czwartek, 23 grudnia 2010

Czelabiński skorek w jaskini platońskiej, czyli komuno, wróć! – część II

Witajcie!

W tym tygodniu podążamy śladami dziarskiego młodziana, który wyruszył w las w poszukiwaniu sarenki, a znalazł tajemniczą, pradawną bestię. Czym jest potwór? Co czeka naszego dzielnego bohatera? Jak brzmi ratuszowy dzwon? Skąd Platon zaczerpnął inspirację do swej słynnej metafory jaskini? Dowiecie się już dziś!

PS. Analiza jest nieco krótsza niż zwykle, ale mamy nadzieję, że nam to wybaczycie.

PPS. Wszystkim czytelnikom serdecznie życzymy wesołych, pięknych, białych
Świąt, udanego Sylwestra i Szczęśliwego Nowego Roku!!! Niech Duchy Świąt otoczą Was ciepłem i radością!



Ogłaszamy jednocześnie Przerwę Świąteczną: na następną analizę zapraszamy już w 2011. ;)


Blogasek zanalizowały:
Kalevatar i PigmejkaAdres blogaska: http://opowiesci-z-ardei.blog.onet.pl

Rozdział II, będący wyjaśnieniem tego, co (lub raczej KOGO) można spotkać w górskich jaskiniach.
No bez jaj... przecież nie smoka, prawda? To nie może być smok. To musi być coś oryginalnego, odkrywczego, niespotykanego w żadnej innej podróbce „Eragona”. *zastyga w oczekiwaniu*

Dziedzictwo

Bestia leżała na samym końcu jaskini; na szmaragdowym łożu z mchu.
I czekała na pierwszy pocałunek miłości?Szmaragdowy mech – i co jeszcze? Przed wejściem do jaskini rosły rubinowe maki i ametystowe fiołki, a po jej ścianach ściekały diamentowe krople rosy?
Ciesz się, że to nie było łoże z kwiatów – inaczej okazałoby się, że ta bestia to kochanka Waltera von der Vogelweide. ^^

Całe jej ciało pokryte było zielonymi łuskami, nawet powieki, z pod których wyglądały złociste ślepia. Na głowie tego stworzenia znajdowały się trzy pary powykręcanych w różne strony rogów.
Niektóre nawet do wewnątrz.

Ogon wieńczyły imponujące szczypce mogące z łatwością jednym ruchem - jak Aron przypuszczał - zmiażdżyć pień sporego drzewa.
Jak skorek, panie tego, jak skorek...Widziałaś skorki miażdżące pnie drzew? Choć w sumie… Jeśli to się rzeczywiście dzieje w Rosji…
Właśnie. To jest czelabiński skorek.

Pysk tego zwierzęcia miał kształt trójkątny niczym grot strzały, opierało go o gładki głaz
Co tym pyskiem opierało o głaz? To niehumanitarne.

Szerokie nozdrza otwierały się raz po raz wypuszczając pod sufit kłęby dymu zmieszanego z siarką. W oczach zajaśniał żywy ogień, gdy chłopak się zbliżył ostrożnie.
Jak tak to czytam, to mam wrażenie, że ten smok długo nie pożyje: wkrótce dojdzie do samozapłonu.

W tej małej, wątłej istocie największy podziw jak i przerażenie wzbudziły potężne, białe i opierzone skrzydła złożone na szerokich plecach bestii. Widok tak niezwykłego stworzenia był nie do opisania, przyprawiał chłopaka o ból głowy.
Oj, niedobrze: synapsy mu się przegrzewają.

Wyczuwał bowiem w powietrzu obecność umysłu gada
Gdzieś tam pod sklepieniem jaskini latał sobie smoczy mózg? Ciekawe, czy też miał skrzydła i ział ogniem.

Wyczuwał bowiem w powietrzu obecność umysłu gada, uczucie tak obce, że aż przyprawiało go o mdłości i niewiele brakowało, żeby zemdlał.
Nie był przyzwyczajony do odczuwania umysłu? Cóż, to cecha typowa dla postaci marysuistycznych…

Natłok myśli, doświadczenia, wiedzy... emocje, uczucia tegoż stworzenia były nie do wytrzymania. Chłopak - mimo ogromnego strachu - z jakichś niewytłumaczalnych powodów wiedział, że TO go nie zaatakuje. Usiadł ostrożnie z boku, na ciemnym kamieniu, który prawdopodobnie był opalem.
Skoro w tamtejszych okolicach o opale można się potknąć, jakim cudem mieszkańcy klepią biedę? Powinni sobie wszyscy już dawno herby pokupować!O.O A ja głupia myślałam, że z tym szmaragdowym mchem to tylko taka metafora była…
Auć, to temu smokowi twardo na tym łożu musiało być.


Lustrując gada uważnym, młodzieńczym spojrzeniem (Pigmejka spojrzała na to zdanie krytycznym, starczym spojrzeniem…) uznał, że ten nie ma złych zamiarów. A przynajmniej tak mu się wydawało. Wstał z zamiarem dotknięcia zielonego zwierzęcia.
Jakie to typowe: „A mogę poomaacaaać?”

– Bez zbytnich poufałości, człowieku - gdy to zdanie padło z ust gada, szatyn aż przysiadł z wrażenia. Bez problemu można było zgadnąć, że jest to osobnik płci żeńskiej.
Po tym, że usiadł z wrażenia? ;]

– Ty mówisz?! - Wykrzyknął.
- Nie, to mój żołądek tak dziwnie burczy – zaburczał smoczy żołądek. – Wiesz, efekty uboczne siarki, te sprawy…

– Jak przystało na smoka. - Gadzina wysunęła z pyska karmazynowy język jakby chcąc polizać powietrze. Przy końcu był rozdzielony na dwie części, tak jak opisywały stare książki.
Jesteśmy w średniowieczu, czyli te „stare książki” to starożytne manuskrypty chyba. Do których chłop średniowieczny, do tego jedenastoletni, miał dostęp i które potrafił przeczytać.

– S-smok...? - Chłopak zachłysnął sięnagle. - Smoki już dawno wyginęły! To... to niemożliwe! To tylko moja wyobraźnia! Tylko wyobraźnia!
Wpadł wpanikę. Obecność smoka w pobliżu Gayi mogła oznaczać pobyt samego Rasmorina w Górach Razawskich lub też może rychłe nadejście jego niszczycielskich wojsk w poszukiwaniu smoka. Poza tym – te latające gady były krwiożerczymi bestiami. Potężnymi narzędziami zniszczenia.
Czyli póki stwór wyglądający jak smok nie powiedział mu, że jest smokiem, to wydawał mu się niegroźny – ale kiedy okazało się, że potrafi mówić – ergo, jest dość cywilizowaną istotą – wtedy stał się nagle krwiożerczą bestią?
…Aha.


Nie miał pojęcia co teraz zrobić - uciec i podnieść alarm w wiosce jednocześnie ściągając niebezpieczeństwo na przyjaciół i rodzinę ze strony Szarego Maga, czy pozwolić by to całe zdarzenie działo się dalej.
Proponuję usiąść i poczekać, aż to nabierze sensu. Co ja też niniejszym czynię.
Powstrzymaj dzianie się zdarzeń! Wstrzymać czas – co to dla ciebie?

Owszem, Aron przez całe swe krótkie życie chciał zobaczyć jakiegoś przedstawiciela smoczej rasy, ale nie tak nagle! To było dla niego zbyt wiele...
To jak chciał zobaczyć tego smoka? Po kawałku? Łapa, ogon, mózg na ścianie, te sprawy?
Najlepiej już wypchanego.

wbrew pozorom jakie narzucały te czasy jedenastolatek nie potrafiłby sobie poradzić z rozwiązaniem tej sprawy.
Czasy narzucały pozory wszechmocy jedenastolatków? A to niehumanitarne czasy…

W tym samym czasie zielona smoczyca poczuła w stosunku do niego lekkie ukłucie żalu i współczucia. I również coś innego, co ją przyciągało jak magnez. Także przedmiot najdroższy jej wielkiemu sercu.
Gad uzależniony od magnezu jest? No patrzcie, coraz więcej demoralizacyj w tym opku!

Szybko jednak przegnała te uczucia przypominając sobie w duszy, że jest potomkinią pradawnego rodu i obce jej są troski istot tak malutkich jak ludzie. (...) Powinieneś się radować [myślał Aron], jest szansa na powrót smoków do Iriandii i unicestwienie Rasmorina!
A jako że smoki są „krwiożerczymi bestiami. Potężnymi narzędziami zniszczenia”, to wszyscy jak bardzo mocno życzą sobie ich obecności w najbliższym sąsiedztwie, tak?

Zbierając w sobie odwagę wstał i wrócił na poprzednie miejsce.
– Jesteś… oswojona? - Wyszeptał będąc wciąż w lekkim szoku.
Samica prychnęła.
– Żaden z nas nie był i nie będzie nigdy na usługach ludzi! – Potężny ryk przetoczył się echem po jaskini. - Pochodzę z rodu Dzikich Smoków, nieokiełznanych i silnych
...ale też niezwykle skromnych.

- w głosie gadziny zabrzęczało niczym dzwon z ratusza niemalże namacalne znużenie.
Dalibóg – dzwon z ratusza słyszę codziennie, ale nigdy nie zauważyłam, aby był znużony. W tym średniowieczu to nawet carillony były bardziej ludzkie…
A smoczyca najwyraźniej w międzyczasie skurczyła się jak przekłuty balon, skoro nagle stała się „gadziną”.

– Więc dlaczego się mnie nie pozbędziesz? Jaki jest powód, przez który nadal trzymasz mnie przy życiu? Czyżnie jestem dla ciebie zagrożeniem?
*wyobraża sobie dzieciaka stojącego przed ziejącym ogniem potworem*
Państwo pozwolą, że sobie ryknę?

Nie no, wiesz, to jest radziecka wioska. Ryzyko denuncjacji jest wszystkim doskonale znane. ;)

– Chwilowo obecny stan mojego zdrowiami na to nie pozwala. Spójrz na to sam, człowieku...
Obróciła się na prawy bok ukazując biały brzuch. Szponiastą łapą uniosła łuski w okolicy wątroby, pod nimi znajdowała się długa na kilka stóp i bardzo głęboka rana. Ściekała z niej nieustannie szkarłatna posoka, zapewne przyczyna znaczeń we wnętrzu tunelu jaskini.
W głębi tunelu siedziało kilku przykutych do skały ludzi, z umiarkowanym zainteresowaniem obserwujących cienie znaczeń majaczące na ścianie; w niewielkim oddaleniu stał Platon i notował gorączkowo.

– Poza tym wydajesz mi się ciekawą istotą, wręcz odpowiednią...
– Co? Co masz na myśli, smoczyco? -Zapytał Aron czując ukojenie w swym umyśle.
- Odpowiednią na kolację, ma się rozumieć. A jesteśmy dopiero w porze obiadu.
Nie odpowiedziała. (...)
– Czy to słudzy Rasmorina cię zranili?
– Istotnie... plugawe pomioty tego zagorzałego poplecznika Zła uniemożliwiły mi spotkanie z lordem... nie mam sił ponownie wzbić się w powietrze, nie wiem, czy mnie tu odnajdzie, (...)
– Wybacz, to co zaraz powiem, ale czy smoki nie powinny być martwe? W końcu nie widziano ich w Nargaladnii od ponad stu lat, może i więcej.
Czemu „nie widziano” musi oznaczać „pozdychały”? Nie mogły po prostu odlecieć albo się schować, jak elfy i krasnoludy?

– Owszem, prawdopodobnie jestem przedostatnim smokiem żyjącym teraz na tej ziemi. Rasmorin wiele lat temu usłyszał przepowiednię, która już zanikła w pamięci dziś żyjących stworzeń,
Za to w pamięci martwych stworzeń trwa ona nieprzerwanie.

o narodzinach nowego wojownika, który uwolni ten kraj od Zła. Przerażenie targnęło ciemiężcą, a jak pewnie wiesz ludzie ze strachu popełniają wiele błędów. Przyzywając z Otchłani najpotworniejsze czarty, diabły dołączył je do swej zniewolonej armii. Uskrzydlone demony przemierzały wzdłuż i wszerz Ardeę w poszukiwaniu smoków.
Tym nowym wojownikiem miał być… smok?

Brak interwencji ze strony istot sprzymierzonych powodował tylko stałe wymieranie pradawnych ras, jedynych w swoim rodzaju stworzeń... nikt niemógł pomóc.
Hm, z powyższego fragmentu wynika, że raczej nikt nie chciał pomóc.

A sam lord Diego (de la Vega ;P) nie mógł sobie poradzić z nadchodzącą burzą, którą Rasmorin z radością podsycał nie bacząc na śmierć swych sług. Nie mam pojęcia jak ja zdołałam uciec spod miażdżącej ręki Szarego Maga wraz z tym... - spod skrzydła Morgala wyciągnęła zadziwiającą rzecz.
Aron otworzył szerzej oczy widząc przedmiot podobny do kamienia o kształcie elipsy. Był w miarę duży; z wnętrza wydobywały się ciche piski.
Litości… Tak, można było po prostu napisać, że to było jajo. I nie, przed wykluciem się jego zawartość raczej nie powinna piszczeć.

Powierzchnia była zadziwiająco płaska,
Ktoś przejechał po tym jaju walcem? Oj, to smutne. W takim razie nie dziwię się, że piszczało.

błyszczała szkarłatem i srebrem.Smoczyca pozwoliła podejść chłopakowi do ów kawałka (AARRGHH!!!) skały na odległość wyciągnięcia ręki. Wtedy to Aron zdał sobie sprawę z tego, że ten przedmiot był w rzeczywistości smoczym jajem.
Jest to tak niespodziana niespodzianka, że aż nie wiem, gdzie się podziać.

– Mój syn... - Rzekła powoli zielona smoczyca jakby po kolei sprawdzając znaczenie każdego wypowiedzianego przez nią słowa.
W słowniku wyrazów bliskoznacznych sprawdzała.
I na USG – stąd ma całkowitą pewność, że to nie córka.

- Jedyna nadzieja ludzi, krasnoludów i elfów na odzyskanie niepodległości. No i przywrócenia dawnej chwały rodu smoków.
Po chwili dopiero zdał sobie sprawę jaką przyszłość będzie miał ten młody smok. Jego przybycie rozpęta chaos, zaczną się walki rebeliantów z hordą wojsk podlegającą Rasmorinowi, kosztowne wojny… A każdy będzie chciał mieć tak potężne stworzenie po swojej stronie.
A to ten Rasmorin nie chciał go zabić? Ech… jak zwykle nie nadążam.

W związku z czym nawet Gayanie musieliby stanąć w szranki. A ich wioska była biedna, nie stać ich nawet było na zwykłe skórzane zbroje.
Z widłami na magów i bestie, z widłami i pochodniami, jak na rozjuszone chłopstwo przystało!
No i zawsze możecie jeszcze obornikiem w nich rzucać.
Taak, „ nawet na zwykłe skórzane zbroje” - zupełnie jakby chłopi mogli mieć choć cień perspektywy na wyekwipowanie się w cokolwiek innego! Kolczug i płytówek się państwu zachciewa... :/

Jednak jeśli by to zależało od przyszłości naszego kraju to sądzę, że nawet stanęliby z zwykłym młotem kowalskim w ręce do bitwy – pomyślał chłopak. W końcu jak przypuszczał mieszkańcy jego wioski byli jednymi z najbardziej zagorzałych patriotów. Kochali swój kraj jak nic innego, chociaż był zniewolony i poddany tyranii Szarego Maga.
Ałtorko, zasmucę Cię, ale średniowieczny (a nawet nowożytny) chłop zazwyczaj miał swój kraj głęboko gdzieś i jeśli wiedział, kto jest jego aktualnym królem, to i tak było dobrze. Jeśli tylko zbiory były udane, krowy sąsiada nie właziły na jego pastwiska, a wojska (jakiebądź) nie plądrowały jego dobytku i nie gwałciły żony, to reszta go nie obchodziła. Wbrew pozorom słynna scena ze Świętego Graala ma wiele wspólnego z rzeczywistością.


– Po wykluciu wraz ze swoim przyjacielem uda się do elfów, zahaczając po drogę o kryjówkę Garańczyków i krasnoludów. O ile umowa dobrze została zawiązana pomiędzy królową Ludu Lasu, a nim powinien przybyć i ich stamtąd zabrać… możliwie jak najszybciej. Rasmorin dowie się późno o nim… późno…
Zielony łeb opadł nagle na ziemię wzbudzając w górach lekkie trzęsienie ziemi.
Ze sklepienia jaskini posypały się stalaktyty, w jednej chwili kończąc smutny żywot smoczycy i boCHatera. Wywołana wstrząsem lawina na dobre ukryła wejście do pieczary. Ich zwłok nigdy nie odnaleziono.

Zbyt wiele krwi już się przelało przez łuski Morgali, z każdą sekundą traciła ona wspomnienia, wiedzę.
Nie wiedziałam, że smoczy mózg jest upłynniony w czerwonych krwinkach.

Aron dopiero po kilku minutach zdał sobie sprawę, że ona umiera. Mimo wszystko chciał wycisnąć z niej jak najwięcej informacji.
Jakie to humanitarne, prawda?

Podszedł powoli i położył chudą dłoń na jej boku chcąc uspokoić chaotyczne ruchy smoczycy.
Mhm, ta, przytrzymaj ją, to telepanie przedśmiertne rzeczywiście nie za fajnie wygląda. :/

– Dlaczego przywędrowałaś aż tutaj? Nielepiej było skryć się u elfów na południu? Zakładając oczywiście, że wszystkie opowieści o nich są prawdą.
– Oczywiście, że elfowie istnieją! – warknęła smoczyca. – Właśnie stamtąd wracałam… chcąc ukryć mego syna przed pełnymi obłędu oczami Rasmorina. Jeżeliby dowiedział się o mojej śmierci i wykluciu zapewne rozpocząłby poszukiwania od Sinertiss. A może nie? Może już wie, że tu przebywam? Szykuje armię gotową zrobić wszystko, byleby tylko zniszczyć jajo?
Jak na konającą, jest całkiem elokwentna. :/

– Zniszczyć? – Zdumiał się chłopak siadając blisko zielonej smoczycy. – Na jego miejscu najpierw spróbowałbym przekabacić smoka na swoją stronę. Bo w końcu jego potęga nie może sama zdławić oporu Garańczyków. Jednak, gdyby pojawiła się u jego boku potężna bestia…
Aha, mam rozumieć, że Najbardziej Zajebisty Mag, nieśmiertelny, władający piekielnymi hordami i w ogóle, nie poradzi sobie sam z rebelią – ale smoczy szczeniak, ostatni pomiot rasy wyrżniętej w pień przez wspomniane hordy poradzi sobie znakomicie? =.=

Na dworze zagrzmiało. Zimny wiatr wpadł do jaskini powodując u Arona dreszcze. Kolejna burza zawisła nad Razawami. Deszcz lunął jak strzała z ciemnego nieba
Jak jedna strzała? W sensie, że takim pojedynczym sikiem lunął?

zalewając las i pola w swym głośnym szumie.
Tak od razu zalewając? To dość potężny sik musiał być.

Morgala uniosła skrzydło i oparła je o ziemię chroniąc chłopaka przed zimnem.
– Mam nadzieję, że twoja wyprawa dobiegnie szczęśliwie do końca, gdziekolwiek on się znajduje [powiedział Aron]. Nie bój się o jajo, z pewnością elfy i Garańczycy dobrze się nim za… Ała!
Urwał, gdyż smoczyca podniosła się nagle trącając go i odrzucając na ziemię. Powietrze uleciało mu z płuc, przez dobrąminutę nie mógł swobodnie złapać oddechu. Zielona wyprostowała się siadając na tylnych łapach i nie zwracając uwagi na swoją bolesną ranę. Trzymając z czułością jajo swój ledwo przytomny wzrok skierowała na chłopaka. Przystawiła do niego jajo.
– Mam nadzieję, że lord Diego w miarę szybko tu przybędzie i zabierze was obojga bezpiecznie w podróż… - Złożyła mu swego syna w dłoniach.
Skorupka jaja, które leżało w jego rękach, zaczęła pękać. Morgala nie wydawała się tym faktem specjalnie zdziwiona, właściwie jej oczy wyrażały głębokie zniecierpliwienie tak późną reakcją potomka. Powłoka, która okalała ciało młodego smoczątka pękła rozpadając się na drobne kawałeczki,
Naskórek mu popękał przy wykluciu? Oj, to smutne. *podaje krem nawilżający* Powinno pomóc.

W jego rękach leżało małe, czerwone stworzonko kurczowo trzymając się rękawa kurtki. Oddychało płytko mrugając miodowymi ślepiami.(...) Oblizując wargi smoczek obrócił łebek i spojrzał na Arona. Chłopak przeraził się, w jego oczach nie było strachu, czy zdziwienia, ale dziwne przywiązanie.
To przywiązanie go tak przeraziło? Cóż, nie każdy lubić zabawy BDSM…
Nie no, nie każdy by się ucieszył z tego, że musi teraz niańczyć taką potworę. Ostatecznie chłopak sam ledwo miał co jeść, a taki gad to pewnie żre...

Rzekłbyś, nawet miłość. Morgala wróciła do poprzedniej pozycji.
– Teraz już możemy liczyć na uwolnienie kraju.
– Zaraz, zaraz! – Zawołał młodzieniec i postawił małego smoka na ziemi, który niezgrabnie podreptał do matki. Smoczyca przygarnęła je łapą i przytuliła mrucząc coś cicho, zapewne jakąś kołysankę, bo mały momentalnie zasnął. – Przepraszam bardzo, że przerwę, ale o co w tym chodzi?!
– Jesteś Vainamello’n*,
Owocem tragicznego romansu Vainamionena i Wrót Morii. Nie pytaj.

smoczym tłumaczem. Powiernikiem, kimś w rodzaju pośrednika miedzy moją rasą, a wszystkimi innymi zamieszkującymi ten świat. Twoim przeznaczeniem jest ochrona smoczego rodu i także całego kraju najlepiej, jak tylko umiesz.
Bez kitu... ale może najpierw upoluj tę obiecaną sarenkę, bo ci matka z głodu zemrze. Potem możesz iść ratować świat.

Barwa twoich oczu jest tego dowodem, bladoczerwone, jak łuski mego syna… – Morgala zamknęła ślepia.
Różowe oczy miał? Jak jakiś wyblakły albinos?!
– O w mordę… - chłopak złapał się obiema rękami za głowę. – I co mam niby teraz z nim zrobić?!
- O japitolę! – Pigmejka złapała się obiema rękami za głowę – Co za język u średniowiecznego młodzieńca! Wżdy to tak nie po rycersku…
Toż to cham jest – dziwne by było, gdyby wierszem mówił. ;)

– Nazywa się Tairen… proszę, a raczej błagam. Nie pozwól, by zginął, nie odtrącaj go. Przepowiednię do końca doprowadź… aby Ardea po raz kolejny mogła poczuć smak wolności.
Na waszym miejscu bym się tak nie cieszyła, bo za wolnością krok w krok nadchodzą kapitalizm i reformy Balcerowicza.

– A teraz uciekaj! Coś się zbliża… ona będzie tu czekać w… ukryciu. Przybądź niedługo…
Chłopak z przerażeniem skierował się biegiem ku wyjściu z jaskini, potem w dół rzeki Lucris aż do jego rodzinnej wioski Gayi. Nie zamierzał mówić o tym zdarzeniu nikomu, nawet swej matce.
***
Gdy następnego ranka pędem powrócił do tamtejszej jaskini, Morgali już w niej nie było. Pozostał tylko ślad zaschniętej krwi i potężne zadrapania od zielonych łusek na ścianach isklepieniu.
Rzucała się po tych ścianach, czy czochrała o nie, jak myślicie?

Nie wiedział, czy smoczyca umarła, czy coś ją zabrało – a może odleciała?
Dostąpiła wniebowstąpienia. =.=’

czwartek, 16 grudnia 2010

Komuno, wróć!, czyli satyra na leniwych chłopów

Witajcie!

Tak jak obiecałyśmy, w tym tygodniu nie będziecie skazani na przygody elfiego kotoczołgu.Tym razem mamy dla Was swojski i miły blogasek o dzielnych, poczciwych i dobrych, ale biednych i uciemiężonych mieszkańcach radzieckiej wsi, którym zagraża zepsuty duch imperializmu. Po lasach straszy tu dziarski nastolatek oraz pradawna bestia, upychająca po jaskiniach swoje penisy.
Indżoj!
Zanalizowały: Kalevatar i Pigmejka
Blogasek: http://opowiesci-z-ardei.blog.onet.pl


Prolog.

Nargalandia... świat pełen magii i tajemniczych stworzeń.
Spora część z nich drze Biblię na koncertach i prowadza się z Dodą. ;)

Przyjazny, ale i też niebezpieczny, piękny i straszny, życiodajny i śmiercionośny.
Ja wiem, że ambiwalentność jest sprawą fajną i poetycką wielce, ale od ambiwalencji niedaleka droga do zwyczajnego absurdu. Prosiłabym o ostrożność w tej kwestii – bo jeszcze nam wyjdzie z tego kraina mlekiem i krwią płynąca.

Ziemia urodzajna, pełna bujnych, zielonych lasów i szumiących rzek, wysokich gór piętrzących się nad osadami spowijając je w złowrogim, mrocznym cieniu, a tuż obok niej zawsze niespokojne Bezkresne Morze na wschodzie o wiecznie spienionych falach.
Kurde, nasz wschód ma tylko przejście graniczne z Białorusią, a ich ma spienione fale. Buu.A ja zastanawiam się, jak urodzajny może być kraj, który składa się głownie z lasów i gór.
Chyba że oni tam sadzą owce na halach, a nie rośliny.

Jednym z większych państw była i jest Ardea leżąca na nabrzeżu wielkiej, słonej wody. Po wsze czasy zamieszkiwały ją mocarne rasy, przedziwne, dzikie i nieprzystępne.
Tutaj narrator ujawnia swe wieszcze zdolności, a mocarne rasy oddychają z ulgą – najwyraźniej ich istnieniu nic nigdy nie zagrozi.
Skoro największe państwo było osadą rybacką (nic innego raczej nie może „leżeć na nabrzeżu”) to nie chcę wiedzieć, jakie były te mniejsze.
A wioski pewnie zakładano w starych skarpetach i koszach na pranie…

Każda z nich posiadała jakąś kryjówkę, azyl. Zwykły las, czy też dolina w górach mogły być początkiem jednej z wielu kampanii, które przez wieki przetaczały się nad całą Nargalandią czyniąc mniejsze, bądź większe szkody.
Kampanii? Czyżby w Ardei mieli program „Juliusz Cezar w każdej wiosce”?
Las początkiem kampanii? Znaczy się, jak ten birnamski, czy jak?

W krótkim czasie na szczyt władzy wybiło się kilka z nich (kampanii?) - między innymi majestatyczne smoki, rodowici mieszkańcy tegoż kraju, a także szlachetne Elfy, które jeszcze na długo przed początkiem Nowej Ery przypłynęły zza morza opuszczając dawne mieszkania położone bardzo, bardzo daleko.
A Tolkien właśnie bardzo, bardzo szybko przewrócił się w grobie.

Z biegiem czasu pradawne istoty wymierały, a tylko nieliczne, najsilniejsze przetrwały najgorsze tysiąclecia, które ciągnęły za sobą wiele wojen.
Zawsze wygrywają ci z dłuższymi mieczami. To logiczne.
Elfowie skryli się na dobre w głębi swego lasu - Sinertiss i nie wychodzili z niego przez tyle czasu, że uznano ich istnienie za zwykłą legendę. Natomiast w Isin Ull i jego okolicach na dobre rozpanoszyły się krasnoludy około 1500 roku Nowej Ery. Znalazłszy głęboką wnękę w ziemi wykuły multum komnat, sal, korytarzy i grobowców pod ziemią osiadając tam,
I to wszystko w tej wnęce...? A z tymi grobowcami są bardzo zapobiegliwi – z pewnością są to budynki pierwszej potrzeby w przypadku osiedlania się na nowym terytorium.
Mieli nastawienie studenta, który przed napisaniem egzaminu pyta o termin poprawkowy.

a swoją siedzibę śmiało ogłosiły Starą Kopalnią.
By uprawomocnić nazwę, rozpylili wszędzie mnóstwo patyny w sprayu i porozwieszali po kątach gustowne kurzowe girlandy.
Poznosili też z okolicy pająki, by ozdobiły korytarze nastrojowymi pajęczynami.

W późniejszych latach większość z krasnoludów skryła się pod ziemią ryglując monumentalną bramę, a tylko nieliczni pozostali na powierzchni i zawarli sojusz z Garańczykami. Ten buntowniczy, czarnoskóry lud przywędrował daleko z południa w tym samym czasie co zwykli ludzie.
Mamy wnioskować, że czarni są niezwykli? ^^
Elfy schowały się w lasach, krasnoludy zaryglowały się w jaskiniach… Co oni tacy wszyscy aspołeczni?

Pół tysiąca lat później biała, krótkowieczna rasa przewyższyła liczbą swych członków wszystkie inne.
No ba, któż by śmiał wątpić w dominację białego człowieka. To naturalna kolej rzeczy. ;)
Im coś krócej żyje, tym się szybciej i efektywniej rozmnaża. Porównajcie takie na przykład wieloryby i robale.

Niestety w 4432 roku Nowej Ery potężny ludzki mag (był też w połowie Elfem, stąd zyskał dar nieśmiertelności) miał za zadanie obmyślić dobrą strategię i pokonać barbarzyńców i piratów przybyłych do Ardei z okolic sąsiedniego kraju - Mertanii. Podczas najbardziej zaciekłej walki życie utraciła jego umiłowana żona. Chociaż bitwa zakończyła się wspaniałym zwycięstwem mag popadł w obłęd. Na próżno zdały się błagania skierowane najpierw do Wszechojca - boga sprawiedliwości - później współbraci o próbę wskrzeszenia umarłej. Inne rasy nie mogły się na to zgodzić; wymagało to niewyobrażalnie wielkiej ofiary - zostałaby rozbita w perzynę struktura magii i równowaga tego świata, która rozdzielała Dobro od Zła.
W następstwie świat zalałaby złowroga fala Relatywizmu, Postmodernizmu i Gejowskiej Propagandy.*patrzy podejrzliwie na badaczy kultury i artystów XX wieku* Dobra, przyznawać się – kto tam kiedy wskrzesił i kogo, że teraz muszę żyć w epoce kiczu i symulakrów?!

Rasmorin,
Efekt gejowskiego związku Rasputina i Edgara Morina. I wszystko jasne.

bo tak brzmiało jego imię, mimo nieprzychylności ze strony władców postanowił działać na własną rękę. Najpierw wykradł ze świątyni w Farienhal Kamień Wyroczni, za pomocą którego rozpoczął przywołanie. Pozostali nie mieli pojęcia, czy udało mu się dopełnić wskrzeszenia, gdyż opętany mag przyzwał następnie z królestwa Matki Cienia najgorsze czarty, zjawy oraz demony i rozpoczął szturm nie pozwalając zbliżyć się do twierdzy.
Kogo szturmował, po co i komu nie pozwalał się zbliżyć, bo się pogubiłam?I po co robił to wszystko, skoro podobno chciał po prostu wskrzesić pewne zwłoki?

Najgorszą ofiarę za "niesubordynację" zapłaciły smoki... Starano się odnowić pradawną przepowiednię mówiącą o wojowniku, ktory obali Zło,
I będzie Ono przewrócone. Na plecki, łapkami do góry.
A potem Dobro podrapie Je po brzuszku i tym sposobem zwycięży.

jednak bezskutecznie.
A to przepowiednie trzeba odnawiać, jak umowę na wynajem, bo inaczej wygaśnie? O.o Zawsze myślałam, że proroctwa spełnią się i tak, choćbyś nawet pękł...Przepowiedniom trzeba co jakiś czas aktualizować sterowniki. Podobno ma to jakiś związek z aplikacją Teoria Chaosu.

Kierowany nienawiścią Rasmorin również to usłyszał i ogarnęło go przerażenie - a wiadomo, że ludzie ze strachu czynią rzeczy straszne. Podczas gdy jego armie pustoszyły kraj on sam siedział w dawnej stolicy Ardei i snuł kolejne plany.
Tymczasem nadszedł rok 4621, gdy kraj uginał się z bólu od wojen niszczących piękne ziemie, a rasy służące dobru walczyły o niepodległą Ardeę...
Albowiem Dobro=niepodległość=demokracja=Stany Zjednoczone Ameryki. Pigmejko, zapodaj Gwieździsty Sztandar!


Rozdział I, w którym dowiadujemy się o sytuacji w Ardei.
A to przed chwilą to było tak dla zmyłki?
Teraz osiągniemy pełny stan poznania, bliski iluminacji Absolutu.
Nadzieja powraca
Luke Skywalker nadlatuje na swym wiernym poduszkowcu.A za nim orły, orły nadlatują!

– No żesz cholera jasna! Co to za...! -Warknął zażenowany Aron czując jak cięciwa jego łuku pęka tuż przed zadaniem ostatecznego strzału.
Łuk: A teraz zadam ci ostateczny strzał!
Cięciwa: Oh no, you don't.

Odrzucił ze zrezygnowaniem swą broń wygrażając pięścią łani, która była jego celem, a uciekała teraz w podskokach znikając w mroku lasu. Chłopak podszedł do miejsca, w którym przed sekundą stało zwierzę i usiadł na pobliskim kamieniu przeklinając w duszy swoją głupotę. Był rok 4621 Nowej Ery - nieszczęsny czas dla całego wschodniego wybrzeża, lata napaści i terroru (szczególnie ze strony Rasmorina).
I ta data ma jakiś decydujący wpływ na to, że chłopakowi pękła cięciwa?
Był to bowiem bardzo ZŁY rok, również dla cięciw.

Z wiosek nagminnie były ściągane podatki, przez co ludność ogarnęło dotkliwe ubóstwo.
Kwik! Cudne zdanie, jak z kroniki policyjnej. Kompulsywne ściąganie podatków, oł je.
Tia, na pewno. Aż poborcy podatkowi nie nadążali ze zwożeniem łupów. :/

Dawna świetność tego świata przeminęła wraz z pierwszym Upadkiem Starszych, a każdy sam musiał sobie zapracować na godziwe jedzenie.
KWIIIK! No bo przed Upadkiem Starszych panował powszechny komunizm i każdemu dawano według jego potrzeb. :)Stacja trzecia: Starsi upadają po raz pierwszy.

Aron był to energiczny, jedenastoletni chłopiec mieszkający w wiosce Gaya otoczonej z prawie wszystkich stron Górami Razawskimi.
A tyle tych stron było do wyboru, ach…

Opiekę nad nim sprawowała matka, Sahra, ale on i tak większość czasu wolał spędzać poza domem, na polowaniach. Miał wiecznie rozwichrzone, brązowe loki i czarujący uśmiech. Mimo młodego wieku w jego ramionach zebrało się wiele pokładów siły,
Urzekła mnie uroda tego zdania. Naprawdę, Ałtorka wije się jak piskorz, byleby tylko nie napisać „był silny”.
Myślałam, że to zdanie będzie mieć nieco inne zakończenie. Na przykład: „mimo młodego wieku w jego ramionach zebrało się już wiele kobiet”. To miałoby minimalnie większy sens.

może przez to, że wymagały tego akurat okoliczności, jakimi była między innymi ciągła praca.
Rzecz to niezwykła – jak świat światem, górskie wioski zaludniają chłopcy w typie eterycznych Werterów, a tu taki rodzynek...!
Jak to: czyżby praca chłopa polegała na czymś więcej niż tylko słuchaniu ptasich treli i nawiązywaniu mistycznego kontaktu z naturą?! No nie, cały mój świat się zawalił…

Umysł jednak pozostał niedoświadczony - lekkomyślność często była powodem niemałych kłopotów, w które pakował się wraz ze swym przyjacielem.Oboje sądzili - a były to dziecięce marzenia -
Było to też karygodne niedopatrzenie ze strony boCHatera, bowiem przyjaciel najwyraźniej był przyjaciółką.Innymi słowy był niedojrzałym, nastoletnim osiłkiem.

że stare rasy, które już podobno wyginęły, nadal zamieszkują Ardeę, a oni sami je przebudzą i wezwą do walki.
Wyklęty powstań ludu ziemi!
Powstańcie, których dręczy głód.
Myśl nowa blaski promiennymi
Dziś wiedzie nas na bój, na trud
. *nuci*A mury runą, runą, runą
I pogrzebią stary świat…

Teraz chłopak zrezygnowany zarzucił torbę przez ramię i kopiąc po drodze ze złością kamień ruszył do domu. Niebo było czyste i ciemne. Wiał lekki wietrzyk. Z wysokich gór i ich śnieżnych czap spływały wąskie, lśniące strumienie będące jedynym źródłem wody.
Lawiny...? Nie przychodzi mi do głowy nic innego, co mogłoby spływać ze śnieżnych czap.
To brzmi tak, jakby góry zaczęły płakać samotnymi, kryształowymi łzami.

Mgła leniwie unosiła się ponad poszyciem lasu sprawiając, że wydawał się on jeszcze mroczniejszy. Roiło się w nim od wielu niebezpiecznych stworzeń. Zamieszkiwały go watahy wilków, niedźwiedzie brunatne, rysie, a co gorsza – cieniostwory.
Boru, nie... Kolejna zrzynka z Gothica.Ciekawa jestem, jak wygląda taki watah wilków.

Potężne ssaki będące skrzyżowaniem lwa z wilkiem,
A Ałtorki nikt na biologii nie uświadomił, że krzyżówki między psokształtnymi i kotokształtnymi są niemożliwe? Zwróćmy uwagę, że taki centaur jest połączeniem, a nie skrzyżowaniem człowieka z koniem.

o szarej barwie sierści i wielkim, białym rogu na czole.
Oho, jeszcze róg ma! Wygląda na to, że gdzieś w linię genetyczną wmieszała się też koza. :)
Albo nosorożec.

Aron szedł szybkim krokiem mijając drzewa i przedzierając się z trudem przez leśną gęstwinę.
Zapamiętajmy: las składa się z drzew i gęstwiny.

Nie bał się tych wszystkich bestii, gdyż jego umysł zaprzątnięty był czymś innym.
Niestety, leśne bestie też się go nie bały, tyle że umysły miały zaprzątnięte wizją obiadu, jakim może się on dla nich stać.

Niedługo bowiem do Gayi – jak co roku zresztą – mieli przyjechać handlarze, kupcy, rzemieślnicy i bardowie zwiększych miast takich jak Aayga, czy Merithiel. Młodzieniec nie mógł się doczekać kolejnych ciekawych opowieści i wiadomości z reszty świata. Jak nic innego bowiem interesowała go przeszłość Iriandii, początek istnienia świata,
...sytuacja geopolityczna na bliskim wschodzie, kwestia natury bytu...
O kurka, prawie jak kujon biorący udział w swojej pierwszej konferencji.

losy elfów, a także powód zniknięcia smoków. Zamiłowanie do historii odziedziczył po swojej matce, która znała najosobliwsze z opowieści.
***
Zaczął padać letni, wiosenny deszczyk.
Zanim spadł, zdążyły minąć jesień i zima i nadeszła znów wiosna?
Zaiste, magiczna jest ta kraina.

Na niebie, daleko, zbierały się jednak ciemne chmury, co mogło zwiastować burzę. (...) Aron po dwóch długich godzinach marszu dotarł w końcu do rodzinnej wioski spowitej upiorną ciszą.
Upiorna cisza czepiała mu się nogawek spodni i brudziła mu buty.

Mieszkańcy pochowali się w drewnianych chatach, których dachy obłożone były dokładnie słomą, wyblakłą już od promieni słonecznych. W niektórych oknach paliły się słabe światełka świec, a domownicy akurat siedzieli przy stole spożywając wieczorną wieczerzę.
Na wieczerzę poranną było jeszcze ciut za wcześnie.

Większość z domów nie miała szyb
No shit, Sherlock. W końcu mówimy o pseudośredniowiecznej górskiej wiosce.Ale bogatszych kmieci stać już było na sprowadzanie szyb z przyszłości, a co! :D

– okna zatykano bibułą, tkaninami, czasem nawet kawałkami drewna. Przez to zimą w środku panował straszny ziąb, a mieszkańcy często chorowali.
Nie no, jasne, w końcu chłopi słyną z masochizmu i za żadne skarby nie wybudują takiej chaty, żeby wewnątrz było ciepło. Chrzanić ziemianki! Walniemy se okna na całą ścianę, najlepiej jeszcze z ostrołukiem, bo to tak modnie i gotycko. I zatkamy je szmatami, a co. Albo bibułą (sic!). Już słyszę ten dialog:
- Te, ociec... A skąd wyśta wiedzo, jak papier robić, co?
- Nie mędrkuj, Jontek, jeno zalepiaj, a żywo!
Ci nasi chłopi, co w zwykłych kurnych chatach mieszkali, to jednak za grosz fantazji nie mieli.

Psy szczekały i skakały na wszystkie strony
Heh, to chyba pchły były. A psy to to małe, co im się do nóżek przykleiło. ^^
Właśnie wyobraziłam sobie szczekającą pchłę…

starając się urwać z trzymających je łańcuchów, kiedy Aron przechodził obok.Olbrzymie, włochate bestie spoglądały na niego złotymi oczyma z czystą nienawiścią zażarcie starając się obronić swój teren. Młodzieniec traktował je z największą pogardą, nie rozumiał po co sąsiedzi trzymają przy swych chatach tak natarczywe stworzenia.
- My też jesteśmy oburzeni – wsparli go wędrowni złodzieje i zbóje z okolicznych lasów.
A lisy i wilki przytaknęły im energicznie.

Jego dom stał we wschodniej części wioski, trochę na uboczu. Stromy dach wznosił się wysoko, a ściany obrośnięte gęstym trującym bluszczem niemal całkowicie maskowały lichy budynek.
Ściany maskowały budynek... czyli same się za sobą kryły? Jeżu, w tym opku na każdym kroku coś zakrzywia rzeczywistość.

Przy południowej ścianie chaty były grządki z warzywami i piękne, białe róże.
A przy północnej sterta obornika, tak dla kontrastu.

Do domu przytwierdzona była niezgrabnie weranda, skrzypiąc, gdy ktoś na nią wchodził.
Wyobraziłam sobie dom, na którym zwisa jak narośl weranda, uczepiona poręczami do frontu i skrzypiąca na ludzi. Omójborze.KWIK! Ciekawe, czym ją przytwierdzili – sądząc po skrzypieniu, kawałkiem skórzanego paska albo innym sznurkiem.

Na niej zawsze szatyn siadywał wraz z przyjacielem obserwując to, co działo się w lesie. Od dzikich ostępów wschodnią granicę wioski oddzielała wysoka palisada dębowych pni stojąca za domem chłopaka.
No, to z tej werandy na pewno mieli spektakularny widok na rząd belek. Fascynujące.Łeee… a już sobie wizualizowałam dwóch młodzieńców przeczesujących wzrokiem las, podczas porannej kawki na werandzie.

Stanowiła marną ochronę; wilki, lisy czy inne zwierzęta z łatwością przechodziły na drugą stronę przez słabo załatane dziury, albo zwyczajnie wywracając spróchniałe pnie.
*Rotfl into space* Już widzę te potężne lisy, wiewióry i jeże, naporem mocarnych barków przewalające dębowe pnie. Może ktoś dorzuca do paśnika wzbogacony uran?
Wskazówka dla Ałtorki: płot palisada.A nawet jeśli coś jest zniszczone i spróchniałe, to ci chłopi mają co do jednego dwie lewe ręce, że nie mogą jej naprawić? A może uważają, że są wystarczająco uciemiężeni, żeby jeszcze jedyną formę ochrony odbudowywać?

Aron podszedł do ciemnobrązowych drzwi, zanim zdążył zapukać uchyliły się.
Fotokomórka w każdej chałupie!

Otworzyła mu wysoka, zgrabna kobieta wieku trzydziestu lat. Miała hebanowe włosy opadające w gęstych lokach na wąskie ramiona. Radosne, piwne oczy były zwierciadłem duszy - dojrzeć można w nich było ufność i troskę.
Ale tak… jednocześnie?

(...) kobieta zachęciła Arona do wejścia skinieniem dłoni. Młodzieniec zdążył upaćkać podłogę zaraz po przestąpieniu progu.
– Zmokłeś - stwierdziła kobieta mierząc go od stóp do głów uważnym, matczynym spojrzeniem.
– Wiem. Także i tym razem nic nieudało mi się upolować. - Odparł znudzonym głosem. - Jak tak dalej pójdzie będziemy jeść trawę.
A patrzcie ich, burżujów! Mięsa się zachciewa, najlepiej jeszcze dziczyzny! Lato w pełni, masa żarcia rośnie w ogródkach i w lesie, a ci tu głodują jak na przednówku. No, ale skoro się przy domu sadzi róże, a nie kapustę, to tak to się kończy.No tak, najlepiej w pańskich lasach kłusować. Się nie dziwię, że ich potem podatkami karzą. :/

– Och, nie przesadzaj Aronie! Mamy zapasy - Sahra weszła do kuchni, chłopiec podążył za nią. - Starczy jeszcze na jakieś cztery, pięć dni. Wiem jak się starasz i jestem ci za to wdzięczna, ale... to ja powinnam się troszczyć o nasze utrzymanie.
Zaoferuj swoje usługi w pracy przy żniwach czy na polu. Albo po prostu… zaoferuj swoje usługi.

– Jutro wychodzę ponownie o świcie, tym razem z Morganem. - Powiedział stanowczo siadając na krześle, Sahra podała mu ciepły gulasz. - Tym razem nie zawiodę ciebie, matko. Na pewno.
Zagrzmiało. Burza była bliżej niż mieszkańcy Gayi przypuszczali. Nikogo o tak późnej porze już nie było na zewnątrz, strach ogarnął całą wioskę - mówiono o wielkim cieniu na zachodzie, przelatującym nad Górami Razawskimi.
Cóż, kanoniczny cień nadciągał ze Wschodu, ale jako że w blogasku uprawia się nienachalną propagandę komunistyczną, ani chybi znad Gór Razawskich nadciąga Mroczne Widmo Imperializmu. ;)
Tak, bo mieszkańcy wsi na pewno boją się każdej burzy, jaka im się przetacza nad osadą. Normalnie drżą tak, że aż się trzęsą.

Z początku myślano, że to sam Rasmorin zaszczycił ich swą obecnością podróżując na skrzydlatym wierzchowcu, ale wątpliwości zostały rozwiane przez wędrownych handlarzy i traperów. Zapewniali oni, że nic się w górach niekryje.
W świecie tyranii i wszechobecnego zła potrzebny był ktoś, kto przyniósłby nadzieję ludowi.
Kwiik! :D
Prowadźcie, towarzyszu, lud pracujący miast i wsi ku dobrobytowi i świetlanej przyszłości!Ja zaraz trzepnę tego narratora. Sierpem i młotem, jak Dobry Wódz przykazał.
***
Gdy nadszedł świt Aron wziął z sobą łuk i kołczan,
Niestety zapomniał o strzałach.

i udał się do domu swojego najlepszego przyjaciela. (...) Wczorajsza burza poczyniła wiele potężnych szkód. Haleth, właściciel jedynego sklepu w wiosce,
Oo, to nawet sklep w wiosce mają! Wot,kakoe bogatstvo!Muihihihi, przecież wiadomo, że w Związku Radzieckim nawet pszczoły są jak gęsi.

od rana wraz ze swymi synami reperował płot wokół swojego domu zniszczony przez wiatr, a Karan – karczmarz – starał się doprowadzić ścianę gospody do poprzedniego stanu. Inni także mieli na głowie sporo zmartwień, brak pieniędzy na odbudowę zrujnowanych budynków i ogólna biedota jeszcze pogarszały sprawę.
Po burzy biedota uderzyła ze zdwojoną siłą.
A co do braku pieniędzy na remont – a po grzyba im one? Przecież mieszkają w lesie, to jakiś problem pójść i narąbać drewna na deski? Trzeba od razu przedsięwziąć długą i niebezpieczną podróż do Castoramy po trzy deski, pięć gwoździ i trzy wiązki słomy na strzechę?
Proszę Cię, toż powyższy fragment ma pokazać, jacy ci chłopi są biedni, ale dzielni, ubodzy, a poczciwi, pokrzywdzeni, a wytrwali…

Do najbogatszych ludzi w wiosce – elity – należała ta dwójka ludzi i dodatkowo kowal oraz garbarz.
Garbarz? Raczej nie. Garbowanie skór to paskudne i wybitnie smrodliwe zajęcie, ludzie parający się tą profesją musieli zakładać warsztaty poza granicami miast. To nie praca dla wioskowych elit.
Weź się schowaj z tą swoją historyczną wiedzą. Ałtorka i tak wie lepiej.

Zacni mężowie, nie odmawiali pożyczki przyjaciołom, gdy ci tego potrzebowali i dzielili się zapasami, jak Gayę dotykał głód. Cieszyli się wielkim szacunkiem i poważaniem wśród reszty mieszkańców. Chłopak dziękował Wszechojcowi (który był bogiem pobłażliwym i nie gniewał się za błędy w deklinacji), że czas zbiorów jeszcze nie nadszedł. Oznaczałoby to wielkie straty,
Aha, więc burza wyrządza szkody w uprawach tylko wtedy, gdy plony nadają się już do zbioru? No patrz, a co roku rolnicy biadolą, że im grad roślinki skosił, oszuści. :P
Zawsze wiedziałam, że kryje się za tym jakiś spisek! Przecież wiadomo, że takie zniszczone ulewą zboże spokojnie sobie odrośnie do czasu zbiorów.

a na przyjazd kupców ludność wioski nie miałaby się za co wymieniać. Był to jedyny powód, dla którego Gaya nadal istniała.
Aron spotkał po drodze Thane’a, syna garbarza, który mówił mu o wielu szkodach, jakie wyrządziła wichura na południu.Tamta część ich małego miasteczka oberwała najgorzej – zawalił się ponoć cały dom. Niestety, szybko musieli się pożegnać, gdyż Thane musiał sprowadzić stado przerażonych owiec z hal. Droga na rynek,
To oni w tej wiosce nawet rynek mieli? No, teraz czekam już tylko na ratusz i pałac wójta.
I pola mieli, i hale do wypasania owiec, i lasy bogate w zwierzynę, drewno, grzyby i jagody… ale generalnie to strasznie biedni byli.

gdzie stał dom Morgana, była na tyle szeroka, żeby pomieścić naraz trzy wozy. Przy obu krańcach uliczki były zagłębienia, a w nich płynęła czysta woda prosto z gór.
Zmartwię Cię, Ałtorko – to się nazywa rynsztok. I nie, ta woda nie jest czysta. ;)

Wynalazek rady wioski był niezwykle innowacyjny i przydatny. Każdy kto chciał mógł wyjść na zewnątrzi nabrać potrzebnej wody, a nie biec do studni w centrum Gayi.
Bo płynąca poboczem drogi woda, do której co i rusz dostają się śmieci, błoto i koński nawóz, jest czystsza niż ta czerpana ze studni.
Fuj, w wodzie ze studni są przecież żaby, traszki i inne szkaradzieństwa! Nie to, co dobry, zdrowy, bogaty w mikro- i makroelementy nawóz.

Swego przyjaciela spotkał już kilka domów dalej, na rynku spoglądającego z niecierpliwością we wschodzące Gwiazdy.
Gwiazdy? O jakiej porze dnia to się dzieje?

Stał przy studni, mając na plecach łuk. Widząc Arona uśmiechnął się wesoło Miał czarne, sięgające ramion włosy i wiecznie wesoły uśmiech na twarzy.
Bo uśmiech przecież może być też poirytowany i zrozpaczony.
– Nareszcie! Coś się tak grzebał?
– Ja się nie spóźniłem, to świat się niepotrzebnie spieszy – odparł szatyn krzyżując ręce na klatce piersiowej i udając obrażonego.
– Nieważne – roześmiał się Morgan. Zacisnął dłoń na uchwycie małego sztyletu,który chował za płaszczem. – Ruszajmy.
Ach! Czyżby spisek? Morgan jest imperialistycznym zachodnim szpiegiem?!

Wyszli na zachód od wioski mijając niezgrabną palisadę i kierując się w głąb lasu. (...) Otoczyła ich zewsząd cisza i mrok. Skradając się baczyli na każdy, nawet najmniejszy hałas trzymając w dłoniach łuki z już nałożoną cięciwą.
Bo cięciwę przecież się co i rusz zdejmuje.

Morgan ukląkł na ścieżce wydeptanej przez zwierzęta leśne mierząc ją uważnym spojrzeniem doświadczonego myśliwego. Ze śladów można było wyczytać, że stado jeleni niecałą godzinę temu przeprawiało się przez leśne ostępy w kierunku źródła wody. Znajdowało się tam także kilka odcisków nóg ścierwojadów – sporych nielotów o twardym dziobie zdolnym zmiażdżyć ludzką rękę. Mięso ptaków było zbyt cuchnące i trudne do oprawienia, więc młodzi Gayanie zrezygnowali z pościgu za nimi. Poza tym mieli na celu o wiele więcej się natrudzić przy tym polowaniu, a zabicie ścierwojada było dziecinnie proste.
Byli zagorzałymi nietzscheanistami i wiedzieli, że tylko w trudzie i znoju ukształtować można prawdziwego nadczłowieka.
Potem zaś wrócą do domu i będą jęczeć, że mimo wielu starań nie udało im się NIC upolować.

Zewsząd rozlegało się ciche pochrapywanie borsuków,
Boru, ja zazwyczaj w lesie słyszę dochodzące zewsząd ćwierkanie ptaków – bywam w takich nudnych lasach, chlip.

nieco dalej zatrzymała się też nieduża wataha wilków. Las był pełen niebezpieczeństw, jeśli nie bandyci, to groźne bestie mogły pozbawić niewinnego przechodnia życia. Jednak ta mała puszcza przy górach była niczym w porównaniu do
ogromnych zagajników?

niektórych borów na południu, szerokich i długich nawet na kilkaset mil (...). Obaj chłopcy nie przejmowali się zagrożeniami ze strony dzikich zwierząt. Pewność siebie i odwaga graniczyły zaraz z lekkomyślnością często wypominaną przez matki. Nie zwracali na to uwagę – wręcz przeciwnie, robili im na złość.
Błagam, niech coś ich edukacyjnie zeżre. Przynajmniej by się nauczyli, że starszych jednak czasem warto słuchać.

Przeszli przez jeden z wielu potoków spływających z gór balansując po kłodzie
Potoki również ceniły sobie wyzwania - spływanie korytem było banalnie proste w porównaniu z balansowaniem po kłodzie!

i zbliżając się do gór. (...) Chłopcy niezmordowanie przechodzili przez gęstwinę niezwracając uwagi na zadrapania.
Czepiając się krzaków, łamiąc gałązki i robiąc tyle hałasu, że nie uciekały przed nimi tylko drzewa.
Ja tak tylko dyskretnie zasugeruję, że przy polowaniu świetnie sprawdzają się też wnyki, sidła i inne takie. Ale co ja tam wiem.

Przed nimi rozciągała się duża polana porośnięta różnego rodzaju kwiatami. Rosło na niej kilka drzew.
To drzewa czy kwiaty w końcu? Bo leśna polana porośnięta drzewami to jest, ekhm, las.

Małe gryzonie i lisy pochowały się do swoich nor ukrytych głęboko pod ziemią widząc nieproszonych gości. Wiatr tego dnia był umiarkowany.
Zachmurzenie silne, ciśnienie zaś wynosiło 1003 hPa i rosło.

Liście, którymi targał wzlatywały wysoko zataczając szerokie koła. Ich cienie padały na ziemię przypominając stado ptaków, które wzbiło się właśnie w powietrze.
A za drzewami biegła Pocahontas z Johnem Smithem – śpiewali „Colors of the wind”.

– Aronie, wędrują na północ. Przetniemy temu stadu drogę jeśli się rozdzielimy. – Mruknął czarnowłosy beznamiętnie, zatrzymując się na środku polany i przyglądając się śladom pozostawionym przez ścigane jelenie.
Taa, powiedz jeszcze, że je dogonicie, bo wybrały okrężną drogę, a ty znasz skrót. Ja tam zawsze myślałam, że na jelenie poluje się albo z nagonką, albo z ukrycia, przyczaiwszy się gdzieś na ich szlaku, ale najwyraźniej się nie znam.Może jedno ze stada ma zaszczepionego GPSa?

Aronowi nie przypadła do gustu myśl o samotnej wędrówce w poszukiwaniu zwierzyny przez las. Bardzo dobrze znał Morgana, był on zbyt uparty, żeby zrezygnować ze swojej decyzji.
Szatyn westchnął i wywrócił teatralnie oczami. Nie miał zamiaru opuścić przyjaciela, szczególnie teraz, gdy opowiadano tyle przedziwnych i strasznych historii o krwiożerczej bestii w górach.
– Wiesz przecież, że nie dogonimy ich razem!– zawołał czarnowłosy. – Nic się nam nie stanie, znamy przecież ten las lepiej niż ktokolwiek inny.
Nawet jelenie.

– Dobrze. – Odparł Aron po chwili namysłu, w jego głosie dało się wyczuć niemalże namacalną niechęć. Próby przekonania Morgana do swojej racji były znikome.
Ja tam zaryzykowałabym stwierdzenie, że nie było ich wcale.

– Spotkamy się tutaj, w samo południe.
Udali się w przeciwne strony biegnąc z łukami w dłoniach. Szatyn wędrował wytrwale na zachód, podczas gdy jego przyjaciel kierował się w stronę wschodzącego Słońca,
No tak – zwierzaki poszły na północ, więc ja pójdę na wschód, a ty na zachód. Wiele nam z tego nie przyjdzie, ale chociaż przejdziemy się dla zdrowia. ^^”

a z nim Nubiana.
Statku królowej Amidali? O.O

Piętrzyły się przed nim szpiczaste szczyty Gór Razawskich spowitych dziwną, nieprzeniknioną mgłą.Tego dnia na las spadła aura tajemnicy i strachu.
Ani chybi, źli imperialiści stonkę na góry zrzucili.
***
Chłopak usiadł zmęczony na wapiennym bloku oddychając ciężko. Minęły dwie godziny nieustającego biegu przez dzikie ostępy. Odległość między nim, a stadem jeleni, które było jego celem niebezpiecznie się zwiększała. Szanse na upolowanie tego dnia jakiejkolwiek zwierzyny były bardzo małe, a on sam nie chciał dopuścić takiej możliwości.
No bo po co było pójść zapolować na te „dziecinnie proste” do upolowania ścierwojady, no PO CO.

Rozkoszując się widokiem całej doliny chłopak usłyszał nagle niepokojący szmer. W pierwszej chwili nie zwrócił na to uwagi, ale gdy ów hałas zaczął się nasilać ogarnął go lekki strach. Głośne dudnienie ze strony jednej z wielu jaskiń nie było normalnym zjawiskiem, dlatego Aron poderwał się i rozejrzał dookoła. Wszystko ucichło.
I tajemnica rozwiązana: to góra burczała, że ją jakiś chłystek rozgniata swoją ciężką dupą.

Niespodziewanie ziemią wstrząsnął potężny, mrożący krew w żyłach, niemal miażdżący uszy ryk. Szatyn przypadł do skały trzęsąc się ze strachu – a jednak te pogłoski o potworze w Razawach były prawdziwe! Zdobywając się na odwagę wyjrzał z ukrycia i zobaczył… zielone, wijące się „coś” wychodzące prosto z groty. Owa niespotykana rzecz przypominała jakieś pnącze, była jednak błyszcząca, a na jej końcu znajdowały się dwie ostre jak brzytwy płyty ze stwardniałych łusek.
– To zwierzę…? – Chłopak zapytał sam siebie, ale odpowiedział mu tylko kolejny ryk z wnętrza groty.
Wiedziony jakąś obcą siłą i czystą ciekawością zdołał pokonać wewnętrzny lęk i podążyć za potworem, który chował jeden ze swoich członków w tamtejszej kryjówce.
O mein goth, mam wizualizację chowania członków w jaskiniach. O.O”
Pradawna bestia chodzi i upycha po jaskiniach swoje penisy. Nie no, fajnie jest, co chcecie.

Jej wnętrze było na tyle ponure, że Aron zaczął się wahać. Pozwalając jednak działać swemu wewnętrznemu „ja” podążał ślepo dalej.
To się nie nazywa „wewnętrzne ja”, tylko głupota. Ewentualnie imperatyw narracyjny horroru.

Wychodząc z korytarza ujrzał coś, co zaparło mu dech w piersiach...
A co? Dowiecie się za tydzień!


czwartek, 9 grudnia 2010

O latającym kotoczołgu III, czyli żal, żal, serce płacze

Witajcie!
Ta część przygód wszechmocnego elfiego kotoczołgu będzie częścią ostatnią – chyba że kiedyś zaliczymy nawrót epizodu masochistycznego i zapragniemy się trochę samoudręczyć. Tymczasem czeka na Was jeszcze więcej absurdu, obstrukcja zajebistości, zanik sensu, uwiąd gramatyki i ogólna bida z nędzą. Oraz – niczym wisienka na torcie - świecąca wulwa przechodząca konflikt pokoleniowy.
Indżoj.
Zanalizowały: Pigmejka i Kalevatar.
Adres blogaska: http://zycie-lodowej-elfki.blog.onet.pl/



[Przypominam: akcja tym razem toczy się w świecie gry „Giants: Citizen Kabuto”.]
Stałam przez dłuższą chwilę na tej samej plaży gdzie byłam z Razielem.Po kilku minutach takiego bezsensownego sterczenia udałam się wzdłuż brzegu morza.Nagle usłyszałam potworny szum, jakby jakiś statek kosmiczny zasuwał gdzieś z prędkością światła.
Szumiący statek kosmiczny?! Cóż, może na kadłubie wyrosły mu brzozy i to one tak szumiały podczas lotu...
To była kosmiczna husaria. Szumiały, rzecz jasna, skrzydła umocowane u kadłuba okrętu (których – ciekawostka – w rzeczywistości nigdy nie było).
Inna sprawa, że nikt nie wie, jaki dźwięk wydawałby obiekt poruszający się z prędkością światła. Pardon, AŁtorka wie.

I nie myliłam się.Po niebie sunął niebieskawy statek, dość mały, zawierający miejsce tylko na 2 osoby.
Sunął z prędkością światła, tak...? Strach pomyśleć, co będzie, gdy się rozpędzi.

Siedziało w nim 2 chłopaków (chyba po 20-stce).
I tyś to z ziemi zobaczyła. Co jeszcze? Ile mieli pryszczy, na przykład? I gdzie? ;>

Jeden z nich szykował się do opuszczenia statku, no i opuścił go w pięknym stylu, mianowicie:
...wyskoczył na długo przed lądowaniem statku – w związku z tym, kiedy sam „wylądował”, miał konsystencję gęstego dżemu – jednakże widowiskowości odmówić mu nie można było.
opuścił go w pięknym stylu, mianowicie:
...dynamicznie wyszedł z progu, w locie przybrał nienaganną pozycję (choć lekko odchodziła mu lewa narta), po czym wylądował klasycznym telemarkiem.

wysiadał, mamrotał coś (niedosłyszałam co, za duży szum), drugi koleś zatrzasnął właz przygniatając I-wszemu rękę przy okazji.Koleś zaczął walić w szybę, ten drugi otworzył właz, a ten pierwszy wypadł i gruchnął nieźle o ziemię.
Proszę Państwa, oto przed Wami zdziczały Element Komiczny. Proszę nie poświęcać mu zbyt wiele zainteresowania, bo zacznie się mnożyć.

Krzyknął coś w stylu:"Ty złośliwy draniu!!" i wyjął angielską flagę przybijając ją do ziemi, ale znalazło się złośliwe ptaszysko i wyrwało flagę odlatując z nią. (...) Nie mając nic lepszego do roboty postanowiłam pobawić sie z gościem w podchody. (...) Koleś od razu do mnie ze tkz.spluwą, a ja spojrzałam na niego i zwiałam.Było dość fajnie: koleś latał za mną w te i wewte,
To nie podchody, to berek. =.=’
Strzelaj, durniu, strzelaj!!!

ale w końcu mu się znudziło i zabawa się skończyła.Wtedy dostrzegłam okrążonego przez rozpruwacze bystrzaka, [Tu następuje tradycyjnie zbędny opis wspomnianych stworzeń z Giantsa. Ciach.] Nie zajęło mi to zbyt dużo czasu i bystrzak był wolny.Przedstawił się jako Timmy.W końcu doszedł do nas także kosmonauta, a malec wręczył mu plecak odrzutowy, który świsnął drugiemu kosmonaucie, który się rozbił nieopodal.Bystrzak wskazał drogę kopalnianym szybem, ale zanim weszliśmy do szybu kosmonauta wykonał udany strzał w złośliwe ptaszysko i odzyskał swoja flagę.
Ja rozumiem, że panna streszcza questa, ale prosiłabym jednak o kilka drobnych szczegółów, właściwie prawie nieistotnych – mianowicie:
KTO? CO? I PO CO? I czemu on ją najpierw goni, a potem wchodzą razem do jakiegoś szybu?
Sensu, sensu, sensu dajcie,
A jak umrę – pochowajcie! *nuci*

W końcu weszliśmy do szybu i dostaliśmy się do małej wysepki, znajdowała się na niej niewielka górska płaszczyzna z której zwisały bystrzaki
*wizualizuje sobie tkwiącą w tunelu płaską górę, z której coś zwisa*
... Ma ktoś wódkę? Najlepiej dużo. Z góry dziękuję.

Założę się, że w grze wygląda to zupełnie inaczej, tylko Ałtorka – jak zwykle – nie potrafi się wysłowić.
Żal, żal, serce płacze
już cię, sensie, nie zobaczę!

-w ten sposób władczynie mórz chciały przepędzić je z wyspy.
Chciały je przepędzić, zawieszając je na jakieś górze? To taka delikatna sugestia była?

Władczynie były niby ludźmi (ni pies, ni wydra, coś na kształt świdra) o potężnej mocy magicznej, wyglądałyby dość normalnie gdyby ich tułowiem nie był odwłok osy.
Fakt, bardzo normalnie. Na tej zasadzie można uznać, że szympans to taki człowiek, tylko bardziej owłosiony i niewyraźnie mówi.

Oczywiście nie odmówiłam pomocy, razem z Bazem (jak się przedstawił) lataliśmy wyłapując spadające z góry bystrzaki.Gdy już żaden nie wisiał udaliśmy się następnym szybem, by uratować zwisającego z klifu swojego statku kosmonaute-
A potem uratowaliśmy innego, który zwisał z przełęczy.
Statek, który ma klify? Może oni latali Wielką Brytanią?

ten z kolei nazywał się Tel.Rozwaliło się po drodze z dwa tuziny rozpruwek, wyciągnęło się Tela znad przepaści i powiedziałam chłopakom papa i przeszłam portalem do NO.
Zatem cała ta sekwencja miała dla fabuły znaczenie przeogromne, by nie rzec: kluczowe >.< .

Lee czekał już tam na mnie z niecierpliwością i zaproponował przechadzkę nad rzekę.Posiedzieliśmy tam trochę, a późnij Lee zebrało się na wygłupy i wylądowałam razem z nim w dość głębokim jeziorze za obozem.
Hm, najpierw było taplanie się w morzu, teraz w jeziorze... Czyżby aŁtorka miała jakiś wodny fetysz?
Zostały im jeszcze ścieki.

Oczywiście próbował mnie złapać pod wodą, lecz nie bardzo mu to wychodziło bo byłam 20 razy szybsza pod wodą niż on.
Tylko dwadzieścia razy? Wstyyyd. Powinnaś być szybsza milion pięćset sto dziewięćset razy!

Wykorzystując moja przewagę nad nim, zaczęłam błyskawicznie przepływać obok niego łaskocząc go przy tym ( było łatwo bo miał ściągniętą górę zbroi),
Rozsądnie – gdyby tego nie zrobił, rdzewiał by sobie gdzieś na dnie, a ryby miałyby na kolację człowieka z puszki w sosie własnym.
Ale on tylko górę ściągnął. Skoro pływał w stalowych nagolennikach i trzewikach, nic dziwnego, że ruszał się dość niemrawo.

chłopak nie wytrzymywał tego i musiał wypłynąć na powierzchnię, nie przeszkadzałam mu przy tym, ale nawet jak był na powierzchni, to nie mógł się oprzeć łaskotaniu.Widać że zmęczony i rozchichotany (pod wpływem łaskotania),
A żeby Was tam wszystkich skurcze w tej wodzie połapały od tego chichotania i łaskotania i żeby brzeg był ZA DALEKO!
I żeby w wodzie roiło się od wrednych i zbereźnych pijawek, przysysających się akurat do TYCH miejsc!

Po wyjściu z jeziora, odpłacił mi się z nawiązką po łaskotaniu, tyle że teraz ja umierałam ze śmiechu.
To znaczy co zrobił, ściągnął gacie?

Widać nie miał zamiaru przestać mnie łaskotać, kompletnie stracił poczucie czasu, więc postanowiłam mu przypomnieć że co za dużo to nie zdrowo.
Ano – w końcu byście się wzajemnie do swoich flaków dogłaskali.

Korzystając z chwili jego nieuwagi, chwyciłam go za ręce, nogi oparłam o jego brzuch i odepchnęłam-w ten sposób
...wyrwałam mu ręce?

wylądował w jeziorze.Wyszedł trochę oburzony, ale mnie już wtedy nie było, (...)
Kolejne dni mijały szybko, wręcz z prędkością światła, miałam już wtedy 2,5 roku, a sięgałam wysokością do szyi Lee (koleś ma 190 cm wzrostu)
I wychodzi na to, że jest pedofilem.

Znudzona już pobytem w obozie postanowiłam sprawdzić co słychać u Lei.Poleciałam do Szarogórza i dowiedziałam się że Lea zmierza na Lodowe Bagna, więc udałam się tam za nią.Po kilku minutach drogi spotkałam ją wraz z jednym z rycerzy Świtu Uriasem i Mrocznym Elfem.Elf miał chyba ponad 2 metry wzrostu, miał lśniącą zbroję i dwa długie miecze w rękach.Miał on śliczne błękitne oczy i lśniące czarne włosy, wprost promieniowało od niego doświadczenie nabyte w walce.
Z tych ślicznych oczu. Migotały w nich takie waleczne kurwiki.
A nad głową unosił się taki wielki, żółty wykrzyknik – znak, że doświadczenia starczyło mu już na nowy level.

A nazywał się Craig Un'Shallach.Jeden z najleprzych mrocznych wojowników był teraz na Lodowych Bagnach gdyż ostrza przeciągły na swoja stronę elfy z jego rodzinnych stron, z Shall Dun.Było to niegdyś piękne miasto Mrocznych Elfów, zachwycało pięknymi budowlami i ornamentami.
Ornamenty, wraz ze zdobieniami i dekoracjami, stały na rynku między ratuszem i kościołem i były bardzo znaną atrakcją turystyczną. Jak bowiem Faerie długie i szerokie, nigdzie więcej nie ma takiego dziwactwa.

Chaty w których mieszkały elfy, były wykonane jedynie z wyjątkowego, magicznego drewna, nie mogły spłonąć, a i wichury by ich nie zmiotły, były poprostu idealne, zdobione pięknymi freskami i ornamentami.
Jak miło. Tyle że fresk to malowidło powstałe na mokrym tynku, aŁtorko – a nie na drewnie. I raczej nie spotyka się ich w chatach – no chyba, że takich bardziej wypaśnych osób, na przykład papieża i Boga.
W takiej właśnie kolejności. ^^
Tak w ogóle - chaty z samego drewna, bez komina, bez fundamentów? Elfy musiały cenić sobie ten chroniczny reumatyzm...

Na niektórych z nich umieszczano nawet sceny z walk,
Nawet! Czyli najczęstszym tematem była, tradycyjnie, praca na roli?

kiedy to jeszcze rasa mroczna nie była akceptowana (...).Cechą ludu Norcainów była bardzo wielka odwaga, co prawda gardziły one pomocą zwykłych ludzi, ale potrafiły ją docenić jeśli było trzeba.
Innymi słowy: pomiatali nimi, póki ci nie byli im potrzebni.
Kim są ci Norcainowie i skąd się nagle wzięli w narracji?

Jedynie Craig nie gardził innymi rasami, był urodzonym przywódcą-wystarczyło na niego spojrzeć by zobaczyć ile przeszedł i ile ma doświadczenia.
A po czym to było widać? Po licznych bliznach i ponurym spojrzeniu, w którym odbijały się wspomnienia tysiąca bitew, czy może raczej po klasycznej kwadratowej szczęce à la amerykański generał i chodzie pt. „mam zapalenie jąder”?
Wystarczy zajrzeć na jego kartę postaci i sprawdzić pasek doświadczenia. =.=

Staliśmy we trójkę (trójkącik:PP)
To chyba nie staliście. Chyba że im stały, a ty leżałaś.

niedaleko portalu prowadzącego do Południowej Godmarchii opanowanej przez ostrza.
*Wyobraża sobie siedzący na tronie topór, przewodzący senatowi mieczy, którym usługują noże kuchenne*

Tam należało się udać, aby uwolnić porwanego przez Rohena (jedynie ja wiedziałam że to Rohen) Satariusa.Ale zanim to nadeszło, Craig zlecił odnalezienie zwojów z wizerunkiem wojowników Mrocznych Elfów, ponieważ przy portalu stoi jedynie taki monument, i trzeba będzie odeprzeć atak ostrzy, by później dostać się na wschód do monumentu orków.
A może zamiast urządzać sobie wycieczkę krajoznawczą szlakiem zabytków architektury, zabierzecie się od razu do roboty?

Więc korzystając z rady Craiga udałyśmy się do najbliższego monumentu-monumentu orków.Rozbudowało się ładnie bazę, otoczyło ją wieżami ognistymi i gromadziło armię, składającą się głównie z ogniomistrzy, szamanów i wojowników.
Wspominałam już, że nienawidzę tej maniery pisania zdaniami bezpodmiotowymi?

Następnie z wstępną armią liczącą po 10 ogniomistrzy i szamanów udaliśmy się do najbliższego obozowiska, leśnych smoków, (...) Były to zielonkawe gady trochę wyższe od człowieka, miały duże zielone oczy, potargane skrzydła-dzięki temu nie potrafiły latać.
To ma być ich zaleta czy wada? A w ogóle pierwsze słyszę, żeby natura wykształciła aż tak niepotrzebne organizmowi dzyngulce.

Gdy tylko nas ujrzały, rzuciły się wielką gromadą.Rozpoczęła się bitwa.Smoki gryzły trując wszystko czego dotknęły ich ostre zębiska.Nasi szamani i ogniomistrze palili wszystko w zasięgu wzroku, a ja i Lea zajmowałyśmy się leczeniem chorych jednostek.Po 10 minutach walki co zdawało się wiecznością
- O RLY? – spytała Joanna d’Arc.

udało nam się pokonać smoki i zniszczyć ich gniazda, a w tym samym czasie lodowe golemy i elfy rozwalały nam wieże obronne.Natychmiast popędziliśmy do bazy, zostawiając tylko kilku orkowych robotników by zbierali lenye (liście z magicznego krzaka).
Orkowie mieli gustowne czerwono-żółto-zielone zbroje i byli bardzo pokojowo nastawieni do świata.
Otaczała ich specyficznie pachnąca, szarozielona aura.

Gdy dotarliśmy do bazy większość wież była rozwalona, a wrogowie na szczęście martwi, zaraz wznowiliśmy budowę.Wieże się już budowały,
Same. Tak, AŁtorka osiągnęła już ten poziom utożsamienia mechaniki RTSa z realnym światem.

a armia miała liczebność 80 jednostek więc ruszyliśmy szlakiem ku północy. (...) udaliśmy się do pobliskiego obozu lodowych golemów, przy których w oddali stał monument trolli.Ja i Lea weszłyśmy pierwsze do pieczary golemów, a za nami trochę już zmniejszona armia.
Cała armia się tam zmieściła? To nie była pieczara, tylko pieczarzysko!
To było osiemdziesięciu chłopa... Taka armia nadawałaby się jedynie do obrony Placu Broni, ale cóż.

Golemy zaczęły zamrażać wszystko dookoła, tylko nie nas, ponieważ stworzyłam tarczę i tym razem walka poszła bez problemu.Lea przejęła monument trolli i zaczęła produkować dodatnie 20 jednostek, by uzupełnić braki po walce z olbrzymami,
KWIK. Masowy poród ex machina.
No dobra, ex hiper-wulwa, ale wiecie, o co mi chodzi.

Strach pomyśleć, co by się stało, gdyby zaczęła produkować jednostki ujemnie. Hiper-wulwa-zasysacz, ot co.

a ja w tym czasie poszłam do obozu wysuniętego najbardziej na północ, był to obóz lodowych elfów.Gdy tylko podfrunęłam bliżej, wieże lodowe elfów zaczęły mrozić powietrze nie mogąc mnie trafić.Korzystając z potęgi żywiołów spowodowałam, zniszczenie wieży przez duże i grube kolce, które niespodziewanie wyrosły z ziemi.Po rozwaleniu wszystkich wież weszłam do obozu elfek.Gdy te mnie ujrzały zaraz wysłały swe najlepsze lodowe czarodziejki (...).Nie miałam z nimi najdrobniejszego problemu, wszystkie elfki poprzebijały kolce razem z ich budynkami.
Kolce miały budynki, czy też elfki kolce? Ot, zagwozdka.

Po chwili dołączyła do mnie Lea z armią i szliśmy teraz ścieżką ku południu.
Ciekawa jestem, jak ta ARMIA tą ŚCIEŻKĄ szła. Gęsiego, albo może parami, jak dzieci na wycieczce?

Niedaleko za obozem, stał ogromny lodowy golem pilnujący wielkiej skrzyni.Zaraz nakazałam wszystkim szamanom i ogniomistrzom razem rzucić czar, ale i to nie pomogło, golem zdawał się odporny na tego rodzaju ciosy, więc kazałam atakować bronią białą.I wyszło, powoli udawało nam się osłabiać przeciwnika, aż w końcu po jakiś 30 minutach udało się go zabić,
Golema bronią białą to oni mogli co najwyżej oskrobać. Albo wzorek jakiś na nim wyrzeźbić.
I co, przez te pół godziny ten golem nic nie robił, tylko dał się żgać mieczami? Też mi wyzwanie...

Zaraz po zabiciu potwora Lea otworzyła skrzynię i wyjęła z niej zwoje Mrocznych Elfów.(...) gdy mieliśmy juz wszystko postanowiłam się pożegnać i wrócić do NO i tak też zrobiłam.(...) Gdy wróciłam do NO była już ciemna noc, ale i to nie mogło mnie uchronić przed litaniami Lee-gdzie to ja byłam przez dwa dni.Będąc wściekłą na Lee za to że nie dał mi się wyspać tylko całą noc prawił te swoje litanie, opuściłam obóz by znów dołączyć do Lei,
Co za niezdecydowana baba, no.

która toczyła teraz zaciętą walkę z ostrzami w Południowej Godmarchii.
Gdy tam przybyłam większość obozów wroga została zniszczona, został tylko jeden, największy obóz ostrzy.Lea przywitała mnie z radością i oznajmiła że przyszłam w odpowiedniej chwili.Chwilę porozmawiałyśmy i zaraz ruszyłam unicestwić wielką wieżę ostrzy.Nie można było do niej podejść więc trzeba było podlecieć.Wyjęłam moje dwa miecze i bez problemu rozcięłam wieżę na pół.
Wieżę? Mieczami? Tak jak ten drwal?

Następnie do obozu ostrzy wkroczyła ogromna armia orków i czarowników Mrocznych Elfów.Lodomioty ostrzy nie dawały za wygraną, ich obrońcy walczyli zaciekle, a ja postanowiłam wykorzystać miecze żywiołów, jeden z nich przedstawiał ziemię,
Miecz w kształcie grudy ziemi? Nowatorskie.

jego obwódka miała kolor zielony,
Obwódka dookoła czego?

a na końcu jego rękojeści widniał zielony klejnot w kształcie deltoida,
Tak, konkretnie rĄba – żeby ci nim urąbać głowę. :/

następny miał żywioł ognia, (...) kolejnym żywiołem była błyskawica (...).Postanowiłam wykorzystać miecz błyskawicy i oto rozcinałam ostrza które przy zetknięciu z klingą porażał piorun.W końcu gdy wroga się trochę zebrało postanowiłam wykonać widowiskowy atak, mianowicie:wykonałam gest podnosząc szybko klingę miecza ku niebu, a z niego wydobyła się błyskawica która trafiła w miecz-był on teraz naładowany i wbiłam klingę miecza w ziemię, wtedy otoczył nas-wrogów i przyjaciół niebieski krąg i wszystkich naszych wrogów w zasięgu kręgu poraziły setki piorunów, które wystrzeliły z nieba.
Nie, AŁtorko – wtedy ładunek elektryczny zwyczajnie uziemił się i tyle go było widać. Przykro mi.

Przeszliśmy przez portal do centrum wyspy (ja i Lea) i tam zobaczyłyśmy Satariusa przykutego kajdanami.Lea zaraz poszła go uwolnić, a on wykrzykiwał że to pułapka i mamy natychmiast stąd odejść.Lecz my nie posłuchaliśmy, gdy tylko Lea dotknęła kajdan pojawił się Mroczny Mag (Rohen) i nas pozamrażał, ja nie dałam za wygraną, wchłonęłam lód i rzuciłam sie w stronę maga, a ten tylko zrobił gest zabijając przy tym Satariusa
Och jej, co za fuszerka, co za galopujące partactwo... Co się stało, wszechmoc ci nie odpaliła?

i deportował się zostawiając kilka swoich sług by nas wykończyli, nagle z portalu wyłonili się Craig z Uriasem i pomogli nam w walce.Wszyscy mieliśmy ogromną żałobę po stracie największego generała Świtu
Trzymali ją w gustownej czarnej skrzyneczce.
Żałoba jak żałoba, ale ten ból przekłutego ego!

i dobrego przyjaciela.Postanowiliśmy się zemścić, ale Lea nas uprzedziła, powiedziała tylko że to sprawa między nią a Magiem i kazała nam zostać, a sama ruszyła w stronę Nocnego Szeptu ku Dolinie Sharrow. (...) wiedziałam że kiedyś będzie trzeba się pozbyć tego Maga i że to ja będę musiała go zabić,
Bo...? Może dlatego, że nie zrobiłaś tego, dy miałaś ku temu sposobność?

co mi się specjalnie nie widziało
Bo...?

dlatego znalazłam inne rozwiązanie.Maga Kręgu mógł zabić tylko feniks, a ja miałam Kamień Feniksa, (...) którego mogłam użyć ja, dowolny Mag Kręgu albo Wybraniec Feniksa-(...) był [nim] właśnie Lee, to jego Kamień namierzył i to przy nim tlił największą mocą.Postałam jeszcze chwilkę z Uriasem i Craigiem i wróciłam do chłopaków z NO.Gdy znalazłam się już w obozie Lee znowu prawił mi litanie i jak zwykle
...nie umiałam używać poprawnie związków frazeologicznych.

go nie słuchałam.Gdy już skończył prawienie, przeszłam się z nim nad jeziorko i przesiedzieliśmy tak ze 3 godz.
Trzymając się za ręce i patrząc sobie głęboko w oczy, jak na parę przedszkolaków przystało – aż od tego siedzenia na zimnej i mokrej ziemi oboje dostaliśmy wilka.
I może te nowo nabyte trudności w oddawaniu moczu skłonią ja w końcu, by nie spędzała bór wie ile czasu na bezsensownym gapieniu się na siebie, a zamiast tego zaczęła robić coś pożytecznego.

Następnie udałam się do Giansta i akurat trafiłam na uroczystość Kabuto.Co roku odbywała się taka uroczystość-władczynie mórz zbierały sie wokół królowej Saffo (zła królowa władczyń)
Szefowa wszystkich szefowych? Fajno, też lubię von Triera.

a ta używała Kamienia Kabuto i przywoływała potwora, był on ze sto razy większy od człowieka.Tym razem władczynie złapały właśnie Timmyego i chciały go złożyć w ofierze dla potwora.Byli tam też trzej kosmonauci.Baz i Tel, których poznałam wcześniej i trochę szurnięty Reg oczywiście oni wszyscy wyglądali tak samo więc trudno było ich rozróżnić.Wśród władczyń była też najczystsza córka królowej -Delfi miała ona niebieską skórę, była najczystszą formą władczyń,
...Papa Smerf na prezydenta! Ludwik XIV musi odejść (albo chociaż się umyć)!

gdyż pod jej nogami widniała poświata i nie zgadzała się na to co robi jej matka.
Ja nie chcę nic mówić, ale skoro poświata była pod nogami, to źródło światła musiało być wyżej, pomiędzy nimi...
*wyobraża sobie wulwę – reflektor szperacz, emitującą snop światła niczym oko Saurona*
Fak je, nie ma to jak świecąca, posiadająca samoświadomość, przechodząca bunt pokoleniowy i na dodatek będąca dowodem dziewictwa elfia wulwa.

Kiedy przechodziłam przez portal właśnie przyszedł Kabuto, na podium ofiarnym wisiał Timmy, a chłopaki i dziadek Timmyego Burszusras (KWIK!:D (Oj kwik, zwłaszcza z tego „Burszusrasa” - w oryginale był Burszuras.;P)) schowani byli za chatkami bystrzaków, podeszłam do nich nie speszona widokiem Kabuto, wtedy do Reg właśnie wzywał posłki składające się z 2 osób Gordona i Benetta
Prawie jak bóstwo w dwóch osobach. Prawie.

-następni kosmonauci (...). Chłopaki przylecieli niebieskawym statkiem i z karabinku maszynowego w Kabuto-no cóż niebardzo im to wyszło bo
...zabrakło im orzeczenia i nie wiedzieli, co mają tym karabinkiem zrobić, więc po prostu rzucili nim we wroga.

Kabuto złapał statek trzepnął go pięścią i wyrzucił hen hen w dal.Kabuto pożarł Timmyego, zostawił swoje młode i se poszedł.
Jego drogę znaczyła słoma, która wysypywała mu się z butów.

Niestety musiałam dopuścić do śmierci Timmyego, nie mogłam zmieniać bardzo przyszłości.
Tak, jasne. Nie tłumacz się - i tak wiemy, że gdybyś zmieniła przebieg tego zerżniętego z gry wydarzenia, przy Twojej szczątkowej inwencji nie miałabyś pojęcia, co dalej zrobić z akcją.

Kiedy kabuto był już daleko Baz i chłopaki postanowili zająć się młodymi Kabuto, co im nie bardzo wychodziło, powiedzmy że Tel i Reg zostali zmiażdżeni, a Baz wylądował w morzu i bawił się z piraniami xD.
Powyższa emotka ma sugerować miłosierdzie i empatię głównej bohaterki, jak rozumiem?
Co tam robi to „powiedzmy, że”? AŁtorka wie, co się tam stało, czy nie bardzo?

Cóz ja się tylko przyglądałam, bo to wyglądało naprawdę zabawnie, tyciusieńcy ludzie na ogromne potworki.Naprawdę ciekawe, cóż stałabym przyglądając się dłużej gdyby mnie Burszuras nie opieprzył, że im nie pomagam.
Hm, no ja też tak właśnie chciałam delikatnie zasugerować, cobyś zamiast chichrać się ze śmierci sprzymierzeńców, ruszyła łaskawie swą parszywą dupę i zrobiła jakiś użytek z tych twoich hiper-mocy...

No to ruszyłam na młode z elektrycznym mieczem, z jednym poszło dość gładko bo było zajęte ludźmi.Potfrunęłam do młodego i wbiłam mu miecz w jego jedyne czułe miejsce (naprawdę, NIE chcę wiedzieć, w jakie), trzasnął je piorun i było po młodym.Drugi natomiast przyleciał z pomocą swojemu bratu i rzucał się na mnie, co mu nie bardzo wychodziło, cały czas skakał w furii chcąc pomścić śmierć brata.Pomyślałam że warto dać szansę kosmonautom na wykończenie młodego, więc powiedziałam Bazowi by strzelał w słaby punkt gdy ja będę zajmować młode.Po jakiś 15 min. walki młode padło i zwyciężyliśmy.
Bo to takie fajne, w kilka osób wykańczać przeciwnika. Rycerskie i wgl.
I oni tak przez 15 minut strzelali i trafić nie mogli?

Później poszliśmy na naradę wojenną i postanowiliśmy wykończyć królową władczyń i jej potworka.Ale najpierw musieliśmy się wybrać do fortecy władczyń by odbić Gordona i Benetta.Najbliżej byłoby przelecieć przez morze, a najdłużej z wyspy na wyspę.Chłopaki woleli dłuższe rozwiązanie bo nie lubili piranii,
Ale przecież przy przeLOCIE by im chyba piranie nie groziły...?
To była taka sprytna wymówka, by uniknąć towarzystwa boCHaterki.

ale nakazałam im wybrać krótsze bo sama niemiałam ochoty słuchać litanii Lee po powrocie do NO.Więc widząc bunt w oczach chłopaków nakazałam im zdjąć wszystkie wieżyczki w okolicy fortecy.Jak powiedziałam tak zrobili,
Gdzież nam w to wątpić, Wszechzajebista...

następnie wzniosłam się w górę i przeniosłam chłopaków na skarpę przy pałacu.Zaszliśmy go od tyłu, bo od przodu byłoby znacznie niebezpieczniej.
Pałac był bowiem z natury nieufny i mógłby nam umknąć.
A tak dał się zaskoczyć. ^^

Szliśmy kawałek jeszcze za pałac, a następnie wznieśliśmy się za barierkę w pałacu i przeszliśmy do przodu gdzie na piętrze były wrota.Chłopaki weszli do środka, a ja zostałam wiedząc co się stanie.Wolałam uniknąć zamknięcia w klatce, zresztą wiedziałam że Delfi ich uratuje.
Ja pierdolę. Ałtorko, spróbuj ogarnąć tę koncepcję: skoro Twoja boCHaterka ZNA przyszłość i WIE, że ci kosmonauci i tak sobie poradzą – sama napisałaś, że nie możesz zmieniać historii, czyli fabuły gry – to PO JAKĄ CHOLERĘ ona w ogóle tam jest?

Następnie gdy wszyscy już wyszli udaliśmy się na tratwę Burszurasa, a przed tym u Baza i Delfi coś zaiskrzyło.
Jego kabel w jej wtyczce strzelił... prądem.
Nawet widać było, jak go prąd poraził, bo się w niej tak jakoś śmiesznie trzepał.

[BoCHaterowie, tradycyjnie, zaczynają walkę od rozbudowania bazy.]
Muszę przyznać że z tych bystrzaków byli nie źli budowniczowie, rozbudowali bazę: cztery murowane bramy, wielki sklep (centrum handlowe, na dodatek od razu z towarami?), centrum dowodzenia (...).Podczas budowy bazy nadchodziły coraz to większe jednostki gwardzistów władczyń (...), były to wojska lotnicze i piechotne (...).Nagle zobaczyliśmy potężną armię lotników z (jak ja to nazywam) pancerfausami (baaardzo duża wyrzutnia rakiet samonaprawadzających)
Nie, złotko – panZerfausT jest granatnikiem przeciwpancernym. Cóż to, wszechwiedza też zawodzi...?

i jeszcze większą armię piechoty, patrząc na to można się było nie źle przestraszyć, pomijając fakt że my nie mieliśmy jeszcze wybudowanej żadnej wieży tylko jedną drewnianą bramę, którą właśnie bystrzaki przerabiały na kamienną.
Jakby nie łatwiej było zbudować od razu kamienną... Serio, zły dotyk gier strategicznych boli przez całe życie.

Lotnicy dolecieli, a piechota doszła i
...rozległo się chóralne: „Dzięki, chłopaki!”, po czym wszyscy poodwracali się do siebie plecami i zasnęli.

rozpoczęła się bitwa (nas walczących było tylko 6).Lotnicy obszczeliwali wszystko wokół,
Dobrze, że nie obszczywali...

w tym nas, szczerze powiedziawszy ci kosmonauci nie mieli żadnych szans, musiałam wziąć sprawy w swoje ręce.Pierwsze co kazałam zrobić to schować się kosmonautom i bystrzakom do centrum dowodzenia, a sama wyszłam przed bramę i korzystając ze zdobytych pistoletów ostrzeliwałam wroga.
Eee tam, Rambo i tak był bardziej zajebisty – on wroga ostrzeliwał z łuku.

Następnie wzniosłam się w powietrze i za pomocą mieczy rozwalałam cielska latającym gwardzistom.Przez jakiś czas powtarzałam ten manewr dopóki wroga nie zmalało, a wtedy dołączyli się Baz z chłopakami, a bystrzaki wznowiły budowę bazy.Po kilku godzinach odpierania ataku ze strony gwardzistów baza była gotowa.Baz wziął helikopter i
Baza była gotowa, więc Baz wzniósł swój helikopter... a 9 miesięcy później urodziły się małe baziątka.

udał się z bombą wynalezioną przez Burszurasa do fortecy gwardzistów władczyń.To była dosłownie cisza przed burzą, żadnych gwardzistów, władczyń, normalnie nic i nikt nie pilnował koszar. Ani żywej duszy.
I tylko wiatr niósł po pustych polach głos Kononowicza...

[WTEM! boCHaterów atakuje jakiś ogromny czołg, na co boCHaterka przywołuje tornado.]
Wszyscy patrzeliśmy jak tornado roznosi wszystko wokół i w końcu postanowiłam je powstrzymać, co nie było specjalnie za proste.Razem z tornadem powstała również burza dlatego potrzebny mi był ktoś kto znał się na błyskawicach, a z opowiadań wiedziałam że to może być Zapdos-Pokemon błyskawica, tytan piorunów.Kazałam wszystkim chłopcom wracać do bazy, a sama udałam się do świata Pokemonów.
*kwili i chowa głowę w ramionach* Błagam, tylko nie Pokemony na dodatek...
Obawiam się, że nie zostanie nam to oszczędzone, Pigmejko. Bądź dzielna.

[Na szczęście, wątek pokemonów znikł równie szybko, jak się pojawił. Dzięki Wam, Boru i Jeżu.]
Po krótkiej rozmowie ze wszystkimi [pokemonami] udałam się z powrotem do Giantsa, gdzie czekali na mnie Baz, jego chłopcy, bystrzaki, Lee i Saturas (!).Ostatni dwoje w nie najlepszych nastrojach.
Ten ostatni w dodatku świeżo zmartwychwstały, jak widzę.

Gdy do nich doleciałam, Lee jak zwykle zaczął swoje litanie na temat że już nigdy mnie nie wypuści samej z obozu-co kompletnie olałam.
Matko Borsko, niech on jej nie męczy litaniami, tylko niech ją spali na stosie – i siebie razem od razu – błagaaaam!

Następnie po litanii Lee, Saturas się dołączył, bredząc coś na temat że jeszcze nie dorosłam do używania tak silnych zaklęć (...).Powiedzmy że Baz się wściekł, kiedy Lee wyzywał Delfi i trzepnął Lee co nie dało oczekiwanego skutku, mianowicie raczej go nie zabolało, czego nie mogę powiedzieć o Bazie, który dostał z lewego sierpowego i powiedzmy że sobie usiadł z wrażenia.Zaraz wszyscy ludzie Baza stanęli w pełnej gotowości do walki z Lee.Wszyskie cztery pistolety plus łuk Delfi zwróciły się ku Lee.Nie mając ochoty patrzeć jak z mojego przyjaciela od litanii
Co ona ma z tymi „litaniami”? Uważa, że to Trudne Słowo i nim szpanuje? Klawiatura by się spaliła, gdyby napisała chociaż raz „robił mi wyrzuty” albo „ochrzanił mnie”?

nic nie zostaje, stanęłam w jego obronie.Powiedzmy że
{rage mode:on} NIE, NIE KURWA „POWIEDZMY, ŻE”!!! ALBO UMIESZ TO OPISAĆ, ALBO ZOSTAW KLAWIATURĘ W SPOKOJU! JA PIERDOLĘ! {rage mode:off} Uff, uff.

osłoniłam go własnym ciałem i warkłam (czyli bardzo krótko warknęła) jedno głośne "DOSYĆ".Zaraz wszyscy wrócili do normalnego funkcjonowania, wyczuwając mój gniew, od którego się góra przy bazie zatrzęsła.
Nie pochlebiaj sobie, boCHaterko. To byłam ja i mój wkurw, nie twoje „warkłam”.

Chłopaki i Delfi spojrzeli na mnie nieco wystraszeni, a ja nakazałam Lee i Saturasowi udać się z powrotem do NO i nie zakłócać mi życia litaniami.
Kazała im śpiewać psalmy dziękczynne.

Następnie zwróciłam się do Baza, jego chłopaków i Delfi, że pójdę pozwiedzać świat Pokemonów, bo zainspirował mnie lodowy Aricuno.
I wreszcie znalazła swą niszę ekologiczną – małych, pokracznych dziwadeł mieszkających w chipsach i rogalach za zeta.
Po wyjściu z portalu znalazłam się w górach, no może nie całkiem ale na pierwszy rzut oka tak wyglądało.Powiedzmy że (Wrrrr...) były dwa wysokie szczyty, a reszta to parę dolin i las, duży mroczny las pełen niepokojących odgłosów
A ona tak to wszystko – i te szczyty, i las z odgłosami (treść żołądkowa mu się przelewała, temu lasu?) ogarnęła jednym spojrzeniem.

-no może dla ludzi.Moje rozglądanie po okolicy przerwało stado biedronko podobnych Pokemonów pędzących ku zachodowi słońca.
KWIIIIIIK! To była przecież armia Posępnego!!! XDPosępny!!! Mój ty promyczku radości w otchłani tego badziewia! Niech cię uściskam!



Wyglądały na bardzo zaniepokojone, więc postanowiłam polecieć za nimi.(...).Przelecieliśmy z kawał mil morskich, kiedy to zmęczone stworzenia zaczęły stopniowo obniżać lot i zbliżać się do wody, wtedy to złapałam opadające biedronko podobne stworki i wzięłam wszystkie w pole siłowe, które miało odholować nas tam gdzie chciały Pokemony.
Mary Sue – jest wszędzie tam, gdzie ktoś potrzebuje pomocy! I nawet nie musi nosić majtek na rajtuzach!
[BoCHaterka widzi jakieś statki naparzające się z pokemonami – czy cokolwiek innego. Nieważne.]
gdy tymczasem tytany walczyły ze sobą, a mnie przypomniała się jedna legenda:

Nie zakłócać spokoju ognia, lodu ani błyskawicy
albowiem tytany zniszczą świat gdy dojdzie do starcia.
I choć strażnik wód wyruszy w samotny bój,
jego pieśń nie zabrzmi,
a świat zmieni się w popiół.
Wow, przy tym poziomie abstrakcji przepowiednie Nostradamusa to szczegółowe, analityczne rozprawy naukowe z konkretnymi wnioskami i metodologią.

To może być prawda-pomyślałam patrząc jak Moltres, Zapdos i Articuno walczą ze sobą.Nagle łódka w której byli ludzie spadła ze skarpy prosto na zamrożony przez tytana lodu ocean.I wtedy słychać było odgłos, dokładnie taki sam jak w legendzie,
*czyta legendę jeszcze raz*
Czy ja jestem ślepa, czy Wy też nie widzicie tam żadnej onomatopei?
Swoją drogą, fajna to musiałaby być legenda, która kończyłaby się słowami:
„A wtedy świat zrobił ŚLURP. I to był koniec.”

I to JEST koniec, Drodzy Czytelnicy. Po prostu nie zniosę tego już ani zdania więcej.