>
Bo z kolei ani trochę dziwne nie jest, że pogańska świątynia pogańskiego boga w z gruntu pogańskim Wiedźminlandzie zbudowana i opisana była na planie opatentowanym przez chrześcijańskie kościoły.
Widzę, że dialog pomiędzy religiami w Wiedźminlandzie kwitnie.
W miejscu prezbiterium znajdował się niewielki ołtarz, na którym płonęły dziesiątki długich świec.
Ogień wojny, płomień były tutaj czczone na równi z samym Aspallisem. Ciemnymi, stromymi schodami zeszli do podziemi sanktuarium.
Duszne powietrze przesycone było wonią róż. Przeszli jeszcze jeden długi korytarz, na jego końcu znajdowały się trzy pary drzwi. Środkowe cicho skrzypiąc otworzyły się samoczynnie.
O, fotokomórkę mają, fajnie.
Ale które środkowe? Bo mi wyszło, że tam sześć drzwi było.
Sala w istocie była niewielka, zalana ostrym światłem spadającym z sufitu, który zdawał się płonąć. Była to iluzja, aczkolwiek bardzo realistycznie wyglądająca i bijąca oślepiającymi blaskami.
Blaski uderzały wchodzących niczym bicze wodne - bo to nie była świątynia, a sanatorium, w którym prowadzono eksperymentalną terapię światłem.
Po chwili rycerz dostrzegł klęczącego w kącie człowieka. Był pochylony, szczupły, w odróżnieniu do innych kapłanów jego habit był oślepiająco biały. Słysząc dudnienie podkutych oficerek Nilfgaardczyka bezszelestnie wstał i zaczął zbliżać się do przybysza. Oczekiwał posła już drugi dzień.
- Rad jestem widzieć was hrabio, Iaden Dennis Cervantes aep Vigoffor.
Dennis Cervantes - piękne. A może lepiej Don Matthew Kichote?
Albo Unicef Clerasil? Też brzmi śpiewnie i cudzoziemsko.
A teraz, by uświadomić AŁtoreczce rozmiary zasadzonego przez nią failu, rozszyfrujemy to imię, za przykład podając imię Cahira, również Nilfgaardczyka. Przedstawiał się on jako "Cahir Mawr Dyffryn aep Ceallach", gdzie Cahir było jego imieniem, Mawr imieniem jego matki, Dyffryn nazwiskiem rodowym, a "aep Ceallach" oznaczało "syn Ceallacha". Zatem w opku mamy Iadana, którego matka nazywała się Dennis (!) i który nosił nazwisko rodowe Cervantes (!!!).
Przybywacie jako poseł cesarza Nilfgaardu. (...) Jestem Fommar Cinabr, Aepass�hl świątyni Aspallisa.
Gestem wskazał posłowi stojące nieopodal pięknie rzeźbione krzesło z drzewa cedrowego. Sam spoczął na podwyższeniu obitym karminowym pluszem. Obok stał mały stolik, na którym leżała srebrna patera z czerwonymi jak krew malutkimi jabłuszkami.
Hm, w świętym miejscu mają szamkę? Dość niekonwencjonalnie...
Rycerz zaczął mu się przyglądać. Ruchy kapłana były pełne majestatu, twarz o smutnych, wyblakłych oczach odzwierciedlała życie ascety.
Częścią tej wyniszczającej ascezy było to siedzenie z karminowym pluszem i jabłuszka?
Jak to robiła? Oczy biczowały się o świcie i o zmroku, nos praktykował post, a uszy wznosiły nieustające modły?
Głowa jego od czoła niemal do skroni była ogolona.
Ale przecież skronie są tuż przy czole, po bokach... znaczy co, czoło miało mu zwyczaj zarastać? :O
Pozostałe włosy siwe i długie do pasa splecione były w ciasny warkocz.
Te krótkie i rude sterczały radośnie na boki.
Był elfem jak większość kapłanów Aspallisa. Ponadto miał prawie pięćset lat i za sobą tysiące spotkań takich jak to.
Oczyma duszy mojej ujrzałam właśnie tego elfa podgolonego niczym chiński chłop pańszczyźniany. O.O
A teraz skupmy się na kolejnym failu, moi mili. Pięćsetletni elf miał szansę pamiętać przybycie pierwszych ludzi do Wiedźminlandu, a z całą pewnością pamiętał rozpoczęcie wojen elfio-ludzkich. I teraz powiedzcie mi: czy wasze zawieszenie niewiary przetrzyma starożytnego elfa, który po tym wszystkim służył jeszcze ludzkiemu bogu?
- Cesarz Emhyr var Emereis zapewnia swoją przyjaźń i przychylność świątyni wielkiego Aspallisa. (...) Przysyła swego posła, sam deklarując się uniżonym sługą i przyjacielem najwyższego kapłana.
Uniżonym sługą? Cesarz Emhyr? Żartujesz sobie?!
Zwraca się toteż do niego z braterską prośbą o wsparcie w pewnej bardzo ważnej dla cesarza kwestii.
Tak. O udzielenie bratniej pomocy w kwestii doboru zasłon w nowej sypialni. To kluczowa sprawa.
Skinienie i zdawkowy uśmiech. Czyżby wiedział, o co chodzi?
Iaden wziął głęboki oddech.
- Cesarz pokornie prosi o przysłanie na jego dwór Czyniącego.
Cesarz nie prosi pokornie. Cesarz bierze wszystko, co leży na jego ziemiach, ponieważ wszystko to jest jego własnością. Come on, to jest Nilfgaard, a nie jakaś Polska z konkordatem. :/
Wie, że jego świątobliwość ćwiczy w świątyni obdarzonych szczególnymi umiejętnościami. (...)
Kapłan poruszył się nieznacznie sięgając po maleńkie czerwone jabłko.
- Od wieków, wy ludzie przychodzicie tutaj, do świątyni Aspallisa z prośbami, których realizacją zajmować winni się jedynie bogowie.
Znaczy, żeby wywołać deszcz w czasie suszy albo wygubić niewiernych przy każdej innej okazji?
Któż to, człowiek, ma mieć moc odbierania życia mianowanym pasterzami narodów królom? Może jednak to tylko elfi kapłani mogą brukać swe dłonie krwią ludzi, a nie bogowie?
Słuszne pytanie. Przecież powszechnie wiadomo, że „bogowie łakną krwi”. Więc czemu kapłani zabierają im taką frajdę?
Aep'arse chyba mistrzem Yodą być chce. Jednak tyle stylu co on nie ma. I miast mądrości bełkot z ust jego spływa.
- Cesarz Emhyr ośmiela się prosić o Czyniącego. Ludzka pycha i strach stanowią przyczynek zamachów („stanowić przyczynek DO czegoś”, na litość! Jak już używasz takich zwrotów, rób to poprawnie!) na życie bliźnich.
Koncepcja drugiej osoby jako „bliźniego” jest typowo chrześcijańska, pragnę zauważyć. Czy ten wątek sponsoruje akcja Chrześcijaństwo W Każdym Uniwersum?
Nigdy nie daliście sobie wytłumaczyć, iż to nie przeciwników należy eksterminować, lecz wasze chorobliwe władcze zapędy.
Słowem: zen, moi mili, zeeeen.
Przeciwnicy zaś, jak na wrogów przestało, automatycznie przestaną wam wtedy zagrażać.
Uroboros, wąż pożerający swój własny ogon przyniesie wam wkrótce zakrwawiony sztylet.
Super! Wszędzie go szukałam.
Ten sam, którym ośmielaliście się dokonywać mordu na władcach.
Wąż z funkcją aportowania.
Od tego samego zginiecie wy, którzy chcieliście przechytrzyć los. Zęby Uroborosa obdzielą was taką samą śmiercią.
Ej, ale Uroboros jest symbolem nieskończoności, a nie karmy. :/
Wasza historia ciągle jest taka sama. Zmieniają się tylko czasy, miejsca i nazwiska. Czyny pozostają niezmienne. Wąż przynosi ludziom jeden czas. Czas zdrady i śmierci. Pomylił się, jeżeli myślał, że wyciągniecie z tego jakąkolwiek pożyteczną naukę.
Zapadło głuche milczenie, Aepass�hl wbił równiutkie zęby w twardy miąższ jabłka. Po chwili dodał ze spokojną obojętnością:
- Nie mylę się, nieprawdaż?
Iaden przez chwilę nie wiedział, co ma powiedzieć. Kapłan miał zupełną rację.
Ojeju, natychmiastowe nawrócenie na pacyfizm, no proszę. Posyp teraz głowę popiołem.
Musiał jednak podjąć dalszą rozmowę.
- Najjaśniejszy cesarz Emhyr władca Nilfgaardu prosi o Czyniącego, który zgładzi wiedźmina i odbierze mutantowi Dziecko Niespodziankę.
Kapłan łagodnie uniósł brwi, po czym zaśmiał się. Posłowi zdało się, że w sali rozbrzmiało tysiąc maleńkich dzwoneczków.
Gościu ma carillon w krtani?!
- Zabić wiedźmina? Czy Emhyr ma mnie i podlegających mi kapłanów za płatnych najemników?
Nie, kurde, za najemników – wolontariuszy.
Nikczemników pragnących jedynie mordować, palić, niszczyć, gwałcić?
Wprawdzie była mowa tylko o mordowaniu... ale to zabawne, że wspomniałeś o tym gwałceniu, Aep'arse.
No, Krzyżacy jakoś potrafili połączyć powyższe z uduchowieniem. I w sumie nie tylko oni...
Wstał z karminowego siedzenia. Czerwień drażniąco kontrastowała z jego habitem i bladą skórą.
Wywoływała alergię mentalną.
- Cesarz najwyraźniej pomylił sobie instytucje i osoby. Do likwidacji wiedźminów powinien zatrudnić kogoś takiego jak Schirrú, albo Leo Bonhart. (...) Na pewno nie odmówi cesarzowi w odbijaniu Dziecka Niespodzianki.
Zabawne, jak szybko wielkiemu Aep'arsowi minęła ta dziwna maniera kaleczenia gramatyki. Można by pomyśleć, że od dawna układał sobie tamtą pretensjonalną przemowę.
Poseł poczerwieniał nagle wyczuwając w głosie elfa wyższość i drwinę. Zreflektował się natychmiast.
Kazał swoim policzkom natychmiast zblednąć!
- Cesarz jest przekonany, iż zadania podjąć się może jedynie Czyniący.
Fommar Cinabr ponownie usiadł i westchnął znużony.
- Czyniący są kapłanami i wiernymi wojownikami Aspallisa. Szkoleni i kształceni nie po to, by narażali swój los na byle bijatyki i swady. Oni rodzą się z rzadkimi predyspozycjami do wyższej magii. Drzemie w nich potężna moc, która źle wykorzystana występuje przeciwko ludzkości i niszczy ją. Kapłani Aspallisa stoją na straży sił chaosu i dobra.
Ok, czyli mamy do czynienia z wylęgarnią magicznych randomowych przekoksów, którzy są tak potężni, że Sapek nie zająknął się o nich słowem (pewnie ze strachu).
[Aep'arse jeszcze trochę dąsa się i kryguje, ale oczywiście się zgadza.]
***
Niedługo po tej rozmowie Fommar Cinabr zaprowadził Iadena do sali, w której kapłani odbywali ćwiczenia. Spośród czternastu walczących wskazał jednego. W dłoni nadal trzymał nadgryzione czerwone jabłuszko.
- Aloe, nunnab! Aloe, łap!
Mam tu słownik Starszej Mowy i nie zawaham się go użyć. *Kalevatar uses Dictionary. It’s super effective!* Oczywiście, nie zawiera on niczego nawet zbliżonego do "nun'nab". Swoją drogą, to brzmi bardziej jak jakieś suahili, nie?
Mnie z tego wyszło “aloesowa niańka Narodowego Banku Australii”. Nic mnie już chyba nie zdziwi...
Jabłuszko wyleciało nagle w górę, jak wystrzelone z procy. Kapłan nazwany Aloe
No bez jaj. A Prawoślaza też mają?
stał chwilę nasłuchując,
Czego nasłuchiwał? Świstu nadlatującego jabłka? :P
po czym obrócił się profilem i wysunął w górę dziwnie złożoną dłoń. Coś świsnęło w powietrzu, a następnie z chrzęstem wbiło się w coś twardego.
Pod nogami Iadena wylądowało przebite małym sztyletem jabłko. Wyczyn nie byłby taki pokazowy, gdyby nie fakt, iż rzucający miał oczy przewiązane czarną opaską.
Pfff! Zwykła cyrkowa sztuczka. W dodatku koleś został ostrzeżony, że ktoś do niego rzuca. No i miał złapać to jabłko. ;P
Nie mógł wyjść z podziwu dla umiejętności kapłana, którego przedstawiono mu imieniem Aloe. Aloe Amuddsen Cinabr.
Amuddsen? Norwegów też tam mają?
Czyniący był najmłodszym siostrzeńcem Aepass�hl.
***
Mistrz jak maskę zrzucił rysujące się na twarzy myśli i wspomnienia.
W mojej głowie pojawił się makabryczny obraz zdzierania sobie skóry z twarzy. Dziękuję Ci, aŁtorko.
Dziwny szelest wyrwał go z zadumy i kazał działać wszystkim zmysłom.
Zmysły ruszyły z piskiem opon (mózgowych).
Począł nasłuchiwać i wpatrywać się w zarośla. Ounlil szedł przodem coraz częściej potykając się. Zmęczenie wpełzało w jego ciało lodowatym odrętwieniem.
Chłodziło go? Kurde, chcę takie zmęczenie - zwłaszcza latem!
Nogi sprawiały mu kłopoty. Odmawiały posłuszeństwa i stawiania kolejnych kroków.
Wywiesiły też stosowne postulaty na piętach i zbudowały barykady na poziomie kolan.
Zmęczenie ludzkiego ciała wizualizowało się.
Koło głowy pojawiły mu się takie wielkie krople potu, jak w mandze?
Potykało między potrzebą spoczynku a koniecznością dalszej wędrówki.
Potykało się...? Szła koło niego jakaś antropomorficzna personifikacja zmęczenia, dobrze rozumiem?
Zaczynało nieco rozjaśniać się. Poszarpane skrawki światła przebijały się przez zielone tarcze liści.
Liściaste tarcze były jednak mocne i nie przepuszczały światła - a ostre klingi gałęzi szarpały je na jeszcze mniejsze strzępy, w związku z czym światło spadało na ziemię w postaci małych, błyszczących plasterków.
Mistrz opuścił lekko powieki. Pierwszy blask słońca zawsze boleśnie kłuł go w oczy.
Był głodny, brudny i przemoczony.
Ten blask. Dlatego kłuł.
Drugi blask kłuł go w pośladki, a trzeci łaskotał za uchem.
Ubranie ciążyło mu, utrudniało ruch.
Tak mu namokło od rosy, że nagle waży tyle co zbroja?
Wiesz, skoro przedzierali się przez bagno, to całkiem prawdopodobne.
Szedł jednak dalej rozglądając się dookoła coraz częściej. Wyczuwał bowiem w powietrzu delikatne drgania.
Wibracje Mocy, ani chybi. I jeszcze te, jak im tam... fluktuacje.
Nie była to mgła osadzająca się na bagnach i krzakach. Wyraźnie jego ramiona i twarz oblepiała emitowana przez coś dziwnego magiczna energia.
Boru, tylko nie to, znowu będą te niebieskie magiczne gluty i próba samouduszenia?! NUUUUUUUU!!!
Rozglądał się bacznie, lecz niczego nie dostrzegał.
Im dalej szli tym dziwne poczucie wzmagało się. Mistrzowi zaczęło szumieć w głowie. Zachwiał się, ale nie upadł.
- Mistrzu, musim odpocząć. Nie da rady dalej leźć. Nie da.
Kumie, ino tamój dojdziem! Wżdy uradzim!
- I tak jesteśmy już spóźnieni. Przed świtem mieliśmy być w Um. (...)
Kroczyli dalej. Mistrz w skupieniu starał się regenerować siły. Wykonał dłonią krótki gest. Wyrzucił w przód trzy palce i przesunął nimi w powietrzu, w dół.
Miał zapas tych palców w bagażu?Może to były takie palce?
Czar wzmacniający podziałał natychmiastowo. Ciepła energia przebiegła po jego ciele i zaraz potem przeszła na Ounlila.
Nie przeszli jednak jednej mili jak niepokojące magiczne sygnały nasiliły się. Poczęły pulsować i szumieć w głowie Mistrza. (...) Szepnął na Ounlila by ten zatrzymał się. (...)
Mistrz pomacał prawą dłonią rękojeść kutego przez elfy miecza. Miał go zawieszony przy pasie. Z lewego rękawa szaty wysunął krótki sztylet o bardzo wąskim ostrzu. Nieznacznie pochylił się nasłuchując. Widział jak krzaki parę kroków przed Ounlilem poruszyły się.
Nagle z pozostałych ciemności nocy wychynęła chuda, mała, jarząca się postać.
Laboga, Człowiek-Żarówka!
Biła od niej biało - zielona łuna światła.
Łuna światła - uff, to nie tak źle. Zawsze mogła być to łuna ciemności.
Natychmiast potem dało się słyszeć dziki kwik przerażonego Ounlila. Chłop nie zdążył odskoczyć. Potwór zamienił go w prosię? ucapił go za nogę.
Mistrz niemal nie poruszając się wprawił sztylet w świdrujący ruch.
Z niebywałą wprawą wwiercił go w powietrze.
Ostrze przeleciało tuż nad uchem panicznie szamoczącego się Ounlila i zatopiło się w ramieniu potwora. Dało się słyszeć jednoczesny jazgot i skowyt.
A także wycie i zawodzenie. =.=
Mistrz był już przy zmorze i drasnął jej wielkie trzepoczące skrzydło.
Sugeruję celować raczej klatkę piersiową...
Potwór o zbliżonej do kobiecej fizjonomii nie miał jednak ochoty puszczać Ounlila, który darł się tak jakby obdzierano go ze skóry. Kobieta - demon spojrzała czerwonymi okrągłymi ślepiami na Mistrza i wyszczerzyła długie igłowate zęby. Nagle z chudych kikutów, które pełniły funkcję rąk o wielkich czteropalczastych łapach
Kikuty bardzo starały się nadrabiać miną i animuszem, ale w funkcji rąk z łapami nie czuły się najlepiej.
Nagle z chudych kikutów, które pełniły funkcję rąk o wielkich czteropalczastych łapach wypuściła chłopa.
To brzmi, jakby chłop był jakimś rodzajem broni czy innego podłego ataku. ^^
Łaaaa, dzika bestia chłopostrzelna!!!
Długimi pazurami machnęła przed twarzą Mistrza. Ten cofnął się zataczając mieczem szybkie okręgi różnych wielkości. Dobrze wiedział, że da mu to nieco czasu na wyskandowanie odpowiedniego zaklęcia.
Tak, bo potwora będzie biegać za nim z cyrklem i sprawdzać, czy okręgi rzeczywiście są różnej wielkości.
Jeśli to powstała z grobu psychopatyczna matematyczka - kto wie.
Mimo to, musiał się spieszyć. Stała przed nim lekko trzepocąca skrzydłami, młoda, wygłodniała i wściekła harpia.
Czyli miałam rację z tą matematyczką.
Przełożył miecz z prawej dłoni do lewej. Cicho wypowiedział zaklęcie a następnie uderzył znakiem ogłuszającym. (...) Cios był nadspodziewanie silny, momentalnie ogłupioną harpię mocno odrzuciło do tyłu. Uderzyła skrzydłami w pobliskie drzewo i szamocąc się chlupnęła w bagno.(...)
Potwór wyskoczył ze szlamu z jazgotliwym wrzaskiem. Mistrzowi zadzwoniło w uszach. (...) Mistrz postanowił użyć swych umiejętności telepatycznych i wedrzeć się do jej mózgu.
Bo zarąbanie jej mieczem byłoby zbyt proste, nie?
Zbyt prozaiczne. Uwłaczałoby jego dumie.
Z głębi siebie zaczął wydawać jeszcze straszniejsze dźwięki mające odstraszyć potwora.
Wyemitował całą symfonię na gazy jelitowe.
A potem beknął bojowo.
[Tu następuje przydługa, choć nieźle napisana scena walki. Ale wynik może być tylko jeden:] Demon oddał zwycięstwo Mistrzowi.
Oddech Mistrza nie przyspieszył ani na chwilę. Umysł miał po brzegi przepełniony bitewnym szałem.
Bo szał oczywiście idzie w parze z kontrolą oddechu i innymi takimi wykwintnościami.
Bo to był klasyczny berserk kontrolowany, nie znasz się. Praktykowany jest głownie przez wyjątkowo wkurwionych mnichów tybetańskich.
Coś jak "Ommmmmój buddo KRWI KRWI zeen..."?
Po kilku sekundach euforia zelżała znacznie. (…) Włożył zbroczony krwią miecz do pochwy
...bo po co go wytrzeć, prawda... Przecież zaschnięta na klindze krew jest taka tru.
i wyciągnął z ramienia harpii swój sztylet.
Przypomniał sobie o Ounlilu. Szybkim krokiem doskoczył do leżącego chłopa.
Nie było wątpliwości, że był martwy. (…)
Mistrz stojąc nad zwłokami przez chwilę zastanawiał się nad podjęciem próby odratowania Ounlila.
Uuu, teraz to już tylko wprawny w fachu Igor mógłby pomóc.
Szybko jednak porzucił tę myśl. Tworzenie iluzji wyższego stopnia zajęłoby mu dużo czasu, a nogę i tak przyszłoby po prostu amputować.
A na wuj mu iluzoryczny chłop? Nie lepiej ratować tego prawdziwego? Przecież już raz go wskrzesił. :/
Wzruszył więc lekko ramionami i zaklął pod nosem. Był potwornie głodny. Jedzenie iluzorycznych dań uznawał za żałosne, a Ounlila rzeczywiście już w żaden sposób nie dało się wykorzystać.
Czy AŁtoreczka nam w ten subtelny sposób sugeruje, że Mistrz ma zamiar WPIERDZIELIĆ tego trupa? O.o
Yyy... chyba nie chcę znać odpowiedzi na to pytanie.