czwartek, 25 listopada 2010

O latającym kotoczołgu, czyli czemu kundle są dżezi

Witajcie!
Przyznam szczerze, że blogaska o takim stężeniu absurdu nie spotkałam jeszcze nigdy. Opisuje on losy rocznej elfki – maszyny do zabijania, która w przyszłości będzie rządzić wszechświatem, a póki co podróżuje pomiędzy fandomami, opromieniając je swą zajebistością. Dziewczę ma dar mówienia językami, widzenia w promieniach rentgena, kolce wzdłuż kręgosłupa, buty z pazurami, koronę wrośniętą w głowę i skrzydełka. A to nie jest nawet ułamek niedorzeczności, jakie mieszczą się w tym tFForze...
Miłego czytania!
Zanalizowały: Kalevatar i Pigmejka.
Tekst podrzuciła nam Krysia. Dziękujemy!!!


Rozdział I. Elfie powstanie
Po takim tytule oczekujemy historii o przewrotach i walkach narodowowyzwoleńczych, prawda? Ale Ałtorka lubi wodzić Czytelników za nos...

Niewiele pamiętam ze względu na to, że usunięto mi pamięć, ale myślę że coś jeszcze mi się przypomni.
Typowy tekst na przekupienie przesłuchującego. Niestety – my jesteśmy nieprzekupne. I niecne, oczywiście.

A więc może zacznę od tego że:
...zdania nie zaczynamy od „a więc”. Kontynuując:

Tysiące, miliony, nieważne lat temu,
Że też geolodzy nie wpadli na to, zamiast wymyślać jakieś kenozoiki i inne cuda. Tysiące lat – miliony lat – nieważne! Idealne w swej prostocie.
Raz, dwa, trzy, dużo, mnóstwo...

było pięć elfów, które były inne od zwykłych (czyt. lodowych, leśnych, mrocznych itd), to od nich powstała rasa, ja byłam jednym z nich.Na początku zrodziła się pierwsza lodowa elfka-stworzona przez bogów, idealna maszyna do zabijania.
A w czym tak konkretnie ta lodowa elfka była inna od reszty lodowych elfów? Miała jedno uszko bardziej?Bo ona była bardziej lodowa. Taka elfowa Algida, czaisz. Albo może nawet Carte d’Or, kto wie.

No tak wszystkie wyglądamy, lecz każda z nas ma inny charakter.
Więc ta piątka ekstraordynaryjnych elfów w istocie była elfkami. Aż strach pytać, jak intensywne, partenogenetyczne yuri musiało się dziać, że powstała z nich cała rasa.Freyr też była kobietą!!!
Zwykle rozróżniamy się po kolejności naszych narodzin.
A nie mogą tak jakby... po imieniu, albo po wyglądzie? Bo chyba nie są identycznymi klonami z nadanym li i tylko numerkiem, jak w fabryce?

I-była spokojna, miła, niby kochana, lecz miała coś co było silniejsze od niej-rządze krwi.
Potęga jej krwinek była niezmierzona.

II-robiła doświadczenia, z reguły miła i sympatyczna, ciągle szukała kogoś żeby wypróbować na nim swoje roztwory chemiczne.
Taś, taś, moje Ty ślićności, no, wypij grzecznie to dobre papu: łyżeczka cyjaneczku potasku – za mamusię!”

III-kochała torturować wszystko co napotkała, wymyślała najróżniejsze sposoby tortur.
Jest sens pytać, po co bogowie mieliby tworzyć coś tak nieprzydatnego do czegokolwiek?Bo my tu mamy... maniaczka, trucicielka i sadystka. Mhm, fajnie jest, nie powiem.

A IV-była najgorsza, tą wszyscy nazywali Złośnicą, siała spustoszenie gdziekolwiek się pojawiła.
Ci „wszyscy” musieli być niezwykle wyczuleni na najlżejszy przejaw brutalnego słownictwa, skoro swój osobisty bicz boży zwali ledwie „złośnicą”. No, chyba że to „spustoszenie” polegało na odklejaniu znaczków z listów i rysowaniu członków na świeżo odmalowanych elewacjach.Iwan IV Nieco Nerwowy, Vlad Szaszłykownik... Dobry eufemizm nie jest zły!

Wreszcie V-ja, akurat na mnie trafiło, że jestem dobra, nigdy nie mogłam znieść krzywdy jakiegokolwiek stworzenia.Każda z nas ma swoje królestwo, oraz własny lodowy pałac, ale korona władczyni elfów i wszystkiego co żyje przechodziła z pokolenia na pokolenie: co 1000 lat rodziła się nowa elfka i panowała. Bogowie stworzyli nas nieśmiertelne z potęgą przewyższającą po całkowitym rozwinięciu się nawet naszych stwórców, nikt nie mógł nas pokonać.
Bogowie stworzyli pięć psychopatycznych, nieśmiertelnych wariatek silniejszych od nich samych? Łoboru, jaka religia miała takie durne bóstwa?!
Autodestruktyzm?

A więc teraz ja jestem królową, jednak nie długo pozwolone mi było panować, czemu? Wkrótce się tego dowiecie.Ale najgorsze było to, że wszystkie moje siostry zrodziły się z okrutnych bestii, tylko ja powstałam z... człowieka.
Eee... co? *próbuje ogarnąć zawiłości elfiej genealogii* Lodowe elfki inne od lodowych elfów, bogowie je stworzyli, ale one urodziły się, w dodatku jako dzieci istot innego gatunku... *poddaje się*Magiczne kundle niewiadomego pochodzenia: nihil novi. To się robi nuuuudne.

Za to nie byłam specjalnie lubiana.
Fakt, poddani zazwyczaj cenią czystość linii genetycznej bardziej niż to, czy ktoś jest bądź nie psychopatycznym mordercą.

Rozdział II. Mój początekX-Men Origins...

No więc teraz coś o mnie:
Urodziłam się w dużym miasteczku czarodziejów 31.07.1980 r. ale nie wiem jak ono się nazywało, bo jak już wcześniej wspomniałam usunięto mi pamięć.
Ale dokładną datę to już zapamiętała. ;)

Moimi rodzicami wyobraźcie sobie byli James i Lily Potter.
Hmm... *wertuje siedem tomów HP* Dziwne. W moim wydaniu nie ma tego fragmentu, w którym Potterom rodzi się lodowa elfka – maszyna do zabijania. Chyba pójdę je reklamować.A wiecie, co w tym wszystkim jest „najlepsze”? Że to nie jest prowokacja... =.=’

W waszym świecie moje urodzenie odnosiłoby się do daty 31.07.1992.
Pierwsze słyszę, by mugole mieli kalendarz przesunięty o 12 lat w stosunku do czarodziejów.
A kalendarze te różnią się, ponieważ...? Zresztą, po co ja głupia pytam, uniwersum Marysi Zuzanny i tak nie rządzi się prawami przyczynowości.
Najpierw na świat przyszłam ja, a później mój brat Harry.Moja matka nie była specjalnie zadowolona urodzeniem dzieciaka z białą skórą, szpiczastymi uszami i szponami jak u Wolwerina (tyle że podwójnymi nie potrójnymi).
To w pełni zrozumiałe, że po urodzeniu dziecka z adamantowymi widłami w dłoniach jej brzuszek był niezadowolony. ~.~Ale przynajmniej poród pewnie był szybki. Jedno solidne nacięcie szponkiem i po sprawie.

Rodzice zajmowali się głównie Harrym, bo mnie niepotrzebne były nauki.
Karmienie i przewijanie także nie?
Wyznawali zasadę: „Narobiłaś w pieluchę, to sama się przewiń!”
Jak na moją rasę przystało mając 2 miesiące życia wyglądałam jak sześcioletnie dziecko, tylko do dziecka było mi daleko, prędzej mogłabym powiedzieć-sześcioletnia maszyna do zabijania.
Sześcioletnia maszyna jakakolwiek jest już gratem mocno zużytym i do serwisu się nadającym (chyba że mówimy o ruskiej pralce, bo to dziadostwo jest niezniszczalne).
Cóż... nic nie jest tak bardzo cool, jak terminator o wyglądzie sześciolatki, powiadam Wam.Miotała we wrogów pociski balistyczne w kształcie pluszowych misiów.

Wtedy to opuściłam dom by nie przeszkadzać swoim widokiem rodzicom i memu bratu, chociaż on nic do mnie nie miał, ale wolałam zejść im z oczu.
Faktycznie, dwumiesięczny Harry nie miał nic do siostry – skoro nie miała nic wspólnego z mlekiem ani uczuciem mokrości w pieluszce.Godna podziwu tolerancja, jak na niemowlaka.

Udałam się w (na!) zwiedzanie Światów Magii, ale przed tym chciałabym opisać z czym państwo mają do czynienia.
Borze mój, kiedy pominęłam przeistoczenie się terminatora w akwizytora?Ale zobacz, jak do nas grzecznie mówi! Poczułam się dowartościowana.

Najkrócej mówiąc:
W waszym świecie-Świecie Bez Magii, ludzie tworzyli filmy gry i dawali postacie:smoki, jednorożce, elfy itp.
Dawali postacie”? Jesteś pewna, że tak to powinno brzmieć?Film gry? Cóż, niby antropologię mediów miałam, o audiowizualności też sporo wiem, ale o takim czymś nie słyszałam. I kilka lat studiów jak psu w d...

Jak myślicie, skąd to się wzięło?
Hmm... Z niezmierzonych zasobów ludzkiej kultury? Z niemożności zrozumienia otaczającego nas świata, podświadomych lęków i pragnień?Wiem, że to profanacja, umieszczać poniższy tekst pod tym blogaskiem, ale...Powoli, mozolnie odkrywają w sobie Siły
i patrząc wstecz, dostrzegli elfy
misternie wkuwające się w p
amięć i przeplatające światło z ciemnością na sekretnych krosnach.(...)
Wszystkie kryjówki wypełniliśmy elfami
i goblinami; ośmieliliśmy się też tworzyć
bogów i budować ich domy z światła i
ciemności
oraz siać nasiona smoków - było to naszym prawem
(używanym i nadużywanym). Prawo nie wygasło.
Ciągle postępujemy według prawa, w którym zostaliśmy stworzeni."


Ludzie dostali weny i to wymyślili?
Tak. Get over it.Masz rację, droga elfia mrożonko. Nudziło im się, to wzięli i wymyślili.
„Tak! Snujemy „spełniające pragnienia sny”. Aby oszukać
nasze trwożliwe serca i okropny fakt przegranej!
Skąd przyszło pragnienie i skąd siła, by śnić (...)?”


Nie, to nie prawda.Za wszystkim stoję ja i moje siostry.
Naprawdę nie macie nic lepszego do roboty? Wiesz, ile ludzi ginie w Afryce przez te wasze brednie o talizmanach z albinosów?
*chwila namysłu* A shirime, ten japoński potwór z okiem w miejscu odbytu, to też efekt waszej wyobraźni? Fuuj... Wstydziłybyście się.
„Błogosławieni twórcy legend za swe rymowane
rzeczy nie znalezionych w rejestrach czasu.
(...) Widzieli śmierć i ostateczną porażkę,
a mimo to nie cofnęli się w rozpaczy,
ale często ku zwycięstwu obracali lirę
i rozpalali serca legend ogniem:
oświetlali Obecne i posępne Przebrzmiałe
światłem słońc przez człowieka nie widzianych.”


Oglądając kiedyś wasz smutny świat, daliśmy mu troszkę magii.
Wielkie dzięki, ale wolałabym na przykład skuteczny lek na katar. Świat od razu stałby się lepszym miejscem.Jakie łaskawe, patrzcie je. T.T

Moje siostry i ja szukaliśmy ludzi, którzy znieśliby długi kontakt psychiczny i za pomocą umysłu, we śnie przekazywaliśmy im obrazy z naszego świata, a oni z tego tworzyli dla was bajki, filmy, gry i co tam jeszcze u was istnieje.
Dziękuję, postoję. Wolę wersję profesora Tolkiena, jeśli nie masz nic przeciwko.
Rozczulająca i smutna zarazem jest w tym wszystkim sugestia AŁtorki, że smoki, elfy i reszta mitycznych stworzeń to coś, co istnieje w grach komputerowych i innych nośnikach popkultury. To trochę tak jak twierdzenie, że Jezus Chrystus to taki człowiek, którego pomnik zbudowano w Świebodzinie.

Między innymi dzięki nam oglądaliście świat Smoczych Jeźdźców zawarty w "Eragonie".
No wielkie dzięki, naprawdę. Akurat tam nie widzę ani krzty inwencji ani niczego, co wymagało natchnienia ze strony istot z innego wymiaru.Wiesz, istoty z innego wymiaru też mogą mieć Gorsze Dni.

Ale wracając do mnie:
Więc podróżowałam przez portale do innych planet zawartych w Światach Magii, poznawałam różne stworzenia z czego najbardziej spodobały mi się smoki i pegarożce (skrzyżowanie pegaza i jednorożca przy źródle miłości w Xanth).
To znaczy, te gatunki krzyżowały się tylko przy tym konkretnym źródle? O.O
Cóż, zawsze lepszy taki magiczny muł, niż na przykład Pedorożec. To dopiero byłoby ciężkie...

Jak miałam już za sobą rok życia, wróciłam do domu, by zobaczyć jak moi rodzice sobie radzą...i wtedy zobaczyłam mrocznego czarodzieja, który walczył z moim ojcem-był to najpotężniejszy czarnoksiężnik tamtych czasów (...), wtedy ja szybko prześlizgnęłam się do pokoju mojego brata (nie byłam wtedy jeszcze tak rozwinięta, żeby móc z nim walczyć i bronić rodziny)
A te szumne zapowiedzi o „sześcioletniej maszynie do zabijania”? Poszły się paść, tak?Nie zrozumiałaś. Zabijać może, za to bronić rodziny nie. Ta umiejętność jest dopiero na wyższym levelu. :P

na piętrze, z dołu usłyszałam śmiech Voldemorta, pomyślałam-mój ojciec nie żyje, tak jak przewidziałam (nasz umysł jest tak rozwinięty, że pojęłyśmy telekinezę oraz przewidywanie przyszłości).
Skoro to przewidziałaś, czemu ich nie ostrzegłaś? Gadać po fakcie „ja wiedziałam, że tak będzie”, każdy głupi może – i bynajmniej nie świadczy to o prekognicji.A po co miałaby ich ostrzegać? Wszak w świecie Merysójek dobrzy rodzice to martwi rodzice.

Pobiegłam na górę ponieważ zatrzymałam się w pól 5 stopnia.
Fragment, Który Mówi Sam Za Siebie.

Zastałam tam mamę z moim bratem na rękach.Krzyknęła do mnie żebym się przysłużyła i popilnowała brata.
I podała mu obiadek, tak w międzyczasie.A potem ją pochowają na cmentarzu dla zasłużonych...

To ja wzięłam Harrego na ręce i siadłam na łóżku, a mama za ten czas szykowała się do walki z Voldim.
A przez ten czas Voldemort po schodach wchooodził i wchooodził....Czekał przed drzwiami na błyskawicę, albo chociaż grzmot – lubił, kiedy imperatyw narracyjny działa jak należy.

W jednym momencie wpadł do pokoju, w którym się skrywaliśmy i zabił mamę.
*znowu zagląda do HP* To oburzające! W moim wydaniu w tym miejscu był jeszcze pewien Dialog Kluczowy Dla Fabuły! Co mi za szmelc wcisnęli w tej księgarni?

Zostałam tylko ja i Harry.No cóż mogłam zrobić mając dopiero rok czasu?
Nie wiem, zniszcz go spojrzeniem czy coś... Marysie nagminnie robią takie rzeczy „dzieckiem w kolebce”.
Rzuć w niego zużytą pieluchą Harry’ego, to go powinno spacyfikować chociaż na chwilę.
Jedyne co mogłam zrobić to utworzyć magiczną barierę, aby nas chroniła, ale i to było za mało, nie byłam jeszcze dobrze wykształcona.
W sensie fizycznym czy psychicznym?Mam wrażenie, że w obu.

No nic otoczyłam nas, oboje tuż przed rzuceniem przez Voldemorta śmiercionośnego zaklęcia.Czar odbił się od bariery raniąc Voldemorta, ale i nas, bo pole ochronne nie ochroniło nas do końca.Oboje mamy na czołach blizny w kształcie błyskawicy.
Bo przecież byłoby w najwyższym stopniu niestosowne, by Harry miał cokolwiek, czego nie miałaby Marysia.To penisa też miała? O.O
Miałam na myśli Rzeczy, Które Czynią Zajebistym. Wiesz, supermoce, przepowiednie, magiczne dzyngulce do zniszczenia/naprawienia/whatever... O ile wiem, penis nie zalicza się do żadnej z powyższych kategorii. ;)

Po tym incydencie Voldi zniknął, a dom zawalił nam się na głowy...
Straciłam przytomność, a z moim bratem nie wiem co się stało.Obudziłam się 3 godz. później i przeszukałam wzrokiem (rentgen) ruiny mojego domu, lecz mego braciszka tam nie było.
Patrząc w promieniach rentgena i tak nic byś tam nie znalazła. Dziwne, że trzeba ci tłumaczyć takie oczywistości.

Nagle doznałam olśnienia i zobaczyłam jego losy, więc przestałam się o niego specjalnie martwić.
Jasne, sadystyczne wujostwo, świrnięty ojciec chrzestny, opiekun – manipulator, zastępy śmierciożerców czyhające na każdym kroku... Świetlana przyszłość go czeka, nie ma co.Tak jakby Marysie martwiły się kiedykolwiek o kogoś innego oprócz siebie samych.

Następnie pomyślałam żeby znaleźć sobie jakiś domek, jaskinię, cokolwiek, właściwie to wszędzie byłoby mi dobrze.
Proponuję dziurę w ziemi albo psią budę.

Mimo tego, że miałam swój lodowy pałac, to nie chciałam w nim zamieszkać, ponieważ był on na odosobnieniu-żadnych ludzi, elfów, krasnoludów i Bóg wie jeszcze czego.
Zatem odizolowali ją od otoczenia. Bardzo słusznie.
Innymi słowy totalna nuda, a ja chciałam poznać system bycia innych stworzeń niż ja.
System bycia – rozumiem, że masz na myśli „kulturę i zwyczaje innych gatunków”, tak? Czy może to jakieś bardzo zagmatwane odniesienia do C. Lévi-Straussa? Choć on mówił raczej o strukturach, nie o systemach...

Najpierw przemierzałam Lodową Marchię zamieszkałą przez lodowe elfy-wyznawczynie Aryna (...) w SpellForcie
Tak oto ze „SpellForce” zrobił się „Fort Spell”. Cóż potrafi zrobić zła odmiana angielskich nazw własnych...

(tak nazwany świat, wymiar lata temu przez moją II siostrę)
Siostra – szwaczka zdejmowała wymiar na ten świat, tak?Komu lata ten „wymiar” i czemu przez jej siostrę?

i inne wyspy.Byłam u rodu Hallita w Północnych Górach Wietrznych, Utrana w Shiel oraz Leonidara na Dzikiej Przełęczy, ale jakoś mi to towarzystwo nie odpowiadało, tylko wojaczki w głowie tych ludzi.
Trudno oczekiwać filozoficznych zamiłowań od sterowanych przez komputer ludzików z RTSa... =.=

W końcu moja trzecia siostra pokazała mi świat skazany na zagładę, która miała w końcu nadejść, a ja miałam za zadanie porozmawiać z bogiem tamtego świata i nie dopuścić do zagłady.
Tak, by świat przestał być na nią skazany i by ona nie nadeszła, a gracz mógł zobaczyć Napisy Końcowe.Przecież na początku powiedziała, że były silniejsze od bogów. To co za problem? Idziesz, mówisz takiemu: „Weź się stary ogarnij, kto Cię będzie czcił jak Twoi wyznawcy zginą?” i po sprawie.

Zaraz następnego dnia po odzyskaniu sił (no ludzie przecież ja miałam dopiero rok życia) wyruszyłam do Gothica, przy okazji ucząc się korzystać z mych małych skrzydełek.
A. To teraz będzie jeszcze fruwać dziadostwo, tak?*przekopuje pokój w poszukiwaniu packi na muchy* No gdzie też ja ją położyłam?!

Gdy już tam dotarłam, bóg tamtejszego świata zesłał na mnie pioruna, który wciągnął mnie do niebios na spotkanie z najwyższym tego świata.
*zsyła na boCHaterkę Wściekłego Pioruna Złej Deklinacji*
A może chodzi o tego Pioruna?
http://gfx.filmweb.pl/ph/33/10/123310/121363.1.jpg

Bogiem stworzenia okazał się Innos-bóg ognia i wszelkiego dobra na świecie, to on dał ludziom cuda i nazwał je magią.
Aaa, czyli to jednak bóg dał ludziom magię, a nie wy! Ładnie to tak kłamać?

Adanos okazał się bogiem równowagi, mądrości, mórz i oceanów.
Okazał się? Czyli wcześniej nie wiedział, że nim był?

Natomiast bogiem ciemności i wszelkiego zła okazał się Beliar-z którym nie zamieniłam słowa.
Bo obiecałam mamie, że nie będę rozmawiać z takimi podejrzanymi typami.

Innos nakazał mi ochraniać swego wybrańca, który miał przyjść by pokonać zło Beliara.Służba wybrańca względem Innosa miała zacząć się w dniu kiedy trafi on do kolonii karnej w Górniczej Dolinie.Była tam bariera założona przez trzynastu magów, oczywiście jak to się zdarza magom zaklęcie wymknęło się spod kontroli i nikt nie mógł wyjść z Doliny, ale za to mógł wejść.Pomyślałam wtedy jacy to ludzie są słabi, nie potrafią utrzymać najprostszego zaklęcia (przynajmniej dla mnie najprostszego).
Taak, zaprawdę zajebista jesteś, boCHaterko, źródło wszelkiej zajebistości. Możemy wrócić do fabuły? Znaczy, pardon, do zrzynania fabuły z Gothica?

Po rozmowie z przedstawicielami dobrych bogów Gothica zeszłam na ziemię w Górniczej Dolinie i zaczęłam się rozglądać za cichym laskiem do spania, ponieważ zbliżała się noc.
Ciekawe, kiedy Ałtorka ogarnie, że „Gothic” to tytuł gry, a nie nazwa tamtejszego świata.KWIK. Bo laski to sobie tak czasem rosną tuż za zakrętem, albo za kamieniem. I są takie ciche i bezpieczne – zupełnie bez leśnych zwierząt, pohukujących sów, wyjących wilków, szumiących drzew i w ogóle.Chyba, że szukała jakiejś cichej LASKI do spania, to wtedy jest ok. ]:->

Gdzieś tak o 3 w nocy obudziło mnie dość głośne jęczenie, więc poszłam sprawdzić co za stworzenie wyrwało mnie ze snu.
Gdybyśmy byli w „świecie Tokio Hotel”, byliby to pewnie Bill i Milenka, jęczący razem aż do rana.Jesteśmy w świecie audiowizualnych produktów kultury popularnej, tak? Cóż, w takim razie musiało to być jakieś ZUO, bo przez horrory utrwalił się pogląd, że 3 w nocy to godzina Szatana.
W sumie, to Bill i Milenka nawet tu pasują. ^^

A tym stworzeniem okazał się człowiek, słaby, pokrwawiony człowiek-żałosne, w dodatku mężczyzna, no może nie aż taki mężczyzna, na oko miał jakieś 29 lat, a może więcej.
Nie aż taki? Czyli co, eunuch?Chyba, że ałtorka myśli, że jak facet ma ponad 29 lat, to już nie może...? :/

Gdy mnie zobaczył to tak się przeraził, że szok (nie zdziwiło mnie to specjalnie, w końcu wyglądam jak maszyna do zabijania)
Czyli jak właściwie? Jak Panzerkampfwagen VI Königstiger ? Ze skrzydełkami?
Lodowa Mechaniczna Wróżka Śmierci... Hm, taka lekko oszroniona Dzwoneczek, działająca na baterie, z funkcją przemiany w czołg?
co mnie potwornie rozbawiło (sama nie wiem czemu),gdy spojrzałam na jego minę, prostu zaczęłam się śmiać.
-Błagam zlituj się nade mną Adanosie-rzekł człowiek trzęsąc się z przerażenia, a ja zdziwiona jego nastawieniem do sytuacji podeszłam do niego, a on w swym przerażeniu próbował ucieczki.No cóż muszę przyznać, że mu to niespecjalnie wychodziło ze skręconą kostką.A co dziwniejsze utknął w zaroślach i to nie koniec jego problemów, z centrum lasu zbliżało się stado wygłodniałych wilków.Cóż ze względu na to, że mam dobrą naturę podeszłam bliżej i przyglądałam się nieciekawej sytuacji gościa.
Tak, jasne, gap się na niego, zamiast powiedzieć coś w stylu „Nie lękaj się”, albo „Przybywam w pokoju” – może w międzyczasie koleś zejdzie z bólu i przerażenia. Świadczy to o twojej dobrej naturze jak szlag.
-Nie bój się śmiertelniku nie zrobię ci krzywdy-powiedziałam,
NO WRESZCIE.

a on po tych słowach wyglądał jakby dostał piorunem i odpowiedział mi pytaniem
-Ty....ty...ty umiesz mówić?
Też bym się zdziwiła, gdyby przemówił do mnie czołg ze skrzydełkami.

Usiadłam przy nim (jak to robią stworzenia mojego gatunku, czyli jak kot, czy pies, mając kość kolanową wygiętą inaczej niż człowiek)
Aha. Czyli to jednak kotoczołg ze skrzydełkami. Great.A myślałam, że po niziołkowatym półpsie-półszczupaku nic mnie już nie zdziwi...

i wyleczyłam jego rany, oraz nastawiłam kostkę.A on miał taką zdziwioną minę, że aż mi się na śmiech zebrało.
Gdy stado wilków było już bardzo blisko, odezwałam się do przywódcy stada (to nam było dane mówić wszystkimi językami tego świata)
*wywraca oczami* Szkoda tylko, że mówienie po polsku niezbyt ci wychodzi. Powinnaś złożyć reklamację.

-Odejdź wilku, to nie czas na twój posiłek-mój ton głosu nie był przyjemny.
Się nie dziwię – zważywszy, że musiało być to albo wycie, albo warczenie.

Na to on łypnął na mnie z żądzą mordu w oczach, ale nie miał wyboru, musiał mnie posłuchać.Odszedł razem ze swoim stadem.
Zabrałam tego zdziwionego człowieka w głębię lasu, zrobiłam mu "posłanie" z liści i nakazałam odpoczynek.Nazajutrz obudziłam się wcześnie i przygotowałam posiłek temu śmiertelnikowi (sama nie potrzebuję jedzenia).Gdy już się obudził zbadałam go i podałam posiłek.Wyglądał na dość zadowolonego.
Bo nie ma to jak być uratowanym, uzdrowionym, nakarmionym i obmacanym przez fruwającą kocią elfkę-czołgistkę.

Później zaczęliśmy rozmawiać.Z rozmowy dowiedziałam się że ten człowiek ma na imię Wilk i jest szkodnikiem z Nowego Obozu (NO).
Znaczy jakimś karaczanem czy wołkiem zbożowym? Tak, wiem, była taka frakcja w Gothicu – ale bez słowa wyjaśnienia wygląda to kuriozalnie.
Dobrze, że nie MO...

Rozdział IV. Nowy Obóz

[Tu następuje nikomu do niczego niepotrzebny opis kilku lokacji z Gothica – wycinamy.]
Gdy się obudziłam to myślałam, że tam padnę z wrażenia-tysiące najemników i szkodników (przynajmniej tak mi się wydawało) gapiło się na mnie z podziwem.Następnie podszedł do mnie człowiek w ciemnoniebieskiej szacie, muszę przyznać, że wyglądał dziwacznie.
-Czymże jesteś stworzenie boskie?-spytał udając wszechmądrego.
Bo, jak wiadomo, „wszechmądre” istoty muszą pytać o takie rzeczy.Musiał być mądry – wszak uznał ją za boską. No, w pewnym sensie. :>

-Jestem jedną z pięciu rządzących tym światem człowieku, imię moje brzmi Lara, jestem lodowym elfem, wyznawcą Aryna i tą, która otrzymała za zadanie powstrzymać masakrę tego świata.
Że zacytuję pewną osobę:O masakro...

-Niech Adanos da łaskę wszystkim stworzeniom, które nie są sprzymierzeńcami boga ciemności Beliara, ale ty nie wiadomo czym jesteś.Mówisz, że masz zapobiec tragedii.Jak stworzenie twego wyglądu ma nas uratować?-spytał bacznie się mi przyglądając.
-Jak mnie postrzegasz? Jaką mnie widzisz?-spytałam patrząc się w oczy maga.
Cóż...

-Widzę stworzenie przypominające człowieka, o śnieżnobiałej skórze mające na głowie wrośniętą złotą "koronę" w kształcie szponów (nagłówek SpellForce dziewczyna z ostrzami na głowie).
Boru, zaraz tam „wrośniętą koronę”. Dziewczę na obrazku nosi fikuśny ochraniacz na czoło, to wszystko.

Z długimi uszami, skośnymi oczami o kolorze ciemnego brązu.Widzę ubraną na zielono rudowłosą elfkę z zaplecionymi warkoczami związanymi złotą gumką.
Cofam wszelkie złe słowa, które o niej powiedziałam: jak ktoś związuje włosy metalem, to musi być dżezi.

Widzę straszne stworzenie, które ma wysuwane szpony wzdłuż kręgosłupa, jeden rząd po trzy: jeden krótki, drugi długi i trzeci średni, wszystkie obrócone ku dołowi.
I jak się atakuje takimi szponami umieszczonymi wzdłuż kręgosłupa? Odwraca się plecami do przeciwnika i się o niego czochra?

W dodatku mająca chowane małe smocze skrzydełka.Widzę także białe dłonie w rękawicach bez palców, sięgających prawie do łokci, oraz dwoje szpon na każdej dłoni.
Dwa szpony, jeśli łaska. Dziękuję.To brzmi trochę tak, jakby nieistniejące palce sięgały do łokci.
Widzę biały ogon z małym, żółtym piorunem na końcu,
Jej ogon kopie prądem? Cóż, kąpiel musi być dla niej nieco uciążliwa...Mhm – rzeczywiście: BARDZO toto przypomina człowieka. -.-

oraz stopy w pełnych butach ze szponami podobnie jak u rąk, ale jednym dodatkowym egzemplarzem wystającym z pięty.
No, fajne buciki, fajne. Na pewno ciepłe.

Widzę również co mnie dziwi wystające miecze z rąk-stwierdził mag z niemałym podziwem.
Po czym widząc jak prezentuję ostrza dodał
-Z wyciągającymi się długimi (coś w podobie BloodRyne tylko bez rękawic) ostrzami z białym, stalowym drążkiem do trzymania w dłoniach.
Miecze ze szponami i z drążkiem. Nie no, tego to nawet w Warcrafcie nie wymyślili.Ale przepraszam, co to ma właściwie być, ten opis? Ćwiczenie z rodzaju „ile palców widzisz”, tylko bardziej rozbudowane?

I ty masz nas obronić?Stworzenie takiego wyglądu...Można by osądzić że jesteś rodem z piekieł.
Można też osądzić, że ten projekt postaci jest tak niedorzeczny, że kwalifikuje się na osobny rozdział w tej książce:

[Dalsza porcja nikomu niepotrzebnych opisów gothicowych lokacji. Ciach.]
Następne dni mojego pobytu w obozie były nadzorowane przez Lee (to dzięki temu że on mnie uczył wiem tyle o nim),który uczył mnie walki bronią ciężką, którą należy trzymać w dwóch rękach.Oj co to było, ciągle mnie karcił, że trzymam "toporek" (większy ode mnie) w jednej ręce i macham nim jak jakaś maszyna,
Czyli w dwóch wariantach, poziomo i pionowo?Maszyna do szatkowania warzyw. Laska po prostu widziała takie marchewki i... ciach Ciach CIACH CIACH!!!

od razu ciosami śmiertelnymi.
Nad jej głowami unosiły się cyferki określające, jaki Dmg zadawał dany cios – stąd wiedziała, że śmiertelne.Żadna marchewka nie miała szans. Ogórki też nie.

On-Lee najlepszy wojownik w Górniczej Dolinie został pokonany (chciał sprawdzić moje wrodzone umiejętności walki) przez rocznego dzieciaka, w dodatku elfkę (ludzie twierdzili, że to oni są silniejsi od elfów-wyprowadziłam ich bardzo szybko z tego błędu).No cóż, w końcu uczeń zawsze przewyższa mistrza.
Wyczuwam tu dydaktyczny smrodek „Naruto”. Fuuj.
A ja widzę niespełnione marzenie wielu sfrustrowanych uczniaków, którzy mają pretensje, że nauczyciel śmiał skrytykować ich genialną pracę.
Rozdział V. Podróż

[Tu następuje standardowa scena „O-mój-borze-jestem-taka-zajebista-że-nie-muszę-was-słuchać-idę-sobie. Z racji niezwykłego wręcz współczynnika wkurzania Czytelnika, wycinamy ją.]
Następnego ranka wyruszyłam do SpellForca.Spotkałam tam nowo przywołanego przez Maga Kręgu Rohena Sługę Run, o imieniu Lea.Miała się ona udać do Szarogórza, by przekazać wieści od Rohena, które przyniósł mu posłaniec.A ja, nie mając nic lepszego do roboty postanowiłam jej towarzyszyć.Szliśmy przez kręte ścieżki, porośnięte bujną roślinnością i pięknymi, ogromnymi drzewami.
Źle się dzieje w Forcie Spell, skoro drogi porastają drzewami...Za to poza ścieżkami rozpościerała się pustynia.

Pomimo, że jestem lodowym elfem, nadal pozostałam Dzieckiem Lasu, więc było mi tam bardzo dobrze.
Dzieckiem lasu? A nie Lily i Jamesa Potterów?
No wiesz, może oni ekologami byli, a ona została poczęta podczas jednej z nocy, jakie spędzili przykuci do jakiegoś drzewa?
Po drodze spotykałyśmy przerośnięte pająki, normalnie występujące w każdym miejscu.
*rozgląda się panicznie po pokoju*

Te najmniejsze sięgały wielkością do kolan człowieka, a największe przerastały go dziesięciokrotnie.Po drodze natrafiłyśmy na posterunek rycerzy Leonidarskich, którzy (...) powiedzieli nam o znajdującym się niedaleko Monumencie Runicznym, którego zwykle używali Wojownicy Run do stworzenia ponad 80 jednostkowej armii.
Bo armie, jak powszechnie wiadomo, mierzy się na jednostki. A 80 chłopa to już armia. To elementarne, Watsonie.

[Nikomu niepotrzebny opis jednostek z gry SpellForce. Wycinamy.]
Idąc ścieżką prowadzącą do monumentu i pokonując na drodze kolejne pająki oraz żuki,
Żuki były bardzo waleczne, ale oni mężnie rozgniatali je obcasami.

niespodziewanie pojawił się DRUGI Mag Kręgu (Rohen był ostatnim jaki przeżył Wojnę Przywołania).Zamroził nas (z historii wiedziałam że ten Mroczny mag posługiwał się magią OGNIA, a ten nas ZAMROZIŁ, moim zdaniem coś było nie tak)
Niech znów przemówi obraz:
wtedy przemówił on do swojego posłańca, który miał nas prowadzić do Szarogórza
-Dobrze się spisałeś mój posłańcze, a teraz przekażę ci szkatułę wojsk Pięści, musisz ją zanieść do Branningana, przywódcy Pięści.Powiedz mi gdzie poszedł starzec?
-Tak jak przewidziałeś panie, po dostarczeniu przeze mnie wiadomości, udał się do Dzikiej Przełęczy-odpowiedział posłaniec
-Doskonale, czeka go tam nieunikniona zguba, hahaha.
- Haha, w rzeczy samej – skwitowała Kalevatar tuż przedtem, nim jej głowa bezwładnie opadła na blat biurka.
- Ah-ha... – powiedziała Pigmejka głosem Smoka Herbowego Królewskiego.
A teraz pozbądź się Runicznego Wojownika i tego białego pomiota-po tych słowach mag teleportował się, a posłaniec rzekł
-Gińcie, bo taka jest wola mego mistrza.
Po jego słowach natychmiast wchłonęłam lód, który więził mnie i Leę, posłaniec rzucił się na nią, a ona zabiła go odbierając szkatułę ze znakiem Pięści.
Po tym zdarzeniu musiałyśmy szybko udać się do Szarogórza, by ogłosić Zakonowi Świtu (zakon ten został założony przez Rohena, składał się z wojowników walczących o pokój dla świata)
Z pierwszych dam i kandydatek na Miss World? A przewodził im pewnie Barack Obama.

zdradę, co nie było takie proste, bo wokół roiło się od obozów goblinów i orków.Po dotarciu do monumentu Lea szybko go uaktywniła i zaczęła produkować rzemieślników
KWIK!!! Pewnie miała przerób jak królik – co miot, to dwunastu małych rzemieślników. ;)Albo może była pajęczycą, a oni wykluwali się z setek maleńkich jajeczek?

by ci pozyskiwali surowce i budowali budynki przeznaczone do wyrobów wojowników.
Budynki rodzące wojowników. O.OTo przecież logiczne. W szpitalach rodzą się pielęgniarki, w ratuszach burmistrzowie, a kapuściane głowy – w kapuście.

Rozdział VI. Szarogórze
Gdy tylko zobaczyłyśmy armię od razu kazałyśmy zwiększyć ilość budowy wież kuszniczych
A nie lepiej było zwiększyć ilość wież? Okopanie się na placu budowy to średni pomysł.
Generalnie marnym pomysłem jest budowanie czegokolwiek, gdy armia wroga stoi już u bram. O niedorzeczności zrzynania żywcem z RTSa takich cudów, jak „wieża kusznicza”, nie wspominając.

i szykowaliśmy się do obrony.Poustawiałyśmy naszych żołnierzy w szyku bojowym
To żołnierze sami nie umieli się ustawić? Skąd oni wzięli tę armię, z sianokosów zgarnęli?

mianowicie:rekruci z przodu, zwiadowcy z tyłu
ZWIAZDOWCA z TYŁU.
...aha.

Mieli baczyć, czy wróg nie chce zajść ich od tylca. ;)

i oczywiście my na przedzie.Widziałyśmy jak wojska goblinów i orków zbliżają się do naszych fortyfikacji i obserwowałyśmy wątpiące miny naszych ludzi.Nastąpił atak.Zaczęliśmy walkę, każdy był na swoim stanowisku, żołnierzy wybijało jak muchy,
Wybijało ich... w powietrze? Czy też może wybijało ich nienazwane, anonimowe ZŁO?
A czego się spodziewać po armii osesków, przed momentem spłodzonych za pomocą jakiegoś monumentu...

ale tym się nie przejmowałyśmy (No, jasne, po co!) bo w każdej chwili można było dorobić z monumentu.
KWIK!!! Mam wizualizację radosnego seksu z kamiennym pomnikiem, gdzieś na tyłach. ;D
Ludiej u nas mnogo... A i zarobić się na tym da.

Wtedy to otworzyły się dwa portale.
Onet i Wirtualna Polska.
I wyroiło się z nich mrowie trolli.

Z jednego wyszły tuziny elfich lodowych wojowniczek i łuczniczek,
Łuczniczki uparcie dementowały plotki, aby były jednocześnie wojowniczkami.

a z drugiego (to jakieś święto dzisiaj czy co?) (Hmm... Niedługo są Mikołajki, a czemu pytasz?) wyszedł Lee ze swoimi najlepszymi kusznikami.Lodowe czarodziejki zamrażały każdego goblina i orka, a Lee nakazał postrzał sowim ludziom
Sowi ludzie pohukiwali groźnie i kłapali dziobami, po czym strzelali we wrogów wypluwkami.

oraz elfim łuczniczkom.Oczywiście pomagały jeszcze wieże kusznicze.
Tratowały tych, którzy podeszli zbyt blisko. Bo to takie ożywione wieże były.
Powiedzcie mi: w którym punkcie człowiek uzbrojony w kuszę jest ideą zbyt skomplikowaną, tak, że trzeba zmieniać go w jakąś strzelającą wieżę?

A ja, co było najlepsze stałam z boku i wpatrywałam się w to wszystko,
Nie wątpię, że to było najlepsze. Dla ciebie.
Cóż, Rincewind też preferuje taki model uczestnictwa w czymkolwiek... ale on przynajmniej otwarcie przyznaje, że jest tchórzem.

szczerze mówiąc armia nie robiła na mnie wrażenia, jedyne co zrobiło wrażenie było przyjście Lee na pomoc (gdybym chciała to nie byłoby to wszystko potrzebne, nawet armii byśmy nie potrzebowali, wystarczyłoby stworzyć tornado i po problemie, no ale raczej bym nad nim nie zapanowała, jestem za młoda hehe)
Hehe. W sumie, to mogłabym sama zmieść wrogą armię z powierzchni ziemi, ale mi się nie chce. Wiecie, nie mogę przecież tak non stop pokazywać, jaka jestem zajebista.
Niech tam sobie żołnierze zdychają, co mi tam. Aha, nie zapomnijcie, że jestem dobra i nie mogę znieść ludzkiej krzywdy.
Swoją drogą, panna już drugi raz mogłaby uratować ludzkie życie, ale tego nie robi, bo tłumaczy, że jest za młoda – co nie przeszkadza jej wciąż podkreślać, jaka jest wszechmocna.
Fajnie, co?

chociaż wcale go o to nie prosiłam.Po walce wyczarowałam w bazie stół z krzesłami i coś na przekąskę dla śmiertelników.
KWIK. Przekąska po bitwie, ot tak. :D
Wyobraziłam sobie, jak po pobojowisku snują się skąpo odziane hostessy, nasłuchują jęków i rzężenia, a gdy znajdą kogoś żywego, pytają: „Kanapeczkę? Serka? A może mizerykordię?”.
Rozumiem, że polegli zakopali się sami w ziemi gdzieś w pobliskim lesie, a ranni dobili się i podążyli za poległymi?

Gdy oni zajadali ja nadzorowałam budowę armii, a że gobliny i orki napuściły na nas wszystkie swoje siły to ich obozy były bezbronne.Zebrałam resztkę żołnierzy którzy przetrwali walkę i poszłam z nimi zniszczyć obozy wroga.
O, wreszcie Panna Wszechmocna ruszyła swe szanowne dupsko. Jestem w szoku.

Rozwaliło się bez problemu obóz goblinów na południu i poszło się na wschód.
Się poszło, się rozwaliło... Tylko że o co najmniej kilkadziesiąt istnień wojowników za późno.

środa, 17 listopada 2010

EMOmachina wyprana w Perwollu i furiatka z tasakiem do... pomidorów


Witajcie!
W tym tygodniu wrzuciłyśmy na warsztat dwa zalążki opek, które na szczęście nie zdążyły przekształcić się w dłuższy tekst – na szczęście, bo prezentują zbliżony poziom nonsensu i wkurzania czytelnika. Pierwsze dzieUo traktuje o... właściwie to nie wiadomo, o czym – o zafarbowanym sweterku? Problemie z cyklem? Odpowiadaniu przy tablicy? W każdym razie o sthrraszliwej katastrofie, która wywróciła egzystencję boCHaterki do góry nogami. Więcej treści, mimo naszego tytanicznego wysiłku, nie udało się odnaleźć. Drugi tFFUr jest już do bólu kanoniczny: mamy ociekającą zajebistością boCHaterkę – furiatkę rąbiącą pomidory tasakiem, mamy złego i obleśnego Eksa, próbę gwałtu, brawurowy Element Komiczny oraz dom o czarnych, miękkich ścianach. Jako ozdobnik występują też demony – bardzo płaskie i bardzo czerwone.
Miłego!
Zanalizowały: Kalevatar i Pigmejka.
http://www.naszapisarnia.dyskutuj.com/temat-vt314.html
[od AŁtorki]
Gatunek... Mam z tym wielki problem, bo niby zanosi się na horror. Ale to słowo:"horror" to za dużo powiedziane na ten chłam.
Jednakowoż może być ono bardzo adekwatne... to zależy od poziomu ogólnej chłamowatości.

Troszkę wyszłam z wprawy i prawdę mówiąc piekielnie boję się ostrej krytyki. Myślę, że będzie dobrze, ale wątpię, że kiedykolwiek to zakończę .
To po co zaczynasz i na dodatek publikujesz? To jakiś eksperyment awangardowy, mający ukazać niemoc twórczą autora w dobie postmodernizmu i jałowość współczesnego pisarstwa, czy co? =.=’
To coś, to jest niby prolog. Niby...
Bo tak naprawdę to końcówka piętnastego rozdziału trzeciego tomu! Mwahahahaha!!!!!111!!

***
Tamtego dnia mój świat przewrócił się do góry nogami, potem zalała go fala niepewności oraz powątpiewań.
A potem przeszło nad nim tornado wściekłości, gradobicie depresji i krwawa mżawka PMSu.

I tylko kwestią czasu było to, kiedy nastąpi autodestrukcja.
A potem ziemię po tobie posypią solą, żeby już na pewno nic podobnego na świecie nie wyrosło.

W szybkim czasie moja szara rzeczywistość zamieniła się w czarną.
Wyprałaś ją w Perwollu Black Magic?
Myśl, że już gorzej być nie może (To był jej ulubiony szary sweterek!!!) przynosiła ze sobą kolejne powikłania.
Hmm... to może nie myśl za dużo, skoro Ci to szkodzi?

W wielu kwestiach się myliłam, przez co wszystko zaczęło zlewać się w jedną całość.
Aaa, pomyliła pranie i wrzuciła do pralki jasne rzeczy z czarnymi, więc jej zafarbowało, zgadłam!

Myliłam fakty, sekunda była minutą, a minuta godziną.
Każdemu się czasem pomyli godzina, nie przejmuj się. I wymień baterie w zegarku, to może pomóc.

Zwątpiłam w człowieczeństwo, a życie było dla mnie tylko chorą grą, której nagrodą była jedynie śmierć.
Podsumowując: rozEMOcjonowany mhrock, zUo i trucie dupy. Treści nie stwierdzono.Nooo dooobra, Tetmajerowi się zdarzało pisać podobne rzeczy, ale... jemu to jakoś lepiej wychodziło. No i u niego to miało sens.
Z czasem sen wydawał się być rzeczywistością, przeszłość - przyszłością, a teraźniejszość - koszmarem.
Z pierwszym – do psychiatry, z drugim – do papierniczego po terminarz, z trzecim – do tego miłego pana za rogiem: tego w czerwono-żółto-zielonym sweterku. Dziękuję, do widzenia, 200 zł za poradę się należy.

Gdzieś ta nadzieja, która się we mnie tliła gasła i zapalała się na nowo, a w międzyczasie wracałam do punktu wyjścia. Był to cykl, który całkowicie wyprowadzał mnie z równowagi.
...A na problemy z cyklem zapraszam do ginekologa. ^^
To dokładnie tak, jak u mnie, gdy muszę nocą wyjść do toalety, a świat poza kołdrą jest zimny i nieprzyjazny. Och, aŁtorko, jak ja cię dobrze rozumiem... *głaszcze*
Uczucie bezsilności dusiło mnie od wewnątrz. Nie byłam osobą, która podąża ścieżką wyznaczoną przez innych.
*wzdycha* Tak, jesteś wrażliwa, niezależna, nikt Cię nie rozumie. Możemy przejść dalej?

Nie potrafiłam znieść tego, że pewnego dnia po prostu zjawił się ktoś i właśnie ten ktoś zaburzył moje funkcjonowanie i całą koncepcję świata.
Och.
Więc cały ten neurotyczny bełkot odnosić się miał do tego, że dziewczynie ktoś wpadł w oko? Toż nawet Werter nie był tak żałosny. =.=
Miałam myśli spokojne,
Lecz ktoś wywołał w nich wojnę.
Co mam zrobić teraz, jak żyć.
Jak teraz żyć...”


Nagle te wszystkie przyziemne problemy i zmartwienia wydały się takie absurdalne. Ta obawa, że nie zda się do następnej klasy, bo historia mnie nigdy zbytnio nie interesowała. Ta śmieszna sprawa z kochankiem od mamy, który sporadycznie pojawiał się w moim domu. I platoniczna miłość, która zakończyła się wraz z rozpoczęciem wakacji. To wszystko wydawało się w tej sytuacji takie śmieszne i żałosne.
O kurczę... w sumie to ja tez mam tylko takie przyziemne problemy... *posłusznie czuje się śmieszna i żałosna*
Sama zresztą byłam żałosna i dopiero teraz to sobie uświadomiłam. Zawsze czułam, że jestem ponad innymi, że w dzisiejszych czasach należę do nielicznych, bo głupota szerzyła się w zastraszającym tempie.
Mhm, znam sporo ludzi, którzy żyją w przekonaniu, że są lepsi i mądrzejsi od innych. Rzeczywiści, to JEST żałosne.

No i w końcu ta cała moja wyjątkowość dała mi w kość.
No i co, nie przyjęli cię do Mensy? Wykrztusisz z siebie wreszcie, co tak ścinającego smarki w nosie się stało, że się teraz tak nad sobą użalasz?A może kopnął cię ktoś wreszcie w tyłek za twoją zarozumiałość? Oj, biedna ty. *warczy*

Ale to nie było najgorsze. Najgorsza i najczarniejsza w tym wszystkim była praca mózgu.
Twój mózg pracuje na czarno?! O_O
KWIK. Rzeczywiście, byłabym dużo spokojniejsza, gdyby o wszystkich moich reakcjach decydowała wątroba. O wulwie nie wspominając. :P
Chyba, że jej chodzi o jakiś Zły Mózg z Kosmosu...

To on decydował o wszystkim. Czy obudzisz się następnego dnia, czy wstaniesz i zrobisz to, co masz do zrobienia, czy przeżyjesz ten kolejny żmudny dzień lub czy po prostu temu nie podołasz.
Rozumiem, że według narratora z tym zadaniem lepiej poradziłoby sobie np. jelito?
Wiesz, ślepa kiszka przynajmniej nie dostrzega problemów. ^^

A może to jest tylko iluzja?- takie pytanie często rodziło się w mojej głowie, do momentu gdy przyszło do pierwszego zadania. Ale potem znowu pytałam samą siebie, czy nie zwariowałam od tego bólu głowy? Może coś mi się tam poprzestawiało?
Tego jednego akurat byłabym pewna...

Ale po drugim zadaniu przestałam już się zastanawiać.
Dowiemy się, o jakie zadania chodzi? Bo zaczynam już podejrzewać, że Ałtorka raczy nas swą impresją na temat bycia wywołanym do tablicy.
Byłam jak maszyna, każdy ruch był machinalny.
I działała na baterie, które się wtykało w... Nieważne zresztą.

Odnosiłam wrażenie jakby ktoś kierował moim ciałem.
Mózg – nielegalny imigrant, ani chybi. Pewnie jeszcze Meksykanin.

Każda myśl wydawała się brudna i paląca, i jakoby na złość kiedy bałam się już myśleć, co będzie dalej, myślałam coraz więcej. Tak już chyba jesteśmy zaprogramowani, że robimy to, czego robić nie powinniśmy lub nie chcemy.
Serio? Nie zauważyłam. No, ale wiesz, ja nie mam bogatego życia wewnętrznego.Nie, to ciebie źle zaprogramowali. Jakiś student ETI był na silnym kacu i takie są teraz efekty.

Nie chciałam już uczuć, pragnęłam się ich pozbyć. I przez krótki okres czasu byłam odseparowana od świata rzeczywistego.
W takim fajnym pokoju bez okien i klamek, z miękkimi ścianami...

Jednak on nie pozwolił mi tak łatwo zapomnieć. O nie. Nie odpuściłby tak łatwo, szczególnie, że dzięki całkowitemu zniszczeniu mnie, coś by zyskał. Ale nie jestem pewna co. I pewnie nigdy się tego nie dowiem. Nie potrafił zrozumieć, że nie mam już sił, że jestem wykończona i fizycznie, i psychiczne. Ale na co ja liczyłam? Przecież on był istnym złem, a ja jedynie marnym robalem, którego trzeba było zdeptać.
Nie wiem, o co chodzi, ale profilaktycznie się napiję. Herbatki, oczywiście.
No odpowiadanie przy tablicy, nic innego.

Gdzie popełniłam błąd? Jaki ruch powinnam wtedy wykonać, by uniknąć tego wszystkiego?
Przygotować się do lekcji?
Wiele było tych pytań i myśli, ale po czasie ta cała sytuacja wreszcie dała mi do zrozumienia, że tak naprawdę nie było innego wyjścia.
Sytuacja spojrzała na nią ze znużeniem i wzruszyła ramionami, dając do zrozumienia, że i tak ma ten bełkot w dupie.

Cokolwiek bym zrobiła i tak to by musiało nastąpić. Czy wcześniej, czy później, to i tak nie robi wielkiej różnicy, bo wylądowałabym tak samo- odizolowana od reszty świata, zamknięta w czterech ścianach, z kotem, który po czasie zaczął mnie denerwować. Ciągle czegoś chciał.
Na przykład jeść, pić i żeby mu zmienić żwirek w kuwecie? Noż fak, niemożliwe. Bezczelny, jak on śmiał zakłócać Ci Twoje użalanie się nad sobą! :/

Nie lubię natrętów. Doszło do czego miało dojść, a ja nie potrafiłam znaleźć nikogo, kogo mogłam obwiniać za to wszystko. Pozostał jedynie Bóg, więc jego obarczyłam winą.
Bóg tylko westchnął egzystencjalnie i dopisał ją do długiej listy ludzi, którzy nie potrafią wziąć odpowiedzialności za własne życie.
Z racji tego, że nie zrobił nic, zwątpiłam w jego istnienie. Nie obchodziło mnie co zrobi z tym faktem[Zaleje się łzami i wywoła tym niechcący kolejny potop, na pewno!], bo jedno piekło przechodziłam na ziemi.
Nie obchodziło ją, co zrobi z jej zwątpieniem nieistniejąca istota? Odważna jest.

Potem nastąpiło olśnienie i siłą napędową była zemsta. To w nią uwierzyłam. Całą swoją energię włożyłam w to, by myśli stały się rzeczywistością. Wtedy znów zjawił się on i moja nadzieja zgasła po raz setny. To przez jego obecność byłam otępiała, nie potrafiłam normalnie funkcjonować.
On, kolejny rozdział podręcznika do fizyki.No co, mnie zawsze fizyka otępiała. =.=’

W pewnym momencie jakieś głosy dały mi do zrozumienia dlaczego dzieje się tak, a nie inaczej.
Serce zabiło mocniej.
O, proszki jej się skończyły i już zaczyna szaleć. I jeszcze się dziwi, że ją zamykają.

A to był pierwszy taki mój przypadek, że i jego obecność, i nieobecność była dla mnie bolesna. Nie tylko psychicznie.
Szach-mat!
Tamtego dnia mój świat przewrócił się do góry nogami...
A Pigmejka przewróciła oczami i westchnęła z ulgą, że to już koniec.
To, o co chodzi w tym słowotoku, pozostanie mhhroczną tajemnicą AŁtorki – opko kończy się w tym momencie. I dobrze.
Blogasek nr 2:
http://www.naszapisarnia.dyskutuj.com/temat-vt332.html
[od AŁtorki]
Tak, zanim moje opowiadanie zostanie wstukane na szanownej klawiaturze mojego laptopa
Klawiatura spojrzała w tym momencie z pogardą na plebejski monitor...

muszę was potorturować opisem świata w którym się to dzieje. Został on opisany w innym opowiadaniu, którego nie zamierzam umieszczać bo jest po prostu beznadziejne. Tak więc.... jak was to nie interesuje, to omińcie dwa następne kawałki tekstu oddzielone linią odstępu.
Uwaga! Wszyscy Czytelnicy, którzy nie lubią wiedzieć, o czym czytają – pozasłaniać oczy! Tu się będzie wyjaśniać realia świata przedstawionego! Nie wiem w ogóle, co to za fanaberia...
- - - -
Pośród ludzi na ziemi żyją cztery gatunki człekopodobne, jednak każdy inny.
No: goryle, szympansy, orangutany i gibbony. Każde inne. Słusznie prawisz, aŁtorko.Dobrze, że nie kobietopodobne, jak to kiedyś na wykładzie usłyszałyśmy...
My jesteśmy tylko marionetkami w rękach królewskiej rodziny demonów, które w tym świecie są dobre, a to anioły są przedstawiane jako czarne charaktery.
Och, nie ma to jak podążanie pod prąd stereotypów i utartych konwencji... Uwielbiam lekturę nowatorskich blogasków o poranku.
Szkoda tylko, że aŁtorki w swej nieokiełznanej oryginalności raczą zapominać, że o ile demonem można w zasadzie określić każdą istotę potężniejszą od człowieka i niebędącą bogiem, o tyle anioły są wyraźnie kojarzone z mitologią hebrajską i funkcją sług bożych – zatem jeśli chce się ten stan rzeczy opisać inaczej i uczynić z nich bandę zakapiorów, należy to uzasadnić odpowiednią kosmologią.Dajże spokój, kosmologia i logika są przecież takie nudne – aŁtoreczki są ponad takie przyziemne oczywistości.
Pod przewodnictwem anielicy Carmen (:D), grupa aniołów z pomocą kilkudziesięciu zmiennokształtnych i wilkołaków obala władzę demonów.
A dlaczegóż to demony znajdowały się u władzy – dowiemy się?
I czemu wilkołaki sprzymierzają się z aniołami? Że niby - jedno ma sierść, drugie pióra – i jakaś animalistyczna solidarność się na tej podstawie między nimi nawiązała?


Teraz wszyscy są w niebezpieczeństwie, zarówno anioły jak i demony, zmiennokształtni czy wilkołaki.
Bo...?Bo aŁtorka pisze o nich wszystkich blogaska! MWAHAHAHA!!!

Najgorzej mają rodziny królewskie przewodniczące gatunkowi... To opowiadanie jest o zmiennokształtnej sierocie ,która jest......
Wielokropkiem do kwadratu? O.OLesbijską żydomasońską drwalką afroamerykańskiego pochodzenia?
a to może będzie kiedyś
Ach, spryciula! A już myślałam, że zdradzi puentę i nie będę musiała czytać opka. ^^”

Oczywiście zapomniałam o kilku delikatnych szczegółach dotyczących ras. Demony rodzą się co drugie pokolenie w wybranych rodzinach,
Wybranych przez kogo? Przez losowanie?
Przez totalizator lotto. Mnie bardziej interesuje, jak coś może rodzić się co drugie pokolenie – myślałam, że istota systemu pokoleniowego opiera się na... no, na tym, że najpierw się każde musi urodzić. :P


jak umrą (co zwykle staje się w granicach latek osiemnastu w wyniku rozjechania przez ciężarówkę i temu podobnych wypadków lub samobójstw) wracają do naszego światka jako demony w pełnej krasie,
Nie wiem, jak Wy, ale ja nie chcę wyobrażać sobie pełnej krasy demona rozjechanego przez szesnastokołowego tira. Mogę tylko przypuszczać, że jest raczej płaski i czerwony.Płaski, czerwony demon, co ma LATEK osiemnaście jakoś nie wzbudza we mnie szczególnej grozy...
niewidzialne dla normalnych ludzi, bez wyjątków.
To bardzo szczęśliwa okoliczność.Nom. Szczególnie dla zdrowia psychicznego demonów - ludzie ich nie widzą, więc nie mogą ich wyśmiewać i wyzywać od czerwonych dywaników, czerwonych placków i innych takich.
Anioły od ludziów normalnych różnią się tym, że mają skrzydełka do fruwania i niebieskie oczęta
A niebieskie oczy u ludzi to jakaś straszliwa aberracja, tak?Nie no, ci z niebieskimi to pewnie ci ludziowie nienormalni po prostu. Od nich różnią się tylko skrzydłami. No i brakiem schizofrenii, zestawu nerwic i innych takich.
(aureolka to przesąd),
Nie, złotko moje – aureolka to nie przesąd. To pewna konwencja pozwalająca na wyróżnienie na obrazie postaci szczególnie ważnych – bóstw, świętych, ale też i królów czy cesarzy. Nikt normalny nie twierdzi, że aniołom aureole przysługują na tej samej zasadzie, co wampirom długie kły. :/
ach, i mogą rodzić się jedynie w związkach anioł-anioł. Inaczej, to będzie niebieskooki ludź normalny.
Z czego wnioskować należy, że za skrzydła odpowiada jakiś gen recesywny. Ha, tylko patrzeć, aż naukowcy zaczną hodować świnki ze skrzydełkami. ;)
A ja się już pogubiłam...
Zmiennokształtni. No cóż, nazwa mówi sama za siebie. Jak się zmieszają z inną rasą to..... no nie wiem, nie dopracowałam.
Rozczulające, prawda?
Zaiste. *zgrzyta zębami*


Wilkołaczki moje ulubione to na ogół pieski na posyłki pracujące u aniołków tudzież demonków.
Ze zdania na zdanie dostrzegam postępującą infantylizację. Jeszcze parę akapitów, a opko płynnie przejdzie w: „Jestem sobie przedszkolaczek, nie grymaszę i nie płaczę”.A na koniec nie będzie już opka, tylko dziura w monitorze po celnymi rzucie grzechotką.

Dobsz, dobsz. No to oddaję się pod odstrzał.
Ach i P.S.: Wiem, ta długość mnie też przeraża...
W sensie, że te trzy strony to dużo czy mało?Mnie przeraża co tu innego (cała masa innych cosiów...), ale ja jestem dość dziwna.
"Kiedy nie ma już nadziei, są łzy.
Kiedy nie ma już łez, jest cisza.
Kiedy nie ma nawet ciszy, jestem ja.
A kiedy nie ma już mnie... robi się ciekawie."
Co za samokrytyka, przyznawać, że cała zabawa zawsze ją omija. ;)Jakie są szanse, że to opko napisał Kononowicz?

Seattle. Miasto, do którego jedziesz tylko raz.
A to niby czemu? Mają stanowiska snajperów przy głównych szlakach komunikacyjnych?
Mają tam taaaakie dooobre pączki, że jak raz spróbujesz, to się uzależnisz i już nie wyjedziesz. Po części dlatego, że kilkaset pączków później każdy jest za ciężki, żeby wstać.
Nie pytajcie dlaczego.
Za późno. :P
Cóż, rozumiem – to miał być taki zagadkowy tekst podkręcający atmosferę. Tak, wyszło jak zwykle.
Tego dnia osnuwała je ciężka, gęsta mgła, a z nieba strumieniami lał się deszcz. Cienkie strumyki ciągnęły się ulicami najgorszej części miasta.
Ta dzielnica była TAK ZŁA, że nawet deszcz padał poziomo, tuż przy ziemi, żeby się nie wychylać.A mgła zasłoniła wszystko, żeby zUo mogło panoszyć się jeszcze swobodniej, sasasa!

Jedną z tych ulic szła właśnie wysoka dziewczyna o włosach koloru płomieni, całkowicie ubrana w czerń.
Koloru płomieni - to znaczy takie żółto-pomarańczowo-bure, z lekką domieszką niebieskiego i fioletowego i ciągnął się za nimi dym?(Jeden mój kolega raz tak wyglądał, ale to była ewidentna pomyłka związana z farbowaniem włosów i nie miała w sobie nic fajnego.)

To byłam ja. Rose Space. Chwilowo.
W planach miałam przemianowanie się na Lilac CtrlAltDel.

Czarne budynki ukryte za zasłoną mgły budziły dreszcze.
Szturchały co jakiś czas nic nie spodziewających się przechodniów paralizatorami.

W końcu skręciłam w prawo i znalazłam się w domu.
Stara kamieniczka, zupełnie jak wszystkie inne kamieniczki na tej ulicy. Dwie kondygnacje i parter.
Mam niejasne wrażenie, że osoba mieszkająca w Stanach określiłaby to raczej jako trzypiętrowy budynek. Parteru oni tam chyba nie znają.
Nic specjalnego, no, chyba, że liczyć mieszkańców.
Powiedzmy sobie szczerze. Nie jestem normalna.
Słonko ty moje – gdybyś ty była normalną dziewczyną, automatycznie stałabyś się najdziwniejszą i najoryginalniejszą bohaterką blogasków, jaką spotkałam. Serio-serio.
Co prawda metr osiemdziesiąt na szpilkach to niezły wynik,
Pfff! Gdybym nosiła takie szpile, jak pewna moja koleżanka (zakładając, że nie wbiłabym sobie w nich zębów w mózg po pierwszym potknięciu), też miałabym 1,80 m – mimo moich domyślnych, nikczemnych 1,65. Żaden sukces, powiadam ci.
tak samo jak wyglądające na sztuczne, długie i gęste rzęsy, (nie ma to jak zakamuflowane przechwałki, ołje) ale, to nie znaczy, że jestem człowiekiem, bo równie dobrze mogę stać się czymkolwiek innym. Dosłownie.
Dwudziestą po przecinku cyfrą w π , plamą po budyniu, obocznością w „biały – bielszy”...

Bezszelestnie weszłam do środka. Szybko zrzuciłam płaszcz i buty, by w końcu móc przeciągnąć się niczym kot.
Zaznaczając przy okazji teren i ziewając przeciągle z wywalonym do samej ziemi jęzorem?

Wnętrze domu utrzymane było w czerwieni i szarości we wszystkich możliwych odcieniach.
Wyglądało dzięki temu jak bardzo zakurzony burdel.

Kilkoma szybkimi susami pokonałam kręcone, żelazne schody, ukryte za czarną zasłoną. Na pierwszym piętrze minęłam pokoje Cornelii i Zaca (Efrona? Brrr! To rzeczywiście dziwne miejsce!), moich współlokatorów. Dla siebie miałam całe drugie piętro będące częściowo poddaszem.
...w części klatką schodową i w jednej ósmej przejściem pożarowym.
Do mojego azylu prowadziła przezroczysta drabinka, ledwo widoczna na tle ściany.
Z kocią finezją wspięłam się po szczeblach i przeszłam przez klapę w suficie. Oparłam się o pokrytą czarnym zamszem ścianę i odetchnęłam głęboko.
Po czym z ulgą osunęłam się na wyściełaną miękką gąbką podłogę, chwyciłam garść świecowych kredek i bazgrałam sobie, oczekując na popołudniowy przydział pigułek..
Głosy mruczały mi cicho w głowie, ale ostatnio podwojono mi dawkę leków, więc nie rozumiałam zbyt dobrze, co mówią.
Tak na prawdę tylko tutaj w pełni mogłam być sobą.
Ściany, podłoga i sufit mojego pokoju były pokryte czarnym zamszem.
Pan doktor mówi, że dzięki temu nie zrobię sobie ała o ścianę.
Khem, rozumiem, że aŁtorka zalicza czarny do odcieni szarości?

W rogu stało wykute z żelaza łóżko z hebanowo czarną pościelą
Powinnyśmy się cieszyć, że dziewczę nie sypia w żelaznej dziewicy...? -,-Ma pościel z drewna? Cóż... Może to jakaś nowatorska terapia lecznicza...
i dymną draperią z tiulu w roli baldachimu.
Tiul z dymu? Taa, i co jeszcze, jedwab z pary i satyna z mgły?

Dwa wykuszowe okna wychodziły na zalaną deszczem ulicę. Ich szerokie parapety przykrywała gruba warstwa czarnych poduszek.
Przez co nie do końca było widać, co się dzieje za oknem, ale przynajmniej hałas z ulicy był lekko przytłumiony.

Idąc w ich kierunku szybko przemieniłam się w czarnego kota i wygodnie umościłam na stercie jaśków. (...)
Ledwie zdążyłam zasnąć kiedy nagle otworzyła się klapa w podłodze. Czym prędzej zmieniłam się w człowieka, bo nawet moi współlokatorzy nie znali mojej ulubionej zwierzęcej postaci.
A ciuszki? Jako nieodłączna, kluczowa wręcz część boCHaterki powinny zmienić się wraz z nią, ale kto wie...

W dziurze ukazała się jasna, idealnie pocieniowana fryzurka, a zaraz potem wręcz porcelanowa twarz o zielonych, dużych oczach. Cornelia, moja najlepsza przyjaciółka (przed którą jednakowoż skrywam, kim naprawdę jestem), a zarazem demon. Bardzo energiczny i roztrzepany demon.
- Jeju, w końcu jesteś. Staram się Ciebie złapać już od ładnych kilku dni, a w domu widzę tylko tą twoją kotkę. A, właśnie, gdzie ona poszła?
- Pobiegać. - odparłam nonszalancko opierając się o framugę.
-W każdym razie dobrze, że już jesteś, bo mam Ci coś ważnego do przekazania. - uśmiechnęła się i rozejrzała się po pokoju jakby ktoś miał nas podsłuchiwać, pff. - Jutro przyjeżdża do nas Leo. Ten Leo!
Di Caprio?
Beenhakker?! O.O

Ostatnio ktoś ukatrupił mu ciotkę i nie ma gdzie się biedaczek zatrzymać. - odetchnęła z ulgą - Cieszysz się prawda?
Z ukatrupionej ciotki? Też pytanie! :D

- Taaak, jaasne. - Cieszę się jak nie wiem co. Tylko tego mi brakowało. Nie dość, że ściga mnie jakiś prawnik, to jeszcze przypałętał się ten debil. Nie ma to jak przebywanie w jednym domu ze znienawidzonym byłym. - Gdzie będzie spał? - Boże, proszę nie u mnie, proszę nie u mnie...
Bo będę musiała założyć tę seksowną koszulkę nocną i zakochać się w nim na nowo, jak Imperatyw Blogaskowy nakazuje!

- U Zacka, albo na kanapie w salonie. Jeszcze nie wiem. - odetchnęłam z ulgą. - No to pa. Za pięć minut masz zejść na kolację. Robię spaghetti - dodała konspiracyjnym szeptem puszczając do mnie oko.
Zamyśliłam się chwilę.
- Zaczekaj Corny! Kiedy przyjedzie?
- Jutro w południe. - i już jej nie było.
Nie powiem, robi się ciekawie. Jeszcze ta impreza u Lauren. Uch...
Czy Ałtorka umarłaby śmiercią niechybną a bolesną, gdyby w opku choć raz nie pojawiła się impreza? Jak myślicie?
- Corny zaraz się wkurzy... - mruknęłam schodząc na obiad spóźniona o 15 minut.
A przyczyną spóźnienia było...? No, niech zgadnę – potrzeba okazania przyjaciółce, jak głęboko w dupie ma ją i jej wysiłek włożony w przygotowanie kolacji?Daj spokój, gdyby zeszła o czasie, jej pojawienie się nie zrobiłoby takiego wrażenia.

Przy stole panowała grobowa cisza. Co jakiś czas, któryś widelec uderzył o talerz z łoskotem.
Echo przetaczało się po domu, strącając niewielkie kurzowe lawiny.Matko jedyna, nikt ich jeść nie uczył, że tak przy tym hałasują?!
W pewnym momencie nie wytrzymałam tego i odeszłam od stołu o prawie pustym żołądku. Gdy tylko znalazłam się na korytarzu usłyszałam ożywioną rozmowę. Jak zwykle.
Niemal biegiem pokonałam odległość dzielącą mnie od pokoju, a tam na łóżku zwinęłam się w kłębek i długo leżałam nie mogąc zasnąć.
Biedactwo. Jak oni śmieli okazywać dezaprobatę z powodu tak drobnego spóźnienia!

Nie wyspałam się. Ledwo zwlokłam się z łóżka. Z sypialni przeszłam prosto do mojej łazienki wziąć gorący prysznic. Prawie wrzące strugi wody podziałały lepiej od budzika.
Rozległe oparzenia drugiego stopnia to wyśmienity sposób na przebudzenie, w rzeczy samej.Szkoda, że podczas prysznicu się nie zamieniła w kota. :>
Podeszłam do wysłużonej szafy dosuszając włosy ręcznikiem. Wyjątkowo starannie dobierałam ubrania.
Nie wątpię. =.=’

W końcu, po godzinie rozmyślania zdecydowałam się na cienkie, czarne rajstopy, dżinsowe szorty i koszulę w kratę w odcieniach szarości. Dopełniłam to długimi za kolano skórzanymi kozakami na wysokich obcasach. Usta ledwie musnęłam krwistoczerwoną szminką.
*wzdycha ze zrezygnowaniem* Opis stroju – odfajkowany.I ona GODZINĘ myślała nad czymś TAKIM? Wolę nie myśleć, ile by się szykowała na hogwarcki bal...

Właśnie w tym momencie usłyszałam dzwonek do drzwi.
Nie wiem jakim cudem pokonałam drabinkę na dziesięciocentymetrowych obcasach, ale jakoś mi się udało.
Magiczne moce Mary Sue, jak nic.

Co więcej, lekkim krokiem zeszłam po wąskich, ażurowych stopniach kręconych schodów.
Fajnie, że jesteś zajebista. Możemy łaskawie przejść do fabuły?

Gdy wyszłam na korytarz wszystkie trzy pary oczu były zwrócone w moją stronę. Corny z zaskoczeniem patrzyła na moje kozaki,
Też by mnie zaskoczyło aż takie bezguście.
Zack z powszechnym u niego znudzeniem wpatrywał się w przestrzeń za moimi plecami, a Leo z delikatnym, chytrym uśmieszkiem lustrował mnie od stóp do głów.
- To prawda, ale szkoda, że nie dało się dłużej.
Miałam ochotę poszarpać go kocimi pazurami na strzępy. Póki co obrzucałam go co i rusz lodowatym spojrzeniem.
W końcu cały był pokryty lodowymi kryształkami i lekko dygotał z zimna. Dobrze mu tak, impertynentowi!

Atmosferę w pokoju spokojnie możne było kroić nożem. W końcu jednak Corny przerwała ciszę.
- To, zapraszam wszystkich na śniadanie. Rose, zajmiesz się sałatką?
- Jasne. - wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
Stałam przy szafce w kuchni przygotowując pomidory z mozzarellą kiedy poczułam czyjeś ręce na moich biodrach, powoli obejmujące mnie w talii.
Ręce na biodrach obejmujące w talii. Czyżby tę ostatnią tak trudno było znaleźć u bohaterki, że pomyłki były nieuniknione?
- Mmmmm.... - zamruczał. - Pachniesz tak słodko jak pamiętam z naszych wspólnych nocy.
Tekst zaczerpnięty z poradnika „Jak, będąc byłym, stać się koszmarnym dupkiem”? A może z pozycji „Eks – twój wróg! 100 sposobów na uczynienie Byłego największym bucem blogaska”?
Ćśśś, właśnie jesteśmy świadkami Momentu, w Którym Nawiązuje się Między Nimi Chemia. Uszanuj doniosłość chwili! Zaraz ona mu zrobi coś przykrego, potem się trochę podroczą, a potem będzie R+ L = WNM, a może nawet < 3.


Nie dałam po sobie poznać mojego oburzenia i dalej kroiłam pomidory na idealne plasterki.
- Nie odezwiesz się do mnie Rose? - wymruczał z zadowoleniem zaraz przy moim uchu.
Wbiłam ogromny tasak w deskę do krojenia. Drewno pękło na pół.
Kto, u licha, rąbie pomidory tasakiem? O.oA do mięsa pewnie używa piły tarczowej.
Obróciłam się w błyskawicznie twarzą do Leo, a w dłoń, którą położył na blacie wbiłam mu widelec.
A nie mówiłam? ^^
A to na pewno było z poradnika „Twoja wymarzona zimna sucz. Jak zrobić z bohaterki blogaska niezrównoważoną psychicznie kretynkę”.
- Aua! Cholera! Ach! Kobieto!
Obserwowałam go z uniesionym koniuszkiem ust. W końcu oparł się o ścianę i zaczął rozmasowywać sobie dłoń.
Średnio to pomoże na rany kłute, ale może przynajmniej zapaćka im całą kuchnię.Borze, źle ze mną. Przeczytałam „zaczął romansować sobie dłoń”...
Podeszłam do niego i przekształciłam swój paznokieć w idealnie ostry koci pazur, którym przejechałam mu od kości policzkowych, aż po jabłko Adama.
Przy okazji przecinając tętnicę szyjną, sesese.

- Byłeś niegrzeczny. - szepnęłam mu prosto do ucha.
- Wróciła dawna ty. Lisica z pazurkiem.
Nie mogłam się powstrzymać i spoliczkowałam go. Potem rzuciłam mu przelotne spojrzenie i wróciłam do sałatki.
A facet co? Przeszedł do porządku dziennego nad uderzeniem go i poranieniem dłoni?Zajął się zatamowywaniem dwóch krwotoków.
Szybko doprawiłam pomidory i zaniosłam przystawkę do salonu. Tam postawiłam ją na stoliku do kawy i umościłam się wygodnie w moim ulubionym pluszowym fotelu.
Kilka kropel krwi Leo, które dostały się do sosu, dodały sałatce pikanterii.

Zaraz po mnie, w pokoju zjawiła się Corny.
- Co ty sobie myślisz Rose? - wrzasnęła na mnie szeptem.
A potem szepnęła na cale gardło.
Rozejrzała się niespokojnie po pokoju. - Rozumiem, że mieliście z Leo gorsze chwile, ale na razie jest naszym gościem czy tego chcesz czy nie. Dźgnięcie go widelcem nie było najlepszym pomysłem. - Spróbowała sałatki i uniosła brwi - To jest genialne. Ekstra, no to pa. Zaraz wrócę.
Kurwa no.*jebs głową o szafkę* Zaraz ja sobie coś przetnę z rozpaczy...
Chwilę potem jak Corny wyszła, w progu stanął Leo, a za nim chłopak mojej przyjaciółki, Zack.
Zauważyłam, że mój eks ma zabandażowaną dłoń. Razem z Zackiem zajęli całą czteroosobową kanapę, z czego oczywiście Leo obejmował trzy miejsca.
Piastował je i tulił do piersi.Dość pokaźną rzyć musiał mieć.
Bezczelny dureń.
Chce wojny? W takim razie będzie ją miał.
A może chce po prostu, by mu było wygodnie? No, ale nie przeszkadzaj sobie – skoro uważasz, że zachowując się jak wściekłe chamiszcze spuszczone z łańcucha wydajesz się „fajna”...Nie, jej się po prostu jej różowe tableteczki skończyły.

Kiedy Corny weszła do salonu z talerzem pełnym malutkich grzanek w rękach, ja ostrzyłam sobie paznokcie pilnikiem, podczas kiedy Leo, sądząc po jego wyrazie twarzy, rozbierał mnie wzrokiem.
Równie dobrze mógł zastanawiać się, czy lepiej cię związać, żebyś nie stanowiła już zagrożenia dla innych, czy może lepiej zaoszczędzić na czasie i ustrzelić jak (nomen omen) kota z wiatrówki – ale nie przeszkadzaj sobie, wierz w swoją wersję, jeśli cię podnosi na duchu.

Myślałam, że zwrócę ten jedyny plasterek pomidora, który zjadłam dzisiaj rano.
Kurde, na kolację odrobina makaronu, na śniadanie plasterek pomidora? Nieco drakońska ta dieta. Ale rozumiem: jeszcze tylko cztery nieżyty żołądka i osiągnie wymarzony rozmiar S.

- Dobrze się czujesz Rose? Jesteś jakaś zielona. - zagadnęła mnie Corny.
Może umarła z głodu i już gnije, tylko zamieniła się w zombie i dlatego jeszcze chodzi?

- Jakoś tak nie bardzo, wiesz, pójdę chyba do siebie. (...)
Z zamiarem szybkiej ucieczki wpadłam jak burza do pokoju. Otworzyłam okno i już miałam zwiewać pod postacią pospolitego gołębia, kiedy usłyszałam go za sobą.
- Grzecznie to tak uciekać ze spotkania przy herbatce?
Odwróciłam się i z przekonaniem stwierdziłam, że wcale nie uciekam.
- W takim razie po co otwierasz okno w ten mglisty poranek?
- Wietrzę pokój.
Uśmiechnął się ohydnie.
- No to chyba nie masz nic przeciwko przyjacielskiej zabawie w kotka i myszkę? - mówiąc to prawą ręką obejmował mnie ściśle w talii, a lewą pomału odpinał górny guzik mojej bluzki.
No proszę, mamy nawet próbę gwałtu! Jakoś tak swojsko się człowiekowi robi, jak widzi tak literalnie rozpisany blogaskowy kanon.

- Niestety, już samo to, że widać cię na horyzoncie przyprawia mnie mnie o mdłości. - szepnęłam, po czym w postaci gołębicy uciekłam z jego objęć i wylatując przez okno specjalnie narobiłam mu na głowę.
Taa... Element Komiczny, w całej glorii wyszukanego dowcipu.*drapie się po głowie* Głupiego Eksa mamy, supermoce bohaterki, śniadanie i opis stroju też, nawet gwałt... jest coś, o czym aŁtoreczka zapomniała?
Nie było samego aktu schodzenia na śniadanie... ale na obiad było, więc można zaliczyć. Nie, chyba nie zapomniała o niczym.

Z początku tego nie zauważył i wpatrywał się chwilę w moją sylwetkę na tle nieba, ale gdy przeczesywał włosy palcami natknął się na coś lepkiego.
O mało co nie obhaftował mi swoim pawiem parapetu.
Skąd ona o tym wie? Przecież odleciała.Zobaczyła to swoim trzecim okiem. Tym z tyłu, pod ogonem.
Niestety oberwało się przechodzącej staruszce. Jej moherek stał się dość.... malowniczy.
Taak. Bo niby czemu nie przyjąć, że skoro w Polsce staruszki noszą moherowe ubrania, w Stanach musi być tak samo.

Ja tymczasem kilkaset metrów dalej wylądowałam za jakimś krzakiem i tam zmieniłam się w siebie. Szwendałam się kilka godzin po mieście i zanim zauważyłam zrobiło się późno. Impreza Lauren, zaczęła się godzinę temu.
Do jej domu, ładnej willi niedaleko brudnej plaży dotarłam pod postacią orlicy. Wślizgnęłam się przez otwarte okno w łazience na piętrze. Krytycznie przyjrzałam się sobie w lustrze i zmieniłam się w człowieka. Nastroszyłam sobie grzywkę i pociągnęłam rzęsy zdecydowanym ruchem czarnej maskary.
Maskarę w czasie lotu trzymała zapewne tak, jak jaskółka afrykańska kokosa, mam rację?

Z pomocą wszechstronnych pazurków zrobiła w cienkich rajstopach malownicze dziury. Z bluzki oderwałam całą część pod biustem ukazując moją nieskazitelną, porcelanową skórę. Uśmiechnęłam się uwodzicielsko do własnego odbicia.
O.o Dobrze rozumiem? Podziurawiła sobie rajstopy i rozdarła bluzkę i uważa, że to... fajne? Co to za impreza, Bal Okolicznych Lumpów i Meneli?
Bal ku czci Żarłocznych Moli – Mutantów? A może doroczny Festiwal Wkręcania Ciuchów W Niszczarkę Do Papieru?

Pod postacią pumy ruszyłam do salonu. Tam, na środku parkietu, przemieniłam się w siebie. Na swoich szpilkach poruszałam się jak modelka, powabnie kołysząc biodrami.
Reszta wieczoru upłynęła mi na szalonym tańcu z resztą gości. Na prawdę nie wiem czy byłam tak wstawiona, czy zadziałało coś innego, ale nie pamiętam nic więcej z tamtego wieczoru.
Bo tych żółtych tabletek się nie miesza z alkoholem, idiotko! Chcesz, żeby GŁOSY wróciły?
Wiem tylko, że rano obudziłam się w jednej z gościnnych sypialni Lauren, naga i ściśle objęta przez Leo.
Czemu mnie to jakoś nie dziwi...
- Cholera. Uch.... niedobrze mi się robi.
Mnie też, jak to czytam. Dobrze, że aŁtoreczka nie napisała już ani zdania więcej.