niedziela, 29 maja 2011

Klątwa Doliny Węży II: Zemsta aksamitnej skarpetki


Witajcie!
Wybaczcie nam to drobne opóźnienie: niestety, sesja to wredna sucz i ma w nosie zarówno Wasze zniecierpliwienie, jak i naszą frustrację. Ale resztkami sił udało nam się wreszcie dokończyć analizę - oto i ona! Po raz trzeci spotkamy się z Merlinem, Arturem, krwiożerczymi świniorogami i przebiegłymi powstańcami. Czekają Was krwawe opisy walk, wiele nieprzewidywalnych zwrotów akcji i gorący romans pomiędzy czarodziejem a Sophie.
Tiaaaa... chcielibyście, co? Hm, w każdym razie mogę Wam zagwarantować obecność różowiutkich Kupidynków, polany pachnącej pierogami i domu, który stał niedaleko ogródka, który był przy jednej z rabatek, jaka z kolei była przy stajni, gdzie mieszkał jeden koń.
Nie, TYM RAZEM nie żartowałam.
Indżojcie!

Blogasek zanalizowały: Kalevatar i Pigmejka.


-Przecież to Artur!- krzyknęła- Wołajmy, możne nas uratuje...
-Szczerzę, to wątpię...Ja też. Co niby miałby zrobić? Przekupić te stwory skarpetkami?
Właśnie. Co gdyby to były przynajmniej kaczkorożcojelenie, można by na nie zawołać "taś taś" i je jakoś odciągnąć. Ale jak się woła na świniorożcojelenie - wybaczcie, ale nie wiem. "Chrum chrum"?
Może należy je przekupić żołędziami albo czymś takim? A nie, to raczej dziki...

Rycerz w zbroi zbliżył się do dwójki koczującej na dachu.A bestie posłusznie go zignorowały.
Mam nadzieję, że nie tak, jak w tym dowcipie...

-No, no Merlinie... piękne miejsce...- odezwał się złośliwie. Chłopak zazgrzytał zębami, ale zaraz potem zapytał księcia słodkim głosikiem:
- A co ty tu robisz, Arturze?
- Jak to co? Świnie wypasam. Nowa rasa, ze wschodu, z jakiegoś... Czelabińska.

-Ratuje Morganę, widzisz biedaczka zemdlała ze strachu... Precz poczwaro!!!- i mieczem powalił atakującego świnioroga
- Czy one nie miały być przypadkiem nieśmiertelne? - zapytała Kal z głupia frant, zupełnie jakby aŁtoreczkowa amnezja nie była do przewidzenia.
Podejrzewam, że ten Świnioróg padł ze śmiechu...

- nie do ciebie Merlinie, a co ja mówiłem? A że ratuję Morganę, zamierzam zawieść ją na Polanę Miłości, gdzie będzie bezpieczna.
Polanę Miłości. Ekhem. Tak... Miłości.
Pomińmy to, dobrze?
Ratuję Morganę,
zamierzam zawieść ją na polanę
tam prawiczkiem być przestanę
Oł je!

A masz, ty głupi potworze!!!!, to też nie do ciebie... Jedziecie ze mną?-Gwen potaknęła.
-Nie wiem jakie masz plany- zwróciła się do Merlina- ale ja uciekam... Morgana mnie potrzebuję... żegnaj przyjacielu z młodości, czuję, że już się nie zobaczymy...
Tak, zostaw go na dachu, na pewną śmierć, co się będziesz przejmować! ;D

-Hej, hej Gwen, ja też jadę na Polanę Złości, nie Miłości. Gdzie konie?
Ktoś je opylił w zamian za królestwo.
KONI na Polanie Miłości będzie zapewne dostatek, nie martw się.

- Najpierw musisz je złapać...- odpowiedział książę z Camelotu, wbijając włócznie w kark bestii.
Seryjny miotacz włóczni FTW! \m/Może to była ta słynna kusza trolla Detrytusa?

Merlin podszedł do krawędzi. Z dachu wszystko wydawało się mniejsze. Grupka spłoszonych koni właśnie zbliżała się do miejsca w którym miał zeskoczyć.
Były tak absolutnie spłoszone, że zbliżały się nonszalanckim truchtem wprost pod lewitujący dach otoczony przez stado kotoświnojeleni. Tak.
Były spłoszone, bo zapędzał je tam Mroczny Zaganiacz, będący na usługach Imperatywu Blogaskowego.

Artur właśnie walczył z dwoma świniorogami, trzymając jednocześnie nieprzytomną Morganę. Zadawał im kłute rany na całym ciele.
- Oskarżam Artura Pendragona o to, że przy pomocy niebezpiecznego narzędzia zadał poszkodowanemu świniokotojeleniowi kilkanaście ran kłutych na całym ciele, powodując rozstrój jego zdrowia na okres powyżej siedmiu dni. Czy oskarżony przyznaje się do winy?
- Ależ paaanie prokuratorze...

Przed chwilę odrąbał toporem jednemu z potworów ohydny róg.
Ten ładny róg zostawił.Bo ten brzydki psuł kompozycję po prostu.

Czarodziej odwrócił wzrok od dzielnego księcia. Przywołał magię i nią uspokoił dwa konie. Zmieniając wiatr i prądy powietrzne (i rozstrajając klimat na całej półkuli, powodując gwałtowne topnienie lodowców i pustynnienie lasu Birnam) osadził siebie na siodle pierwszego z rumaków, a Gwen na drugiego. Stuknął swego wierzchowca piętami, zmuszając do galopu. Miotając zaklęcia iluzji i zaćmienia, zdołał spłoszyć większość potworów z ich drogi.
Pod wpływem powstałej wskutek zaklęć pomroczności jasnej świniojelenie prowadziły pojazdy po pijanemu i wydawało im się, że są synami prezydenta-elektryka.
Zaklęcie Zaćmienia przywołało bladolicego, sparklącego w słońcu młodzieńca o imieniu Edward. Biedak wyglądał na lekko skołowanego.

W międzyczasie opowiedział Arturowi wszystko co wiedział o tajemniczych potworach.
-Czy król organizuje pomoc dla mieszczan?- zapytała Ginewra Artura, gdy wyjechali z Camelotu.
-Król? Nie... on sam jest tym stworem.
A że Artur część już zakłuł, jest spora szansa, że został właśnie ojco- i królobójcą.
Nie takie rzeczy synowie robili, żeby się dopchać do tronu. ^^

-Ale jeden z lordów musi dowodzić misją ratunkową, a gwardziści?
Właśnie spuszczają się po ścianach. Znaczy, na linach się spuszczają z murów, mężnie spiesząc mieszczanom z odsieczą, a co myśleliście?

-Lordowie to tchórze pochowali się w domach. A gwardziści zmienili się w te świniorogi... i... wszyscy mieli na nogach skarpetki od Merlina!
OMG, to jest Ultimate Plot-twist of Doom: Klątwa aksamitnych skarpeciorów. Czekam na film pod tym tytułem z Johnnym Deppem w roli głównej, a Wy?
Klątwa Doliny Węży II: Zemsta aksamitnej skarpetki - w reżyserii Marka Piestraka: o tak, to by było dobre!

Merlinie skąd miałeś te skarpetki?!????????- I w tym momencie wjechali do Lasu Altheri. Owionął ich słodki zapach rajskich owoców i egzotycznych kwiatów.
Na jakie egzotyczne kwiaty można się natknąć na Wyspach? Na stokrotki?Ałtorko, zdecyduj się: oni wjechali do lasu, do raju czy do amazońskiej dżungli?!

Nagle zza wielkiego drzewa wynurzyły się dwie postacie w białych szatach. W dłoniach trzymały zaostrzone miecze.
Tak z grubsza tylko zaostrzone, jak kije do pieczenia kiełbasek.
Ty się nie śmiej z zaostrzonych kijów, dobrze?

-Kim jesteście wędrowcy? Czego chcecie z Lasu Altheri? Czego chcecie od naszej Pani?- zapytały razem piękne, blade istoty, aksamitnym głosem.
- Grzybów i jeży - odpowiedziały również razem piękne i blade (z niewyspania) Analizatorki.

-Jestem Artur Pendragon, to moja ukochana lady Morgana, a tamci dwoje to nasi przyjaciele: Merlin, syn Hunith, i Ginewra, córka Toma.
Mhm... same wymyślne imiona, aż tu nagle - Tom. Szkoda, że nie Zbychu.Albo Stefan.

Mój ojciec nie zgadza się na ślub, toteż przyszliśmy tutaj...
- Zatem wejdźcie nieszczęśnicy, a wyjdziecie jako najszczęśliwsi z ludzi...- tajemnicze istoty przepuściły ich i pokazały drogę na Polanę Miłości. Gdy weszli, owionęła ich jeszcze piękniejsza niż na początku woń.
Nie może być! Pierogi z grzybami gotowali? *u*

Była taka świeża i czysta, a jednocześnie pachniała ciepło wschodnimi przyprawami i grzała się w południowym słońcu.
Ta woń się grzała. Pewnie jeszcze leżała na trawie z brzuszkiem na wierzchu.Nie no, te pierogi odgrzewali po prostu.

-To jest raj- wyszeptała Gwen- Merlinie, pobierzmy się... nie dlatego że tak bardzo cię kocham, oczywiście lubię cię bardzo, ale nie tak żebyśmy mogli wziąć ślub, ale ta atmosfera...
Ja rozumiem, żeby ulec atmosferze chwili i się, ekhm, razem zapomnieć, ale żeby brać ślub? O.O W tym lesie chyba rozpylają jakieś dziwne gazy ogłupiające.
Może to ta z dawna planowana polityka prorodzinna?

-Dzięki Gwen, naprawdę Cię zrozumiałem...A ja jakoś nie.

Wkrótce doszli do wielkiej polany porośniętej różami, liliami i innymi kwiatami z całego świata.
Głównie kalafiorami.
Jeżeli były tam kwiaty z CAŁEGO świata, to może i TEN? To by mogło tłumaczyć niezwykłą woń, unoszącą się w okolicy...

Po trawie, która była tak miękka jak tygrysia skóra, biegały małe istotki o zaróżowionych twarzyczkach z kołczanem pełnym strzał na plecach i łukiem w dłoni.Na środku stała wysoka postać, o nieziemskiej urodzie, odziana w w suknię ze światła księżyca.
Czyli z gołą dupą latała, nie czarujmy się.Pomiędzy różowymi Kupidynkami. Mnie słabo, ja ginę...

-Podejdźcie tu dzieci- zawołała głosem, którym mogłaby obudzi umarłego, zwłaszcza tego który kiedyś był zakochany.
Ty już umarłeś? Ach! ja się boję!
Czego się boję mego Jasieńka?
Ach, to on! lica twoje, oczki twoje!
Twoja biała sukienka!
I sam ty biały jak chusta,
Zimny, jakie zimne dłonie!
Tutaj połóż, tu na łonie,
Przyciśnij mnie, do ust usta!

I razem podeszli do ołtarza, porośniętego różami i bluszczem. Altheri stanęła przed nimi.
- Zebraliśmy się tutaj, na mym świętym ołtarzu, by połączyć wasze serca spragnione miłości w jedno.
-Stop!!!!!!!!!!! - krzyknął ktoś z tyłu. Był to Merlin. - Nie możecie się pobrać... W każdym razie nie teraz... Znalazłem sposób na pokonanie świniorogów, dzieci Darthy Widzącej!!! Wracamy do Camelotu!!!! Natychmiast!!!!!!
Eeej, z takimi rzeczami to się czeka do tego etapu "niech powie to teraz albo na zawsze zachowa milczenie". Merlin psuje widowisko. :/

-Merlinie, synu Hunith, złamałeś prawo krainy Tavv, mego królestwa. Odejdź nieszczęśliwy, jako że przeszkodziłeś innym w dążeniu do szczęścia! Odejdź i nie wracaj. Zginiesz w samotni, nie poznasz miłości, nie zobaczysz szczęścia!
Ergo - zostaniesz księdzem!!!Oj tam, niektórzy księża potrafią się ustawić w życiu całkiem dobrze. On raczej zostanie stereotypowym EMO.

Idź precz!
Słońce zaszło za chmury, kwiaty zaczęły więdnąć...
Pierogi się rozgotowały... :(

Lodowaty wiatr przenikał wszystkich do szpiku kości... Altheri i jej słudzy zniknęli. Merlin i jego przyjaciele stali na zimnym pustkowiu. Morgana płakała, wylewając srebrne łzy na sczerniałe, wyschnięte runo.
Płacze srebrem?! Kurde, dobrze, że srebrem nie krwawi, bo jeszcze by się okazało, że jest jednorożcem ze świata Harry’ego Pottera.

W czasie drogi powrotnej do Camelotu nikt nie odzywał się. Kiedy wyjechali ze starego, wynędzniałego lasu, Artur zapytał.
-I jaki jest ten plan Merlinie?
-Musimy złapać świniorogi i zdjąć im skarpetki od Darthy!
To te mroczne, w cholerę wielkie bestie popieprzają cały czas w skarpetkach? :D
Właśnie wyobraziłam sobie coś takiego:


-Od Darthy?
-Tak, skarpetki zrobiła Dartha Widząca, najpotężniejsza czarodziejka z krainy N'ah. Chciała, byś omotany chęcią zdobycia tronu, ożenił się z Morganą, i wybijając, przy mojej skromnej pomocy wszystkie świniorogi, zgładził swego ojca i został królem.
- No i to był zajebisty plan!!! Musiałeś się wtrącać?

-Przy twojej pomocy? Przecież ty nic nie zrobiłeś!!!
-A kto niby, gdy uciekaliśmy z Camelotu, rozproszył wszystkie swiniorogi i nie pozwolił im wejść nam w drogę?
-No, może i ty, ale nie sądzę... (...) A co do zdjęcia świniorogom skarpetek, to plan genialny w swej prostocie, prawda Morgano?- Dziewczyna pokiwała głową. Nadal była zła, że Merlin rozwalił jej wesele. Jednak młody czarodziej nie przejmował się docinkami nadętego księcia. Wiedział, że ten ślub miał być tylko po to by Artur mógł zagarnąć tron swego ojca!
No i co w tym złego? I tak go przecież kiedyś zajmie.
To analizowanie doszczętnie wyprało Cię z moralności. Tu chodzi o ZASADY!
O co? :D

A biedna Morgana, widocznie uwierzyła że książę mógł ją naprawdę kochać.
*nie ma siły po raz enty wyjaśniać realiów szlacheckich ożenków*

***
Gdy wjechali do miasta, powitał ich straszny widok. Ulica, na której nie tak dawno stały małe, ale schludne domy oraz liczne stragany, była istnym pobojowiskiem. W ruinach kryły się żądne krwi świniorogi. Gdy pierwszy z nich wyskoczył na powracającą z Polany Miłości czwórkę, Merlin wiedział co robić. Za pomocą magii przywołał nierozerwalną sieć Hadvinny, i zarzucił ją na potwora. Świnioróg był w pułapce! Wystarczyło tylko zeskoczyć z konia, złapać każdą nogę bestii i pozbawić ją czarodziejskich skarpetek.
Co za prościzna! A ta sieć, to przepraszam, miała działanie paraliżujące? Bo mnie się zdaje, że wściekły potwór, zaplatany w sieć, będzie wściekłym, szamoczącym się w sieci potworem, a nie “magicznie unieruchomionym potworem”.

[Tak też uczyniono, przy okazji odczarowując też króla Uthera.]

Następnego dnia zaczęło się wielkie sprzątanie, w które włączył się nawet, ale z wielką niechęcią, Uther(chodziły słuchy, że sprawcą tego, że król pomaga zwykłym ludziom, był dawny królewski przyjaciel pan Hildegard Morwin).
I cooo jeszcze? Może zaraz zaprzęgną władcę do pługa i będą orać nim pole w imię sprawiedliwości społecznej?

Przez wiele dni gwardia i mieszczanie walczyli z olbrzymimi stratami, zrobionymi przez rozszalałe świniorogi. W końcu trzydziestego dnia, Król ogłosił
...że wszystkie straty dostały po mordzie i więcej się tu nie zjawią.

koniec napraw. Camelot powoli podnosił się z kolan, na które rzuciły go świniorogi!Nie wiem czemu wyobraziłam sobie zamek, z pieluchą na baszcie, uczący się chodzić po długim okresie raczkowania. Zaprawdę, powiadam Wam, dziwna to była wizja.

***
Merlin siedział na łóżku i ćwiczył magię. W pokoju nad nim spała (po nieprzespanej nocy) Sophie.
Przepraszam bardzo, czy mnie to ma dać coś do zrozumienia?

[Spohie nakrywa Merlina na... nie na tym, co zwykle robią w łóżku młodzi chłopcy ^^, ale na praktykowaniu magii.]
-Jesteś magiem, tak?-zapytała Sophie zaskoczonym głosem.
Młody mag wiedział, że jeżeli zacznie zaprzeczać Sophie mu nie uwierzy, więc powiedział prawdę:
-Tak, jestem czarodziejem.
-Łał! -powiedziała radosnym głosem dziewczyna.-Wiedziałam, że z tobą jest coś nie tak, ale nie aż tak bardzo!
Merlin zaśmiał się. Sophie zaakceptowała go szybciej niż Gajusz!
Aha. Zatem "wiedziałam, że jesteś popierdzielony, ale nie aż tak bardzo!" jest wyrazem akceptacji?

To było dopiero osiągnięcie!Czyje? Przypadku chyba - bo przecież nie Merlina.

-Po jakiemu napisane są zaklęcia?-zapytała dziewczyna, siadając na łóżku i otwierając księgę.
-Gajusz mówi, że to stary język czarodziejów i krasnoludów.
-Acha. Ale wymawia się tak, jak się pisze?
Ależ oczywiście. Tajemny język magii nie może być trudny do nauczenia, prawda?
A ja się zastanawiam, z jakiej racji krasnoludy i czarodzieje mają mieć wspólny język.
Ale nie ma sensu pytać o takie rzeczy, prawda?

-To zaklęcie...-wręczyła Merlinowi książkę.- Umiesz je?
Mag spojrzał na stronę wskazywaną przez dziewczynę. Było to zaklęcie potknięcia. Podobno łatwe, ale on go jeszcze nie używał.
-Tego zaklęcia jeszcze nie używałem, a co?
-A mógłbyś go użyć na...kogoś?
- Nie bardzo... nawet najwięksi czarnoksiężnicy potrafią co najwyżej użyć go na KIMŚ.

-To zależy na kogo...
-Na gwardzistów.
-Dlaczego?
-Bo "znęcają się" nad żebrakami.
Och, no straszne po prostu. Potworne. Tak się znęcać w cudzysłowie... barbarzyństwo.
Ten cudzysłów ma nam sugerować, że tak naprawdę strażnicy głaszczą żebraków po główkach i kupują im bułki, alkohol i papierosy, czy też że wykorzystują ich w niecny, a analny sposób?
Pigmej... czemu akurat analny? O.o
Żeby znęcanie się było jeszcze bardziej okrutne, ot co!

-Zgadzam się, ale pod jednym warunkiem.
-Jakim?
-Nie mogą nas złapać.
-Jasne-odpowiedziała dziewczyna, uśmiechając się szelmowsko.
Przepraszam, że się wtrącam w te przebiegle knowania, ale co konkretnie zmieni się po tym, gdy strażnicy się potkną? Natychmiast przestaną się "znęcać" przerażeni perspektywą potknięcia się raz jeszcze?
Może to jest zaklęcie potknięcia permanentnego? Czyli że oni będą się po nim potykać wciąż i wciąż do końca życia?
Jeśli tak, w razie najazdu przez obce wojska może być dość śmiesznie.

***
Mag wszedł do komnaty. Przy wielkim stole siedział król Uther, rozmawiający szeptem z Gajuszem i Arturem. Cała trójka ucichła, gdy zobaczyła Merlina.
-O co chodzi?-zapytał sarkastycznie Artur.
-Chciałbym mieć dziś dzień wolny-powiedział Merlin.
-Dzień wolny?-zapytał ironicznie książę.-Wiesz, ile masz do zrobienia?
-Wiem, ale zrobię to jutro. Dziś nie mogę mam...randkę.
Taak... Oto najlepszy dowód na to, że aŁtorzy tego opka nie mieli absolutnie żadnej styczności z jakąkolwiek formą zatrudnienia. Wyobrażacie sobie, że prosicie o urlop w taki sposób?
I to jeszcze króla? W średniowieczu?

-Randkę? Ty?!-wykrzyknął król i jego syn.
Bo to jest kluczowe w tej sprawie, oczywiście.

-Tak. A teraz muszę iść i się na nią wyszykować... Do widzenia, wasze wysokości!-wybiegł szybko z komnaty, nim ktokolwiek zdążył coś powiedzieć.
Oto kolejna zasada blogaskowej rzeczywistości - gdy postać drugoplanowa znajdzie się w pewnym oddaleniu bądź za niewielką przeszkodą terenową, popada w letarg i budzi się dopiero gdy bohater znów do niej przychodzi. Inaczej nie da się wyjaśnić tego motywu "i poszedł zanim ktoś tam zdążył odpowiedzieć/zabić go/whatever"...
Nawet postaci w grach komputerowych podejmują najczęściej choć minimalną próbę gonienia za/zemsty na kimś, kto się im naraził. Ech.
To chyba efekt przedawkowania filmów: ktoś opuszcza kadr=przestaje istnieć.

-Merlin, idzie na randkę...-powiedział dziwnie zawiedzionym głosem Artur.-Co on ma czego ja nie mam?!
Magiczną różdżkę. ;>

***
Sophie spojrzała na Phila, a potem na Willa i znów na Phila i tak w kółko.
-Wy chyba żartujecie?-zapytała niedowierzająco dziewczyna.
-Daj spokój!- odezwał się Will.-A nawet jeśli coś nie wyjdzie, to wszystko bierzemy na siebie!
-Jasne...-zaczęła Sophie, ale przerwała jej Miriam:
-Sophie! Jakiś chłopak cię szuka.
-Wysoki brunet o odstających uszach?-zapytała dziewczyna.
-Zupełnie jakbyś go widziała!
-Muszę już iść-Sophie zwróciła się do Phila i Willa- i jutro mnie nie będzie, ale postaram się wrócić jutro wieczorem.-to mówiąc wyszła z podziemnej komnaty.
To daje niejakie pojęcie o tym, jak dobrze zorganizowani są ci powstańcy i jak wszystkie swoje knowania mają dopięte na ostatni guzik.
I jak bardzo zaangażowana w przewodzenie powstaniu jest Sophie, skoro wychodzi z narady, bo szuka jej jakiś chłystek.

*
Merlin siedział na kupce siana przed domem "dzieci Oktawiusza" (jak nazywano ich w Camelocie, a byli to: Emile, Phil i Will).
Czy tylko mnie te imiona brzmią tak, jakby były wyjęte z wyjątkowo kiepskiej komedii slapstickowej?

Dom był niewielki, szary, otoczony kwiatami, niedaleko ogródka z warzywami, który z kolei był przy jednej z rabatek kwiatowych, stała niewielka stajnia, gdzie mieszkał tylko jeden koń.
Sorry, ale to brzmi jak jakiś gryps. Dom stał niedaleko ogródka, który był przy JEDNEJ Z rabatek, a ta z kolei była przy stajni, gdzie mieszkał jeden koń? Co to jest, punkt ukrycia skarbu? Bo chyba nie opis miejsca. :/*zaczyna kopać w ziemi pomiędzy nogami konia, w razie, jakby to rzeczywiście był opis miejsca ukrycia skarbu*

W końcu drzwi otworzyły się i z domku wyszła znajoma, wysoka dziewczyna.(...) Sophie szła szybkim krokiem, ale Merlin zauważył, że jest zdenerwowana.
-Widzisz tych dwóch...idiotów?-zapytała dziewczyna, wskazując ręką na strażników idących ulicą naprzeciwko zaułka, w którym stali.
-Na nich mam rzucić czar?
Sophie kiwnęła głową i spojrzała wyczekująco na Merlina. Mag podniósł dłoń i skierował ją na rycerzy, szepcząc:"Liroy brigad".
"Peja kommando", dodał władczo dla zwiększenia efektu.
Po czym ryknął na cały głos: “Eminem team!!!”

Strażnicy zachwiali się, a nie mogąc złapać równowagi, wywrócili się prosto w zgromadzone niedaleko odchody koni.Odchody ex machina. Tudzież odchody ex koński zad pozostawione we właściwym miejscu, o właściwym czasie.

Sophie uśmiechnęła się złośliwie, a Merlin oraz żebracy, zgromadzeni na ulicy, zaczęli się śmiać.
No, ja też ukwikałam się jak szalona. Będę miała jutro zakwasy ze śmiechu, mówię Wam.Czekam tylko aż ze śmiechu zarżą nawet same konie.

I wtedy właśnie przywódczyni powstańców i mag zobaczyli Gajusza, spoglądającego na nich z niesmakiem. Rycerze podnieśli się z ziemi i zaczęli uciekać w stronę zamku (?), a dzieciaki zaczęli obrzucać ich zgniłymi owocami (???). Jakaś kobieta krzyknęła:-Co nie lubicie jabłek?!
Mamy to niemal wszystkie elementy Żenującego Gagu: potknięcie, upadek w gówno i obrzucanie zgniłymi owocami. Jeszcze brakuje tylko, żeby jeden ze strażników miał wiadro z wodą, a drugi drabinę.Nie zapominaj o klaunach z tortem! Tam na pewno byli jacyś klauni z tortem, którym rzucili w uciekających strażników!
I skórki od bananów. Ponad wszelką wątpliwość były tam jakieś skórki.

Medyk podszedł do sprawców całego zamieszania i zapytał:
-Co macie na swoje usprawiedliwienie?
-No więc...-zaczął Merlin.
-Ładny dziś dzień-powiedziała Sophie.
-Sophie! Czekam na wyjaśnienia!
-To był tylko żart. I to był mój pomysł.-powiedziała szybko dziewczyna, tak żeby Merlin nie mógł jej przerwać.-I jeszcze jedno wyjeżdżam, ale jutro wieczorem wrócę. Idę się przygotować.-wbiegła w uliczkę, nim ktokolwiek zdążył ją zatrzymać.
O, i znowu to samo. Ciekawe, czy AŁtorzy próbowali tak rozwiązać jakąkolwiek sytuację w realu?
Wątpię. Ale to przecież takie genialne w swojej prostocie rozwiązanie problemu, czyż nie? Aż szkoda z niego nie korzystać!

***
Nadszedł kolejny dzień. Merlin (...)wpadł do komnaty Artura.
-Hej!-krzyknął ktoś za nim, przystawiając mu chłodne ostrze miecza do gardła.-Kim jesteś?!
-N-nazywam się Merlin.
Ostrze zniknęło z gardła Merlina, a on spojrzał na tego, który go "uratował". Wysoki, długowłosy blondyn patrzył na niego z szelmowskim uśmiechem.
-Will!-wykrzyknął mag. -Co ty tu robisz?
-Urządziłem powstanie z kilkoma osobami, a teraz czekamy na powrót Ela.
Po południu idziemy na kręgle, a wieczorkiem piwko z kolegami i rewolucja socjalistyczna. Wiesz, jakoś leci. A co u ciebie?Rewolucja robiąca się sama, w przerwie między jednym akapitem narracji a drugim, zupełnie znienacka - bez żadnych pożarów, walk, wybuchów itp., które mogłyby obudzić Merlina. Fajnie, fajnie...

-Gdzie jest król i reszta?!
-W lochach.
-Co?! Will, nie powinniście tego robić!
To było naprawdę niegrzeczne z waszej strony! Wstydźcie się!
Do kąta i klęczeć na grochu, w tej chwili!

-Daj spokój! A tak w ogóle... To ty służysz Arturowi?
-Tak.
-Min! Zmieniłem zdanie: do lochów z nim!
No jak to tak, towarzyszu - z ludem pracującym do lochu?No, jeśli lud pracujący zdradza braci swej krwi...

I tak właśnie Merlin wylądował po raz kolejny w lochach. Na szczęście nie był sam w celi. Był z Morganą, Gwen i Arturem.
-Chyba dziś nie wypiorę ci skarpet- zwrócił się do Artura.
-Kiepski żart, Merlinie-odpowiedział Artur.
I była to jedyna riposta, jaka mu się w życiu udała.
I, niestety, ostatnia - ponieważ Joseph Ignace Guillotin już szykował wniosek o wykorzystanie pewnego urządzenia wymyślonego przez jego kolegę, Antoine’a Louisa, do dekapitacji wrogów ludu.

***
Phil siadł na tronie i obserwował resztę powstańców, którzy oglądali złote i srebrne sztućce i puchary. Niektórzy z nich wsadzali je do kieszeni, sądząc, że nikt nie patrzy. Phil jednak nie zwracał na to uwagi. "I tak miałem to im dać"-myślał.
Potem jeden z nich ściągnął go z tronu i zajął jego miejsce.
"Co tam, i tak miałem się przewrócić", pomyślał.
A potem nie protestował, kiedy go ścinali. Jego ostatnią myślą było “I tak miałem ich zdradzić.”

-Złapaliśmy już wszystkich, co byli w zamku-oznajmił młodszy brat Phila.-A wy...?
-My też. Gdy wróci El, zadecydujemy o tym, co się stanie z mieszkańcami... twierdzy. Chciałbyś zobaczyć ich stroje oraz komnaty?
-Z przyjemnością!
A chciałbyś zbezcześcić ich łoża, podpalić dobra i wystrzelać ich zwierzątka domowe? Przed chwilą przechodził tędy jakiś dziwny gościu, który przedstawił się jako Imperatyw Rewolucjonistyczny i powiedział mi, że tak się robi.

Bracia wyszli z sali, zostawiając swoich ludzi kradnących, co popadnie.
No to w tych komnatach pewnie nie ma już wiele do oglądania. Jakieś ściany, jakieś tynki...
Nie no, zawsze mogą jeszcze podziwiać podłogę, nie jest tak źle.

***
Rufus uśmiechnął się na widok znajomego zamku. Camelot wprawdzie nie był jego domem, ale tu zdobył odpowiednie szkolenie i oddanych przyjaciół. Za nim jechali jego służący oraz rycerze.
-Panie-odezwał się sir Mirabell, podjeżdżając do niego na koniu.-Dlaczego w zamku pali się aż tyle świateł?Bo pożar z reguły daje więcej światła niż świeczka.

Rufus Blackwell spojrzał na twierdzę. Rzeczywiście, w każdej komnacie paliło się światło, co było nieprawdopodobne. Czyżby aż tyle osób mieszkało w zamku?
Bo wszak naturalnym jest, że zamek to taki wielki pustostan. Specjalnie budowali je za duże, skubani.
A w każdej komnacie i korytarzu umieszczali sryliard świec, żeby w razie czego budowla jarzyła się jak wielkanocna choinka. Ktoś tu chyba się za dużo naoglądał Harryego Pottera.

-Marc!-krzyknął Rufus do służącego.-Wejdź do miasta i zapytaj, co dzieje się w zamku.
Służący wbiegł do Camelotu i zniknął na 10 minut, gdy wrócił od razu zaczął mówić:
-Mieszkańcy urządzili powstanie i zaatakowali zamek.
-Ale co się stało z królem i resztą mieszkańców twierdzy?-zapytał Rufus.
-Są uwięzieni w lochach.
-A więc zaatakujmy powstańców!-wykrzyknął porywczy Mirabell.
-Najpierw opracujmy plan. Potem zaatakujemy-powiedział spokojnie Blackwell.
Eeee tam. Ileż to planów wojskowych opierało się na schemacie:
1. Wpaść znienacka
2. Zabić tylu, ilu się da
3. W razie przewagi wroga spieprzać jak najszybciej
4. Powtarzać do skutku.

***
Will właśnie kładł się do łóżka w "dawnej" komnacie księcia, gdy nagle poczuł ostrze przy gardle.
-Wstawaj!-odezwał się groźny głos.-I nie próbuj żadnych sztuczek!
Chłopak wstał z łóżka i spojrzał na mężczyznę, który go złapał. Był to wysoki mężczyzna o czarnych oczach i takiego samego koloru włosach. Wyglądał na ok. 50 lat.
-Brać go!-rozkazał mężczyzna strażnikom.
Will został zaprowadzony do sali tronowej, gdzie zobaczył wszystkich jeńców powstania, stojących lub siedzących za to patrzących na niego z wściekłością.
Czyli kontrrewolucja przebiegła tak samo sprawnie, bezszelestnie i zakulisowo jak całe to powstanie. Może to i lepiej... AŁtorzy nie mieli tylu okazji, by zabłysnąć genialnym konceptem.Po prostu narracja zobaczyła, co sobą reprezentuje i spuściła sama na siebie zasłonę milczenia.

Tylko jedna osoba uśmiechnęła się pogodnie- wysoki mężczyzna, w wieku 50 lat, wyłysiały blondyn o niebieskich oczach.
Był jednocześnie blondwłosy i łysy? Skubany! Nic dziwnego, ze taki był zadowolony.
Oj tam, blond perukę miał po prostu, to przecież oczywiste.

-Jesteś przywódcą powstańców, tak?-zapytał król.
-Tak, ale jest ich wielu-odpowiedział Will.
-Wiecie, że już was osądziłem?-zapytał Uther.
Brak odpowiedzi.
-A więc skazuję was na...
I tym optymistycznym cliffhangerem kończymy analizę! Optymistycznym - bo możemy mieć nadzieję, że wszystkich ich skazano na bolesną i długotrwałą śmierć! *u*Tak! kończymy - i wstydu oszczędzamy.


17 komentarzy:

Anonimowy pisze...

-Lerła merlę - szepnęłam, a Ałtoreczki z całego świata nauczyły się ortografii i interpunkcji...

Adelaar pisze...

@up: jeśli nie masz Magicznej Różdżki, na nic Twoje szepty...

Mam wrażenie, że całe to opko to jakiś jeden wielki, kretyński Element Komiczny. To niemożliwe, żeby ktoś takie głupoty na poważnie pisał.
Ale Świnioróg w skarpetkach wygląda kozacko, brawo : D Tylko przy tej całej Polanie Miłości jakoś zwizualizowała mi się Sakura i jej łóżko w spiworze, nie wiem dlaczego. >.>

Goma pisze...

Eminem team... Jak się do wieczora po tym pozbieram, to będzie sukces.

Anonimowy pisze...

@Adelaar na co mi Magiczna Różdżka, skoro skarpetki mam piękne i jedwabne?
up

kura z biura pisze...

Świniorogi w skarpetkach i "urządziłem powstanie z kilkoma osobami" zabiło mnie na miejscu.
Btw, widzę tu jeszcze jeden pseudośredniowieczno-serialowy schemat: gwardziści zawsze są źli i trzeba z nimi walczyć (np. zaklęciem potknięcia), nawet jeśli, na logikę, wywodzą się z tego samego ludu, są braćmi, mężami, ojcami mieszkańców miasta...

Hasło: havaters. Muszę zacząć je spisywać...

Anonimowy pisze...

Grzyby i jeże... Lowusiam was soł macz, za te teksty :) Analiza the best! Co się uśmiałam, to moje.

Anonimowy pisze...

Znalazłam dzisiaj ciekawy blogasek: http://magia-syrenix.blog.onet.pl Co prawda pojawiła się dopiero pierwsza część opowiadania, ale ma zadatki na idealny materiał do analizy. Opis zamieszczony na stronie: "Syrenix to paczka przyjaciółek tworzona przez sześć syren obdarzonych magicznymi mocami. Każda z nich ma swój własny styl i osobowość. Syrenix wzorowane jest na popularnej kreskówce Winx Club."

Tinwerina Miriel pisze...

Grzyby i jeże mnie ómarły. Ale świoniorogi w skarpetkach są po prostu przeborskie! Prawie tak jak Jeż jak Byk.

Hasło:impaquze. Nie kojarzy mi się z niczym, ale jest uroczo bezsensowne :D

Recenzator pisze...

Na bora, czy mogłybyście zaanalizować syreny? Błaaaagaaam! Tak dawno nie było cudownej, słodkiej i całkowicie bezsensownej, sparklującej magii, że aż zaczęło mi jej brakować w moim życiu!

Hasło: agmatio
Hm, możliwe, że partner Toma nadrabiał imieniem :D

Wilcza Jagoda pisze...

A teraz wyobraźcie sobie, jak wyglądałaby rewolucja francuska w opisie ałtorki.

Piękna analiza, ale mam nadzieję, że żegnamy się już z tym niedorozwiniętym Arturem i Merlinem-popychadłem.

Polana z różowymi kupidynkami - srogo...

Hasło: shing. Odgłos miecza wydobywanego z pochwy w celu tępienia świń w skarpecioszkach...

jasza pisze...

-Gajusz mówi, że to stary język czarodziejów i krasnoludów.

-Acha. Ale wymawia się tak, jak się pisze?

Ależ oczywiście. Tajemny język magii nie może być trudny do nauczenia, prawda?

>A ja się zastanawiam, z jakiej racji krasnoludy i czarodzieje mają mieć wspólny język.

>>Ale nie ma sensu pytać o takie rzeczy, prawda?


Może dlatego, że krasnoludy i czarodzieje noszą brody?

Analiza rewelacyjna! Nosorożec w skarpetkach mnie ómarł!

Anonimowy pisze...

Skarpetki nosorożęc i plan wojenny
W razie przewagi wroga spieprzać jak najszybciej

Powtarzać do skutku

powaliły mnie na kolana.
Jesteście wspaniałe

Chomik

Anonimowy pisze...

Nie wiem, czy to błąd serwera, czy mojej przeglądarki, ale już od ponad tygodnia nie ma nowej analizy. Co się dzieje?

Anonimowy pisze...

Ubrana w blask księżyca...

Czyli z gołą dupą xDDD

Maba pisze...

Dziewczyny
Analizy prześwietne, po prostu borskie, popłakałam się ze śmiechu.
Według mnie na wstępie do waszego bloga chyba powinno być umieszczone ostrzeżenie, że np. czytanie podczas posiłków grozi zadławieniem ze śmiechu.
Jestem tu od niedawna, jeszcze przede mną dużo do przeczytania (już się cieszę).
Co do dzieUa pani Meyer. Nie wierzyłam, że ten tekst jest naprawdę taki "blogaskowy". Do chwili, gdy w bibliotece nie zaglądnęłam do "oryginału". Straszne.
PS. Trzymam kciuki za wasze powodzenie na sesji (egzaminacyjnej oczywiście).

Hasło: "ovenz" kojarzy mi się jak coś z jednej z waszych poprzednich analiz, połączenie ovo i benz czyli jajo na benzynę ;-)

Anonimowy pisze...

maintain the domain are ways to avoid those bad and expensive experiences totally.

Many bid to take out skin tags and moles for enhancive reasons, and
in their Success may be of some economic value. They may obturate in
our number activities few signs which can say you if the gram molecule is harmful.


Look into my webpage :: foot wart
My page: moles and warts removal

Anonimowy pisze...

Awesome! Its in fact remarkable paragraph, I have got much clear idea concerning from this paragraph.
click tutaj, http://sedutoras.
pt/TrevorSwe