czwartek, 11 listopada 2010

Ujrzysz mego mroku miasto, niewiasto – czyli wampirzo-elfie 2 w 1

Witajcie!
Jak już wspominałyśmy ostatnio – na jakiś czas postanowiłyśmy odpocząć od analizowania przygód szlachetnej i wspaniałej Natalii Bielskiej. W tym tygodniu czeka was więc blogaskowy mix. Oba analizowane dzieła są zaiste niezwykłej urody i w treści niespotykane bogate. Mamy tu więc wężoustego, rymującego wampira z przebarwionymi zębami, wioskę dzieci Voldemorta, wojowniczkę o niejasnym statusie ontologicznym, oraz półelfkę – półkrasnoludzicę z mocno dwuznacznym imieniem, burzowymi włosami i gadającym koniem.
Indżoj!
Zanalizowały: Kalevatar i Pigmejka


Blogasek pierwszy: http://oczami-wyslannika.blog.onet.pl/

Prolog.
Wieś. Pełna zwierząt rolnych,
Zwierząt rolnych? Ktoś te świnki i krówki orze i bronuje, czy ki czort? Trzeba by zawiadomić obrońców praw zwierząt...

pól i ludzi, którzy mają własne domy i rodziny.
Domy zaś mają stoły, komody i szafki – a szafki zawierają talerze, książki albo skarpety. Skarpety mogą też zawierać pewne formy życia, o ile nie są prane przez dłuższy czas. :>
PS. Czytając powyższe zdanie, wyobraziłam sobie taką osadę w stylu Biskupina, w której przewalają się jak sztućce w szufladzie woły, owce, kury i ludzie – razem, a pomiędzy nimi sterczą zabłąkane snopki zboża – a Wy?
A ja też jestem pełna – ale złych przeczuć. Poza tym fascynuje mnie idea wsi pełnej pól.

Miejsce jak każde inne w tym świecie. Spokojne i ciche.
Psy nie szczekają, kury nie gdaczą, krowy nie ryczą na pastwiskach i nawet kogut nie pieje. Zakaz wójta.
Gospodynie nie jazgoczą przy studni, chłopy nie piją, pleban się za dziewkami nie ogląda... Normalnie jak nie u nas.

Jednak niestety, do czasu. Mianowicie do czasu przybycia stwora, którego rzadko kto podziwiał.
Zawitał do nich Latający Cyrk Wyborczy Jarosława Kaczyńskiego?

Można nawet rzec więcej – nieraz bano się głośno o nim wspominać.
Voldemort? O.O
Bo stwory przecież zazwyczaj się podziwia i darzy szacunkiem.

Mawiano o nim „demon w ludzkiej skórze”, „bojący się słońca”. Broniono się przed nim czosnkiem, krzyżem i święconą wodą. Niestety, nie działało to na wszystkie, a będąc szczerym – na żadne, odmiany tegoż stworzenie.
KWIK! Nic to, że broń nie działa – będziemy ją uparcie stosować – na chwałę Imperatywu Kategorycznego!
Magowie z NU jednogłośnie stwierdzili, że w mikroklimacie wioski występuje podwyższone stężenie narrativum.

Stworzenia zwanego przez uczonych Wampirem.
A przez lud prosty „ąpirem”. Spróbujcie to wymówić, Culleny, Comptony i inne anglosaskie wymoczki!

Ze wsi – Nantell – poczęły znikać najpierw dzieci, a potem dziewice i podrostki.
Hehe – wampir pedofil czy po prostu Pedobear?O Romanie już nie wspominam – niedługo naprawdę zacznie się pojawiać w każdej analizie...
Ciekawe, po czym mieszkańcy wnioskowali, że giną akurat dziewice. Dogłębny wywiad środowiskowy?

To do nich wampir miał najprostszy dostęp. To oni byli nieostrożni i nazbyt ufni. Co prawda ludzie do jego początkowych upodobań dopowiadali sobie różne historie. Na przykład o tym, jak to stwór wykorzystuje na tle seksualnym osoby będące "nietkniętymi".
A jednak!
Dobra, po prostu gwałci, tak? Jakoś nie widzę prostego, wiejskiego ludu mówiącego o „wykorzystaniu na tle seksualnym”.

Wioską wstrząsało przerażenie.
Tektonicznie.

Coraz częściej ginęli ludzie. Coraz częściej albo znikali bez śladu, albo znajdywano ich z dwiema niewielkimi ranami w okolicach tętnicy.
Zdarzało się, że przy ciele znajdowało się kilka kropel krwi, czasem nie warto było na nią liczyć...
Krople te leżały zazwyczaj tuż obok ciała, ułożone w niewielki stosik.

W końcu nadszedł kolejny nocny łów.
W końcu? Rozumiem więc, że mieszkańcy wioski czekali na te łowy z niecierpliwością?
Hm – w sumie ma to sens – przynajmniej rozwiązał im się problem przeludnienia.

W domu jednej z rodzin, w którym ostała się jedna, młoda kobieta, rozszedł się cichy szept.
Szept rozszedł się po pokojach na wzór swojego kuzyna, smrodka intelektualnego.Ej no, ale skoro krwiopijca paskudnik czyha akurat na dziewice, to środek zapobiegawczy przeciw jego napaści nasuwa się jakby sam przez się... Chyba że ten blogasek to satyra na leniwych chłopów. ;)

Niezrozumiały, szeleszczący.
Może to po prostu sreberko po czekoladzie spadło na podłogę?
A może to wężouści wieśniacy?

Z początku przypominał syk węża.
No mówiłam. Jak nic, cała wioska zaludniona bękartami Voldemorta.

Węża, który powoli pełznął do swej ofiary, by pozbawić ją tchnienia życia.
Kobieta znieruchomiała. Bała się. Wiedziała, że to koniec.
Wiedza to straszna rzecz. Nie pozwala czasem rzucić się do ucieczki – albo rzucić się w kierunku tasaka/kosiarki do trawy/czegokolwiek, co zrobiłoby z wroga krwawy dżem.
To kwestia narrativum, powiadam Wam. Kobieta już weszła w rolę – gdy nadejdzie paskudnik, ona tylko omdleje teatralnie i wypręży łabędzią szyję, by „dziabaniu i wysysaniu” stało się zadość.

Szept począł przeradzać się w słowa, wyraźne słowa:
- Kolejna istotka. Marny, bezsilny człowiek. Robactwo, które zasiedliło te ziemie… Robactwo, a zarazem pożywienie…
Typowe zachowanie Tego Złego: zanim zabije, gada, gada i gada. Z tym, że każdy w miarę rozgarnięty protagonista umie to wykorzystać, by go w tym czasie zabić.
Jednak warte dostrzeżenia jest zamiłowanie Tego Złego do pożywiania się robactwem. Ja tam wolę nie dopuszczać do siebie wiedzy, z czego składa się moje jedzonko.

Wampir, bo o nim mowa, (Dzięki ci, zbawco! W życiu bym się nie domyśliła.) dotknął zimną dłonią szyi swej ofiary. Ta szybko odwróciła się w jego stronę i złapała i skierowała ku niemu miedziany krzyżyk, wiszący na jej szyi. Niestety, wampira nie ruszały naiwne stereotypy obrony przed takimi jak on.
Słusznie. Stereotyp to konstrukcja myślowa, zawierająca fałszywe przeświadczenie, wynikające z kategoryzacji, generalizacji, i schematycznego postrzegania świata. Stereotypy oparte są na niepełnej wiedzy oraz fałszywych przekonaniach o świecie. Niestety – utrwalone są przez tradycję i trudno ulegają zmianom – stąd zapewne to ślepe przekonanie mieszkańców wioski, że krzyżyk zadziała, mimo że szereg trupów udowadniał coś całkiem przeciwnego.
Poza tym dorzucę tylko, że krzyżyk winien być żelazny lub srebrny – nic więc dziwnego, że nie wypalił. No, pozostaje jeszcze opcja, że to był żydowski wampir...

Bez ceregieli złapał i zerwał z szyi amulet ofiary, wpatrując się w niego z uśmiechem.
Po domu rozszedł się głośny śmiech. Można było go przyrównać do szaleńczego, ale nie.
Tak naprawdę jedynie lekko sygnalizował problemy psychiczne śmiejącego się. Takie początkujące HahaHahaHahaHaHAAAA.

On był jeszcze gorszy. Mroził krew w żyłach i sprawiał, że człowiek, nawet najodważniejszy, nie był w stanie poruszyć żadną kończyną. I właśnie on sprawił, że kobieta nie była w stanie drgnąć, co było na rękę oprawcy.
Na rękę – a nawet na ząb.
Nawet na oba zęby!

Nie musiał jej hipnotyzować, a za razem wysilać się.
Ano – fajna umiejętność, taki zamrażający chichot. Aczkolwiek może sprawiać pewne problemy podczas nastrojowych wieczorów spędzanych z partnerką, których interludium jest komedia romantyczna. Oglądacie sobie perypetie Bridget Jones, w międzyczasie buziu-miziu, aż tu nagle coś cię rozśmieszy... i partnerka sztywna. :|
O ile Bridget Jones jest w stanie wywołać napad maniakalnego śmiechu...

Pogładził ją po włosach, a następnie nachylił się. Otworzył usta, a w świetle księżyca w trzeciej kwadrze (co ma oczywiście kluczowe znaczenie), błysnęły jego dwa białe kły. Zbliżały się one do tętnicy leżącej na niedużym łóżku kobiety,
Tętnica leżała na łóżku należącym do kobiety, dobrze rozumiem?
Same zęby się zbliżały. Bo to wampir z samobieżną, bezprzewodową sztuczną szczęką był.
Szczęka co prawda posiadała system naprowadzania satelitarnego, ale przezorny wąpierz namalował jeszcze flamastrem dwa krzyżyki w strategicznych miejscach.

która oddychała coraz szybciej i szybciej. Z pewnością, gdyby nie młody wiek, już dawno zginęłaby z przerażenia.
Z hiperwentylacji chyba.
Może liczy, że jeśli będzie oddychała tak szybko, jak koliberek, to też uniesie się w powietrzu?

- Pożegnaj się z życiem niewiasto, już wkrótce ujrzysz mego mroku miasto – szepnął, gładząc jej szyję językiem.
KWIK! Rymujący wąpierz! :D
Pożegnaj się z życiem niewiasto
wkrótce ujrzysz mego mroku miasto
chyba że upieczesz mi ciasto
Lub zaśpiewasz czysto:
Liż mnie, mój terrorysto!
Ssij mnie, mój Antagonisto!
(Pewnie też antyhumanisto)
Bo kręci mnie to
Gdyż w głowie mam pusto!
Ujrzysz mego mroku miasto,
Ujrzysz czarne me podwoje,
Gdzie mój wierny sługa chlasto
Dniem i nocą cne dziewoje
(Bo on chłop od pługa wzięty
język jego niezbyt gięty
akcent jego przyciężkawy
lecz nie psuje to zabawy)
Szastu – prastu, chlastu – łup!
Będzie z ciebie, panno, trup.


Rozszerzył usta (suwaczkiem) i właśnie delikatnie wbijał swe długie kły, gdy usłyszał za sobą hałas.
Takie dyskretne chrząknięcie, czy może odgłosy wydawane zazwyczaj przez wściekły motłoch?

Odwrócił się.
Do izby weszła młoda kobieta. Ubrana w poprzecierane, skórzane spodnie.
Typowy strój wieśniaczki, prawda. Co jeszcze miała? Ćwieki i pejczyk?

Lekką kurtkę i z mieczem w pochwie, przywiązanej do pasa. Jej rozpuszczone włosy, nieposkromione hebanowe kosmyki, opadały delikatnie na ramiona, sięgając nie dalej jak do piersi.
No jasne, ruszaj na wampira ze schowaną bronią i twarzą stylowo przesłoniętą włosami. -.-
Bo ona tu wpadła z sąsiedniego planu zdjęciowego. Powie tylko „L'Oréal , bo jestem tego warta!” i zaraz sobie pójdzie.

Spojrzała na wampira z wyraźną przebiegłością. Jej oczy błysnęły w świetle księżyca.
Fosforyzujące tęczówki, czy przegięła z brokatem na powiekach?
Zamontowała w źrenicach miniaturowe reflektory – szperacze. Czego to się nie robi, by zadać szyku na dzielni!

Biła od nich wrogość, a za razem znużenie.
Czyli było to coś w rodzaju: „Miałam naprawdę długi i zły dzień, więc dla własnego dobra - spierdalaj”?
Cóż, ja twardo stoję przy tym, że pozowanie na Clinta Eastwooda dobrze wychodzi tylko Clintowi Eastwoodowi.

Przechyliła lekko głowę i założyła ręce na piersi. Westchnęła cicho.
- Pacu Pati – szepnęła z lekkim, ledwo zauważalnym uśmiechem.
Bebe bu, dada luliluli, kuku na muniu.
Może to było jakieś wąpierze zawołanie? „Paś, paś, wampirku”?

- Och, och! Kogóż mi tu przysłali! Czyżby niewiastę z wampirami obeznali?
Tak, poznała je wielokrotnie i dogłębnie. Raz ona zagłębiała w nich swój miecz, raz oni zagłębiali w niej swój... kieł.
Dobrze, że tym razem niczyj honor nie ucierpiał.

Skąd wiedziała, o mej rasie? Czyli jednak, niewiasta zna się – wymruczał wampir.
Na pewno lepiej niż ty na interpunkcji. – wymruczała Pigmejka.
Na mnie nie patrzcie, więcej rymów nie tworzę – wymruczała Kalevatar

- Widziano cię ostatnio wałęsającego się po cmentarzach. – Spojrzała ukradkiem na księżyc.
Przez panoramiczny, strzechą kryty dach, jak rozumiem?

– Będzie trzeba się z tobą trochę pomęczyć. Ale to nic, dostanę wyższe wynagrodzenie – stwierdziła dziewczyna.
- Czyżbyś zechciała pozbawić mnie życia z racji potrzeby finansowej?
Spokojnie, na razie tylko ci pyskuje.
Oho, w grę weszły finanse i wąpierzowi od razu odeszła ochota do rymowania. Co za ulga!

Och, zguba twa w dłoni mojej! (wąglik!) – wykrzyknął i wnet pojawił się przy brunetce, nierobiącej sobie niczego z jego obecności.
Bo po co na przykład wyciągnąć miecz. Jeszcze by komuś krzywdę mogła zrobić.
Albo zasygnalizować, że jej zależy. Okropność.

- Tylko na tyle cię stać, mój drogi? – Zerknęła na niego. – Młodziutki z ciebie wampirek. Widać po nieprzebarwionych kłach
Dziewczyna w międzyczasie zdążyła mu obejrzeć zęby, jak koniowi na targu? :D Może jeszcze obejrzy mu kopyta i zmierzy wysokość w kłębie?
A od czegóż to się mogą wampirowi kły odbarwić? Próchnieją od krwi cukrzyków czy jak?

– mruknęła od niechcenia i odeszła w bok.
- Mój wiek nie ma nic do rzeczy, liczy się pożądanie krwi (O! Następny, który nie lubi, jak mu się jego młody wiek wypomina!), na widok, gdy człowiek się kaleczy – szepnął pociągająco.
Że niby to był jego tekst na podryw?
To wampir żerujący na emo? Nic dziwnego, że czuje pociąg do kiepskich rymów.

- Możemy już skończyć tę maskaradę? – zapytała poirytowana.
- Jaką maskaradę, o czym mówisz, droga ma?
- Dobrze wiesz, skarbie. –
O tym, żebyśmy wreszcie przeszli do drugiej bazy w naszym związku, kochanie, jeśli wiesz, co mam na myśli.

Uśmiechnęła się sztucznie, wyciągając miecz z pochwy.
Jasna klinga błysnęła w blasku księżyca,
Mam wrażenie, że ta chata nie ma w ogóle dachu, skoro w środku nocy wszystko tak swobodnie lśni w blasku księżyca.

a delikatnie zdobiona rękojeść zabłysnęła płomienną pomarańczą, błękitem oraz niesamowitą, połyskującą czernią.
Bardzo, tego... stylowe. Tyle, że miecz powinien nie tyle błyskać i lśnić, co ciąć i rąbać – taka delikatna sugestia.
Wiesz, omotanie rękojeści sznurem migoczących oczojebnie lampek choinkowych to szczyt stylu i lansu!

Wtedy wampir zagryzł lekko blade wargi i wziął głęboki oddech.
To lśnienie go oślepiło.
Starał się nie roześmiać.

Właśnie chciał coś rzec, jednak ona mu na to nie pozwoliła. Klinga została wbita w serce stwora. Został zraniony.
No, nie da się ukryć. Nawet dość mocno. :D
No, zraniła go na wskroś. ;( Można by wręcz powiedzieć, że go spenetrowała.

Z początku nawet nie pisnął, jednak potem, gdy promienie pomarańczowego i błękitnego światła oraz czarna mgła, poczęły pojawiać się przy jego ranie, z jego ust wydobyły się przeraźliwe, nieludzkie dźwięki.
To znaczy jakie? Warczał jak odkurzacz, czy też może zaczął miauczeć?
Kwiczał, buczał i pogwizdywał.

Kobieta pogłębiła ranę, patrząc jak pochłania go światło i ciemność wywodzące się z jego rany.
Pochłania go światło i ciemność JEDNOCZEŚNIE, pochodzące z rany w jego ciele, dobrze rozumiem?
Kurczę, chyba za mało wzięłam tych grzybków przed analizą, bo nie ogarniam.


- Zdaje się, że chciałeś coś powiedzieć? – Uśmiechnęła się, przybliżając twarz do głowy wampira.
- Ty… Jesteś… - wyjęczał, kiedy pchnęła go mieczem do końca, przebijając na wylot, wtedy wybuchł i zniknął, zostawiając jedynie miedziany amulet.
I żadnych flaków? Po WYBUCHU? Przecież nawet w Sru Blacie były flaki. :(
To by było nieestetyczne i fuj. Wyobrażasz sobie, jak ciężko domyć potem włosy?

Brunetka jedynie cicho westchnęła i podniosła masywny wisior. Przyjrzała się mu uważnie. Musiała go przetopić, by stracił swą moc, inaczej ten wampir się odrodzi, bądź zregeneruje.
Z czego? Z tego, co pozostało po zniknięciu...?

Spojrzała następnie na leżącą na łóżku, przerażoną kobietę.
Która, khem, musiała być naprawdę skończoną ciamajdą, skoro nie mogła zrobić z wampirem tego samego, co jej obrończyni.
Nie miała Oczojebnego Miecza Lady Gagi. Była bez szans.

- Macie swój spokój – bąknęła i wyszła, wpatrując się w amulet. – Mam nadzieję, że ty zapamiętasz, że o mnie nie mówi się głośno, dupku.
Czy ona mówi do amuletu? O.O Choć w sumie... skoro rycerze Jedi mogli mówić do damskiej golarki do nóg...

Schowała wisior do kieszeni i udała się po należną jej sumę. Jak się domyślała nie było tego wiele, ale na w miarę dostatnie przeżycie paru-parunastu dni starczy.
Phi... Skoro to ma być „wyższe wynagrodzenie” to nie chcę wiedzieć, jakie jest normalne.
Nie dają jej kopa w rzyć.

Wsiadła na swego czarnego ogiera i nie czekając na wschód słońca pomknęła lasem, nie zważając na jakiekolwiek niebezpieczeństwa od strony różnorakich stworzeń.
Taka była zajebista, że olbrzymie leśne pająki od samego patrzenia na nią stwierdzały, że wolą jeść jagody i maliny, a niedźwiedź nawet miodu bał się tknąć, żeby pszczółki żadnej nie urazić.
A czarny ogier miał do zadu przyczepioną niewielką, acz gustowną metkę z napisem „Czarny Ogier Zagłady, klasa I. Własność wypożyczalni magicznych artefaktów Złomowiec Przeznaczenia”.

W kilka chwil zniknęła za zielonymi drzewami, zmierzając na południe...

***
Rycerz w spódnicy, wojowniczka, a czasem łuczniczka.
Bo łuczniczka w żadnym wypadku wojowniczką być nie może.
Chyba, że chodzi o jakąś maniaczkę firmy Łucznik, to wtedy ok.

Wojowniczka i rycerz w spódnicy to nie to samo? Może mamy rozumieć, że raz była wojowniczką, a raz szkockim najmitą?

Ta, która zabija wszelkie stwory.
Ta, którą zwą Domestos.

Stwory zwane piekielnymi. Ta, która nie ma domu. Nie wiadomo skąd przyszła. Nie wiadomo dokąd zmierza, czego pragnie, co myśli i kim jest. Nikt nic o niej nie wie.
I nikogo to nie obchodzi.
Córka Kononowicza?

Pewne jest jedynie to, że istnieje…
Oj, kochana, i tu się mylisz! Jak uczy nas Kartezjusz, by istnieć powinna myśleć – a jak dotąd żadnych specjalnych osiągnięć w tym kierunku nie stwierdzono.

***
Witam wszystkich na mym nowym projekcie. Mam nadzieję, że wyjdzie z niego coś naprawdę ciekawego. W mej głowie istnieje ogólny zamysł, ale wiadomo, moje plany są w stanie się zmienić.
I chyba się zmieniły, albo może Ałtoreczka dostała za mało komci – bo nic oprócz prologu się na blogu nie pojawiło.
Ale nie tracimy nadziei. ;)
############


No to jak się zadomowiłam, to wrzucam tu swoje wypociny. Życzę każdemu miłego czytania i co ważniejsze komentowania.
To w razie, jakby ktoś jeszcze miał wątpliwości, o co tak naprawdę chodzi Ałtoreczkom.
Życzy nam miłego komentowania? No, mnie jak na razie jest całkiem sympatycznie. :>

Jestem otwarta na propozycje poprawki, bo pewnie jest ich mnóstwo, więc nie bójcie się.
Ja nie zamierzam, sesesese.
Ja takoż, hłe hłe hłe.

Tylko taka mała prośba, jeśli coś wam się nie podoba, to pokarzcie jak wy widzicie dany fragment i proszę o wyrozumiałość.
Chętnie cię pokarzę, jeśli tak nalegasz...
Ja chwilowo ograniczę się do karania fragmentów, ale skoro Pigmejka już włączyła swój tryb sado-maso... ^^

To chyba tyle.
Skoro tak mówisz... Wciąż tu będę, jeśli się rozmyślisz.

Rozdział I
Ostatnia podróż

Nastawał świt.
Na co nastawał? Na cnotę poranka?
Na ciemność raczej. Robił jej brzydkie rzeczy, żeby sobie poszła.

Słońce leniwie i wspinało się ponad Wysokie Góry, leżące na południowy wschód od wioski Romikall.
A potem prędziutko stoczyło się w Niską Dolinkę.

Mgły opadały na pobliskie łąki i pastwiska, ścieląc miękko się w dolinach. Był to wspaniały letni poranek, jak wszystkie inne nieśmiało zaczynający dzień.
Nie zauważyłam, żeby poranki były jakoś szczególnie nieśmiałe. Moim zdaniem zazwyczaj są dość chamskie – bo bezczelnie wykopują mnie z mojego łóżka.
Ale przyznasz sama, że ostatnio się raczej czają po kątach, takie jakieś szare, bure i oślizgłe.

W lesie, oddalonym o dzień drogi od wioski,
Mieszkańcy wioski pilnowali, by po drewno na opał trzeba było chodzić bardzo, bardzo daleko.

panował jeszcze półmrok i przyjemny chłód, gdyż wysokie, stare drzewa nie dopuszczały w swoją głebię delikatnego porannego słońca.
Ehe, jasne. Jeśli to nie las deszczowy (w co wątpię) to jakoś tego nie widzę. Już prędzej uwierzę, że światło przemieszcza się tam jak w Świecie Dysku.
Gdzie drzewa mają glebę?

Ptaki nie rozpoczęły jeszcze swej wspaniałej pieśni i w lesie było zupełnie cicho.
Drogi Narratorze! Przykro mi, że psuję Twoją poetycką wizję, ale ptaki zaczynają swoje trele na długo przed świtem – niektóre gatunki nawet między trzecią a czwartą rano – i na dodatek robią to na tyle głośno i wnerwiająco, że można się przez to obudzić z nawet dość mocnego snu.

Nie ma jednak rzeczy która trwałaby wiecznie i po chwili ta cisza została zakłócona przez szybki tętent kopyt. Na śnieżnobiałym rumaku jechała młoda kobieta.
Tak dla odmiany po tym Czarnym Ogierze, co? =.= Czemu te konie nigdy nie bywają srokate, bułane czy kasztanowate?

Była to osoba niewysoka i lekko krępej budowy.
Innymi słowy – niska i gruba?
No nie, „krępy” nie znaczy od razu „gruby”- ale już „niewysoki” jak najbardziej. Mamy więc rozumieć, że kobieta była niska do kwadratu?

Urodą znacznie odbiegała od klasycznych ideałów piękności
Wyjątkowo tym razem nie zaprzeczę.
Ee, u krasnoludów miałaby wzięcie. ^^

Urodą znacznie odbiegała od klasycznych ideałów piękności spotykanych często na zamkach i dworach.
Bo wszystkie szlachcianki to kandydatki do konkursu na miss świata, jedna w jedną. Stosowny imidż i figurę dziedziczą w genach – bo nie ma to jak typowy dla tej warstwy społecznej chów wsobny, prawda.
Z ust mi to wyjęłaś.

Jednak owe damy przy niej wyglądały niczym ciężkie piwonie przy delikatnej białej róży -
Chyba raczej jak piwonie przy pieczarce: biała, niska, krępa... pasuje.

było w niej coś magicznego, jakieś mistyczne nieopisane piękno.
Tuż nad jej głową wisiał wielki neon „Główna Bohaterka”.
To ta zawieszona tuż nad ziemią dupa dodawała jej uroku.

Może to za sprawą jej ogromnych oczu jaśniejących to lazurem, to szmaragdem i głębokiego mądrego spojrzenia? Było ono tak inne, wręcz dzikie
Mądre i dzikie jednocześnie? Ożfak, pierwiastek apolliński z dionizyjskim się połączył?! Toż to się nawet twórcom tragedii greckiej nie udało! O_o
Oj, gdybyś ty od bladego świtu, miast wyspać się należycie, obtłukiwała tyłek w siodle, też byś miała dzikie spojrzenie. ;)

- dość rzadko spotykane w tych stronach.
Tutejsi nie cenili u niewiast dzikich oczu? Profani.

Jednak gdy jechała traktem najbardziej zdumiewająca była burza czarnych loków spadających na plecy i mimo iż rozwichrzonych, to nadal pięknych.
Eee... A co jest dziwnego w rozwianych czarnych włosach? Chyba, że ona ma taki fryz jak jedna moja koleżanka ze studiów. Albo może chodzi o burzę prawdziwą, taką z piorunami strzelającymi z rozdwojonych końcówek i grzmotami, które rozlegały się, kiedy włosy podskakiwały w rytm jazdy?
Zauważ, że ta burza loków była zdumiewająca, gdy ich właścicielka jechała traktem, z czego wnioskować należy, że zjechanie w las skutkowałoby natychmiastowym wyłysieniem – i to faktycznie jest zdumiewające. :D

Kobiet o tak mlecznej cerze i wydatnych rysach
Wydatne rysy? To znaczy: miała wielki nos, sterczący jak u stereotypowej wiedźmy podbródek i mocno zarysowane kości policzkowe?
Rzeczywiście... piękność dnia, można by rzec.

No krasnoludzica, nic innego.

też nie spotykało się codziennie na południu. Tutejsze niewiasty miały oczy brązowe, delikatne rysy i najczęściej jasne proste włosy. Nie kłusowały też w skórzanym męskim odzieniu przez las.
Kwik. Podejrzewam, że popylanie na koniu po lesie w męskim ubraniu 24 godziny na dobę w każdej części świata może wzbudzić zdziwienie.
Też uważam, że tutejsze niewiasty miały ciekawsze i bardziej pożyteczne zajęcia.

Ale ona nie była tutejszą niewiastą. Nie była nawet zwykłym człowiekiem, jeśli można uznać, że była nim w ogóle.
Tak naprawdę to ona w ogóle nie istniała.A tak już naprawdę to w ogóle nie.

Bo prawdziwy obserwator dostrzegłby lekko szpiczaste uszy i swoisty blask w oczach.
A sztuczny obserwator zobaczyłby co najwyżej dziurę w płocie.

Taki jaki mają tylko piękni ludzie lasu. Dziewczyna w istocie była elfką z Wielkich Lasów Cesarstwa Esdolii.
Nieprawda, była półelfką – półkrasnalką! Proszę mi tu nie wciskać proelfiej propagandy, narratorze.

Jej imię - Dajenna, co znaczyło w przekładzie na język ludzi "szczęśliwy początek"
Mein Goth, to brzmi jak miejscowa nazwa na wiejską ladacznicę... Podręczna, stajenna, dajenna – no jak ulał.
A na drugie miała „Sexforfree”, co w przekładzie na język ludzi oznaczało „syfilis gwarantowany”.

Cóż jednak robiła elfka północnych puszcz tutaj, na południowym krańcu cesarstwa. Długowieczni ludzie lasu rzadko zapuszczają się w tak dalekie krańce swoich ziem.
Wychodzą z założenia, że na pograniczu ciągle trwa wojenna ruchanka, a w bitewnym zamieszaniu bardzo łatwo jest stracić szpiczaste ucho. ;)

Właściwie poza granice leśnych knieji (!!!) wyruszali Strażnicy i Posłannicy. Ci pierwsi strzegli ludzi przed demonami, wampirami i każdym innym złem.
Suszą, podatkami i pomorem bydła.

Posłannicy mieli za zadanie pomagać ludziom, łagodzić spory między nimi, a innymi rasami żyjącymi na świecie.
Ostatnie trzy wieki upłynęły im na mediacjach pomiędzy ludźmi a szlachetną rasą świń. Jak dotąd, bez rezultatu.

Cesarzowa twierdziła, że każde stworzenie narodziło się po to aby istnieć na tym świecie (Bardzo rewolucyjny pogląd, nie sądzicie?) i ze swej natury nie może być złe.
Hm, a jak to się ma do zwalczania demonów i wampirów, które przecież też są stworzeniami?
Może się nie rodzą, tylko mnożą przez bajki albo coś.

Człowiek jest jednak słaby i trzeba go chronić przed niebezpieczeństwami a czasem nawet przed samym sobą.
Dlatego w elfim cesarstwie socjal był zajebiście rozbudowany.

Dajenna była Posłanniczką. Wracała właśnie do swojego królestwa po kolejnej misji zakończonej powodzeniem. Nie było to trudne zadanie, zwyczajne jak większość tych, które miała do wykonania wcześniej.
Porozumienie pomiędzy ludźmi i kotami zostało podpisane bez większych trudności – ludzie zobowiązali się do karmienia ich, głaskania, sprzątania kuwety i układania kocyków w różnych ciepłych miejscach, za to koty solennie przyrzekły, że będą mruczeć (co robiłyby i bez tego).

Ludzie pojawili się tu stosunkowo niedawno ale od tego momentu są z z nimi częste problemy. Najczęściej to przez ich zachłanność i chciwość wybuchały nieporozumienia i spory.
Tia, odwieczny spór, do kogo należy jabłoń rosnąca na miedzy i kto komu zabrał grabki, a kto komu przydzwonił w głowę wiaderkiem. Nihil novi.

Było tak i tym razem. Pomimo tego że wokół wioski było mnóstwo żyznych ziem, tyle że nie mogli tego w pełni wykorzystać, chcieli mieć jeszcze więcej. Zaczęli więc karczować lasy, a co za tym idzie, zabrali schronienie dzikim zwierzętom tam żyjącym.
I tak powstała zUa cywilizacja.
Karczowali lasy odległe o cały dzień drogi od ich wiochy? No daruj, narratorze, ale jakoś nie wierzę.

A jednym z praw natury jest to, że nawet mała ingerencja i zmiana może być katastrofalna w skutkach.
Khem, gdyby iść tym tropem, nie można by było nawet postawić drewnianej chaty – bo przecież wcześniej trzeba by ściąć drzewo: a czekanie, aż samo się złamie byłoby chyba jeszcze mniej sensowne niż nadzieja na szybki przydział mieszkania w najtrudniejszym okresie PRL-u. Zawsze można stawiać lepianki i szałasy, albo mieszkać w grotach – wtedy dopiero byłoby fajnie!

Bo smoki z braku pożywienia zaczęły kraść z gospodarstw bydło.
To tam smoki mieszkają w lasach? Tia, ZIONĄCE OGNIEM jaszczury w LESIE z pewnością nie stanowiły zagrożenia dla ekosystemu. :D
Już widzę, jak parunastu chłopów z siekierkami tworzy w puszczy takie spustoszenie, że dla smoków brakuje jedzonka, taa...

Gdyby nie interwencja Posłanniczki mogłoby dojść do krwawego konfliktu miedzy smokami i ludźmi. To własnie ona pokazaa ludziom jak mają żyć w zgodzie ze wszystkimi innymi stworzeniami.
A jak ta zgoda ma wyglądać w praktyce? Bo w to, że się gady przestawią na brukiew i buraki, jakoś wątpię.

Czeka ich jeszcze dużo pracy by stać się częścią tego miejsca, ale ich upór i wytrwałość będą bardzo pomocne.

Tak właśnie wyglądało życie Dajenny. Przybywała, aby zmienić świat na lepsze, zawsze była tam, gdzie jej potrzebowano.
Noo, taa, była przefajna. Jak każda Mary Sue. Możemy przejść dalej?

Później zawsze wracała do miejsca, które nazywała swoim domem. Jednak ten dom by przez większość jej życia zostawał pusty. Ona była prawie cały czas poza stolicą. Mogłoby się wydawać, że jej praca jest nudna i bezowocna,
Jak to bezowocna, skoro podobno panna odnosiła sukcesy? Ktoś tu się plącze w zeznaniach!
Wiesz, jak to jest – operacja się udała, pacjent zmarł.

Jednak była to elfka o niespokojnym sercu i nie potrafiła się odnaleźć siedząc w jednym miejscu. (...) Czuła to ona sama jak również wiedziała to Cesarzowa. To ona dawała jej zadania najtrudniejsze i wymagające dużo cierpliwości, gdyż Dajennie go nie brakowało.
Tego Cierpliwościa jej nie brakowało.

Jechali dalej i puszcza stopniowo się przerzedzała.
Oni? Elfka zabrała autostopowicza?

Darej przeszedł w kłus i po kilku chwilach zostawili za sobą leśne gęstwiny. Teraz przed nimi rozpościerało się morze łąk i pastwisk sięgające aż po horyzont.
Wyjechali na suchego przestwór oceanu...

Wkoło dało się czuć nęcący zapach polnych kwiatów.
Nęcący to on mógł być co najwyżej dla konia.

Słońce było coraz wyżej na niebie i coraz bardziej doskwierało wędrowcom. W pobliżu traktu płynął strumień. Zatrzymali się tam aby odpocząć i nabrać sił do dalszej wędrówki a czekały ich jeszcze dwa dni drogi. Poruszali się cały czas na północny zachód. Muszą przebyć te pastwiska dojść do wsi Arrenea – ostatnich, zasiedlonych przez ludzi, terenów graniczących z Północną Puszczą.
Jeszcze niedawno wioska oddalona była o dzień drogi. Uciekła w międzyczasie? A może nastąpiły wzmożone ruchy górotwórcze?

Tymczasem jednak Dajenna wyciągała z juk suszone owoce, a Darej pił łapczywie chłodną wodę ze strumienia. W pewnym momencie przerwała ciszę, przemawiając melodyjnym głosem:
-Za tymi łąkami znajduje się wioska Arrenea. Tam zatrzymamy się na noc. Jeśli się pospieszymy, to jutro przed zmrokiem będziemy w domu.
-Wspaniale. Nareszcie spotkam się z przyjaciółmi. Nie wyobrażasz sobie jak za nimi tęskniłem. – rzekł Darej.
Pójdziemy do okolicznej stajni i wychylimy po kuflu siana. Taka będzie jazda, że hej!

Elfy są istotami bardzo mocno związanymi z naturą. Stąd też u Dajenny umiejętność porozumiewania się ze zwierzętami, czy znajomość właściwości wszystkich roślin. (...) Niektórzy ludzie lasu potrafią też czerpać moc z natury. Wtedy dzieją się rzeczy niemożliwe do opisania.
I absolutnie pozbawione sensu.
Wyrastają im na głowach stokrotki, a czasem kapusta w ich ogródku zaczyna deklamować Sonety Szekspira.

Często dobre lecz kiedy się nie panuje nad potęgą natury to jest, to może być wręcz katastrofalne w skutkach.
No, taka deklamująca poezję kapusta może być dość krępująca. Zwłaszcza podczas obiadu. Na przykład masz zamiar nałożyć sobie bigosu do miski, a tu ni z tego ni z owego z garnka słyszysz: „Stępiaj pazury lwa, czasie żarłoczny. Ziemi każ pożreć kwiat potomstwa swego, rwij ostre zęby z szczęk tygrysa mrocznych, spal sędziwego Feniksa w krwi jego...”
Jednak natura nie pozwoli się łatwo zniszczyć, daje możliwość korzystania ze swych zasobów tylko stworzeniom o czystym sercu i silnym duchu, by mógł temu podołać.
A jeśli coś będzie próbował pokombinować ktoś ZŁY, to sam las Birnam ruszy na niego.

Zbliżało się południe. Zarówno Darej jak i Dajenna odpoczęli już wystarczająco, aby móc ruszyć w dalszą drogę.(...)
Jechali gościńcem, gdyż tylko on pewnie prowadził przez wioskę.
Inne ścieżki ciągle zmieniały zdanie i co rusz zawracały do gospody.

Gdyby nie ta droga, to można by zbłądzić na równinach.
Mhm, bo na równinach jest przecież tyle zakrętów, skrzyżowań, ślepych uliczek, możliwości trasy... =.=’

Jechali leniwie, gdyż słońce prażyło niemiłosiernie, a na otwartym stepie nie było cienia.
Morza łąk, stepy? Kurnaż, gdzie oni są, na Krymie? Wycieczka śladami Mickiewicza, czy jak?

***

Wieczorem dotarli do wsi. Zatrzymali się w gospodzie "Złoty Kufel". Koń dostał najlepsze miejsce w stajni.
Boks był obity atlasem i klimatyzowany, a żłób miał wszystkie atesty.

- Pilnuj, żeby mu niczego nie brakowało- rzekła wręczając worek złota służącemu.
A służący, jako że nie był w ciemię bity, zwiał ze wsi jak tylko mógł najprędzej, w razie gdyby ta szurnięta bogaczka zmieniła zdanie i postanowiła zabrać mu taki majątek. ^^
Tuż przy drzwiach gospody przyczaiła się też grupa zbrojnych w pałki przedsiębiorczych chłopów, zdecydowanych na zabieranie bogatym i dawanie sobie.

Sama poszła do gospody wykupić pokój i rzucając bagaże w kąt położyła się do łóżka.
Rozumiem, że za nocleg zapłaciła niewielkim królestwem?
I połową księżniczki.

Dajenna już dawno nie wstała tak wypoczęta jak tego poranka. Trudno się dziwić - miesiące wyprawy spędzone na gołej ziemi... Elfka zeszła do gospody.
-Witaj Dajenn- zagadał Tom. Miał taki dziwny zwyczaj wymawiania jej imienia bez końcówki. - jak zdrowie.
-Zawsze mogłoby być lepiej, ale nie odczuwam potrzeby narzekania- odpowiedziała wdzięcznie.
Azaliż wżdy, waćpanno?

-Podać coś, Dajenn- spytał właściciel.
- Wiesz co lubię- z przekorą doń rzekła.
Po czym znacząco spojrzała na pustą kuchnię, z zapraszająco lśniącym blatem stołu...
Zaczęła dumnie kroczyć w stronę stolika przy oknie.
Krokiem defiladowym. Aby z równą godnością zjeść jajko na boczku.

W karczmie panował lekki półmrok. Panowała tu miła atmosfera domowej kuchni.
W powietrzu unosił się swojski zapach starego tłuszczu, gotowanych ziemniaków i kaszanki.

Kilka mniejszych i większych stolików przykrytych szydełkowanymi serwetami było ustawionych tak by maksymalnie wykorzystać przestrzeń tego niewielkiego pomieszczenia.
Edward Hall byłby dumny. Patrząc z perspektywy proksemiki, musiała być to przestrzeń wybitnie dospołeczna.

W lokalu panowała nieskazitelna czystość. Nie było mowy o plamie na podłodze czy na ścianie.
W takim razie to był szpital, albo laboratorium, a nie wiejska karczma. A wszystko to jest snem albo widziadłem chorej pacjentki, przykro mi.

Przy stolikach siedziało kilka postaci. Koło samego baru dwóch krasnoludów grało w jakąś bardzo zajmującą grę. Odrobinę dalej grupka miejscowych spierała się o coś. Jednak gdy obok nich dziewczyna przemaszerowała sprężystym krokiem, natychmiast spojrzeli na nią ze zdziwieniem.
No się nie dziwię – mało kto ma zwyczaj maszerować wojskowym krokiem po zajeździe, na dodatek jeszcze przed śniadaniem.
Ciekawe czy przy chodzeniu pokrzykiwała sobie jeszcze: „w lewo – zwrot! Naprzód... marsz!”

Mimo tego, że wioska niemal graniczyła z Esdollą
Czy tylko mnie ta nazwa kojarzy się z ebolą?
Mnie raczej z es-mollem.

to jej mieszkańcy nieczęsto wychodzili poza obręb lasu, a już na pewno nie pokazywali się w tak publicznych miejscach jakim była gospoda, czy zajazd.
Muihihihi. Całymi dniami siedzieli w domach – czasem tylko wymykali się chyłkiem na pole wysiać albo skosić zboże – a i to po zmroku!

Wyjątek stanowili posłańcy cesarzowej i strażnicy, a i tych nie można było spotkać codziennie. Strażnicy to była bardzo dla ludzi ważna funkcja. Elfy chroniły ludzi przed innymi stworzeniami, jako jedyne niemagiczne istoty, a także dbały o ład i porządek w przyrodzie.
Tak, należeli poza tym do Greenpeace i Partii Zielonych. WIEMY!
Ale ktoś tu się plącze w zeznaniach. Od kiedy to elfy stały się niemagiczne?

Gdy dziewczyna usiadła przy stoliku, śniadanie już na nią czekało.
Mrucząc cicho monolog Hamleta.

Pogrążyła się rozmyślaniach. Przypomniała sobie jak zatrzymała się w pewnej gospodzie daleko z tąd. -_- Gdy po wizycie poprosiła o rachunek zwykle bardzo chciwy i skąpy właściciel powiedział, że wszystko jest na koszt firmy i nie zapłaci ani dukata. Dajennie nie pasowało takie położenie i odważyła się spojrzeć w jego myśli. (...) Ujrzała wtedy rzecz straszliwą. Karczmarz chciał ją wykorzystać jako reklamy, przypisując magiczne właściwości wszystkiemu z czego korzystała.
To znaczy, chciał z niej zrobić atrakcję turystyczną i sprzedawać używane przez nią łyżki, ręczniki itp. jako relikwie? Hm... biznes jak biznes. :P
No, Krk całkiem nieźle się dorobił na takim handelku.

Wiedział, że przyniesie mu to zyski większe niżby kiedykolwiek mogła mu zapłacić. Przemawiało przez niego zło.
Sam Szatan, jak nic.
Pomiędzy poszczególnymi myślami słyszała pobrzmiewające charakterystyczne „MUAHAHAHAHA!!!”

Z chciwości rodzą się upiory.
Ej, myślałam, że one się rodzą, jak rozum śpi. To kiedy w końcu?

Mówiono, że strzygi to dzieci mające nieślubnych rodziców.
Ale... zaraz... JAK?! XD

Strzyga rodzi się tylko gdy jest owocem zdrady. Topielec też nęka ludzi tylko, został zamordowany
Ze zdania na zdanie opko coraz bardziej zaczyna przypominać bełkot szaleńca. To niepokojące.

lub nękano go za życia do tego stopnia, że popełnił samobójstwo topiąc się.
A to ma się do fabuły tak, że...?

Skończywszy posiłek, podeszła do Toma. Wiedziała, że on nie był taki. Znali się od bardzo dawna. Bez słów zapłaciła należną kwotę i ruszyła w stronę stajni...
A... aha. Bardzo... wiele wnosząca retrospekcja. Serio.

14 komentarzy:

Lukseja pisze...

Wróciłyście do formy! Łiii!:D

maroccanmint pisze...

Nie wiem, co śmieszniejsze, naprawdę. Ubawiłam się setnie!
A gdy "w głębi mego umysłu zaświta mi nieśmiało" myśl, ze w wieku lat nastu pisałam takież same brednie, to się rumienię. Również ze wstydu na komisję wojewódzką, co mnie za elfy i smoki nagrodziła w konkursie... ech, dawne czasy...

Dzidka pisze...

Te dzikie ryki zagłuszające obchody Święta w Stolicy to ja byłam :D

kura z biura pisze...

Lubię czytać analizy, gdy jestem sama w domu, bo wtedy mogę bez skrępowania śmiać się na cały głos. Dzięki!

Anonimowy pisze...

Pod którymś z ostatnich z postów widziałam, że ktoś wspomniał o Milence. Natrafiłam kiedyś na jej inny blog i pomyślałam,że ten także nadaje się do analizy, ale ocenicie to sami. http://er-und-sie-entrucken-im-liebe-2-andere-welt.blog.onet.pl/

LathspellChan pisze...

Cudnie! Jak zwykle ;). Rany... elfy. Ok, ok jeszcze mogę je znieść, ale czemu nikt nigdy nie napisał opka o drowach?! To by dopiero było kwikaśne...
Obie bohaterki były... no... do zniesienia, ale pewnie dlatego, że za krótko je znałam. A retrospekcja cudna! Zaprawdę wiele oznaczała i z pewnością zależał od niej rozwój fabuły.
PS. A Czarny Ogier z wypożyczalni był sÓper!

Goma pisze...

Dajenna śladami Mickiewicza... Tak, świetna analiza ^^ Dawno nie było mi tak szkoda, że już koniec, bo ze zdania na zdanie zapowiadało się coraz lepiej xD
Będzie szansa na Pottera w bliższej lub dalszej przyszłości? Teraz temat będzie na topie, więc by było fajnie.

Anonimowy pisze...

http://f.kafeteria.pl/temat.php?id_p=3793364&start=30

Polecam uwadze drogich analizatorek wypowiedzi patki, kwikogenne wielce!

A analiza jak zwykle jest świetna.

Anonimowy pisze...

O w mordę, naprawdę jesteście w formie.
Szczególnie, że teksty nie były przesadnie tragiczne.

Swoją drogą - poinformowałyście o analizie autorki? Bo ani na blogu ani na forum ni dudu informacji na ten temat.

Gally

SStefania pisze...

Jednak warte dostrzeżenia jest zamiłowanie Tego Złego do pożywiania się robactwem. Ja tam wolę nie dopuszczać do siebie wiedzy, z czego składa się moje jedzonko.
Ja właśnie jem boską, przepyszną szynkę. Jakoś nie mam problemu z tym, że była kiedyś dupą świni - ale żeby jeść pogardzane przez siebie robale? Ten wampir umartwia się w ramach jakiejś pokuty?

LOL, po martwym wampirze pozostaje itemek, jak w jakimś erpegu XD

Ta, która zabija wszelkie stwory.

Ta, którą zwą Domestos.

Cholera, rozśmieszył mnie dowcip toaletowy!

Ej, myślałam, że one się rodzą, jak rozum śpi. To kiedy w końcu?
One się wtedy budzą. Pewnie po Narodzinach Z Chciwości :)

Przeurocze opka, przesympatyczne Merysójki. Chyba każda będzie sympatyczna po Natalce :)

Anonimowy pisze...

Widać, że kultura autorom tego bloga wychodzi bokiem. Szok!

Anonimowy pisze...

*szczerzy się jak głupia do monitora*

Domestos rządzi. A jak mój obiad zacznie do mnie mówić o minarecie świata i gór padyszachu, to zamierzam stanowczo go uciszyć.

Niech Bór Liściasty was broni przed promieniotwórczym marysuizmem.

Serdeńko pisze...

"No krasnoludzica, nic innego."

A nie powinno być tak:
"No krasnoludzica, nikt inny."?

Krasnoludzica = istota żywa. Mogę się mylić, oświećcie mnie.

Anonimowy pisze...

Analiza pro, jak zawsze.
A tu macie małe cÓdeńko, zróbcie z nim co chcecie:
http://www.harrypotter.org.pl/index.php?pokaz=ff66
http://www.harrypotter.org.pl/index.php?pokaz=ff64