piątek, 30 grudnia 2011

Szczęśliwego!

Witajcie!
Pozwoliłyśmy sobie zrobić przerwę noworoczną, więc w tym tygodniu analizy nie będzie. Na pocieszenie - słodki szczeniaczek. :)

Udanego Sylwestra i wszystkiego cudownego w nowym roku!


P.S. Wkrótce zaprezentujemy Wam coś specjalnego. Czekajcie i bójcie się. ;)

piątek, 23 grudnia 2011

Jestem przecież najpiękniejszy, a na pewno najskromniejszy, czyli Harry i pędzel Poussina

Witajcie!

Zdążyłyśmy! Wciąż jest piątek! :)
W tym tygodniu analiza nieco krótsza niż zwykle, ale mamy nadzieję, że nam wybaczycie - przygotowania świąteczne i inne takie skutecznie ograniczyły nasz czas. ;) Blogasek, który wzięłyśmy na warsztat, jest uroczo kanoniczny: Harry objawia nam naturę Gary'ego Stu i zostaje superwymiataczem we wszystkim - w tej części tylko w wynikach SUMów, co prawda, ale dalej będzie gorzej - małostkowy Ron oczywiście pęka z zazdrości “i w ogóle jest głupi i ma wszy”, Syriusz i Remus okazują się kochankami, Voldemort za to - murzynem, a Neville kierowcą walca... No i pojawia się tajemniczy i superprzystojny facet o śmiechu dźwięcznym niby srebrne dzwoneczki, co do którego nikt nie ma wątpliwości, że lada chwila będzie pieprzył Pottera. (Jeśli ktoś mimo wszystko ma wątpliwości, niech zerknie na adres blogaska.) Na seks będziecie musieli poczekać do następnego razu. ^^

Zanalizowały: Pigmejka i Kalevatar

Adres blogaska: http://harry-potter-yaoi-przygoda.blog.onet.pl


-HARRY WSTAWAJ‭!!!‬-wydarł się Syriusz Black waląc w drzwi pokoju należącego do Harrego Pottera.‭ ‬Spod pierzyny wynurzyła się rozczochrana głowa nastolatka.‭ ‬Harry był niezwykłym nastolatkiem ponieważ był czarodziejem.‭ ‬Jednak to nie oznacza że jego życie było sielanka.‭ ‬Gdy miał ponad rok jego rodzice zostali zamordowani przez Lorda Voldemorta,‭ ‬czarnego maga ich czasów.‭
Bowiem choć czarnoskóry mag jest tylko jeden na każde pokolenie, za każdym razem okazuje się wyjątkowym sukinkotem.

‬Jego prawny opiekun został skazany na dożywocie w więzieniu dla czarodziei za niewinność i przez to opiekowali się nim jego nie magiczni krewni.‭
Ze zdania wynika, że czarodzieje zostają skazani za NIE popełnianie zbrodni na dożywocie pod opieką krewnych... Hm, właściwie to może być nawet gorsze niż normalne więzienie - całkiem zmyślne, nie powiem.
Do wszystkich więzień idzie się za niewinność. Czarodzieje nie są tu wyjątkiem. :>

‬Prawie‭ ‬11‭ ‬lat państwo Dursley znęcali się na swoim siostrzeńcem.‭ ‬Dopiero gdy miał‭ ‬11‭ ‬lat poszedł do magicznej szkoły o nazwie Hogwart.‭ ‬Od tamtej pory jego życie się zmieniło.‭
Od tamtej pory znęcał się nad nim kto inny.

Wydawać by się mogło że ten fakt bardzo cieszy chłopak.‭ ‬Jednak całe pięć lat w szkole nie były najbezpieczniejszym okresem w jego życiu.‭ ‬Cztery razy spotkał się z zabójcą swoich rodziców który powstał ponownie kiedy Harry był na czwartym roku.‭
Hmm... po takiej serii wpadek każdy normalny dyrektor przynajmniej zatrudniłby ochronę. ^^"

‬Spotkał wiele niebezpieczeństw i wiele niebezpiecznych stworzeń i istot magicznych które były niebezpieczne.‭ ‬Widział śmierć i zniszczenie.‭ ‬Po jego niebezpiecznym wypadzie w ministerstwie Syriusz omal nie zginął i to mu dało do myślenia.‭
No, lepiej zacząć myśleć tuż przed śmiercią niż wcale. (O ile tu chodzi o Syriusza - status ontologiczny podmiotu w tym zdaniu jest dosyć niejasny...)

‬Postanowił przestać udawać głupszego niż jest w rzeczywistości.
Znaczy - Syriusz przestał, tak?

‭ ‬Walka w ministerstwie przyniosła jednak kilka pozytywnych skutków.‭ ‬Syriusz Black został uniewinniony i teraz był prawnym opiekunem Harrego.‭
Brał udział w walce = był winny (czegokolwiek) = wypuszczono go z więzienia, gdzie siedział za niewinność. Jak by nie patrzeć - logiczne. Ekscentryczne, ale logiczne.

‬Korneliusz Konot może od razu Kojot...? albo Konotowicz został zdegradowany i (...) skazany na dwa lata pobytu w Azkabanie.‭ ‬Harry otrzymał górę galonów‭ (‬dosłownie i w przenośni‭) ‬jako odszkodowanie od ministerstwa.
Wszystko pięknie, ale to były galony CZEGO? Mam nadzieję, że nic niedostępnego dla nieletnich...
Dostał całą stertę naramienników z rozmaitymi dystynkcjami - od szeregowca po generała. Na wypadek, gdyby chciał robić LARPa w konwencji militarnej.

Chłopak nie przejął się swoim bogactwem za to cieszył się że nie musi wracać do swojego wujostwa gdyż od początku wakacji zaczął mieszkać‭ ‬wraz ze swoim opiekunem.‭ ‬Syriusz nie miał innego domu więc zamieszkali na Grinmuld Palec
O szlag... Wyszedł mi z tego Wyszczerzony Palec Pleśni...
Nawet klimatycznie. Trochę jak z rodziny Addamsów na kwasie.

które nadal pełniło rolę Kwatery Głównej Zakonu Feniksa.‭ ‬Z tą różnicą że zamiast jednego skrzata domowego w postaci Stworka mieli ich aż siedem.‭ ‬W tym Mrużkę która w końcu pozbierała się i na nowo była szczęśliwa że może służyć jakiejś rodzinie,‭
Cześć, jestem Mrużka i nie piję od trzech miesięcy... hik!

-HARRY WSTAWAJ‭!!!‬-‭ ‬po raz dugi usłyszał walnie w drzwi.
-WSATJE (To znaczy “Wsadź se!” po azerbejdżańsku?) SPOKOJNIE.‭ ‬PALI SIĘ CZY CO‭!!!‬-‭ ‬wydarł się.‭ ‬(...)‭ ‬Wyszedł z pokoju i zszedł do kuchni.‭ ‬Uśmiechnął się widząc czysty i zadbany dom.‭ ‬Skrzaty się postarały,‭ ‬dzięki ich pomocy zniknęły obrzydliwe skrzacie głowy.
Dla niezorientowanych: Broń Boru nie chodzi o to, że ich służący pourzynali sobie łby. Nie. Chodzi zapewne o to, że służący usunęli skrzacie głowy, które już wisiały na ścianach jako specyficzna ozdoba.
Zapewne.

‭ ‬Za pomocą Harrego zniknął również portret matki Syriusza.‭ ‬Uśmiechnął się na samo wspomnienie.‭
Ten portret. Nie dziwię mu się, też bym się cieszyła, jakbym mogła się urwać z blogaska.
To nie było przypadkiem tak, że cała załoga Zakonu Feniksa nie dała rady wyeksmitować tego portretu? Tak tylko pytam...

‬Kobieta zaczęła go wyzywać jednak po chwili widząc że ten nie zwraca na nią uwagi zwyzywała Syriusza.‭ ‬To poskutkowało,‭ ‬Harry miał mały wybuch mocy magicznej i trzeba było remontować cały ganek.
Czemu skojarzyło mi się to z niemowlakami, którym się ulewa po posiłku...?
Mnie się z kolei zwizualizował Harry rozpękający się jak purchawka.

‭ ‬Jednak na ich szczęście portret kobity spłonął razem z resztą wyposażenia.
Łoj, nie godojże, kumie!
Olaboga!!! (To w Grimmauld Place był jakiś ganek?)

-Czego się tak darłeś.-‭ ‬powiedział wchodząc do Kuchni.
-Dlatego.-‭ ‬powiedział wskazując stadko sów.Harry się zaśmiał i odebrał listy.
-Kiedy przyjeżdżając Weasleyowie‭?‬-spytał po chwili.
Wtedy, kiedy ty się nauczyć gramatyka i używać orzeczenie a nie brzydka głupia imiesłów.
Ej! To nie imiesłów jest głupi, tylko ludzie, którzy nie potrafią go używać. Czyli... większość, mam wrażenie.

-Dziś po południu będzie z nimi Hermiona i Neville.-‭ ‬powiedział Syriusz.
-Neville‭?‬-‭ ‬spytał zaskoczony Harry.
-No jego wuj został zabity a jego babcia miała atak serca.‭ ‬Myśli że go zaprosiłeś do siebie.-powiedział Syriusz drapiąc się w kark.
To zaproszenie od Harry'ego zawsze kończy się licznymi zgonami w rodzinie?
Wiesz, jeżeli on za każdym razem wybucha i rozsadza tym całe pomieszczenie...

-Pytałeś Remusa o zdanie‭?‬-
-Jasne,‭ ‬zgodził się.‭ ‬Ale chwili dlaczego miałbym się go pytać o zdanie.-
-Oj nie udawaj dobrze wiem że jesteś razem.‭
No, jakby był oddzielnie, to chyba tylko po spotkaniu z handlarzami narządów...
A może Syriusz jest razowy? Znaczy, z pełnego ziarna?

‬A i następnym razem z czystej dobroci serca wyciszajcie pokój.-‭ ‬Syriusz nagle poczerwieniał jak burak.
Dorośli mężczyźni zachowujący się jak dwunastolatki - jest. *znudzona odhacza punkt Kanonu Blogaskowego*

‭ ‬Do kuchni wszedł wilkołak.
-Jak tam Remi‭?‬-‭ ‬spytał Syriusz.
-Syriuszu (A nie Siri? Albo Syrusiu?:/ Albo pieseczku :/) zawsze po pełni pytasz o to samo,‭ ‬a ja ci odpowiadam to samo już od kilku lat.‭ ‬Domyśl się jak mogę się czuć po tej cholernej pełni.-‭ ‬Remus wyraźnie był nie w humorze.‭(...)
‭ ‬Harry sięgnął po listy.‭ ‬Pierwszy był ze szkoły wraz z biletem i listą potrzebnych książek.‭ ‬Harry ku swojemu zdziwieniu spostrzegł dodatkową kartkę.‭ ‬Wyciągnął ją i na stół wyleciały dwie odznaki.
-Co do odznaka (“Co do ...uja?! - mruknęła Pigmejka) kapitan drużyny i odznaka Pefekta Naczelnego‭!!!‬-‭ ‬zdumiał się.‭
Kim są pefekci? Chodzi o obywateli Polinezji Francuskiej?
Albo o honorowych twórców Panoramy Firm.

‬Przeczytał list który zawierał kilka sów od profesor McGonagall
Wepchnęli sowy do koperty! Barbarzyńcy. *dzwoni po obrońców praw zwierząt*
To była nowa odmiana wyjca, przeznaczona dla tych, którzy mają ornitofobię - “sowiec”.

z gratulacjami i pochwałą za świetne wyniki SUMÓW.
-Gratulacje młody.-‭ ‬powiedzieli jednocześnie mężczyźni.
-Nie ma mi czego gratulować.‭ ‬Jak Hermiona,‭ ‬Ron i Bliźniacy to zobaczą ta pomnie.‭ ‬Hermiona szykował się od kilku tygodni do tej posadki.‭
Zwróćmy uwagę na absolutny brak cynizmu i lekceważenia w stosunku do planów przyjaciółki.
Oraz na zignorowanie zmiany płci tejże przyjaciółki.

‬Otworzył drugi list który okazał się listem od Rona.‭ ‬Dwa kolejne były od Hermiony i Nevilla.‭ ‬Zostały jeszcze dwa listy.‭ ‬Harry otworzył jeden z nich na którym była pieczęć Ministerstwa.

Drogi panie Potter

‭ ‬Ministerstwo ma zaszczyt udzielić panu pozwolenia na używanie zaklęć poza szkołą.‭ ‬Może pan również rzucać zaklęcia w towarzystwie mugoli jednak prosimy aby pan następnie zmodyfikował ludziom nie magicznym pamięć.‭ ‬
Jeśli nie jest pan wykwalifikowanym amnezjatorem i uszkodzi im mózgi, proszę się nie przejmować - nie są tak zajebiści jak pan.
W ogóle proszę się niczym nie przejmować - niniejszym otrzymuje pan od nas Licencję na Marysuizm.

Z dniem dzisiejszym ma pan pozwolenie na używanie teleportacji,‭ ‬świstoklików,‭ ‬zaklęć niewybaczalnych oraz na animgię.
Licencję na zabijanie oraz prawo pierwszej nocy ze wszystkimi obywatelkami Wielkiej Brytanii dajemy gratis.
Zapomnieli o garncu złota zabranego temu gościowi, co siedzi na końcu tęczy.

‬Z wyrazami szacunku‭
Minister Magii
‭ ‬Steven Karnes

P.S. Czy możemy wylizać panu buty?
Że nie wspomnę o innych... miejscach?

-Czyżby pan minister chciał się podlizać‭?‬-spytał głośno.
-A co się stało‭?‬-
Jednak Harry nie zdążył im odpowiedzieć bo domu wpadli Weasleyowi.(...)

[Wszyscy zazdroszczą Harry'emu wyników, a najbardziej - niespodzianka! - Ron.]
‬Akurat ten moment wybrały trzy sowy aby wlecieć do kuchni.‭ ‬Hermona,‭ ‬Neville i Ron odebrali swoje wyniki.‭ ‬Harry wziął swoje i rozerwał.

‭ ‬WYNIKI STANDARDOWYCH UMIEJŚTNOŚĆI MAGICZNYCH‭
Żeby w Hogwarcie robili literówki... Wstyd.
Te literówki i treść listów świadczą o wzmożonym spożyciu kremowego piwa wśród kadry nauczycieli w Hogwarcie.

Harry James Potter otrzymał‭ ‬:
Astronomia‭ ‬W
Eliksiry‭ ‬W+
Historia Magii‭ ‬W
OPCM‭ ‬W+
ONMS‭ ‬W
Transmutacja‭ ‬W+
Wróżbiarstwo‭ ‬W
Zaklęcia‭ ‬W+
Zielarstwo‭ ‬W+
Z czterech na dziewięć egzaminów tylko samo W... Harry, opuszczasz się. Jeszcze trochę i zaczniesz mieścić się w skali szkolnej!
Ty się ciesz, że Dumbledore nie odesłał mu różdżek wszystkich nauczycieli z załączonym liścikiem o treści: “Proszę nam wybaczyć, Panie Potter, ale nie nauczymy pana już niczego więcej. Uczeń przerósł mistrzów!”
Nie musiał tego pisać - to się rozumie samo przez się.

-Poszło mi całkiem nieźle.-‭ ‬powiedział z lekceważącym uśmiechem.
Po czym leniwie rozparł się na fotelu, zarzucił jedną nogę na podłokietnik i powolnym ruchem zdjął koszulę, nucąc "I'm too sexy for my shirt". Po chwili w jego dłoni zmaterializowało się cygaro.

-Jak wasze wyniki‭?‬-‭ ‬spytał Harry przyjaciół.‭ ‬Jednak oni uważnie studiowali swoje kartki.
-Neville‭?‬-
-Całkiem dobrze.‭ (...)
-Ja mam same W z wyjątkiem OPCM,‭ ‬Numerologi i Astronomii.‭ ‬Z tych mam tylko P.-‭ ‬odparła smutna dziewczyna i spojrzał na kartkę Harrego.
-Harry gratuluję,‭ ‬same W od góry do dołu i niektóre z plusami.-‭ ‬skoczyła mu na szyję i pocałował w policzek.‭ ‬Jednak w jej oczach nie dostrzegł zazdrości a autentyczne zadowolenie-‭ ‬Ron a jak tam ty‭?‬-‭ ‬spytała po chwili.
Cieszmy się przebłyskami kanoniczności, tak szybko odchodzą.
A kiedy odchodzą, już nigdy nie wrócą...

-Właśnie Ron jak tam ty‭?‬-‭ ‬spytał Molly Weasley i wyrwała synowi kartkę nim ten zdążył zareagować.‭ ‬W momencie poczerwieniał ze złości i zmrużyła oczy.
-CO TO MA BYĆ‭?‬-spytał podniesionym głosem.-Ja rozumiem mieć Nędzny z Historii Magii ale z Astronomii,‭ ‬Wróżbiarstwa,‭ ‬Eliksirów,‭ ‬ONMS i Transmutacji.‭ ‬Zadowalający to twój najlepszy stopień.‭ ‬ZDAŁEŚ SUMA TYLKO Z TRZECH PRZEDMIOTÓW‭!!! ‬POCZEKAJ NO TY‭!!!‬-‭ ‬wydarła się i wyprowadziła Rona z ucho z kuchni.
Robienie z Rona totalnego kretyna - zaliczone. Czy ktoś jeszcze się łudzi, że chłopak wkrótce NIE zostanie Wrogiem Nr 1, a Harry zyska jakiegoś lepszego, bardziej zajebistego przyjaciela? =.=

-Co będziecie kontynuować‭?‬-spytał Hermiona ignorując krzyki Rona które na nieszczęście chłopak dochodziły aż do kuchni.
-Ja zmierzam wybrać Zielarstwo,‭ ‬OPCM,‭ ‬Zaklęcia,Tranmutacje i ONMS.-‭ ‬powiedział Neville.
-A ty Harry‭?‬-‭ ‬spytała dziewczyna zaciekawiona co też Harry wybierze z takimi wynikami.‭
Będzie rządził światem, to przecież oczywiste. No i pieprzył się z facetami, sądząc po adresie blogaska. W sumie standard.
Przecież taki facet 2.0 nie nadaje się dla kobiet! To byłoby takie... pospolite! I nie miałoby w sobie za grosz dramatyzmu, no weź.
No właśnie biorę. Topór biorę, jeśli chodzi o ścisłość.

‬Jak się okazało nie tylko ona była ciekawa,‭ ‬bo również Syriusz i Remus podsłuchiwali ta rozmowę.
-Wszytko poza Astronomią.-‭ ‬powiedział chłopak z uśmiechem.-Już widzę minę tłuściocha gdy dowie się że będę chodził na eliksiry.‭ ‬Może na zawał kropnie.-rozmarzył się Harry,‭ ‬a wszyscy się zaśmiali łącznie z Heremioną.
- Co za wyborny żart, towarzyszu! - westchnął Fred, który jako pierwszy odzyskał głos po kilkuminutowej salwie wymuszonego śmiechu. Wiedział, że Gary'emu Stu nie należy się narażać, bo inaczej narrator zrobi z ciebie debila.
George po kryjomu notował słowa Harry’ego. Przygotowywał materiał do “Harry Jamesowicz Potter - dzieła zebrane”.

-Marzenia ściętej głowy.-‭ ‬powiedział Charli.
-Hej prawie bez głowy Nik (skąd tam Najwyższa Izba Kontroli?) na pewno by to jakoś skomentował.‭ ‬Ale jak widzisz moja głowa trzyma się jeszcze karku.-‭ ‬do kuchni weszła pani Weasley mamrocząc coś co chwila pod nosem.‭(...) ‬Reszta dyskretnie przeszła do salonu.
-Jak tam wakacje‭?‬-
-Ja spędziłem je w Londynie.‭ ‬Moja babcia po pogrzebie wujka dostała zawału i wylądowała w św Mungu.-
-Bardzo mi przykro z powodu twojego wujka Nevill,‭ ‬przyjmij moje kondolencje.-‭ ‬powiedział Harry a Nevill się uśmiechnął.‭
Jemu wcale nie było przykro.
- Neville, biedna sierotko, całą twoją rodzinę zabił walec... co ty teraz zrobisz?
- Jak to co? Będę dalej jeździł walcem.

‬Do salonu wszedł obolały Ron.‭ ‬Dosiadł się do młodzieży i spojrzał na Harrego spod łba.
-Harry‭!‬-wydarł się Syriusz.(...) Dziś będzie zebranie zakonu i podejrzewam że Dumbledore wciśnie nam jeszcze jednego lokatora,‭ ‬co ty na to‭?‬-‭ ‬spytał Syriusz.‭ ‬Młodzież wyglądała na zdziwioną że Syriusz w ogóle pyta Harrego o zdanie.
Jeszcze nie wiedzieli, że Harry awansował właśnie na szczyt pionu decyzyjnego Zakonu Feniksa.

-Im nas więcej tym weselej.‭ ‬Ale jeśli to będzie ktoś pokroju Smarka.-ostrzegł chłopak.
To dmuchnę i chuchnę i zniszczę ten domek!
Teraz już nie musi niszczyć... teraz wystarczy, że spojrzy z wyższością.

***
[Ron jest wściekły na Harry'ego i gdy tylko zostają sami wali go w łeb tak mocno, że Potter przelatuje przez balustradę i spada ze schodów.]
‬Zamknął oczy czekając na upadek i złamanie karku.‭ ‬Całe życie stanęło mu przed oczami.‭ ‬ Zdawało mu się że minęły wieki od ką zaczął spadać.‭ ‬Dopiero po dobrych kilku minutach,‭ ‬zorientował się że ktoś go trzyma z nad zwyczajną siłą i delikatnością.‭
Po kilku minutach? Ałtoreczko, to jest w wór czasu!
Harry został Merysójką, więc ma wydłużony czas kojarzenia faktów. Wszystko się zgadza.

‬Ta osoba szeptała mu do ucha uspakajające słowa.‭
Przez kilka minut zdążyłaby mu wyrecytować całego "Kruka" Edgara Allana Poe.
(Czy ktoś jeszcze ma jakieś złudzenia, że to nie Tru Loff?)

‬Odważył się otworzyć oczy ale wszystko było zamazane,‭ ‬podczas spadania stracił jedyne okulary.
Odrobinę przyzwoitości też stracił, skoro tak długo wylegiwał się na czyichś rękach.
Oj tam zaraz przyzwoitość stracił... to już cnotę prędzej.

-Harry nic ci nie jest‭?‬-‭ ‬spytał Syriusz z troską w głosie.
-Odpowiem ci kiedy moje serce wróci na miejsce.-‭ ‬powiedział.-‭ ‬Widzisz gdzieś moje okulary‭?‬-
-Potłukły się został z nich proch.-powiedział Remus.‭(...)
-Nic ci nie jest‭?‬-‭ ‬spytał jakiś mężczyzna łagodnym i miłym dla ucha głosem.
-Czuł bym się lepiej gdybym miał swoje okulary.-‭ ‬powiedział zgodnie z prawdą.
-Po co ci okulary.‭ ‬Daj zaraz coś z tym zrobimy.-‭ ‬po chwili osoba która go uratował mruczał jakieś zaklęcia i po chwili Harry widział idealnie.
Po chwili zastanowił się, dlaczego nie zrobiono mu tego wcześniej, ale po następnej chwili doszedł do wniosku, że to musi być wyższa magia blogaskowa.
Zaraz mu napompują mięśnie, wydłużą penisa i zwiększą zarost na klacie...

-Jej jak ty to zrobiłeś‭? ‬Dzięki,‭ ‬dzięki,‭ ‬dzięki‭!!!‬-‭ ‬Harry był tak zadowolony że mężczyzna zaśmiał się słodkim delikatnym śmiechem.‭
Niczym srebrne dzwoneczki!
Facet.
Idę o zakład, że prędzej czy później okaże się, że ma też “talię”. =.=

‬Dopiero teraz Harry na niego spojrzał.‭ ‬Siedział przed nim mężczyzna o muskularnych ramionach i smukłej sylwetce ciała.‭ ‬Miał włosy czarne niczym noc a oczy zaskakująco niebieskie.‭ ‬Był bardzo przystojny a uśmiech dodawał mu jeszcze uroku.‭ ‬
Tru Loff w fabule objawion. Teraz czekam na seks.
A ja w sumie jakoś nie...
Ale ja z pewną taką rezygnacją...

Harry odwrócił zdając sobie sprawę że gapi się z otwartymi ustami.
-Dzięki za ratunek.-‭ ‬powiedział zaczerwieniony.
-Wiesz widziałem różne sytuacje ale po raz pierwszy,‭ ‬spotkałem chłopaka spadającego z nieba.‭
- Bolało... jak spadałeś z nieba, mój aniele?

‬O co wam poszło‭?‬-‭ ‬spytał,‭ ‬uśmiechając się wyrozumiale.‭ ‬Harry mimowolnie dotknął miejsca w które uderzył Ron i o dziwo nie czuł bólu.‭ ‬Nieznajomy widząc jego minę ponownie się zaśmiał.
-Uzdrowiłem ci ni tylko wzrok ale również złamany nos i pozbyłem się okropnego siniaka.-
Poprawiłem jeszcze coś w zastawkach, udrożniłem moczowody i usunąłem genetyczna skłonność do tycia. Aha, i przestawiłem ci orientację na homo - mam nadzieję, że się nie gniewasz.

-A teraz powiedz mi dlaczego twój przyjaciel cię uderzył.-
-Mam lepsze Sumy od niego.-
-Tylko o to poszło‭?‬-
-Tak mi się wydaje.‭ ‬Zazdrości mi że zdałem wszystko na W.‭ ‬A on ma jedyni trzy Z.-
Tak się trochę polansuję przed obcym, co mi tam... Ron z pewnością będzie zachwycony tym, że wszyscy wiedzą, jak słabo mu poszło.
Ron został już na wstępie spisany na straty, nie należy przejmować się jego uczuciami.

‬Zdał sumy jedynie z Zielarstwa,‭ ‬OPCM i Zaklęć.‭ ‬A profesorka od zielarstwa przyjmuje na swoje lekcje tych co zdali minimalni na P.‭ ‬I nie wie od jakiej oceny będzie przyjmował na swoje zajęcia belfer od OPCM.‭ ‬Jeśli też od P to sytuacja Rona nie będzie zbyt ciekawa.-
Super, Harry, jestem pewna, że Ron również chciałby opowiadać o tym zupełnie obcym ludziom.

-Podejrzewam że obwinia mnie za to że się nie uczył i pewnie ubzdurał sobie że odwracałem jego uwagę od lekcji.-
-Normalne.‭ ‬Najlepiej zgonić na kogoś swoje niepowodzenie.-‭ ‬do kuchni wszedł Remus.
-I jak Harry‭?‬-
-O wiele lepiej.‭ ‬Gdzie wszyscy‭?‬-‭
-Robią wykład Ronowi o jego karygodnej przemocy wobec nietykalnego Gary’ego Stu nieodpowiedzialności.‭ ‬Poznaliście się‭?‬-
-No wiedziałem że o czymś zapomniałem.-‭ ‬nieznajomy klepnął się w głowę.-‭ ‬Harry nazywam się Nikolas de Poussin-
KWIIIK!!! Znaczy - ten malarz, tak? Dziwne, że narrator nie wspomniał o wąsach.
A mnie się to “Poussin” kojarzy, lalalala..

-Francuzik.-‭ ‬szepnął Harry nieświadomie przemawiając po francusku.
-Harry od kiedy znasz francuski‭?‬-‭ ‬spytał zaskoczony Remus.
Jako Gary Stu, mówi językami ludzi i aniołów. Na szczęście Czytelnicy i tak wiedzą, że jest jako ten cymbał (brzmiący).

-A kto powiedział że znam‭ ?‬-
-Coś mi się wydaje Remusie że pan Potter zaskoczy nas wszystkich jeszcze wieloma niespodziankami.-odezwał się Nikolas.
-Ciebie na pewno.-‭ ‬Harry zwrócił się do mężczyzny w jego języku.
-Nie mogę się doczekać.-‭ ‬odparł Nikolas również po francusku.
Jack: So, Alonso… going my way?
Alonso: How do you know my name?
Jack: I’m kinda psychic.
Alonso: Really?
Jack: Yeah.
Alonso: Do you know what I’m thinking right now?
Jack: Oh, yeah.”

-Harry Nicolas z tego co wiem zgodził się być nauczycielem OPCM.-‭ ‬wtrącił Remus.‭ ‬Nikolas spostrzegł że na te wiadomość chłopak jakby wycofał się z wyzwania.‭ ‬Jednak po chwili do kuchni wpadła reszt zakonu i wyprosili Harrego.‭ ‬Ten poszedł do swojego pokoju i się w nim zamknął.‭
"Żeby się zawczasu odgrodzić od barachła."
Poszedł płakać:




Z okazji wstaw_odpowiednie_święto wszystkim Czytelnikom Przyczajonej Logiki, Ukrytego Słownika składamy z głębi serca płynące życzenia samej dobrej literatury, braku Marysujek, dużo Truloverów (ale takich naprawdę "tru"!), przecinków samowskakujących w odpowiednie miejsca i...
...już Wy sami najlepiej wiecie.

Pigmejka, Kalevatar, Kamiennojedwabny Snape oraz Jeż jak Byk.

piątek, 16 grudnia 2011

Półwiedźminka, ćwierćtoster, czyli Mary Sue wiodąca lud na barykady



Witajcie!

W tym tygodniu mamy dla Was drugą (i ostatnią) część przygód Geralta i jego córki. Bohaterka objawi jeszcze więcej swej zajebistości i powiedzie lud na barykady - a w międzyczasie będzie intensywnie angstować. Razem z ojcem odwiedzi dziwne niby-miasto, w którym to w domu o łososiowych ścianach mieszka idealnie niekanoniczna Yennefer. Wiedźmin będzie błyszczeć taktem i dobrym wychowaniem, Triss zawyje zza grobu, a nad wszystkim unosić się będzie duch redaktora Terlikowskiego.
Miłego!

Zanalizowały: Pigmejka i Kalevatar.
Adres blogaska: http://calthin-merigold.blog.onet.pl


Dwa dni później mogli już spokojnie wyruszyć w dalszą drogę. Calthin nie odzywała się za wiele, co mocno zdziwiło Wiedźmina. Wolał jednak jej zmuszać do zwierzeń, bo zazwyczaj kończyło się to obwinianiem go o śmierć Triss.
Baardzo to uzasadnione, jako że Geralta przy tej śmierci nie było. No ale kim byłaby Mary Sue bez kierowania dziwnych pretensji do wszystkich w okolicy.

Może faktycznie było w tym trochę jego winy.
Trzeba się było zabezpieczyć!
Albo po prostu nie dupczyć.

Każdej nocy słyszał krzyki Calthin. Wtedy rozumiał jak mocno dziewczyna została skrzywdzona. Jak długo się nad nią znęcano.
Jak bardzo jej trening był marnowaniem czasu, skoro nie potrafiła sobie poradzić z jednym chłopem (nawet radioaktywnym).

Może gdyby przyjechał na wezwanie Triss, Calthin byłaby normalną, spokojną dziewczyną.
Czyli że supermoce dostaje się gratis do smutnego dzieciństwa? Ekstra!
Pewnie że tak! A jak się jest półsierotą albo sierotą, to już w ogóle ma się 99% szans, że do naszych drzwi zapuka jakiś dziwny oszołom i zamiast wciskać nam ulotki o Jehowie, zacznie nas namawiać do uratowania świata.

Wysłałby ją do Yennefer, aby ta uczyniła z niej potężną czarodziejkę.
*małe, zduszone kwik* A Yennefer to od kiedy prowadzi pensję dla magicznie uzdolnionych dziewcząt, bo coś mi umknęło?

Zamiast tego przyjechał Coën, zabrał dziewczynę do Kaer Morhen. Pokazał jej jak władać mieczem, korzystać z czarów i eliksirów.
Rzeczywiście, na co komu taka nauka...
Widać  młoda gustuje w rozważaniach teoretycznych, znacznie przedkładając je nad empirię.

-Geralt, jestem głodna.
-Nie możesz sama czegoś upolować? Masz siedemnaście lat, nie boisz się zabijać ludzi, więc co za problem?
-Nie zabijam małych i niewinnych zwierzątek.
Zwłaszcza tych puchatych. Wolę wyniośle głodować.
- Nie jem niczego, co ma oczy!
- Szynka nie ma oczu.


-A gdyby cię jakieś zaatakowało?
Jakiś dziki jeż, na przykład.

-To w ostateczności sięgnęłabym po miecz. Są jeszcze przecież czary.
A zabicie małego stworzonka czarami jest mniej zabójcze niż mieczem?
...może jak ofiara nie krwawi, to się nie liczy?

No proszę, powiedział do siebie Geralt, pod taką zawziętą dziewczyną kryje się wrażliwa postać, która brzydzi się zabijaniem małych zwierzątek.
Czyli taką sarnę już powinna ubić bez oporów, mam rację?
A nosorożca to już w ogóle... zatłucze jednym ciosem cepa.

[BoCHaterka zostaje zaatakowana przez bandę złoczyńców i ranna w ramię, ale oczywiście pokonuje ich wszystkich (z niewielką pomocą Geralta).]

Calthin obudziła się czując niesamowity ból w ramieniu. Spojrzała na nie. Było obandażowane. Rozejrzała się wokoło. Murowane ściany, łóżko stworzone z desek i siana. Na początku było siano, a siano było u stolarza, i stolarz miał siano. Ono było na początku u stolarza. Łóżko przez nie się stało, a bez Niego nic się nie stało, co się stało. Z desek było też łóżko, a łóżko było błogosławieństwem dla ludzi, więc łóżko w ciemności stoi i chrapać w nim można do woli.

Tak. Dotarli do Kaer Morhen.

W hallu siedziało czterech Wiedźminów: Geralt, Coën, Lambert i Vesemir - najstarszy ze wszystkich.(...) Nawet nie zauważyli, kiedy w drzwiach pojawiła się Calthin.
-Dzień dobry.- Calthin uśmiechnęła się blado- Czy mogłabym dostać coś do jedzenia?
-Już się robi dziecinko.- Vesemir skinął na Lamberta- Coś pewnie jeszcze zostało z naszego śniadania.
Calthin siadła przy stole razem z innymi. Wreszcie poczuła się jak w domu - bezpieczna. Spojrzała na przerażone miny Coëna i Vesemira.
Buzująca hormonami nastolatka na obiekcie to więcej, niż byli w stanie znieść.

Tylko Geralt niczym się nie martwił. Był jak zwykle... Milczący.
-Ile czasu byłam nieprzytomna?
-Dziesięć dni.- odpowiedział cicho Geralt- Dojechaliśmy na ostatnią chwilę. Vesemir opatrzył cię jakieś dwie godziny temu.
Mam rozumieć, że przez dziesięć dni Geralt wiózł wykrwawiające się dziewczę w kulbace, nie zawracając sobie głowy opatrunkiem? Wow... ona naprawdę zalazła mu za skórę.
A ja tam go nawet rozumiem...

Teoretycznie powinnaś spać jeszcze jakieś dwa dni, ale widocznie na ciebie eliksiry działają inaczej. Dobrze, że tam w lesie mnie wezwałaś.
Calthin spojrzała pytająco na Wiedźmina. Nie mogła go wezwać, bo nie potrafi. To musiał być ktoś inny. Ktoś, kto znajdował się trochę dalej od niej i wszystko widział.
Narrator.
Albo sama Szara Eminencja - aŁtoreczka.

-To nie byłam ja.
-Byłaś. Twoje alter ego pojawiło się przede mną.
Coën szybko zrozumiał o co chodzi. To istotnie była Calthin i istotnie było to jej alter ego. Kiedy dziewczyna wypiła eliksir postać Wiedźminki wyparła postać czarodziejki.
Chromosom Y wygrał z chromosomem X.
Jak zawsze, cholera. ;/

Zawsze podczas ćwiczeń mieli ten problem... Calthin nie mogła rzucać czarów. Zwyczajnie. Jakby nie umiała i w życiu się tego nie uczyła.
Nie umiała przełączyć skilli ze swordsmanship na magic? Pfff, partaczka.
Wait, wait... MARY SUE czegoś NIE umie? Szybko, niech ktoś to sfilmuje... sfotografuje... jakkolwiek uwieczni!!!

Przed niektórymi walkami dziewczyna piła eliksir, ale wtedy walczyła razem z nimi. Wiedźminami. Dopiero w obliczu zagrożenia jej drugie wcielenie zaczęło działać.
Doktor Jekyll, pan Hyde 2.0

-Jesteś potężną postacią.- odezwał się Vesemir, kiedy Coën skończył swój wykład
Taa. Radioaktywny chłop ma na ten temat inne dane.

- W przepowiedni Calithe Methillis, sprzed trzydziestu lat, doskonale nieobecnej w kanonie, występowała dziewczyna posiadająca właściwości podobne do twoich.
W erpegach są ich tysiące...
A blogaskach nawet miliony...

Cytuję: Będzie mieć wielką moc magiczną, ale w walce będzie wprawiona niczym rycerz.
-Vesemir.- rzucił gniewnie Geralt- To nie może być ona. Calthin nie może być tą, która ma pokonać Nilfgaard.
Sama jedna. Wsyśnie ich nosem.
Psiknie na nich gazem pieprzowym... o dużej sile rażenia. :P

-Zaraz... To wy wiedzieliście o tym od początku?
-Nie. Usłyszeliśmy o tym jakieś dwa lata temu.- Coën wbił wzrok w błękitne oczy dziewczyny- Od tego czasu staraliśmy się ciebie odnaleźć. nie mogliśmy wtajemniczać w to Geralta, bo sama widzisz jak on na to reaguje.
No... milczy. W sumie słusznie, bo co tu dodać - idiotyzm mówi sam za siebie.
Geralt jest taki wrażliwy... jeszcze się z nerwów zamknie w sobie, czy coś. Rzeczywiście, straszne.

***
[Później. Geralt zabiera dziewczynę na spacer.]
Zatrzymali się przed wejściem do potężnej jaskini, która ukryta była za, gołymi o tej porze roku, wierzbami płaczącymi. Coën nigdy nie pozwalał Calthin tu przychodzić. Twierdził, że niejednokrotnie w tym miejscu przydarzało się coś złego.
Bo “coś złego” z pewnością może zrobić krzywdę wyszkolonej, magicznej wiedźmince, prawda.
Jestem pewna, że nawet wiedźmince może się zdarzyć poślizgnięcie się na oblodzonej skale i spierdzielenie z urwiska.

Koło dziewczyny pojawiła się mała, święcąca kula, oświetlająca wnętrze całej jaskini. Ku jej zdumieniu, na samym środku stał kamienny ołtarz. Wyryte były na nim runy. Calthin od razu poczuła znajome wibracje w medalionie. Magia. Niesamowicie silna magia należąca do jej matki. Duch Triss Merigold żył w tym miejscu. Dziewczyna podeszła do ołtarza. Znalazła tu zaschnięte płatki kwiatów i krew.
-Czy to tu...
Czy to tu Triss składała ofiary z ludzi? Jakoś nie przechodzi mi do głowy nic innego, co wymagałoby zakrwawionych ołtarzy.

Geralt nie dał jej skończyć. Podniósł rękę. Nastała cisza, ale Calthin wiedziała o co chodzi. Ktoś śpiewał kołysankę. To była jej matka. Delikatny, kojący głos.
Znaczy się, trup śpiewał? Yyy... zombie śpiewało?

-Czemu Coën nie chciał abym przychodziła w to miejsce?
-Nie panowałaś jeszcze nad swoją magią. Takie wrażenia mogłyby dla ciebie być trochę za silne.
Dziewczyna dostrzegła coś zakopanego w piasku. Odgarnęła go szybko. Jej oczom ukazał się śliczny, złoty naszyjnik z jaspisem.
Wow, magia pozwala jej widzieć skarby ukryte pod ziemią? Kurczę, jest lepsza niż wykrywacz metali! Ciekawe, czy też tak śmiesznie pika...

Na kamieniu zostało wygrawerowane imię Triss w Starszej Mowie. Calthin uśmiechnęła się, podniosła go i zawiesiła go sobie na szyi.
-Musiała zostawić to przez przypadek.
-Nie wydaje mi się.- Calthin podeszła do jednej ze ścian i oparła się o nią- To nie znalazło się tu przez przypadek. Triss Merigold była waleczną osobą. Zginęła w słusznej sprawie.
O, może w końcu dowiemy się, jak.

Ona chce abym poszła w jej ślady.
I też zginęła dla Sprawy. A na medalionie było wygrawerowane nie Triss, a Terlik.

Abym walczyła o dobro kraju i spokojne życie przyszłych pokoleń.
Za wolność naszą i waszą!!!
Łohoho, ona zaraz powiedzie lud na barykady.

Geralt podszedł do dziewczyny i chwycił ją za ramiona. Spojrzał prosto w oczy. Calthin wytrzymała to ostre spojrzenie.
-Chcesz oddać życie za spokojne życie ludzi, którzy tak cię skrzywdzili? Zastanów się.
Możesz też oddać życie tylko za niektórych ludzi, albo wyłącznie za panią Halinkę piekarzową... słuchaj, po prostu zrób coś ze swoim życiem, ok? Cokolwiek.
Zawsze też może dać się zabić i oszczędzić analizatorkom męki.

-To nie będzie walka o dobrobyt tylko dla ludzi, ale także czarodziejów, elfów i krasnoludów.
A czarodzieje to jakiś osobny gatunek? (I co im w tej chwili konkretnie zagraża? Nadmiar luksusu?)
Skoro wiedźmini mogli być oddzielną rasą...

Geralt, to mój wybór.
Wiedźmin zrobił to, czego Calthin spodziewała się najmniej. Przytulił ją mocno. (...) Nie chciał aby jego córka szła na pewną śmierć.
Ale jakoś tak nie protestował za bardzo.
Duch naczelnego Frondy unosił się nad obojgiem rodziców Calthin.

-Skoro tak- wyszeptał cicho- to będę walczyć razem z tobą.
Jak to mówią - na coś trzeba w końcu umrzeć.

***
Podczas pobytu w Kaer Morhen Calthin postanowiła jeszcze trochę się podszkolić. Coën był zadowolony z postępów jakie poczyniła dziewczyna przez ostatnie pięć lat. Mieczem władała lepiej niż on sam.
*pełne rezygnacji westchnięcie*
Ignoruj to. Po prostu nie zwracaj na to uwagi, to są przecież standardy marysuizmu.

Była niesamowicie zwinna i szybka. Nawet podczas walki z trzema Wiedźminami naraz była praktycznie nie do pokonania.
 
Zobaczycie - ona cały Nilfgaard wessie nosem i nawet nie zauważy.

Pierwszego dnia wiosny Geralt opuścił ruiny Kaer Morhen razem z Calthin. Ruszyli w świat szukając miejsc, gdzie wiedźmińskie zdolności były potrzebne od zaraz.
Jednak ogłoszenie "Wiedźmina na gwałt zatrudnię" Geralt pominął zakłopotanym milczeniem i szybko pociągnął córkę w inną stronę.

-Geralt. Co się stało z Ciri? Słyszałam jak rozmawiałeś o niej z Lambertem. Coën też kiedyś o niej wspominał, ale...
...ale to w sumie mało ważne rzeczy, nie trzeba sobie nimi zawracać głowy.
(Przynajmniej w końcu wiemy, że akcja dzieje się po II wojnie z Nilfgaardem.)

-Podsłuchiwałaś.- mruknął cicho Wiedźmin- Ciri się udało na jakiś czas unieszkodliwić tych, których ty masz pokonać.
Co kwalifikuje ją jako Mary Sue drugiej kategorii.
(Ale przecież Ciri nijak z Nilfgaardem nie walczyła... Aha, no tak. Próbuję szukać logiki. Znowu.)
Ciri podłożyła podwaliny pod Chwalebną Misję naszej Marysi Zuzi - to naprawdę miło z jej strony, czyż nie?
Noo... to prawie jak Jan Chrzciciel. A Ciri jest niegodna zawiązać jej rzemyk, czy coś w ten deseń.

Nie będę ciebie przekonywać abyś zmieniła zdanie, bo wiem, że tego nie zrobisz, ale powinnaś się zastanowić.
Dziewczyna wywróciła oczami, spięła konia i ruszyła galopem leśną dróżką. Chciała być na chwilę sama. Nie chciała walczyć, ale skoro taka jest przepowiednia... Z resztą. Jej matka oddała życie w walce z Nilfgaardem. Musi ją pomścić.
Znów miała przed oczami ten widok sprzed lat.
To była walka na śmierć i życie. Ona obserwowała wszystko z ukrycia. Siedziała w krzakach.
Walkę na śmierć i życie - cudzą - najlepiej ogląda się z krzaków. To powszechnie znany fakt.
Obok niej siedział Jeż jak Byk i podjadał popcorn - znajdował oglądaną walkę wielce zajmującą.

Oddział wojsk z Nilfgaardu zatrzymał się po jednej stronie Lorhen (elfy z Lorien odetchnęły z ulgą), a czarodzieje, elfy i krasnoludy znaleźli się po drugiej.
Nie ma sensu pytać, jak szalony zbieg okoliczności doprowadził do tej sytuacji, prawda?
Imperatyw Narracyjny ich poprowadził.

Z ciężkich, ołowianych chmur zaczął padać rzęsisty deszcz. Atmosfera była niezwykle napięta. Wszyscy czekali na rozkazy.
Ktoś krzyknął: "Do ataku!".
Bowiem całokształt taktyki wojennej zawiera się w tym, kto pierwszy krzyknie "do ataku!".
Tą kursywą tak w ogóle to nawija narrator, ona w swoich własnych wspomnieniach, czy kto?
To retrosy są.

Słychać było krzyki, tętent końskich kopyt i szczękanie żelaza.
Któryś z rycerzy miał żelazną sztuczną szczękę?

Czarodzieje rzucali zaklęcia śmierci.
- Avada kedawra!!!

Walka zakończyła się przegraną Nilfgaardu. Obie strony poniosły ogromne straty w ludziach.
Straty w krasnoludach i elfach były trochę mniejsze.

Calthin i Coën, który jakimś dziwnym trafem znalazł się nagle obok niej,
Zsummonował się obok niej. Uznał, że nie lubi walczyć w tłoku. ;>

pojechali na poszukiwanie Triss. Czarodziejka leżała na podmokłej ziemi. Z trudem łapała każdy oddech. Jej klatka piersiowa została przebita mieczem na wskroś.
*podziwia dramatyzm opisu*

-Calthin... Coën się tobą zaopiekuje...
Wiedźmin pochylił głowę i położył dłoń na ramieniu dziewczynki.
-Coën, ona jest... Ona jest córką Geralta...- Triss mówiła co raz ciszej- Nie pozwól, aby o tym zapomniała.
Bo alimenty przepadną...

[Koniec retrosów.]
-Czy ci z Nilfgaardu wiedzą o przepowiedni?
-Tak.
-Dlatego zmienili swoją politykę wobec Wiedźminów?
-Zapewne.
I wszystko przez przepowiednię... Czekam na rzeź wiedźminiątek. :)

Wyjechali z lasu. Na horyzoncie zamajaczyło miasto - Verichmont. Słynęło ono z ogromnej ilości mieszkańców pochodzenia magicznego. Elfy, czarodzieje i krasnoludzi, mieli tu swoje domy.
Krasnoludzi to coś jak wielkoludzi, tylko czerwoni?

Było tam nawet kilka szkół dla młodych czarownic, które nie za bardzo potrafiły jeszcze zapanować nad swoimi zdolnościami.
Kilka? Paczcie państwo, a w kanonie wystarczyła jedna.

-Może będą mieli dla nas jakiegoś potworka.
Te młode czarownice znoszą do domów takie dziwne stwory... Jakby poczciwe czarne kocięta zupełnie wyszły z mody: tylko że potem się okazuje, że ukochana maskotka zjadła niańkę, na przykład.
No, i pewnie jeszcze spuszczają je w kanalizacji, gdy im się znudzą... I stąd się wzięła żyrytwa koło Oxenfurtu.

W Verichmont panował spokój. Z resztą jak zawsze. W tym mieście rzadko się coś działo. Kiedy przyjeżdżał ktoś nieznajomy, nie zwracano nawet na niego uwagi. Verichmont miało na około tyle zaklęć ochronnych, że przedarcie się przez nie z nieczystym sumieniem było praktycznie niemożliwe. Dlatego właśnie ludzi w Verichmont praktycznie nie było.
Bo wszyscy ludzie coś knują, zaś elfy, krasnoludy i czarownice (które najwyraźniej wg aŁtoreczki nie są ludźmi) mają sumienia czyste i nieskalane jak marzenia zakonnicy.
I jak każdy hejt na ogół ludzkości w wykonaniu aŁtoreczek, jest to niezwykle zabawne.

Miasto wyglądało na wyludnione. Na ulicy nie było praktycznie nikogo.
Merem był pewnie Kononowicz...

Nie funkcjonowało tu szeroko rozwinięte pojęcie oberży czy karczmy.
Mieszkańcy byli na to zbyt świętojebliwi.

Jeśli w tym miejscu nie miało się kogoś znajomego, to trudno było znaleźć chociażby stajnię i przenocować na sianie.
Jeżu, to na pewno było miasto, a nie pole z budynko-kształtnie uformowanym zbożem?
Właśnie. Niby co ci wszyscy czarodzieje, elfy i krasnoludy robiły po pracy? Siadali w kółeczku i rozmyślali nad tym, jak bardzo są ciemiężeni?

Geralt skręcił w jedną z uliczek. Wzdłuż niej biegły rzędy domów, które zamieszkiwane były tylko przez czarodziejów (Te rzędy.). Rzecz jasna Calthin nie miała pojęcia, że znajduje się w miejscu, aż tak magicznym.
Miejsce było tak magiczne, że w powietrzu unosiły się samobieżne, nadprogramowe przecinki.

Wiedźmin zatrzymał się przed ostatnim domem na tej ulicy. Miał trzy pietra wysokości, a mur był w kolorze łososiowym. Nie przypadło to ani Geraltowi, ani Calthin do gustu.
Wysokie mury od dawna były passé.
Też nie powiem, by łososiowe ściany jakoś bardzo mi się podobały.

-Kto tutaj mieszka?
-Yennefer.
Kwik! W jakiejś zaplutej, programowo świątobliwej dziurze? W domu o łososiowych ścianach? Pośmiertnie...?

Musiałaś ją kiedyś spotkać.
-Tylko raz. Ale to było dawno. Po za tym... To nie było zbyt miłe spotkanie. Była przy tym moja matka. Kłóciły się.
-Tak. One nigdy nie mogły się ze sobą dogadać. Poszło o taki drobny szczegół...
-O ciebie.
Konkretnie poszło o pewien drobny szczegół Geralta.
O prawo własności. :)

Odezwał się za nimi kobiecy głos. Oboje odwrócili się szybko. Kilka metrów od nich stała czarodziejka o długich, czarnych włosach i anielskiej twarzy. Uśmiechała się ironicznie. Najpierw zmierzyła swoim fiołkowym spojrzeniem Geralta, a później Calthin.
-A to kto?
-Calthin Merigold. Córka Triss...
-I twoja.- przerwała czarodziejka- Wiem.
- To po grzyba pytasz?

Co was sprowadza w te strony? Jeśli szukasz jakiejś roboty, to idź to Plengila. Podobno grasuje coś w ruinach starego zamku.
-Pozwolisz Calthin rozgościć się w twoim domu? Nie spała od kilku dni, a jej ramię jeszcze nie do końca się zagoiło.
Geralt osiąga szczyty dobrego wychowania, jak widzę...
O lolu. Kanoniczna Yennefer w tym momencie pojechałaby z nim tak, że Geralt z płaczem uciekłby do Vilgefortza. No, ale to kanoniczna.

***
Calthin siedziała na łóżku w jednej z gościnnych sypialni w domu Yennefer. Ściany miały przyjemny, żółty kolor, ona jednak czuła się dość niepewnie. Wiele słyszała o spięciach między jej matką, a nią. Niektórzy nie potrafią wybaczać.
A po co by mieli?
Właśnie. Ja bym na przykład nie wybaczyła tego, że mój facet zrobiłby dziecko mojej przyjaciółce wiedząc, że ja dzieci mieć nie mogę, a bardzo bardzo chcę. No ale to ja. BoCHaterka, jak widzimy, wybacza wszystko wszystkim.

Yennefer kręciła się po kuchni.
AŁtoreczko: jesteś pewna, że Yennefer, a nie, np. Mila Borejko?

Była wściekła. Uważała, że to, co zrobił Geralt osiągnęło szczyt bezczelności.
I miała całkowitą rację.

On dobrze wiedział, że Triss była jej wrogiem numer jeden, a teraz on mówi jej, że ma razem z nią córkę. Ona już o tym wiedziała, ale mógł uczynić to znacznie wcześniej!
Znaczy - zrobić jej dziecko znacznie wcześniej?

Poprosił jeszcze o nocleg dla tej całej Calthin. Ona przecież nie mogła odmówić.
Nie?

Szczególnie, że rana dziewczyny zaczęła się paskudzić.
Kanoniczna Yennefer... a, zresztą nieważne.

-Wiedźmini nie potrafią zrobić niczego porządnie.
Nawet bachory robią sobie jakieś takie...

Czarodziejka nawet nie usłyszała, kiedy do domu wszedł Geralt. On zawsze miał w swoim zwyczaju zakradanie się. Inaczej chyba nie umiał.
-Potrafimy zabijać potwory.
- No niiiieeeee, seeeeeeriooooooo?

Yennefer podskoczyła w miejscu, omal nie rozlewając eliksiru, który przygotowała dla Calthin.
Kanoniczna Yennefer...

Geralt położył pod ścianą swój miecz i wspiął sie stromymi schodami na piętro. Tam właśnie znalazł Calthin, która polerowała ostrze swojego miecza.
-Idę z tobą?
-Jeśli chcesz... (...)
Do pokoju weszła Yennefer. W ręku trzymała mały puchar z eliksirem. Podała go Calthin. Dziewczyna spojrzała niepewnie na jego zawartość. Płyn miał jasnoczerwoną barwę.
-Spokojnie. Przecież cię nie otruję.
Kanoni...
A szkoda.

***
Wszyscy siedzieli przy ognisku i rozprawiali na temat ostatnich wydarzeń politycznych.
Jeżu, a myślałam, że tylko w Polsce wciąż gada się o ciągłej pomiędzy PO a PIS...

Było już ciemno. Mężczyźni znajdowali się w samym środku lasu. Trzech z nich stało na czatach. Nie należeli jednak do spostrzegawczych.
To idealnie nadawali się do swojej roli.

Gdyby tak było, to już dawno dostrzegliby białowłosego Wiedźmina siedzącego na koniu kilka metrów dalej.
Żeby nie zobaczyć jeźdźca z odległości kilku metrów nie wystarczy być mało spostrzegawczym - trzeba być ślepym jak kret. :/

Tylko młoda dziewczyna siedząca razem z nimi, usłyszała ciche parskanie. -Wybaczcie panowie, ale będę musiała jednak opuścić wasze zacne towarzystwo. Nie martwcie się o mnie. Raczej zainteresujcie się Wiedźminem ukrytym w tej gęstwinie.
Mężczyźni szybko spojrzeli we wskazanym kierunku. Dopiero kiedy wytężyli swój wzrok, niemal wytrzeszczając oczy, dostrzegli Białowłosego siedzącego na koniu i obserwującego ich obóz.
-Skąd panienka wiedziała...?
Mężczyzna nie dokończył, bo dziewczyny już nie było. Jej rzeczy i konia również.
Zzipowali się.

Wrócił wzrokiem na miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą był Wiedźmin, ale ten też zapadł się pod ziemię.
On z kolei zrobił sztuczkę Ctrl+X.
Mężczyzna kilkakrotnie zastosował F5, ale na próżno. Wiedźmin musiał przenieść się pod inny adres.

Dziewczyna przemknęła cicho przez gąszcz krzaków i małych drzewek. Dosiadła swojego karego ogiera, ścisnęła go mocno łydkami i ruszyła galopem. Jechała z uchem niemalże przyciśniętym do końskiej szyi.
Reszta ciała powiewała swobodnie w powietrzu.

Słyszała jak kałuże rozbryzgują się pod kopytami. Daleko za sobą usłyszała tętent drugiego konia. Znała ten delikatny galop.
Tak galopują tylko baletnice.

Dziewczyna dojechała do rozwidlenia dróg. Nie zastanawiając się ani chwili skręciła w prawo. W ciągu roku poznała te trasy nadzwyczaj dokładnie. Jeździła tędy kilka razy dziennie. Pomagała bezpiecznie pokonać puszczę karawanom i kupcom.
A karawanom kupców już nie? ;>
I te karawany kilka razy dziennie kursowały? Wow.

To miejsce nie należało do najbezpieczniejszych, jednak ona wiedziała co robi. Elfy dały jej schronienie w swoich domach.
Zgodnie oświadczyły, że boCHaterka ma ich miecze, łuki, topory, ich wiadra, motyki i co tam jeszcze chce, tylko niech idzie w cholerę i nie zawraca głowy.

Tętent kopyt drugiego konia ucichł. Dziewczyna ściągnęła wodze. Jej koń przeszedł do lekkiego kłusa. To wszystko zaczęło się jej co raz mniej podobać. Jeśli Wiedźmin jechał za nią, to teraz może być w każdym miejscu.
Na przykład przed nią. Albo pod nią, jeśli galopuje na krecie.

Dziewczyna wstrzymała oddech. Miała na tyle wyostrzony słuch, że potrafiła usłyszeć każdego, normalnego człowieka z odległości pięciu sążni.
Czyli z około 10 metrów - rzeczywiście, szacun.
(Fakt, że potrafi usłyszeć kogoś, ale oszacować, z jak bliska dochodzi odgłos już nie - łaskawie przemilczę.)


Suchy trzask łamanych gałęzi.
Ktoś zaklął cicho.
Znała ten głos. Znów spięła konia i ruszyła galopem. Tylko dwie mile dzieliły ją od przełęczy. Tam bez problemu mogła zgubić swojego prześladowcę.
Taaa, na przełęczy można kogoś zgubić... na stałe i po grób, że tak powiem.

Ktoś zajechał jej drogę. Koń ledwo zdążył wyhamować.
Z piskiem opon.

-Calthin.
-Zejdź mi z drogi Yennefer. Nie chcę cię skrzywdzić.
Że to niby Yennefer ją goni? *kwik jak stąd do odległej galaktyki*

[Okazuje się, że gonią ją też Geralt i Coën. ಡ_ಡ]
-Calthin. Co się stało?
Dziewczyna nie odpowiedziała. Wiatr załopotał jej płaszczem.
Z odpowiednim wyczuciem dramatyzmu. Płaszcze pozostałej trójki starannie omijał.

-Przed czym uciekasz?
Oj tam, hormony jej buzują, to szaleje.

-Przed wami.- odezwała się z nienawiścią w głosie- Wiedzieliście od początku. Geralt też wiedział. Obserwowaliście mnie każdego dnia. Karmiliście kłamstwem. Spotkanie z ojcem nie było przypadkowe. Zwyczajnie doszliście do wniosku, że czas powiedzieć mi o przepowiedni. Przez jedenaście lat kłamaliście.
...tak, to zdecydowanie hormony.
Czy radioaktywny chłop też brał udział w konspiracji, ja się pytam?

Coën dostrzegł w oczach Calthin zielono-żółty blask. Dziewczyna ledwo panowała nad sobą. Wkraczali na grząski grunt. Teraz każde niewłaściwe słowo mogło być brzemienne w skutkach.
Mogła na przykład zacząć krzyczeć i zamknąć się w swoim pokoju.
I odmówić zejścia na śniadanie.

-Ta fałszywa opiekuńczość Geralta wynikała tylko z chęci zachowania mnie przy życiu.
Ta fałszywa opiekuńczość, kiedy ona sama go znalazła i przyczepiła się do niego?

-To nie było udawane, Calthin. Ja się naprawdę o ciebie martwiłem.
-Milcz!
-Calthin daj mi powiedzieć. To wszystko jest nie tak, jak myślisz.
-A jak?!
Nie martw się, Geralt, jej za kilka lat przejdzie.

[Okazuje się, że tekst kursywą pisany był majakiem boCHaterki wywołanym obrażeniami wniesionymi z walki ze strzygą.]

Zeszli do kuchni. Yennefer przygotowała dla nich posiłek.
Kanoniczna... nie, to nie ma sensu, prawda?
Nie. *wzdech*

Geralt nie myślał teraz o jedzeniu.
-Chyba powinienem pojechać do wyroczni.
-Calithe Mertllis?- Yennefer uśmiechnęła się nieznacznie- Nie ma szans. Rada Magów nie dopuszcza do niej nikogo.
-To skąd mam wiedzieć co się dzieje z moją córką?
Spróbuj przekupić jej koleżanki, może coś podkablują.

-Nie zapominaj, że jesteś w świecie pełnym magów. Znam kilku, którzy za drobną opłatą...
-Nekromancja nie wchodzi w grę.- Geralt uderzył pięścią w stół- Nie chcę aby Triss miała zakłócony swój wieczny odpoczynek.
Jak myślicie, czy to podchodzi pod ochronę życia... ekhem, wiecznego?

-Ach, no tak. Triss Merigold jest matką twojej córki.- powiedziała ironicznie czarodziejka- Skoro tak stawiasz sprawę, to nigdy się nie dowiesz kim w rzeczywistości jest Calthin.
Półwiedźminką, ćwierćtosterem, Geralt - powiedziałam ci to za friko. A teraz spierdzielaj z tego blogaska!