czwartek, 9 września 2010

Angelina Jolie w kukułkę przemieniona, czyli o szlachetnej sztuce redystrybucji podrzutków

-->
Witajcie!
Przed Wami druga część przygód elfiej Angeliny Jolie, która mężnie ratuje porzucone dzieci ludzkie i smocze. Tym razem będziecie mieli okazję obejrzeć pałac projektowany przez Bezdennie Głupiego Johnsona, poznać elfie zwyczaje łowieckie, zwiedzić „szkółkę” dla przyszłych żołnierzy trenujących pocieranie swych, ekhm, mieczy... oraz przekonać się, że istnieją takie szczyty buractwa, a o jakich nie śniło się nawet Dianie Lestrange – wszystko to podlane dużą ilością bardzo zlej deklinacji.
Indżojcie!
Zanalizowały: Kalevatar i Pigmejka.
Adres blogaska: http://legend-of-dragon.blog4u.pl/

Rozdział I-Veandar
Jeździec na koniu galopował w stronie miasta, Veandar- jednego z miasta zamieszkiwanego przez elfy. A zatem jeździec musiał być elfem.
Aha – czyli gdy ja będę zmierzać w stronę Niemiec, kraju zasadniczo zamieszkiwanego przez Niemców, automatycznie sama stanę się Niemką? Ekstra!
Konie ludzi galopujących do tego miasta gubiły podkowy, a sami jeźdźcy trasę i w końcu docierali poza mapę, zamiast do celu podróży.

Mijając bramę nie zwolnił, przeciwnie- popędził konie w stronę zamku na skale.
W związku z tym nie zdążył zahamować i wyrąbał się o mur.

Sylwetki dwóch smoków majaczyły nad zamkiem.
Elya odetchnęła z ulgą. To był koniec jej podróży. Smoczątko było bezpieczne. Smoczątko… i dziecko. Elfka skrzywiła się
- Co ja z nią zrobię?
Sprzedaj na czarnym rynku, podobno na dzieci jest popyt. Zwłaszcza na rynku blogaskowym: materiał na Marysie Zuzie schodzi jak świeże bułeczki.

Podróżowanie z młodym smokiem jest niewygodne. A podróż z młodym smokiem i niemowlakiem jest potwornie wyczerpujące. Zwłaszcza, gdy niewiadomo, o co dbać bardziej.
I co karmić piersią – i czyją.
A tam problem. Ja bym zwyczajnie smoka nakarmiła niemowlakiem. ;>

Zatrzymała konia i ostrożnie z niego zeszła.
Po drabince zeszła. Bo to wysoki koń był.

W rękach cały czas trzymała dziewczynkę, natomiast smoczątko siedziało przywiązane między kłębem konia a siodłem.
A jako że pomiędzy kłębem a siodłem zbyt wiele miejsca nie ma, smoczątko stało się nieco płaskie i jakieś takie rozciaptane.

Wyraźnie nie było zadowolone z takiej pozycji,
Jakoś się nie dziwię.

za to mała Maisha słodko spała.
Elya wodze trzymała zatem w zębach, dobrze rozumiem? No, rzeczywiście szacun, galopować trzymając bachora i to tak, że się nawet nie obudził. ;>

Elya wolała nie myśleć o tym co się stanie gdy się obudzi.
Eee... trzeba je będzie nakarmić?
Powiało grozą, nie ma co.

Odwiązała smoka, który nieporadnie zszedł z konia.
*wyobraża sobie smoka zsiadającego z konia* Tak, a Trzy Świnki mieszkały w chatce i się bały złego wilka. (Jak już tak przy antropomorficznych zwierzątkach jesteśmy.)

Pokazała mu ręką kierunek- ogromne wrota zamku. Smoczątko zrozumiało
Elfka uśmiechnęła się smutno
- Jest taki samodzielny… jak jego matka
Poczuła nagły ból w sercu i napływające łzy. Stanowczym krokiem ruszyła w stronę wrót. Nie musiała nawet się zatrzymywać, ponieważ strażnicy ją znali i od razu wpuścili. Czuła ich zdumione spojrzenia- nieczęsto przyjeżdżają tu elfki na spienionym koniu, z czarnym smokiem i niemowlakiem.
Za to czarne, spienione elfki wierzchem na smoczym niemowlaku – nagminnie.

Szła przez wielkie puste komnaty, które kiedyś ją zachwycały swym ogromem. Wielkie okna z widokiem, na nieskończony las, i sufit.
Sufit też z widokiem na las...?
A może to były okna z widokiem na sufit? Kto to projektował, Bezdennie Głupi Johnson?

Tak sufit był zdecydowanie najpiękniejszy. Wyryte były na nim smoki we wszystkich kolorach- zielone, niebieskie, białe, czarne, czerwone, na tle gór i morza, lasów i przepaści. Można było wpatrywać się w ten malunek wiecznie- cały czas odnajdując jakiegoś schowanego za innymi smoka.
Artysta najwyraźniej cierpiał na horror vacui. Ewentualnie był zagorzałym wielbicielem zagadek typu „Gdzie jest Wally?”.
Poza tym malowane reliefy na suficie to chyba nie jest najlepszy pomysł.

Stanęła i odwróciła się. Młody smok nie był jeszcze zbyt szybki. Zresztą mało, kto potrafi dotrzymać kroku elfowi- nawet zmęczonemu.
Skoro są tacy w choinkę szybcy, czemu nie uciekali przed tą pogonią pieszo, co? :/
Bo pewnie wtedy by były nierówne szanse. A elfy są uczciwe i zawsze grają fair.

-Co Cię tu sprowadza Elyo z Nathien?
Czemu kojarzy mi się to z konstrukcją „my ze szwagrem”?

Elfka drgnęła na dźwięk tego głosu. Słowa te wypowiedział młody elf- niebieskooki blondyn o niemal białych włosach.
Inny elf, blondyn o czarnych włosach, siedział cicho.

- Przyprowadziłam tu dziecię Czarnoskrzydłej, w nadziei, że znajdzie tutaj schronienie, godne królewskiego potomka- Odpowiedziała zimno
- Czyżby twoja smoczyca nie umiała zająć się własnym dzieckiem?
Elye zatkało z oburzenia. Nim zdążyła otworzyć usta blondyn powiedział jeszcze-
-Dlaczego przyprowadziłaś tu ludzkie dziecko?!
Widziałaś gdzieś przed zamkiem napis „Skład ludzkich bachorów”? - drążył wzburzony.

Spojrzała na niego z nienawiścią. Nazywał się Fathir i był synem władcy tego miasta.
Nie pałali do siebie sympatia, z wiadomych tylko sobie powodów.
Których najwidoczniej nie zna nawet Ałtoreczka.

- Pozwól mi dojść do słowa to się dowiesz.
Opowiedziała mu całą historie, bez zbędnych informacji. Najważniejsze były tylko fakty- Czarnoskrzydła nie żyje, jej dziecko cudem przeżyło, Oldentum- miasto napotkane po drodze przez Elye, spalone,
Miasto? Jeszcze notkę temu to była zwykła, bezimienna wioska...
Oj sama wiesz, jak to jest z opowieściami. Kogoś zaatakuje pies, a miesiąc później się słyszy, że mieszkańca Łodzi pogryzł Kotojeleń...

a pod jej opiekę trafiło ludzkie dziecko.
Gdy mówiła o smoczycy Fathir spojrzał na nią ze współczuciem. Wiele elfów „miało” swoje smoki- a raczej zostało przez nie, wybrane. Razem się szkolą, żyją, doskonale się rozumieją.
Dlatego gdy smok lub elf ginie, ten drugi przeżywa straszny ból, którego często nie wytrzymuje.
Na takie chwile Taktyczny Zestaw Smoczego Jeźdźca przewiduje komplet żyletek z poradą, że najlepsze rezultaty daje cięcie się w poprzek żyły. Ból bólem, ale wyszkolenie żołnierzy niesie ze sobą konkretne koszty.

Fathir miał swojego smoka- białego Szponobójce.
Fajna ksywka dla nożyczek do paznokci, pragnę zauważyć.

Inne elfy mówiły, ze właśnie, dlatego Fathir i Elya się nie lubią- są kompletnymi przeciwnościami.
Bo... są odmiennej płci? Rzeczywiście, zasadnicza przeszkoda, zwłaszcza w wieku 7-14 lat. Jak dorosną, to im przejdzie. ^^
Nie, ona miała smoka czarnego, a on białego. Źródło problemu tkwi w podstawowej opozycji binarnej.

Przed oczami migotały jej wspomnienia. Ona młoda dziewczyna i młoda smoczyca jeszcze nie Czarnoskrzydła, który był tylko przydomkiem.
W jej wspomnieniach udział brały ona, jakaś druga dziewczyna i młoda smoczyca, który jest przydomkiem? O.O
„Smoczyca, który był”, aha. Rozumiem więc, że smoki za młodu są obojnakami i na dodatek nie mają imion, póki im się skrzydełka nie zabarwią? Czyli są jak duże ważki z płciowością ślimaka?

Nazywała się Vinorla co w języku smoków znaczyło Czarna Róża. Siedziały nad brzegiem niewielkiego jeziora i wpatrywały się w spokojną toń…
Starsza już elfka galopowała na karym koniu a obok niej leciała smoczyca. Rozglądały się aż zza drzew wyłoniły się dwie postacie złotowłosa elfka i zielona smoczyca. Wpadły sobie w ramiona a smoczyce powitały się po swojemu.
Obwąchały sobie zadki, jak na porządne zwierzaki przystało?
A one sobie wpadły w te ramiona wciąż jadąc konno?

-Elya…
Otworzyła oczy. Nad nią stał Fathir, a obok niego- służąca. Ta delikatnie wyjęła jej z rąk Maishe. Oprzytomniała.
- Gdzie jest smoczątko?!
- Spokojnie jest w bezpiecznym miejscu… -odpowiedział łagodnie i wziął ją za ręce
-Chodź. Wypoczniesz po podróży.
Elfka poczuła spokój. Dziecko i smok bezpieczne… Pociemniało jej przed oczami. Zemdlała z bólu i zmęczenia.
Baardzo teatralnie.

***

- Nie!
Elya zerwała. To był tylko koszmar, tylko koszmar…
Wyjrzała przez okno. Nad zamkiem latało parę- może trzy smoki. Jęknęła
Gdy nadchodzi taki czas, że doliczenie do trzech sprawia trudność, rzeczywiście - można już tylko jęczeć.

- Vinorla… Ciemnoskrzydła.- Łzy pociekły jej po policzkach.
Nagle do komnaty weszła służąca. Nic nie mówiła jakby, jej nie było w komnacie.
Kto tam do kogo nie mówił, do licha jasnego?!
No skoro jakby – czymkolwiek jest – nie było w komnacie, nic dziwnego, że nic nie mówiła, prawda?

Położyła na łóżku białą myśliwską suknie.
*próbuje znaleźć logikę w połączeniu „myślistwo – suknia” i „myślistwo – biały strój”*
Hę, suknia po to, żeby jej łatwiej było zaplątać się w krzaki, a biały strój pewnie po to, by inny elf, równie inteligentny jak ona, nie wziął jej za dzika i nie ustrzelił.

Na stoliku niedaleko leżał łuk i miecz Elyi. Gdy służąca wyszła podeszła do swojego ekwipunku. Wzięła w ręce miecz- był długi i smukły. Na klindze na samym środku wyryte było godło jej rodu. Rękojeść była z srebra,
Tak miękki metal jak srebro na pewno wyśmienicie spełniał swą rolę.
Pasował tym samym do sukni na polowanie. :>

a na jej środku błyszczał przezroczysty diament. Odłożyła go.
Czemu ona psuje własny miecz? To taki elfi odpowiednik rzucania talerzami?
To nie diament był, ino szkło.

Odwróciła się i tym razem jej spojrzenie padło na sukienkę. To było dzieło sztuki krawieckiej. Biała, przetykana srebrnymi nićmi, na kształt smoka oplatającego całą sylwetkę noszącego.
Sukienka na kształt smoka? Huh, nie wiedziałam, że elfy łączą polowanie z balem przebierańców.

Ogon zaczynał się przy lewej nodze a pysk- przy lewej piersi. Miała niewielki dekolt, w kształcie odwróconego serca. Brzegi sukni były idealnie równe.
Bo zazwyczaj to suknie elfów są na brzegach poszarpane, z wyłażącymi nitkami i krzywym szwem.

Ona sama lśniła bielą i czystością, że Elyi zrobiło się nieswojo.
Jak wspominałam, był to przeraźliwie praktyczny strój na polowanie.

Elfka była jeszcze brudna po podróży. Zresztą nie chciała jej ubierać. Zostawiła miecz i łuk; wiedziała, że tu wróci i wyszła z komnaty. Szła przez długie korytarze, kierując się do sali głównej gdzie zapewne czekał na nią Fathir. Musiała się go zapytać o smoczątko i znaleźć miejsce gdzie przyjmą Maishe.
A umyć się nie musiała? Poranne czynności same się nie wykonają.Po co? Z ciała Mary Sue brud sam ucieka, nie wytrzymuje takiego nadmiaru zajebistości.

Nagle usłyszała za sobą głos.
- Smok jest pośród swoich, a dziewczyna…, co z nią zrobisz? Zatrzymasz?
To był Fathir. Elye zirytowało to, że mówił o Maishy jak o rzeczy.
Gdzie? Nie zauważyłam.

-Nie twoja sprawa. Gdzie jest smoczątko? Mam prawo wiedzieć, to dziecko mojej smoczycy!- Prawie krzyczała.
On tylko popatrzył na nią chłodno.
-Smoczątko jest tam gdzie wszystkie młode. Jesteś elfką powinnaś się domyślić.
Spojrzała na niego wściekła – Nie pokazałam się z najlepszej strony. A już na pewno nie myśli o mnie jako o inteligentnej. Przecież wszystkie młode smoki idą do stada!
Jeżu drogi wszechkolczasty... To jest... samokrytyka! U boCHaterki! Oczom mym nie wierzę! *raduje się*
Aj tam. Po prostu przeżywa, bo zbłaźniła się przed potencjalnym Trulowerem.

Stadem nazywano małe stadko młodych i matek.
No shit, Sherlock.

Smoczątka zwykle były osierocone, to samo z matkami.
Też były osierocone? Cóż, nikt nie twierdził, że smoki mają tendencje do tworzenia rodzin wielopokoleniowych.

Na szczęście nie zdarzało się to często,
Taa... a to „zwykle” w poprzednim zdaniu znalazło tak dla zmyłki, co?
Szlachetna sztuka władania oksymoronami... You’re doing it wrong.

ale dla zabłąkanych magicznych stworzeń młody nierozważny smok był łatwym łupem.
Elya odwróciła się na pięcie by uniknąć upokorzenia.
Biorąc pod uwagę to, że już z samego rana zaprezentowała się jako brudna, cuchnąca koniem, arogancka i niezbyt lotna, upokorzenia nie da się uniknąć – trzeba je wziąć na klatę.

Już miała iść, gdy przypomniała sobie o Maishie.
Deklinacja też nie jest jej mocną stroną, jak widzę.

Westchnęła i stanęła twarzą w twarz z triumfującym elfem.
-Gdzie Maisha?!- Spytała ostro
-Służka ma ją w swoim pokoju, możesz ją zabrać.- Odpowiedział chłodno. Chyba był zły, że odrzuciła jego dar- suknie.
Prychnęła i odeszła szybkim krokiem w stronę swojej komnaty. Szybko przypasała miecz i łuk. Teraz po Maishe.
A do łazienki kiedy?
Jak jej fetorek rozwinie własną osobowość i założy rodzinę. Wtedy ona adoptuje fetorkowe dzieci.

Szła tak szybko, ze niemal biegła. Nie pukała, była wysoko urodzoną elfką
Ślubowała wiekuiste dziewictwo. Albo wiekuiste chamstwo, trudno powiedzieć.

- elfy również miały podział na stany, choć niewielki.
Ród elfi dzielił się na trzy stany, ale malutkie. ^^
Takie tyci tyci. Chłopstewko, mieszczaństwuńcio i szlachectewusieńko.

Służąca popatrzyła na nią przestraszona i pokazała jej ręką kołyskę. Elya pochyliła się nad nią. Dziewczynka słodko spała, jednak elfka ostrożnie wzięła ją na ręce. Nie chciała zostawać tu ani chwili dłużej. Szybko wyszła. (...)
Elfka przypomniała sobie o koniu. Jak ja go teraz osiodłam?!
Weź dziecko w zęby. Kotki tak robią i sobie chwalą.
A czemuż to narrator ma osiodłać konia bohaterki?

Nagle zobaczyła, że jakiś służący wychodzi z jej koniem- w pełni osiodłanym. Podeszła i wsiadła na niego.
Na służącego?! Żeby go chociaż wcześniej na lody zaprosiła...

Spokojnie wyjechała z miasta. Nigdzie jej się nie śpieszyło..
Wściekle głodny niemowlak z pieluchą pełną aż po pachy nie poganiał jej ani trochę.
Drogę jej przejazdu znaczyła brunatno-zielona chmurka fetorku. I lecące za bohaterką muchy.

Niedaleko jej miasta stała szkoła dla żołnierzy.
Taka szkoła ma swoją nazwę, wiesz...?

Młodzi mężczyźni kształcili się tam by zostać prawdziwymi żołnierzami.
No wai.
Kto by pomyślał. Byłam przekonana, że w szkole dla żołnierzy szkoli się przyszłych księży.

Dowódca owej szkoły miał żonę i miało im się urodzić dziecko. Nie odmówią.
Nie no, spoko, każdy szanujący się żołnierz marzy o tym, by niańczyć cudze niemowlaki. Chyba że ona ma zamiar złożyć mu propozycję nie do odrzucenia.

- Zwłaszcza mi.- Powiedziała na głos. Nie mogła się uśmiechać, ponieważ cały czas czułą ten ból... A właściwie pustkę. Jechała przez las, nie słuchając śpiewy ptaków, nie śpiewając.
Rzeczywiście, brak śpiewania i tymczasowa głuchota pozwalają bezbłędnie diagnozować traumasis blogaskorum.
*wyobraża sobie elfkę, jadącą przez las, z przytroczonym do siodła niemowlakiem, zatykającą sobie uszy i powtarzającą raz za razem, by zagłuszyć śpiew ptaków: „Ja cierpię... cierpię... cierpię...”*

Po jakimś czasie zobaczyła szkółkę.
Ta. Szkółkę, kurwa.
Koszary!!!
Żołnierze pewnie siedzieli w ławkach i bawili się gumowymi mieczykami, a pod nieobecność nauczyciela rzucali w siebie papierowymi kulkami.

Słyszała szczęk mieczy, ocierających się o ciebie i świst strzał.
Zmieniam zdanie. Jeśli rekruci ćwiczą tam „pocieranie” swoich „mieczy”, to rzeczywiście musi być szkółka. Cóż, zamtuzowy personel też trzeba gdzieś szkolić.

Jechała dalej obok pola ćwiczeń wiedząc, jaką sensacje wywalała.
Wywalała sensację? Na tym polu? Na pole to można co najwyżej obornik wywalać...

Zatrzymała się tuż przy niewielkim domku dowódcy. Po chwili dowódca wyszedł ze swego domu. Nazywał się Dereck, był młody i wyglądał przygnębionego.
Przygnębiony - dawny przyjaciel, z którym łączyło go wiele niezapomnianych sesji „pocierania” - jak na złość nie dzwonił, nie pisał ani nie przyjeżdżał.
Jeśli dowódca jest młody, to nie wiem, kogo oni tam szkolą – przedszkolaków?

Spojrzał na dziecko z zaskoczeniem.
Elya wszystko mu wytłumaczyła. Drugi raz mówiła o śmierci Ciemnoskrzydłej i drugi raz głos załamał jej się w tym samym momencie.
-, Więc przyjmiesz ją pod swój dach? Będzie towarzyszką tego dziecka…
- Moje dziecko nie żyje- uciął
Och jej, a to wtopa... ^^”

Elfka nie składała kondolencji, wiedziała, że pewnie cały czas je przyjmuje.
No jasne, na co mu jedne więcej – nie spienięży ich, nie upłynni, na ścianie nie powiesi... Kondolencje są zupełnie bezwartościowe. Podobnie jak „proszę”, „dziękuję” i „przepraszam”.

Popatrzyła tylko ze współczuciem i zsunęła się z siodła. Dereck zaprosił ją do domu. Weszła i zobaczyła zapłakaną żonę. Podeszłą do niej i bez słów wyciągnęła ręce z dzieckiem.
Subtelność godna buldożera.
To, co ona robi, to właściwie jest wywalanie obornika. Jest tak samo grzeczne i delikatne.

- Ma na imię Maisha. Przyjmiesz ją, czy wyrzucisz?
Ej, miało być bez słów.

Ona bez słów odebrała dziecko.
I wyrzuciła.

Elya odwróciła się do dowódcy, który skinął głową. Wyszła nawet się nie żegnając.
Matko jedyna. Mało, że panna śmierdzi, to jeszcze osiąga szczyty buractwa. A myślałam, że bardziej niż Diana Lestrange już się nie da...

***

Przyznam, że rozdział nie jest najlepszy. Starałam się, ale zdaje mi się, że nie bardzo wyszedł.
Dobrze Ci się zdaje.
O, pierwsze sensowne zdania w tym blogasku.

Oczywiście proszę o znalezieniu błędów, bo ja jak zwykle już nie mogę patrzeń na ten rozdział…
Cóż, Ałtoreczko, jesteśmy jak dżiny - „mówisz i masz”. Hehe.
Moja droga, jak go czytam, to mam wrażenie, że nie przyjrzałaś mu się ani razu.

A i jeszcze beszczelnie zapraszam was Tutaj.
Jest to mój dziennik. Nie musicie wchodzić.
*oddycha z ulgą*

II- Propozycja…
Czarnowłosa elfka na karym rumaku przemierzała las. Przez te piętnaście lat wiele się wydarzyło, ona jednak nie zestarzała się. Właśnie zmierzała w kierunku fortu- kiedyś to była szkoła dla żołnierzy-
Ale teraz rozwinęła się w pełnowymiarowy zamtuz.
Kiedyś to była szkoła, ale miecze się zestarzały i pocieranie ich nie przynosiło już żadnego skutku.

by odwiedzić młodą dziewczynę, którą zostawiła tam piętnaście lat temu. Wtedy… Stało się coś strasznego. Tym razem nie usłyszała znajomego szczęku mieczy, za to jej oczom ukazała się potężna warownia. Po jej murach leniwie przechadzali się wartownicy Od lat panował pokój, od lat nikt nie atakował.
Zatem przekształcenie koszar w warownię było, rzecz jasna, doskonałym pomysłem.

Irytował ją fakt zamkniętych bram, przy których zawsze stali strażnicy niechcący jej wpuścić.
Cóż, obawiam się, że „bramy” i „strażnicy” to wręcz część natury warowni – nie ma się co zżymać.
O zgrozo! I pewnie nie tylko musiała pukać, ale może jeszcze tłumaczyć się z celu swej wizyty? Ależ ci ludzie niewychowani...

Obawiała się, że ludzie planowali wojnę między jej rasą a nimi. (...)
Zatrzymała się przed domem dowódcy. Wybiegła z niego Maisha- brązowowłosa i brązowooka z ciemną opalenizną, stanowiła niesamowity kontrast przy bladej i czarnowłosej Elyi. Dziewczyna wtuliła się w ramiona elfki. Czuła, że ona wiele dla niej zrobiła tylko nie wiedziała, dlaczego.
Aha. Mam rozumieć, że przez te piętnaście lat dziewczyna ni razu elfki nie widziała, ale przy pierwszym z nią spotkaniu cieszy się jak dziecko na Gwiazdkę i rzuca się jej w ramiona?To ten marysuizm. Dziewczyna po prostu WIE.

Wiedziała, że kiedyś coś się stało… i, że Dereck nie jest jej ojcem.
Cóż, jeśli Dereck jest elfem (bo chyba jest, prawda?), a ona nie, nie trzeba być mistrzem dedukcji, by do tego dojść.

Chwile milczały, gdy z domu wyszedł dowódca.
Chwile wstydziły się odzywać przy obcych.

Spojrzał na nie wrogo, ku zaskoczeniu elfki, bo Dereck zawsze traktował ją przyjaźnie.
Zwłaszcza, że widzieli się AŻ raz, kiedy to wpakowała mu się do domu i nie zważając na jego żałobę, wcisnęła jemu i jego żonie prawie siłą obcego dzieciaka, po czym odjechała bez pożegnania. No i jak tu takiej nie lubić? Dziwny ten Dereck...

Zrozumiała, ze jest źle- lub bardzo źle.
Wzięła Maishe za ręka
Na co dziewczyna machnęła nogiem.

i zamierzała wsiąść z nią na konia, by zawiedź ją jak zwykle-do lasu.
Ja mam wrażenie, że ona ogólnie ZAWODZIŁA – nie tylko podopieczną do lasu.

Tłumaczyła jej nazwy roślin, zwierząt, uczyła ją tego wszystkiego szanować. Uczyła ją też posługiwać się magią, o czym nikt nie wiedział.
Jednak prawidłowej deklinacji nie uczyła jej wcale, bo też i sama miewała z tym problemy.

Jednak teraz Dereck złapał ją za ramię i powiedział cicho
- Po raz ostatni tu przyjeżdżasz… Nigdy więcej. Pożegnaj się z Maishą, bo zabraniam ci się z nią spotykać. Po raz ostatni zabierasz ją do tego swojego… Lasu.
Elya prychnęła pogardliwie. Jeśli będzie chciała, będzie się z nią spotykała. Albo od razu zabierze ją od ludzi…, Bo ona jest inna. Wrażliwa na piękno, kochała i szanowała zwierzęta i rośliny. Nie to, co inni ludzie.
Nie no, spoko, znowu motyw z krzywdzeniem takich małych kaczuszek? O, blogaskowa oryginalności...!Zaraz, to Dereck jest człowiekiem? Myślałam, że elfy tylko z elfami się zadają... *gubi się*

Odwróciła się i podeszła do swego konia. Maisha przez ten czas pobiegła po swojego- drobną, lecz dzielną gniadą klaczkę.
Podbiegła do swego klaczkę, tak? =.=
Klaczka była zaiste dzielna – mężnie opędzała się od much końskich.

Wsiadły obie i ruszyły w stronie lasu, tak jak poprzednio ścigane wrogimi spojrzeniami. W końcu wyjechały i puściły się dzikim galopem w stronie lasu. Zielone objęcia przyjęły z chęcią galopujące konie. Gałęzie zdawały się odsuwać by nie smagać ich po twarzy, tak jak kamienie.
Też wyjątkowo nie smagały ich po twarzy?
*wyobraża sobie próbę galopu po lesie* I tylko koni, tylko koni żal...

Woda w strumykach wydawała się ciepła a cały las zdawał się cieszyć ich obecnością.
Radośnie machał listkami i drobił korzeniami.
A małe kaczuszki kwakały wesolutko.

Zatrzymały się przy niewielkim jeziorku. (...)
Elya postanowiła nie owijać rzeczy w bawełnę i od razu mówić.
-Maisha, może wiesz, co się dzieje? Widziałaś jak się wszyscy na nas wrogo patrzyli? Brązowowłosa zaśmiała się beztrosko.
-Zdawało ci się.
-Nie. Dereck zabronił mi się z tobą spotykać.
Maisha szeroko otworzyła oczy.
-Jak to… Zakazał? On nie ma prawa nic mi zakazywać! Nie jest nawet moim ojcem!- Krzyknęła.
Masz absolutną rację. W końcu tylko przygarnął cię, wychował i utrzymywał. Nie ma do ciebie najmniejszych nawet praw, wstrętny despota.

-Mamy jedno wyjście… Pojedziesz ze mną do Nathien albo zostaniesz tutaj.
Maisha popatrzyła na nią zdziwiona. Zawsze marzyłaby z Elyą pojechać do Nathien- jednego z największych elfich miast.
-Do… Do Nathien?
Hę? Chodzi o to miasto, do którego jeżdżą tylko elfy, dobrze kojarzę?

-Tak, do Nathien. Ale najpierw do Veanderu by odwiedzić smoczątko.
Elya, co trzy lata jeździła najpierw do fartu by odwiedzić Maishe, a potem do Veanderu by odwiedzić smoczątko.
Które po piętnastu latach życia wciąż było „smoczątkiem”. Opóźnione w rozwoju, czy jak?

Początkowo obie wizyty sprawiały jej ból- rany po stracie Czarnoskrzydłej były zbyt świeże.
A teraz elfka chcę zabrać mnie do Nathien…
Też się cieszę Twoim szczęściem, narratorze. Ale wróć na swoje miejsce, co?

-Więc jedziesz ze mną?
-Oczywiście.- Ta propozycja była nie do odrzucenia. (...)
-Więc jedźmy, do Veanderu odwiedzić dziecko Vinorly!
Vinorla, Czarnoskrzydła... bo jedno imię jest za mało TRÓ.

***

Przede wszystkim chciałbym wszystkich przeprosić, że tak krótko. Napisałam go w pośpiechu, bo następny może zbyt szczybko
Szczybko? Szczy szybko? No, to się chwali, ubikacji długo nie zajmuje...

bo następny może zbyt szczybko się nie pojawić(dzisiaj jest zebranie, a ja nie mam najlepszych ocen)
Muahahaha, jeśli uczysz się z takim samym zapałem, z jakim dbasz o poprawną polszczyznę, to się jakoś nie dziwię.
Swoją drogą, jakbyś zamiast pisać te brednie posiedziała nad podręcznikiem, nic złego by się nie stało. Oceny byś miała lepsze, zasób słownictwa większy... Serio, polecam.

Może jeszcze nie wszyscy zauważyli, ale postanowiłam robić avatary- na zamówienie i tak ogólnie. Tylko fantastyczne.
Dopisek z 30.03.07r.

Wszystkie błędy które znalazłam, poprawiłam.A może wy coś znaleźliście?
Wiesz... tak jakby. Troszeczkę.
Kilka zaledwie. Prawie niezauważalnych. :>

Chciałabym również zaprosić Was na mojego nowego bloga z opowieścią-Historią Melervery
Taa. W wyjściowym opku błąd na błędzie siedzi i błędem pogania, drugi blogasek już się tworzy, „fantastyczne” avatary takoż, trzeci blogasek czeka na swą kolej – a Ałtoreczka żali się, że ma słabe stopnie.
Ciekawe, czeeeemuu? :>

Pozdrawiam
Oby ogień Waszych smoków nigdy nie wygasł!
I obyście mieli zdrowe, regularne wypróżnienia.
A miecze waszych rycerzy były długie, twarde i chętne do boju.

26 komentarzy:

NeKOmanta pisze...

O Bogowieee! To było przecudne :D
Ładnie, dziewczyny. Tak trzymać.
Będzie kolejna część czy zabieracie się za nowy projekt? *o*
A, no i - odbierajcie plusowego emaila, dooopsz? *w*

Anonimowy pisze...

"Czarnowłosa elfka na karym rumaku przemierzała las." przeczytałam: na karnym rumaku.
Analiza jak zwykle świetna. Prawie umarłam ze śmiechu. :D

Szprota pisze...

Malutkie elfickie stany mnie ómarły poniekąd.
Jak zwykle znakomicie, nuda! ;P

Ana pisze...

Eeee...
A jednak jest buractwo wyżej Diany Lestrange, ale przypuszczam że w zamierzeniu miało być jako ten palec Boży albo co. Że wiecie, ona nic nie mówi i nie robi, bo oni tez czują magię chwili, a wtedy po co kultura.

A te miecze długie i twarde całkiem niezłe XD

P.S. Widziałyście, że dwa linki ałtoreczki, które podajecie, już nie działają?:D

Psychobela pisze...

Ten tffór ssie patosem. Nie cierpię takich, choć ostatecznie lepsze to niż "Elementy komiczne". Czytając właśnie takie wypociny czuje się, że analizatornie są potrzebne i rozwiewają wszelkie wątpliwości. Analiza borska w każdym razie. O więcej zdecydowanie nie proszę, ale dziękuję i standardowo życzę nerwów i wytrwałości.<3

Anonimowy pisze...

Co tu dużo gadać - wycisnęłyście z opka najlepsze smaczki.

jasza z wyskrobanym spod siodła tatarem ze smoczątka.

Anonimowy pisze...

Ubawiłam się niezmiernie - jak to dobrze poczytać Wasze (i SUS-owe) analizy, celne, dowcipne i z klasą. Te dwa blogi zawsze odwiedzam ze spokojem i świadomością, że dostanę tylko najlepsze dania.
Ale że to dania ze smoka zza siodła będą, tom w najśmielszych snach nie przewidziała! ;)
Dziękuję za przekomiczną Elfkę Zwaną Chamką Vel Niedomyjem oraz Smoki, Co Się Za Siodło Upycha. A ostatnie dwa błogosławieństwa przyjmuję jako zapowiedź udanego weekendu xD

Pozdrawiam Was mocno, Pogromczynie AŁtoreczkowych Bredni.

Ome

kura z biura pisze...

No dobra. Ómarłyście mnie na sam początek tytułem, aż się boję zajrzeć dalej...

>Elya wolała nie myśleć o tym co się stanie gdy się obudzi.

Eee... trzeba je będzie nakarmić?
Powiało grozą, nie ma co.

@Nie tylko grozą. Założę się, że pielucha już ciężka.

>Miała niewielki dekolt, w kształcie odwróconego serca.
@Nie żebym się czepiała, ale odwrócone serce ma kształt dupy...

>Ona sama lśniła bielą i czystością, że Elyi zrobiło się nieswojo.

Jak wspominałam, był to przeraźliwie praktyczny strój na polowanie.
@Się nie znacie. Na pewno jechali zapolować na białe niedźwiedzie!

>Słyszała szczęk mieczy, ocierających się o ciebie i świst strzał.
@A od czasu do czasu cos im gdzieś uwięzło... Po rękojeść.

Przepraszam, końcowe błogosławieństwo mnie ómarło do reszty... Odpełzam w kącik!

Anonimowy pisze...

>Miała niewielki dekolt, w kształcie odwróconego serca.
@Nie żebym się czepiała, ale odwrócone serce ma kształt dupy...

Kuro, to nie było ładne... tak ómrzeć mnie znienacka?

jasza

Szprota pisze...

Kura niszczy, zawsze to powtarzam.

Pigmejka pisze...

Muihihihihi, cieszę się, że analiza nam się udała i że jesteście kontenci. ^^
Kuro, miażdżysz! :D Za każdym razem, jak czytam Twoje komcie, mam ochotę dodać je do analizy z wielką czerwoną adnotacją: "Tak rzekła Genialna Kura". :D

PS. Hasło weryfikacyjne: "shemu". Tak, ONA MU dziecko podrzuciła. Ale CZEMU, to nawet ja nie wiem. :P

kura z biura pisze...

E tam, zaraz niszczę. Niszczą, to te elfy błotne.

Hasło: retted. To musi coś znaczyć.

SStefania pisze...

Właściwie nie mam już nic do powiedzenia, ale wiem, że miło otrzymywać komenciki, więc napiszę tylko, że analiza świetna, dziękuję za rozbawienie mnie, i tak dalej, i tak dalej.

Pigmejka pisze...

@SStefania: A tak, każdy komencik jest mile widziany. Dzięki. ^^
@NeKOmanta - będzie jeszcze trzecia część tego cÓda. ;)

kodama pisze...

Warto było czekać - Dziewczyny jesteście doskie! A teraz marudzenie: co tak długo? ;3 Wiecie, ile razy zaglądałam tu nim się doczekałam? :D
hasło: amsperag - to jakieś poranne szparagi chyba ;D

Szprota pisze...

Stawiam komciuszka jak rasowy troll, ale mam takie piękne hasło: dessined.

Czuję się rozgrzeszona!

atha pisze...

Wszystko było cudowne, ale przy galopowaniu przez last i "Tylko koni żal" odpadłam :D Śliiiiczne!

Pigmejka pisze...

Szpro, hasło zaiste piękne! :D

Kodama - mam dobre usprawiedliwienie naszego opóźnienia. Przyczyną było... zgadnij co? :D Wtorkowy egzamin na MSU u nas, na kulturo! XD Za analizę wzięłyśmy się dopiero w środę, no i tak wyszło... :P

Anonimowy pisze...

http://rillasnape-hogwart.bloog.pl/ koszmar z adresem internetowym.

Anonimowy pisze...

Komć od wiernej i uchachanej czytelniczki zatem ^.^

Nadira

PS. Hasło: relysic. Really sick to ja jestem, jak czytam te aŁtoreczkowe pierdoły przed analizatorską obróbką :D

kura z biura pisze...

A swoją drogą, to piękne, jak bardzo mogą rozminąć się intencje autora z odbiorem czytelników. Przecież cała ta akcja z zostawieniem dziecka Dereckowi w zamyśle miała zapewne pokazywać dobroć elfki, która w ten sposób ukoiła ból rodziców po stracie własnego. Przypominają mi się tutaj długaśne dyskusje o Świętej Gabryjeli Poznańskiej z Dzielną Grzywką. ;)

Pigmejka pisze...

@Kura - To prawda. ;) Cóż, nie pierwszy raz Ałtorka nie dostrzegła, że bohaterka, która według niej zapewne ma być dzielną, dobrą istotą - tak naprawdę jest egoistycznym burakiem. :D To samo zresztą tyczy się tych wszystkich zbuntowanych, wrażliwych, nie zrozumianych przez świat oraz bezkompromisowych postaci, które w rzeczywistości są chamami bez krzty wychowania - vide Diana Lestrange. ^^

Anonimowy pisze...

Ech, aż oczy bolą, gdy czyta się takie opka z tych cudnych blogaskUF... Jak w ogóle można w ten sposób pisać? Rzeczywiście, to nie dziwne, że aŁtorka ma słabe oceny, jeżeli na lekcjach prezentuje taki sam styl pisania ;p.
A poza tym:
1) "Szponobójca"... Ee? Aleosochodzi? xD Na prawdę nie można było inaczej tego smoka nazwać?
2) "Nie pukała, była wysoko urodzoną elfką."
Nie no, jasne. Przecież powszechnie wiadomo, że wysoko urodzeni w dupie mają zasady dobrego wychowania.
Ale ja takiego chamstwa nie zniese ;P.

Pozdrawiam.

Anonimowy pisze...

Analiza generalnie spot on, ale nie moge w dwoch punktach nie wspawic sie za Altorka.

Suknia na polowanie jest jak najbardziej na miejscu, tutaj pierwszy z brzegu obraz z XVIII wieku http://www.easyart.com/canvas-prints/Pierre-Gobert/Marie-Adelaide-de-Savoie-in-Hunting-Dress-c.1704-304476.html

O zgrozo, nawet biala suknia na polowanie jest udokumentowana, tutaj zdjecie z poczatku XX wieku http://www.victorianweb.org/art/costume/1900/2.html

Brak wolnych elfickich raczek by trzymac wodze - coz, nie trzeba wodzy, by powozic konia. Wytrenowany kon moze reagowac na znak dany noga badz zmiane w ulozeniu ciala jezdzca.

Oczywiscie Altorka wciaz pozostaje Altorka, ale przynajmniej w dwoch punktach jej sie udalo...

Anonimowy pisze...

To było borskie! Okna z widokiem na sufit, fetorek i dekolt w kształcie dupy (głośny aplauz dla kury) mnie ómarły!
Pozdrawiam,
Miv

PS. Hasło: thcaura. Cokolwiek to znaczy.

sztefa001 pisze...

"*wyobraża sobie próbę galopu po lesie* I tylko koni, tylko koni żal..."
Ja po lesie galopowałam i było naprawdę fajnie. Trzeba tylko było uważać na gałęzie smagające po twarzy.