środa, 25 sierpnia 2010

Bajka o księżniczce brzęczącej na sianie i pewnym jeżu - cz. I

Witajcie!
Na początek ogłoszenie duszpasterskie:
Jak zapowiadałyśmy, powodowane troską o swe skołatane nerwy rezygnujemy z kontynuowania analizy o hogwarckich dominatoriach; jednocześnie z niekłamaną przyjemnością informujemy, że pozostała część blogaska zostanie rozdarta na strzępy przez sprzymierzonych Analizatorów z załogi Sierżant und Saper. Wszystkich Czytelników spragnionych nowej porcji niezwykle ciętych ripost panny Lestrange zapraszamy na adres http://www.sierzant-und-saper.blog.pl/ .
Wracając do spraw bieżących – w tym tygodniu wzięłyśmy na warsztat opko tak absurdalne, że przy czytaniu go mózg staje, a cycki opadają. Mamy tu królestwo elfów – komunistów, których podstawową formą aktywności jest rozrzucanie nawozu na polach oraz ujeżdżanie lwów i koni o jednej nóżce bardziej. Mamy księżniczkę, która ratuje cierpienie i jest jako ten cymbał (brzmiący), mamy dwór królewski, który zależnie od potrzeb staje się stajnią, drzewem bądź sercem lasu (z korytarzami)... Mamy też na końcu pewnego jeża. ;)
Dobrej zabawy!
Zanalizowały: Kalevatar i Pigmejka.
Blogasek dostępny tu: http://zycie-smoka.blog4u.pl/

Aleneya, to czarnowłosa, młoda elfka. Ma zielone, pełne wdzięku oczy.
Oczy wyjątkowo wdzięcznie pląsają po jej twarzy.
I kręcą piruety rzęsami.
Piękny głos i zgrabne ciało, tworzą z niej prawdziwą, rodowitą księżniczkę.
Rodowite księżniczki wszak jedna w drugą błyszczały urodą i olśniewały wdziękiem - wszystko dzięki wielu pokoleniom chowu wsobnego.
Ekhem, ja rozumiem, że pewne określone cechy służą przypisaniu np. psa do danej rasy, ale żeby jakość wydawanych dźwięków i ładna dupa robiły z kogoś RODOWITĄ księżniczkę? To byle piosenkareczka mogłaby nią być. A jakby się uprzeć, to nawet taki słowik też. Może nie ma ładnej dupy, ale jest cały ładny i fajnie śpiewa.
Jest bardzo delikatna, zawsze szczera i nigdy nie zdradza tajemnic jej powierzonej. Nie znosi cierpienia innych osób i stara je się w pewien sposób ratować,
„W pewien sposób”? Czyli jak, dobija je, by się nie męczyły?
E, ja to zrozumiałam tak, że ona ratuje cierpienie. Ale po co, to nie wiem.
czy dodać im wiary w siebie i chęć do życia.
Po spotkaniu z nią wszyscy cierpiący zaczynają śpiewać „Always look on the bright side of life” i pogwizdują.
Jest córką królowej, która rządzi w krainie błękitnej puszczy.
Skoro tak, dlaczego nie nosi tytułu królewny? Czyżby była owocem chwili zapomnienia królowej z jakimś przystojnym i chętnym księciem? ;)
Królowa, co się puszcza... Eee, mieszka w puszczy. ^^
Dzięki cudownemu głosowi, śpiewa tak, jak sama syrena.
Czyli ludzie zalepiają sobie uszy woskiem, byleby jej nie słyszeć?
Chyba że chodzi o syrenę alarmową.
Wszyscy z miłą chęcią słuchają jej śpiewy, nawet przy drzwiach do jej pokoju.
Dziewczyna ma więc bandę stalkerów pod drzwiami. Yeah.
„Śpiewa” to jakiś rodzaj służącej?
Zna prawie wszystkie języki, licząc te, którymi posługują się ludzie. Bardzo płynnie posługuję się elfickim,
Czyli językiem swojej rasy – zaiste, godne podziwu.
językiem krasnoludów, angielskim, polskim i włoskim.
Jako żywo, prawie wszystkie.
W innych się trochę zacina i jąka, ale inne elfy i tak jej zazdroszczą, że posiada tak wielką wiedzę.
Bowiem inne elfy nijakiego talentu do nauki nie mają i tylko słuchają ją z nabożnym podziwem, leniwie drapiąc się po zadkach.
Znajomość trzech języków (jej ojczystego nie liczę) pretenduje ją do miana elfiej intelektualistki?
To chyba nie elfy, to gobliny...
Poza tym pierwsze słyszę, by niedostateczna znajomość języka powodowała wadę wymowy.
Z wielką zręcznościa włada mieczem,
Tak, nie śmiem wątpić w to, że bohaterka wykazuje się wielkim talentem w każdej dostępnej dziedzinie. Inaczej musiałaby przecież posiadać jakieś wady, a to z miejsca skreślałoby ją jako lepsze alter ego Ałtorki.
który dostała jak była jeszcze dzieckiem.
Matka miała nadzieję, że bękarciątko pochlasta się w kołysce i problem rozwiąże się sam.
Dzieckiem w kolebce kto łeb urwał Hydrze...
Potrafi także używać magii.
A oprócz tego wybornie laskę robi, krawat wiąże i usuwa ciążę, stanowiąc idealny przykład Bohaterki z Wodotryskiem, znanej też jako Mary Sue.

Prolog

Błękitną puszczę spowijał jeszcze mrok. Elfy, jak zawszę, już wstały i poszły pielęgnować swoje rośliny, lub karmić swoje wierzchowce.
Całe dnie upływały im na pieleniu grządek, zdejmowaniu stonki z ziemniaków i rozsypywaniu na polach gnoju uprzednio wyniesionego ze stajni. Po całym dniu harówki, upaprane nawozem aż po spiczaste uszy elfy zgodnie uznawały, że w tym blogasku dopiero mają przesrane.
Cóż, według Ałtorki pielęgnacja roślin polega pewnie na nabożnym pochylaniu się nad nimi ze srebrną konewką, z której tryskają strumienie krystalicznej wody, migocząc perliście kropelkami na tle wschodzącego słońca.
Khem. A konie elfów przecież kup nie sadzą, no co Ty.
Jeździły na szlachetnych i pięknych koniach.
Rumaki miały rodowody i imiona dłuższe, niż oni sami.
Nazywały je Shafer.
A czemu nie po prostu „koń”? Po grzyba wymyślać cudaczną, niewymawialną i nic nie znaczącą nazwę?Bo „koń” jaki jest, każdy widzi. A tamte ich były iiiiiinneee...
Lepsiejsze.
Były najczęściej białe lub czarne, lecz na pewno bardzo wysokie (dosiadało się je z drabiny) i szybkie.
A zazwyczaj miały też po jednej nóżce bardziej – a już najbardziej na brzuchu.
A konie tych koni też były „bardziej”?
Cóż, domyślam się, że tego akurat żaden elf na sobie nie sprawdzał... ;)
Chyba że baardzo dyskretnie.
Jeździły też wielkich i białych lwach, o nazwie Etraeg.
Słowo „lew” najwyraźniej było nie dość zajebiste.
Elf na lwie (który zazwyczaj porusza się dość ospale) wygląda dość kuriozalnie, jednakowoż.
Były one szybkie, zwinne i bardzo ciche. Ciężko go było oswoić (Serio? No popatrz, a ja myślałam, że lew to tylko taki bardziej włochaty Mruczek!), lecz gdy to się udało, były wymarzonymi wierzchowcami.
Jeśli jeźdźcowi odpowiada to, że w biegu ciągnie nogami po ziemi, a jego wierzchowiec od czasu do czasu zatrzymuje się, by powąchać jakąś fajną trawkę albo zaznaczyć najbliższe drzewo, to czemu nie...
Lwy NIE są zwinne i szybkie. Nawet lwice potrafią rozwinąć dużą prędkość tylko na bardzo krótkim odcinku. Jeśli te takie są – pardon, nie są lwami.
No bo właśnie nie są lwami, tylko „Etraeg”. Absurdalnie proste. ^^
Był to wymierający gatunek, więc elfy chroniły je przed ludźmi czy krasnoludami. Bardzo je ceniły. Były łagodne, godne zaufania i zabawne.
No, jak to koty mają w zwyczaju. A jak komuś w zabawie urwały rączkę czy nóżkę, to już był ubaw po pachy.
Może TE elfy są jakoś spokrewnione z elfami Pratchetta? Tamtym by odpowiadały takie rozrywki.
Jeszcze nie znalazł się ktoś, kto by nie miał do nich zaufania.
Wieki spędzone na przerzucaniu nawozu ze stajni na pola ze szczętem wypleniły w elfach instynkt samozachowawczy.
Starożytni chrześcijanie właśnie mruknęli zza grobu zbiorowo: „Are you fucking kidding me?”
Były cenniejsze od koni.
Bo konia nie można po śmierci przerobić na futrzaka przedkominkowego...
Przy królewskim drzewie, dało się słyszeć szepty elfów. Ciężko było je dosłyszeć, lecz brzmiały one „Już niedługo czeka nas zagłada, jak się jej nie pozbędziemy”.
I wszystkie elfy powtarzały to jedno zdanie? Może to jakaś mantra?
Rzeczywiście, baaardzo ciężko było je dosłyszeć...
Czyż by te szepty były na temat Aleneyi?
Ty mnie się pytasz? O.O Aha, rozumiem. Pytanie retoryczne. „Czyżby” piszemy łącznie.Nie, szepty dotyczyły czyżyka.
Jeżeli tak, to królowa nie będzie zadowolona. Elfice siedziały w domach.
Pozawijane w dziesięć burek, tak na wszelki wypadek. Powszechnie uważano, że widok niewiasty rozbudza w elfie występne żądze i odwodzi od miłej bogom pracy przy nawozie.
Ich dzieci, choć bardzo małe, pomagały im w gotowaniu i sprzątaniu.
Czasem tylko zdarzał się przykry wypadek, gdy któreś wpadło do kadzi z wrzątkiem czy miażdżyło sobie palce w żarnach, ale były to dopuszczalne straty.
*Wyobraża sobie małe elfiątko niosące w wielkich, ciężkich wiadrach wodę ze studni, podczas gdy mama elfica usiłuje upiec chleb, nie usyfiając sobie burki mąką*
Były bardzo uczynne. Nie chodziły do szkoły, bo jej nie znały.
Nie no, racja, do przewalania gnoju nie trzeba mieć magistra! :>
Szkoła? A kto by krowy pasał, ja się pytam?!
Uczyły się same w domu, a czasem nawet po 10 godzin.
Tak same z siebie się uczyły? Miały grubaśne książki o takich tytułach jak „1001 technik płodozmianu” czy „Kompendium gnojowicy” i wkuwały?
To było ich ulubionym zajęciem. Prawię nie miały czasu na zabawę, ale i tak nie była im potrzebna.
W sumie... niektóre japońskie dzieci też tak podobno mają. :P
Nie chciały się bawić. Wolały poczytać książkę, nauczyć się czegoś nowego, albo pojeździć na Shaferach lub Etraegach.
A gdy przy okazji jakiś etraeg czy inna swołocz zeżarła nieostrożnego dzieciaka, to nawet można było zaoszczędzić na karmie - i dla swołoczy, i dla dzieciaka (już na stałe). Same plusy.
Khem, jakbym miała całymi dniami uprawiać ogródek i czyścić stajnie, a potem jeszcze przez 10 godzin wkuwać bógwico, to chyba też bym potem nie miała ochoty na zabawę...
Były bardzo szczęśliwe swoim życiem i nie narzekały na nie.
Nie zapomnij wspomnieć, Ałtorko, że podówczas nastoletnie elfice nie sprzedawały wdzięków za parę nogawic, a słodycze nie powodowały tycia. Chyba jeszcze nie do końca łapię, jak cudowny jest ten Twój wymyślony świat.
W wolnym czasie, uczyły się opiekować roślinami, posługiwać mieczem, strzelać z łuku albo nauczyć się jakiś ważnych rzeczy, np. szycie ubrań.
Aha – skoro w wolnym czasie uczyły się zawodu i innych niezbędnych umiejętności, czego w takim razie uczyły się przez te dziesięć godzin nauki? O.O
Może „Jakich odżywek używać i jak czesać włosy, by powiewały malowniczo na wietrze” albo „1001 porad: Jak być elfem i nie wyglądać jak ciota?”
Dzieci elfów było mało, bo związki były bardzo nietrwałe. Taki związek rozpadał się najczęściej po kilku dniach, a jak trwał dłużej, to oznacza wielką miłość.
A co, z przygodnego seksu – bo po to przecież związywali się na kilka dni - dzieci nigdy nie było? Ok, teraz łapię – to rzeczywiście jest cudowny świat.
Może aŁtorka wierzy w mit, że „przez pierwszych dziesięć razy (z tą samą osobą, hehe) w ciążę się nie zachodzi”? No, że niby plemniki samca muszą najpierw przywyknąć do środowiska w nowej samicy? Bo nieśmiałe są, czy coś...
Dorosłe elfy, przychodziły często w serce miast, by oglądać pojedynki na miecze, lub zajmowali sobie czas treningami strzelania z łuku na placu.
Ci, dla których na jedynym w mieście placu zabrakło miejsca, umilali sobie czas wciskając przecinki w przypadkowe miejsca w zdaniach.Pozostałe elfy zadowalały się jelitem miasta lub nerką pobliskiej wioski.
Wspomnę jeszcze, że kobiety elfów, były tak samo zręczne, jak i sami mężczyźni.
Fantastycznie, że o tym mówisz – normą jest przecież to, że kobiety mają dwie lewe ręce i nawet do przyszycia guzika potrzebują męskiej pomocy.I nawet jeździły równie sprawnie co mężczyźni? Niezwykłe, niezwykłe...
Przewyższali ich swą urodą i uczynnością.
Mężczyźni piękniejsi od kobiet? To musi być jakiś Yaoiland. ^^
...albo Niemcy.
Wszyscy byli świetnymi pisarzami lub poetami.
Układali sążniste eposy o pracy na roli, wielotomowe traktaty filozoficzne na temat tego, czy gnojowica jest źródłem czy formą istnienia, a w wolnych chwilach tworzyli frywolne fraszki o koniach.Wszyscy bez wyjątku? A malarstwo, rzeźbiarstwo, taniec, śpiew... to co? Już nie są takie TRU? :(
Swoją drogą, ciekawe, co robili, jak im się taki bojler popsuł. Bo nie wierzę, że hydraulikę też mieli obcykaną.
Wtedy układali treny na cześć gorących kąpieli i pisali horrory o moczeniu dupy w zimnej wodzie.
To pisma pochodzące z rodu elfów, znają wszyscy.
To elfy rodziły te pisma? Cóż... „poronione dzieło” nabiera w tym kontekście zupełnie nowego znaczenia.:D
Niekiedy odbywały się pojedynki magów, które elfy z wielką chęcią oglądały. I tak toczyły się dnie za dniem, aż kiedyś...
-Królowo! Królowo, gdzie jesteś!- Krzyczał zdyszany doradca królowej.
Z przyzwyczajenia drąc się na królewskim dworze tak samo, jak na zagonie kapusty.Skąd wiesz, może u nich to na jedno wychodzi.

-Ciszej Ewarnie. Znowu obudzisz mi córkę.- Upomniała go królowa.
-Przepraszam, najjaśniejsza pani, ale odkryłem straszną prawdę.- Zaczął niepewnie.
-Jaką?- Spytała królowa z zaniepokojeniem.
- Ta stonka... - Ewarnowi trudno było ubrać w słowa ogrom zdrady, jaka ich spotkała. - Tę stonkę zrzucili na nas krasnoludzcy imperialiści, wasza wysokość.

-Trzeba wygnać pańską córkę...-Przerwał, bo królowa przeszyła go lodowatym spojrzeniem
Też bym przeszyła lodowatym spojrzeniem, gdyby mi ktoś próbował imputować penisa.Królowa jest androgyniczna? :D
I może puszczać się na obie strony z równym powodzeniem.
-Chodzi o to, że księżniczka zrobiła coś, co może nas wszystkich zabić...
Wyszła z domu bez nikabu?

-Jak to...-Powiedziała z niedowierzaniem pani.
-Podobno, ona trzyma piekielne stworzenie, które może zniszczyć rasę elfów, a inni też słyszeli jej rozmowę z krasnoludem, a przypominać nie muszę, że za rozmowę z krasnoludami czy ludźmi, jesteśmy zgubieni?
Bo to kapitaliści, wasza wysokość, i zaplute karły reakcji.Khem, ale że tak zwyczajnie elf utnie sobie pogawędkę z jakimś krasnoludem i... PUFF!?
No – i jest zgubiony. To znaczy, że ktoś go tam zostawił i teraz nie wie, jak go znaleźć. Straszna klątwa...
To stworzenie, podobno dostarczyli jej ludzie, poprzez krasnoludów, a to znaczy, że weszła z nimi w jakiś układ.
Ha! Układy interesów, koalicje wiadomych sił... Znamy to, znamy.I trzyma to śmiercionośne zwierzątko... pod łóżkiem, jak mniemam, skoro mamcia się nie zorientowała?

-To nie może być prawda...- Królowej nogi odmówiły władzy, więc opadła na tron.
Nogi ściągnęły jej z głowy koronę i zabrały berło. Kronikarze zgodnie orzekli, że był to najdziwniejszy zamach stanu w długiej elfiej historii.Zapomniałaś wspomnieć o brutalnym zajęciu tronu przez królewską Dupę.

-Niestety, to jest cała prawda.-Zapewniał doradca, który wiedział, że jak wygna księżniczkę, królowa będzie łatwym celem do zabicia, a gdy ona polegnie, on obejmie władzę w królestwie.
Nie ma to jak wyjawienie szczwanej intrygi Tego Złego w jednym zdaniu. Znacznie zwiększa to dramatyzm akcji i w ogóle.A ta księżniczka to, khem, jakimś ochroniarzem mamusi jednocześnie była, czy jak?

-To co ja mogę zrobić?- Królowa nadal była w szoku.
Iście królewskie zachowanie, pragnę zauważyć.Cóż, uprawa kapusty nie nastręcza zazwyczaj zbytnich problemów egzystencjalnych, co się dziwisz.

-Proponuję tylko wygnanie i to wieczne...- Powiedział z szyderczym uśmiechem Ewarn, lecz królowa tego nie mogła zobaczyć, gdyż nadal była „nieprzytomna”.
Jak można być „nieprzytomnym”? Może po prostu była martwa?Albo MARTFA, jak Esme Weatherwax.

-Ech...Więc wygnać moją córkę i pożegnać ją ode mnie. Przekazać jej też ten list.- Powiedziała do straży królowa.
Aaale... jak to? To ona nawet nie upewniła się, że to prawda? Nie porozmawiała z córką? Nie zarządziła procesu? A list miała już zawczasu przygotowany, na wszelki wypadek, gdyby trzeba ją było wygnać?
Chyba miałam nosa z tym bękartem.
Kalevatar, ale PO CO? Przecież to by było LOGICZNE! A Ty czytasz OPKO! Mówi Ci to coś? ;>

Doradca, widząc zamykane drzwi, podszedł do królowej. Poczekał kilkanaście minut z tyłu tronu, (po co?) po czym wyciągnął miecz. Królowa wydała przerażający pisk (on ją dźgnął, czy nadepnął? o.O), który ucichł po chwili (i którego wszyscy bardzo starannie nie usłyszeli). A doradca powiedział:
-Krew została przelana, a nowe czasy nastaną!
Układał sobie to zdanie przez wiele bezsennych nocy; wciąż jednak nie słyszał w nim dostatecznego dramatyzmu, więc dla dopełnienia efektu...Po czym zaśmiał się, tak straszliwie, że nawet gołębie uciekły....
I dorzucił jeszcze gratisową kropkę do wielokropka, by spotęgować nastrój. Dopiero wtedy poczuł się spełniony.Ahem, ja tu widzę dwie możliwości: albo on ma tak donośny rechot, że się kilometrami niesie, albo królowa ma (iście królewskie) gołębie w Sali tronowej, które jej (iście po królewsku) obsrywały tron i posadzkę.
Sądząc po agrarnym charakterze tej cywilizacji, obstawiam tę drugą wersję.
Aleneya, tym razem dała się nabrać, lecz wy, nie popełnijcie już tego błędu...
Koparka, nabrawszy Aleneyę, terkocząc wesoło pojechała w dal. Uważajcie na koparki, Drodzy Czytelnicy.

1 rozdział

Aleneya siedziała w pokoju. Czytała księgę mitów o smokach.
Ale mitów w sensie „legend”, czy mitów w sensie „co tam ostatnio w Fakcie napisali”?

Bardzo lubiła tę lekturę. Czytała ją kilkanaście razy, lecz nigdy jej się nie znudziła. Miała właśnie kończyć, gdyż została jej ostatnia strona, lecz przeszkodziło jej pukanie do drzwi. Elfka się zdziwiła, bo matka nigdy zwykłym elfom nie pozwala się spotykać z księżniczką.
Zatem dedukcja prowadzi nas do wniosku, że u drzwi stoi elf ekstraordynaryjny.
Eee... to elfy wysokiego rodu wchodziły do jej pokoju bez pukania?
Swoją drogą, „wchodzenie bez pukania" to oksymoron, co nie? ^^
Pigmejko, zaaplikuj swoim skojarzeniom kubeł zimnej wody, dobrze? ^^”
Odłożyła więc książkę i z pełną gracją podeszła do drzwi.
Zadbała zwłaszcza o wdzięcznie pląsające oczy.
Pamiętała też o piruetach i dygnięciach. Inaczej rytuał otwarcia drzwi nie byłby się dopełnił.
Gdy je otworzyła, żołnierze wbiegli do pokoju, przewracając delikatną elfkę na ziemię.
Była tak drobna, że nie zauważyli jej i stratowali?Na scenę gwałtu na dziewicy przez żołdaków nie mam co liczyć, prawda? :(
Ona zaś jęknęła z bólu i podniosła się dysząc ciężko.
- Co was tu sprowadza, i dlaczego niszczycie mój pokój. Wiecie, że królowa nie będzie z tego zadowolona.- Powiedziała oszołomionym głosem, gdy zobaczyła jak para elfów demoluje jej pokój.
Co za swołocz oni tam wpuścili? Choć chyba i tak starali się zrobić dobre wrażenie – w końcu zapukali. ^^
Odnoszę wrażenie, że Ałtorka naoglądała się za dużo amerykańskich filmów i jest przekonana, że każde aresztowanie musi przebiegać maksymalnie gwałtownie i przy akompaniamencie wrzasków „Gleba, kurrrwa!!!”.

Strażnicy spojrzeli po sobie, poczym chwycili elfkę za ręce, popychając ją. Nie wyjaśniając o co chodzi, wyszli po za siedzibę królewską i tam wypchali na ziemię.
Czyli... przewrócili, tak?Ja bym jednak prosiła, by mi ktoś wyjaśnił, o co chodzi.
Aleneya spadła z głuchym odgłosem.
Była wszak jako ten cymbał... brzmiący.
Co ona, jakieś skarby po drodze do kieszeni zajumała, że aż głuche odgłosy wydaje przy upadku?
Wszyscy mieszczanie zaczęli coś do siebie mówić,
Jak na komendę. Zbiorowa świadomość zobowiązuje.Za to wieśniacy i szlachta milczeli jak zaklęci.
poczym podeszli do klęczącej już elfki. Małe dzieci, zaczęły ją sypać piaskiem a starsi bić, kopać lub wyzywać.
Taa. I tyle na temat społeczeństwa pięknych, światłych, dobrych i uczynnych elfów, gdzie nawet dzieci są tak zajebiście idealne, że wolą uczyć się niż bawić.
Jednak większość i tak się śmiała. Trwało to dobre pięć minut, a trwało by dłużej, gdyby ktoś nie podbiegł do tłumu i nie po odganiał mieszkańców miasta.
A wściekły motłoch grzecznie posłuchał i odmotłoszył się, tak?
Jeśli odganiał za pomocą TEGO, to czemu nie?
Aleneya leżała już na ziemi i ciężko oddychała. Owy (ów!!!) elf klęk (a potem stęk! I pęk!) przy niej, po czym począł wymawiać niezrozumiałe słowa.
Instrukcję obsługi cepa po rumuńsku?
Dziewczyna, po chwili otworzyła oczy i spytała:
- Czemu...czemu... Co się stało...- Spytała.
- Księżniczko, musisz uciekać. Doradca królowej szykuje coś strasznego. Namówił twą matkę, by cię wygnała.- Odpowiedział jej smutnym głosem.
Skoro dziewczę zostało wygnane, to chyba nie ma przed czym uciekać, prawda? W końcu nie wyjęli jej spod prawa i nie nałożyli nagrody na jej głowę czy coś.
Zawsze może być to wygnanie z późniejszym dobiciem. Tak dla pewności.

Elfka złapała się ręką za czoło, po czym poczęła się rozglądać na wszystkie strony. Znalazła list. Powoli go podniosła i otworzyła. Jego treść była nastepująca:
Aleneyo, kocham cię, jak nikogo dotąd.
Musisz jednak sama zadbać teraz o siebię.
Wiedz, że tego nie chcę, ale muszę się z tobą pożegnać.
Te wszystkie nauki, powinny ci się przydać.
Kochająca matka

Doskonale pozbawione konkretów. Mówiłam, że miała to zawczasu przygotowane i tylko czekała na okazję. ^^

-Aleneyo, nie ma czasu, wstawaj!- Podniósł ją i pobiegł do swojej stajni- To mój najwierniejszy koń. Nazywa się Srebrna Gwiazda i jest szybki jak błyskawica. Wsiadaj na niego i uciekaj!
-Dziękuje bardzo... Tylko nie mogę teraz uciec. Muszę znaleźć swój miecz. Został w moim pokoju.
Tia, i co jeszcze? Może pamiętniczek i waniliowy błyszczyk? Oni Cię WYRZUCILI, jakbyś nie zauważyła. Ta sytuacja zazwyczaj nie zawiera opcji „mogę wrócić i uciec im, kiedy zechcę”.
W opkach zawiera, niestety.

- Nie ma czasu! Dam ci swój!- Niecierpliwił się coraz bardziej tajemniczy elf.
-Nie czyń tego. Mógłbyś mi dać wszystkie miecze które istnieją, lecz ja i tak muszę mieć swój. On jest wyjątkowy...
Ma głowicę z kości słoniowej na kształt Helo Kitty rzezaną.
- Już chciała popędzić konia.
- Poczekaj!- Przeszkodził jej elf- Niech chociaż zapadnie noc.
A może byś się tak, chłopie, zdecydował?

Elfka spojrzała na niego ze zdziwieniem, lecz go posłuchała. Zsiadła z konia i usiadła na stogu siana.
Przypominam, że znajdują się przed „siedzibą królewską”. Mam z tego wnioskować, że siedziba była stodołą?Na dodatek jakiś czas temu otaczali ich mieszczanie. Khem, a może siedziba królewska jest jakoś połączona ze stajniami? W razie jakby królowa zatęskniła za koniem... To znaczy, za jazdą konną.
Co ja mówiłam o skojarzeniach?Oj tam oj tam... ^^

-Może panienka wejdzie do mnie?- Spytał z troskliwością elf.
-Nie trzeba... Poczekam tu.- Odpowiedziała ze smutkiem elfka.
Wyraźnie czuła się tu jak w domu.
Ten swojski aromat łajna i światło słońca odbijające się w skrzydełkach much końskich...

Położyła się na sianie i zaczęła rozmyślać. Rozmyślała bardzo długo, do czasu, gdy zerknęła w okno.
Okno. W stogu siana.
*ultimate facepalm of doom*
Okno, które na dodatek automatycznie hamuje procesy myślowe.
Zapadał zmrok. Wstała więc. Odwiązała konia, osiodłała go i poczęła wyjeżdżać ze stajni.
Trzy dni później...Poczęła?! Ale że tak... z tym koniem?!
Niespokojna obserwowała czujnie okolice. Na szczęście nikogo nie było, kto by mógł jej zagrozić.
To normalne, że po zmierzchu ulice stolicy wyludniają (wyelfiają?) się zupełnie.
Przemknęła się więc po cichu na tyły miasta, tam, gdzie stał jej były dom.
Pałac królewski dla niepoznaki upchnięto w ciasnym zaułku pomiędzy garbarnią a farbiarnią.Przemknęła po cichu. Jadąc konno. Rozumiem zatem, że ulice stolicy bruku nie zaznały, a li i tylko błotem były pokryte? Hehe, jakie to... bliskie natury. :D
Konia pozostawiła przy oknie na korytarzu, blisko serca lasu.
Ona z tym koniem do środka wlazła? No i skąd tam nagle serce lasu?*miota się przez chwilę zagubiona pomiędzy pałacem, miastem z mieszczanami, sianem a lasem, po czym zrezygnowana staje gdzieś pośrodku i czeka, aż to nabierze sensu*
Wspięła się na drzewo.
Chyba bonsai.
Czemu nie ogarniam, co się tu, u licha, dzieje? T.T
Dobrze rozumiem? Bohaterka jest na drzewie, które jest blisko serca lasu, który ma korytarze i który z kolei znajduje się na tyłach jakiegoś miasta, w którym wszędzie leży siano, tak? Pominęłam coś?
Gdy księżyc się pokazał, wskoczyła przez otwarte okno do pomieszczenia.
Aaa... To ona się włamuje do tego domu, tak?Okno w drzewie? To się dziupla nazywa. Może ona jest dzięciołem?
Podniosła się z kucek, i szła skradając się. Doszła do swojego pokoju. Z kieszeni wyciągnęła igłę, i zaczęła szperać w zamku. Kluczy nie miała, bo straże jej zabrały. „Szczęk!” odezwał się zamek.
„Trollface”, odezwał się przyczajony w mroku strażnik.
„Dżisaskurwajapierdolę, gadające zamki!”, odezwała się kulturalnie Pigmejka.
Poszerzyła wejście do pokoju.
Ej, ona musi akurat w tej chwili urządzać sobie remont pokoju? No, ninja to ona nie będzie...
Oj tam, dla dzięcioła wykucie większej dziupli to kwestia chwili przecież.
Lecz drzwi, w tej nieodpowiedniej chwili, musiały się wytrzeszczyć.
Wizjerem się wytrzeszczyły. Ze zgrozy.
„Akurat nie miały innego momentu...” Pomyślała elfka. Miała już wchodzić do pokoju... „Brzdęk...Brzdęk” Odezwała się podłoga.
A klamka wyglądała zupełnie jak łuk tryumfalny, dlatego bohaterka spędziła dobrą chwilę uśmiechając się do niej.
Zawsze uważała, że matka stanowczo przesadza zabraniając jej wciągać stuff nieznanego pochodzenia.
„Skrzypu skrzyp”, zawtórowały jej poszczególne klepki. „Kłap kłap” – szuflady nie chciały być gorsze.
Tak to pokój witał dawno nie widzianą panią.
Aleneya zamarła w bezruchu. Po chwili ujrzała ciemną postać. Zlękła się, bo widać było połyskiwanie zbroi w świetle księżyca.
„Błysk, błysk”, odezwała się zbroja.

-Oby mnie nie zauważył... Proszę...- Wyszeptała elfka.
Racja, lepiej, żeby usłyszał. =.=

Tajemnicza postać, poczęła podchodzić coraz bliżej.
Zawsze, gdy ałtoreczki piszą o kimś, kto „zaczyna podchodzić”, staje mi przed oczami postać Lancelota szturmującego Zamek na bagnach.Zaczęła podchodzić, ale nie podeszła, bo drogę zastąpiła jej szafa, robiąca „łup łup” drzwiczkami.
Dziewczynie coraz szybciej biło serce. To było z lęku.
Raczej z przedawkowania.
Nagle, jakaś sowa na parapecie źle postawiła nogę, a ten wydawał odgłos szczękania.
Szczękający parapet... BoCHaterko, na odwyk biegiem marsz!Przepraszam, jest tam coś, co nie SZCZĘKA? A może to po prostu zagubiona sztuczna szczęka dziadka taki hałas robiła?
Strażnik począł się cofać na schody. Elfka odetchnęła z ulgą. Weszła do pokoju i... Nie mogła własnym oczom uwierzyć. Jej pokuj stał się jakimś śmietnikiem!
No, i nawet miał w nazwie żenujący błąd ortograficzny!
Był kompletnie zdemolowany. Przerażona podeszła do łóżka i klęknęła. Sięgnęła po coś pod mebel. Wyciągał miecz i coś jeszcze.
Pewnie bałagan.
Kto wyciągał ten miecz? Mebel? O.o
Było owinięte kawałkiem materiału. Wzięła te rzeczy w ręce i miała już wychodzić, gdy ujrzała przy drzwiach czterech żołnierzy. Bez chwili wahania straże rzucili się na nią. Ona z zadziwiającą szybkością i zręcznością, wyciągnęła miecz i przeszyła swą pierwszą ofiarę. Reszta przerażonym wzrokiem spoglądała to na twarz elfki a to na swego martwego towarzysza.
Taa. Zawodowcy, bez dwóch zdań.
Zaraz jednak z wielką furią zaatakowali wszyscy naraz. Aleneya, jakoś uskakiwała przed śmiercionośnymi cięciami. Broniła się dzielnie. Ledwo dotarła do okna, to już przybiegł nowy król
To i koronację zdążyli prze te kilka godzin odfajkować? Zaiste, nie próżnują te elfy.
i więcej straży. Elfka widząc to, zamachnęła się mieczem jak najmocniej i najdalej.
I co zamierzała w ten sposób osiągnąć poza możliwością nadwyrężenia sobie ręki?
Może miała nadzieję uciąć nim za jednym razem trzy łby tatarskie?
Po tym wyskoczyła jak najszybciej przez okno, na drzewo, a z drzewa na Srebrną Gwiazdę. Koń, przerażony tym zdarzeniem, stanął na tylnych nogach, poczym popędził w głąb Błękitnej puszczy. Straże nie kontynuowały pościgu, gdyż wiedziały, że puszcza to niebezpieczne miejsce.
Nie to, żeby ta puszcza była ich terytorium, zatem powinna być im dość dobrze znana – a oni byli wyszkolonymi wojownikami z bronią. Niiiiieeee...
Aleneya, zdyszana, wyciągneła tajemniczy przedmiot przed siebie i odwinęła go. Wyglądał jak gładki kamień. Lecz sądząc, jak elfka chciała go mieć z powrotem, to nie mógł być zwykły kamień...
Ale czemu chciała go mieć z powrotem, skoro już go ma?
I dlatego ten kamień miałby cokolwiek sądzić?

2 rozdział

Aleneya pędziła między drzewami do serca puszczy.
Co sto metrów mijała schludną tabliczkę z napisem „Serce puszczy – 1500 m”.Po drodze mijając przełyk i płuca puszczy.
Obserwowała czujnie kamień, jakby miał zamienić się w wielkiego potwora.
Sądząc po tym, co zażyła, jest to całkiem prawdopodobne.
Wpatrywała się w niego uważnie, jakby cały świat przestał istnieć, tylko nie ten kamień.
Pierwsza zwieszająca się niżej nad drogą gałąź sprowadziła ją znów na ziemię. Dosłownie.
Nagle coś zaszeleściło w krzaku.
Ani chybi jeż.A potem krzak oznajmił dla niepoznaki: „Szelestu, szelestu”.
Elfka słysząc to, kamień schowała do torby i ponagliła konia. Rozglądała się na wszystkie strony. W jej oczach widać było strach i zaniepokojenie.
Taki jeż to nie przelewki. Zwinie się w kulkę i co wtedy? Po brzuszku nie poczochrasz.
Przepraszam, chyba udzieliła mi się faza boCHaterki.
Tak, bo szeleszczące krzaki W LESIE to coś zaiste niespotykanego. Na pewno pod każdym z nich czai się smok.
Już miała się powoli uspokajać, lecz w krzakach ponownie zaszeleściło.
Jeż!Bambi?
Elfka niemal że natychmiast odwróciła głowę w stronę dźwięku. Coś, co w nich było, wpatrywało się w Aleneye swymi czerwonymi, złowrogimi oczami.
No jeż jak byk, mówiłam!
Taki?

Łiiiii!!! Zrobiłaś mi jeża jak byka!!! *loffcia Pigmejkę bardzo*
Owy stwór szukał wyraźnie czegoś. Jego wzrok padł na torbę, z której wystawał czarny kamień. Elfka od razu zrozumiała o co mu chodzi.
O jabłuszko.
Smagnęła konia batem i popędziła w gęste zarośla. Stwór z czerwonymi oczami wylazł ze swej kryjówki.

... Na tym dziś kończymy - zaś co za stwór zaczaił się na bohaterkę pod krzaczkiem, dowiecie się za tydzień, Drodzy Czytelnicy!

czwartek, 19 sierpnia 2010

Dominatorium hogwarckie II - syczące samowary atakują!

-->
Witajcie!
W tym tygodniu czeka Was dalszy ciąg przygód panny Lestrange. Mrok staje się coraz mroczniejszy, cięte riposty głównej bohaterki (która nie może pozbyć się nawyków z rodzinnej stodoły) są PRAWIE tak cięte, że można nimi kosić trawnik, na muchach przeprowadzane są okrutne eksperymenty, a bohaterowie to samowary bez przednich zębów, rozmawiające z miotłami. Poza tym odbędzie też bal (jakżeby inaczej!), który będzie okazją do poznania nowych trendów w modzie, obejmujących zastosowanie w krawiectwie... gleby; spotkamy Lucjusza Ferdynanda Malfoya Kiepskiego oraz dowiemy się, co Edward Cullen ma wspólnego z motylem.
PS. Co prawda z opóźnieniem (analizatorki miały nagły atak sklerozy, za jaki przepraszają), ale za to równie gorąco dziękujemy neszeni za podsunięcie nam tego blogaska!

Zanalizowały: Kalevatar i Pigmejka.

W zamku było cicho. Dzięki Merlinowi nikt nas nie przyłapał.
Czcigodny praczarodziej wybornie sprawdzał się w roli czujki.

Gdy znalazłyśmy się w Pokoju Wspólnym ktoś na nas czekał. Był to Dracon stał tyłem do mnie, ale poznałam go po platynowych włosach.
Nikt inny nie zginał się tak charakterystycznie pod ciężarem własnej fryzury.

- Malfoy?
- Gdzie byłaś? – Zapytał.
- Nie powinno cię to obchodzić – syknęłam. – Idę spać dobranoc.
Stanęłam przed drzwiami gabinetu profesor Dolores Jane Umbridge.
Przeżegnałam się i zapukałam do drzwi.Bohaterka jest dzielna i mhhrochna, ale jak trwoga, to i ona do Boga? ^^

Usłyszałam piskliwe '' proszę '', więc wparowałam do środka trzaskając drzwiami.
Przeżegnanie się dało jej +10 do Siły i -5 do Zręczności.

Zamawiam terapię! Mam uraz do końca życia. Wiedziałam można lubić róż, ale bez przesady.
Wszystko w tym gabinecie było R Ó Ż O W E.
Jednym słowem
okropność przez duże " O "
Na dodatek O generujące tak silną (różową) aurę, że aż wybiło sobie dodatkowe spacje po obu stronach.
"Okropność przez duże O" to cztery słowa, pragnę zauważyć.

A wśród sterty różowych książek i pergaminów leżących na biurku siedziała Umbridge.
- Dzień dobry - powiedziałam z chytrym uśmieszkiem.
- 2 minuty spóźnienia - oznajmiła patrząc na o zgrozo różowy zegarek.
- Przepraszam, tak mi przykro- zaszlochałam. - Wybaczy mi pani?
- Zaraz ci nie będzie do śmiechu Lestrange.
- Mi już nie jest do śmiechu, jak widzę ten gabinet. Normalnie bezguście!
Za to TWOJE zachowanie świadczy o elegancji i dobrym wychowaniu...

- Koniec tego dobrego. Siadaj pergamin jest przed tobą i pisz słowa: Nie będę złośliwa dla nauczycieli
- Ile razy?- Zapytałam.
- Aż dobrze wsiąknie – widząc, że wyciągam swoje pióro uśmiechnęła się mówiąc. – a Ale nie swoim piórem ja mam specjalne.
I podała mi różowe pióro!
- A musze różowym?
Co ona chce robić musze tym piórem? O.o
Słyszałam, że trzmielom wtykano kiedyś dla zabawy słomki w odwłok i one wtedy tak śmiesznie z tymi słomkami latały. Może ta chce zrobić to samo, tylko że muszce i piórem?

Jeszcze zarażę jakaś chorobą wściekłych żab i będzie - posłałam Umbridge szydercze spojrzenieJa zaś od tych porażających ripost zaraz dostanę groźnej choroby: kurwicy.
Ciekawe, jak długo boCHaterka rozmyśla nad tymi nad wyraz zjadliwymi docinkami. Obstawiam, że cale noce.

- Musisz i zabierz się za pisanie, bo do jutra nie skończysz
- Będę Litościwa i zacznę pisać - było to chyba moje ostatnie dzisiejsze szydercze spojrzenie.
Wyrobiła limit – jeszcze chwila, a będzie musiała skorzystać ze spojrzeń przygotowanych na jutro.

Gdyż jak napisałam słowa:
Nie będę złośliwa dla nauczycieli .
Gdzie tę spację przed kropką sadzisz, niemoto?! :/

Gdy napisałam tym piórem okropnie zaczęła mnie piec ręka. Popatrzyłam na dłoń. Było na niej napisane krwią:
Nie będę złośliwa dla nauczycieli.
Więc o to tej idiotce chodziło. Muszę przyznać cholernie bolało.
Około godziny pierwszej odezwała się Umbridge.
- Możesz już iść. Chyba taka nauczka ci wystarczy.
- Jasne – rzuciłam piórem. Wychodząc nie omieszkałam trzasnąć drzwiami.
Przyzwyczajeń z rodzinnej stodoły niełatwo się pozbyć.

Zła na cały świat zmierzałam w kierunku Pokoju Wspólnego. Nagle wpadłam na coś lub na kogoś.
Odróżnienie człowieka od np. posągu przerasta jej zdolności poznawcze?

Gdy podniosłam lazurowe tęczówki
Źrenice niestety pozostały w dole, w związku z czym jej gałki oczne pękły i rozlały się po policzkach. ;>

Gdy podniosłam lazurowe tęczówki na postać okazało się, że to mój kuzyn.
- Co ty wyrabiasz? Mało, co nie umarłem ze strachu - powiedział speszony Dracon- Aż mi się jaja, których i tak nie mam, skurczyły z przerażenia!

- Mogę zadać ci to samo pytanie. Lecz będę dobra i odpowiem na twoje.
Znaj pańską łaskę, kmiocie.

Otóż wracam ze szlabanu u Landrynki.
Azaliż gdyż albowiemż, zapomniałaś dodać – bez odpowiednio wyszukanych słów nie zrobisz wrażenia urażonej posępności!

Teraz stanę się dociekliwa. Co ty wyrabiasz o tak późnej porze na korytarzu? Nie próbuj kłamać- zakończyłam monolog syknięciem.
Czemu bohaterowie tego opka ciągle syczą? To chodzące samowary, czy co?
Może jakaś epidemia wypadających przednich zębów, dlatego ciągle seplenią i syczą?

- Ja no.. Mam zadanie od Czarnego Pana - powiedział jąkając się.
- A jakie? - Jak zwykle dociekliwie zapytałam.
- Nie mogę ci powiedzieć.
- Okej to ja spadam. Nie chcę zarobić kolejnego szlabanu, ale pamiętaj kuzynie i tak się dowiem. – Zaśmiałam się cicho kierując się do dominatorium.
Ale najpierw przebrałam się w czerwony lateksowy kostium i zabrałam mój pejczyk.

***
Następnego ranka obudził mnie krzyk Cami.
- Wstawaj Diana dziś jest wypad do Hogsmeade musimy kupić sobie sukienki na bal - powiedziała Camille.
- Eee.. Co jaki bal ? – Zapytałam zaspana.
- Przecież pojutrze ma się odbyć Bal Halloweenowy - powiedziała lekko zirytowana Cami.
Bo czymże byłoby potterowe opko bez balu, ach, czymże?

- Okej już wstaję.
Po zjedzeniu śniadanie wyszłyśmy z Seleną i Cami na błonia. Flich (Czy po „dominatorium” jest jeszcze sens zwracać uwagę, że ałtorka przekręca nazwy własne?) sprawdzał każdego po kolei po około pięć razy czy jest na liście.
W zasadzie wszystko mi wolno – pomyślałam
Śmiały pomysł – zważywszy, że oparty na absolutnie niczym.
Ja nie nazwałabym tego myśleniem, ale to tylko ja...

i gdy nadeszła moja kolej rozpętało się mini piekło.
- Flich jestem na liście. Widzisz!? - Krzyknęłam do niego.
- Musze sprawdzić - powiedział zaczytany w listę.
- Nie dość, że ma słaby wzrok to jeszcze i słuch – syknęłam mierząc go morderczym spojrzeniem.
Hm... jak tak jej słucham, to tak sobie myślę... może ten syk to dźwięk gotujących się resztek mózgu?
Albo ostatni dech konającego mózgojada.

- Idź, że już ty. Taka jak matka nie wytrzymam następnych. Lestrang'ów i Black’ów w tej szkole - powiedział bardziej do siebie niżeli zgromadzonych.
Drodzy Czytelnicy, obserwujemy w tym zdaniu ciekawe zjawisko: przecinki pouciekały ze swych miejsc i przekwalifikowały się na Apostrofy z Dupy Wzięte.

Na mojej twarzy ukazał się wyraz triumfu.
W myślach złościłam się na siebie. Cholera, po co się zgodziłam iść z Zabini’m na ten cholerny bal.
Gdyż jakbym nie miała pary to mogłabym zostać w dominatorium.
Zaiste.
Przez głupi bal zarobek z całego dnia jej przepadnie!

Najpierw poszłyśmy do małego eleganckiego sklepu. Było tam
Wiele ślicznych sukienek, lecz żadna z nas nie znalazła odpowiedniej.
Było tam również cymbalistów wielu,
Ale żaden z nich nie śmiał zagrać przy Jankielu.

Więc poszłyśmy do następnych.
W piątym sklepie znalazłyśmy wreszcie sukienki dla siebie
W pozostałych sklepach zdążyłyśmy już nakupować ubrań dla połowy szkoły.

Cami wybrała brązową do kolan na ramiączkach,Kolana na ramiączkach wyglądały z pewnością gustownie.

, Selena czarną w ziemno zielone wzory
Sukienka zdobiona glebą – najnowszy trend w modzie!
Zielonkawa ziemia sugeruje domieszkę glinki, względnie obornik. Sam gust!

do kostek dekolt był w kształcie litery V. Ja po wielu poszukiwaniach czarną mini wiązaną na szyi.
Po kupieniu sukienek postanowiłyśmy odwiedzić Trzy Miotły.
- Z kim idziecie na bal? - Zapytałam.
A Trzy Miotły odpowiedziały?

- Ja z Draconem - Selena posłała mi spojrzenie typu: bez komentarza.
- Ja z Seamusem - oznjamiła Cami.
- A ty? - Zapytały chórem.
- Z Zabinim - powiedziałam krzywiąc się lekko.
- Tu już prawie 16 wracajmy – oznajmiła po chwili Camille.
No, to się zasiedziały w tej knajpce!

W Hogsmeade uczniowie mogli być do 16.00.
Potem spuszczano psy.

Biegłyśmy ile sił w nogach, gdy znalazłyśmy się w Zamku było już piętnaście po 16.
Już prawie udało nam się dojść do Wielkiej Sali, ale prawie robi wielką różnicę.
Lecz przed nami stanął niczym duch Snape.
Splunął ektoplazmą i zabrzęczał łańcuchami.

- Czy czas już was nie obowiązuje? - zapytał jadowicie.
- Hmm. Chyba nie... - Zaczęłam, ale przerwała mi Selena
- Proszę ostatni raz daruj nam szlaban - powiedziała stanowczo i zarazem błagalnie Selena
- Niech wam będzie – oznajmił.
Snape’a też wykastrowali... T.T
I odmóżdżyli.=.=

* * *
W dzień Balu wstałam o godzinie 9.00.
Ubrałam się w czarne rurki i jakąś przydużą białą bluzkę.(...)
Zima się zbliżała. Smutna szara pora roku lubiłam ją, gdyż jak popatrzyłam w to smutne, płaczące niebo widziałam odzwierciedlenie swojego humoru. Ale jak mogłam mieć dobry humor pomyślcie
sami. Moje życie jest bezsensu.
Jest kwintesencją bezsensu, w rzeczy samej. I bezguścia, skoro już przy tym jesteśmy.
Tak, jesteś biedna, uciśniona, życie jest wiecznym cierpieniem i nawet czarny eyeliner nie jest taki czarny jak kiedyś.

Ale nie bójcie się nie popełnię samobójstwa.
Tego się właśnie obawiamy.
Jakaś Ty dzielna...

Po pierwsze jestem córką śmierciożerców.
To nie jest wystarczający obciach?

Po drugie mam powalonego kuzyna!
Zaprawdę doskonały powód, by żyć.

Po trzecie nie wierzę w miłość. Jest tylko władza i potega (i skórzane pejczyki) - tak zostałam wychowana.
Po czwarte niedługo zostanę śmierciożercą.
Po piąte hmm... Nie ma piątego. Nawet nie jest tak źle. Mój humor znacznie się poprawił po tym wyliczaniu.
Nagle do pokoju wbiegła Selena:
- Diana chodź na śniadanie! - krzyknęła ni z gruchy ni z pietruchy.
To może z selera?Sądząc po kulturze dziewczątek, raczej z buraka.

- Co? Jak? Gdzie?- zaczęłam plątać słowa, gdyż Selena wyrwała mnie z zamyśleń.
-Co? Nic. Jak? Normalnie. Gdzie? Na śniadanie - powiedziała lekko zirytowana panna Snape.
- Jeny zamyślałam się. Dobra już idę.
Już mi przeszło.

Oczywiście na śniadaniu nie odbyło się bez sceny.
Albus nie daje uczniom jeść dopóki nie urządzą występów artystycznych?

Draco podszedł do Seleny i chciał ją pocałować na przywitanie. Ta jak zwykle swoje, dostał z liścia. Myślał sobie, że jak pójdzie z nią na bal to ona będzie za nim latać.
Jak on śmiał, bezczelny! Te świętokradcze usta powinny mu uschnąć za próbę dokonania tak haniebnego czynu, jak dotknięcie Mary Sue!
(To, że ON JĄ pocałuje ma być dowodem na to, że ONA za NIM lata? Hmm... O.o)
I Draco pozwolił tak przy całej szkole bezkarnie bić się po twarzy? :/ Ech... W sumie sama się sobie dziwię, że się dziwię.

Niedoczekanie.
Po śniadaniu postanowiłyśmy z Seleną i Cami wyjść na Blonia.
Bloń był z tego powodu bardzo zadowolony, bo nie miał innego wyjścia.

Gdy tak siedziałyśmy przy jeziorze podszedł do nas Draco.
Otworzył usta w celu powiedzenia czegoś, ale mu przerwałam.
- Diana zabiję cię już wiem o tym - powiedziałam ironicznie.
Ale że co?

- Skąd wiedziałaś? - Zapytał zdziwiony.
- Bo ty to zawsze mówisz już jestem do tego przyzwyczajona - oznajmiłam znudzonym głosem. -
- Ale jakoś nigdy mnie nie zabijasz - dodałam ironicznie lustrując jakby od niecchenia swoje paznokcie.
- A ty tego żałujesz? - Draco zdobył się na jedyną w życiu ripostę.

- Tak, więc Dracusiu, o czym to ty mówiłeś? A o tym, że mnie zabijesz - powaga.
- Diana.. - Nie dokończył, gdyż mu przerwałam.
- Zabiję cię. Już to wiem - odparłam znudzona.
Dobrze, możecie przejść wreszcie do punktu numer dwa?

Po chwili odezwała się Camille:
- Diano do balu zostało dwie godziny.
- Dwie godziny! Tylko dwie godziny o Merlinie zabiję się tylko dwie godziny! - Zaczęłam udawać jedną z tych głupich, plastikowych lal.
Obróciłam głowę o 180 stopni i wyjęłam ramię ze stawu.

- Teraz 1.50 - Zaśmiała się Selena.
Ehe, a czas poszedł się chędożyć. Z logiką. Będą potem z tego takie małe zegareczki. ;>

Jednak zdążyłyśmy się przygotować do balu. Ubrałam czarną sukienkę kupioną w Hogsmeade.
Oczy pomalowałam szarym cieniem do powiek. Rzęsy podkręciłam i pogrubiłam tuszem. Do ust użyłam waniliowego błyszczyka, Nagle rozległo się pukanie do drzwi.
Ou je, opis stroju i makijażu. :D Czuję się spełniona.

- Czego? - Warknęłam.
- Mogę wejść?- Był to głos Dracona.
- A po jakiego grzyba ciebie w dominatorium płci przeciwnej? A zapomniałam ty przecież JESTEŚ dziewczynką - zaśmiałam się drwiąco.
Też zaczynam w to wierzyć...
Ja też. A przynajmniej eunuchem.

- Teraz do Seleny mówię, więc się zamknij Diana - powiedział wyniośle Dracon.
- Jak będziesz mnie tak obrażał to źle skończysz. Powie ci to nawet nasza wróżka – Camille.
One mają zbiorową świadomość tak ubogą, że nie rozpoznają nawet, do której z nich się akurat mówi?

- Boję się ciebie - powiedział przez drzwi ironicznie Draco.
- I dobrze, bo zaraz twój uśmieszek zniknie z twojej na razie ładnej buźki, jak się tobą zajmę - nie dokończyłam,
Powiało grozą. Zatęchłą, zjełczałą i najwyraźniej marnej próby, ale grozą. Rozumiem, że Draco się przestraszył groźby naruszenia jego mordki?

- Diano dziś Halloween chodź raz mu odpuść - przerwała mi Selena.(...)
- Nie ma czasu musimy iść - wiedziałam, że za drzwiami stoi Draco.
No shit, Sherlock.

Dlatego z całej siły pchnęłam drzwi - Co się stało Dracusiu? - Zapytałam z miną niewiniątka.
- Diana .. - Nie dokończył.
- Zabiję cię już to wiem - powiedziałam ironicznie.
*zieeew*

- Chodźmy już na bal. Ty Selena idź do pani Pomfey z Malfoy'em by mu coś z tym nosem zrobiła - zarządziła Cami.(...)
Nagle w oddali ukazała się postać Zabini'ego.
To brzmi prawie tak, jakby jego postać ukazała się jako duch, pośrodku mokradeł, we mgle, dosiadając jednorożca.

- O tu jesteś Diana szukałem cię - Blaise popatrzył zdziwiony na Draco. - A temu, co? - Zapytał zdziwiony.
- Eee.. jak wychodziłam z pokoju nie zauważyłam go - zaczęłam się usprawiedliwiać. - (...) Chodźmy wreszcie na ten bal, bo, po co kupowałam tą sukienkę?
TĘ, do wulwy nędzy, TĘ sukienkę!
Właśnie, bo!
(Czym jest to „bo”? Może to jakiś wulgaryzm z języka mlasków?)

- A więc ominęliśmy przemowę Dumbledora - odetchnęłam z ulgą.
- Tak - powiedział Zabini z ulgą na twarzy. - Zatańczymy? - Uśmiechnął się szelmowsko.
- Jasne - uśmiechnęłam się.
Ach, wy figlarze... =.=’

Po kilku piosenkach podszedł do nas Draco - już z naprawionym nosem.
- Diano musimy pogadać - oznajmił.
- Po, co mam z tobą rozmawiać? - Zapytałam opryskliwie.
„Po” to pewnie ostrzejsza wersja „bo”. Nie ma to jak dobrze zamaskowane wszetecznice!

- Ważne - oznajmił krótko.
- Ale jak nie będzie ważne to obiecuję,, Draco zabiję cię " - syknęłam.
- Dobra. Jak chcesz – przytaknął.
W sumie jakoś trzeba skończyć tak żałosne życie, prawda?

- Przepraszam, Zabini ale muszę iść - powiedziałam do ciemnowłosego i ruszyłam za kuzynem.
Wyszliśmy z Zamku na skraj Zakazanego Lasu. Była piękna, bezchmurna noc. Blask księżyca odbijał się od jeziora. Było słychać huczenie sów i wycie wilkołaków.
Niezłe te sowy musiały być, skoro huczały, zamiast zwyczajnie pohukiwać. ;)

Zimny jesienny wiatr owiał sylwetkę dziewczyny,
Starannie obrysowując wszystkie krągłości, które pojawiły się po wakacjach.

która mimowolnie zadrżała.
Poczuła, że tuż za nią pojawił się Narrator Trzecioosobowy, pragnący wygryźć ją z posady.

- Więc - zaczął Dracon.
- Nie zaczyna się zdania, od więc – syknęłam.
- Nie stawia się przecinka przed „od” - odparowała Kalevatar.

- Za dwa tygodnie będzie wypalanie mrocznych znaków - oznajmił z śmiertelnie poważną miną.
Voldemort dał radę pożyczyć żelazne piętno od znajomego hodowcy bydła.

- Nie. Powiedz, że po prostu żartujesz! - Krzyknęłam.
Eee a nie mógł jej tego powiedzieć w zamku, tyle że na osobności? Do rozmów na mhhrochny temat koniecznie potrzebna jest mhhrochna atmosfera?

Draco bez słowa odwrócił się i kierował kroki w stronę Zakazanego Lasu.
Musiał mieć się na baczności, bo kroki co i rusz skręcały w stronę najbliższej toalety.

Gdy dogoniłam go zobaczyłam, że po jego policzkach spływają łzy.
Przypomniało mi się wspomnienie z dzieciństwa
- Mamusiu a ja muszę w przyszłości mieć tak jak tatuś taki ciemny tatuaż? - Zapytał sześcioletni wtedy Draco.
- Tak kochanie - powiedziała spokojnie Narcyza.
- A ja? – Zapytałam blondynki.
- Tak ty też Diano - powiedziała również spokojne, co poprzednie zdanie.
- Ale ja nie chce! - powiedział lekko oburzony Malfoy.
- Draco jeszcze wiele czasu zostało, więc nie denerwuj się - uspokoiła syna, Narcyza. ''
Mhm. Trauma.

- Draco nie rycz - przytuliłam się do kuzyna.
- Diano, ale ja nie chce być śmierciożercą - oznajmił cicho.
Zawsze marzyłem, by być obwoźnym sprzedawcą gumek do majtek....

Bał się.
Było to widać.
Ja też czułam strach.
- Ja też nie chcę - po moich bladych policzkach spłynęły kryształowe krople.
Drapiąc ją boleśnie, jak na cięty kryształ przystało.

Łzy znaczyły drogę na moim ciele od bladych policzków do dekoltu sukienki
Już myślałam, że napisze, że łzy znaczyły drogę, którą szli. :D To by było coś!

za którym znikały.
10. ''Czuła się okropnie. Była śmierciożercą.''
Dni mijały zaskakująco szybko.
Zbliżał się nieuchronnie czas wypalania Mrocznych Znaków.
Śmierciożercy porykiwali żałośnie na zimowych pastwiskach.

Bałam się.
Perspektywa służby u Voldemort'a (GDZIE TEN APOSTROF SADZISZ, VULVA MAĆ!!!) przerażała mnie.
Napisz jeszcze, że wywoływała w tobie lęk.
A jeszcze niedawno ta perspektywa sprawiała, że boCHaterka miała po co żyć. O, niestałości dziewczęca...

Pewnego poranka, gdy kierowałam swoje kroki do Wielkiej Sali usłyszałam czyś głos wołający moją osobę.
Zwrot „wołający mnie” nie jest taki TRU. Rozumiemy.
Wiesz, to mógł być też głos wołającego na puszczy. Różnie bywa.

- Diana, Diana! Czekaj!
Zatrzymałam się i powoli odwróciłam w stronę, z której dochodził głos.
Biegli za mną Draco i Zabini
- Czego chcecie? - Zapytałam.
- Jutro jest wypalanie Mrocznych Znaków - powiedział bez cienia uśmiechu Zabini.
W ofercie specjalnej Czarny Pan przygotował też takie ładne, żółte kolczyki. Nowe, unijne!

~~*~~
Zabini podszedł do dziewczyny i objął ją w talii. Ta położyła głowę na jego torsie.
Trochę poniżej mostka, ale jakby tak bliżej pępka.

- Damy radę - szepnął jej na ucho.
- Diana, Blaise nie ma czasu na sentymenty. Mamy iść przecież do Dumbledora. Żeby nas puścił ze szkoły pod pretekstem choroby mojej matki, a Zabini ty musisz odegrać perfekcyjnie rolę chłopaka Diany - zarządził Draco.
Przyszli groźni Śmierciożercy potrzebują zwolnienia od starego Dumbla? Czy na akcje z Voldemortem też będą się tak „urywać” między zielarstwem a eliksirami? ;D
Czarny Pan osobiście napisze im usprawiedliwienia. Ewentualnie, jako pełnoprawni pracownicy, wezmą lewe L4.

Nagle do Dracona podbiegła jakaś laska i zaczęła go całować
Ale jak, tak ni z gruchy ni z pietruchy zaczęła go molestować? Normalnie nagły atak spawacza. ^^

- Pośpiesz się Malfoy nie mamy czasu - ponaglił go Zabini
- No właśnie - syknęła Lestrange.
Chłopak odepchnął ciemnowłosą dziewczynę od siebie.
Gdy trójka nastolatków stanęła pod chimerą doszli do wniosku, że nie znają hasła.
Szybcy są. :>

- Zawsze trafią się takie matoły - warknęła Diana.
Dziewczyna usiadła pod ścianą. Zamyśliła się.
Po chwili uznała, że spodobało jej się to, więc zamyśliła się jeszcze raz.

Niedługo jej ramię miało być skalane Mrocznym Znakiem. Tatuaż miał szpecić jej jasną skórę.
A tak miała nadzieję wytatuować sobie w tym miejscu Hello Kity. :(
Ekhem, to ona nie martwi się tym, że prawdopodobnie będzie musiała zabijać, tylko efektem estetycznym?!
No co Ty, to są poważne rzeczy! Jak tu z taką wielgaśną dziarą założyć bluzkę na naramkach? :D

Miał powiązać ją na służbę u Czarnego Pana, aż do jej ostatnich dni życia.
No, albo do ostatnich dni jego życia.

- No i co tak stoicie? Wymyślajcie jakieś hasło. Znając tego starego durnia jest to nazwa jakichś słodyczy - syknęła.
Dracon i Blaise na zmianę wymyślali przeróżne nazwy łakoci.
Po chwili zirytowana Diana warknęła:
- Mellon!
... chimera odsunęła się. Niestety – przez wejście wybiegły na nich gobliny. Jestem przekonana, że gdyby Dumbledore miał polskie korzenie, hasło brzmiałoby „kurwa mać”.

- Taa... Może jeszcze krwotocznki truskawkowe! - Chimera odskoczyła ukazując kręte schody prowadzące do gabinetu Albusa Dumbledora. - Czyli to był hasło - dodała.
No shit, Sherlock.

Ślizgoni zapukali do gabinetu. Słysząc ciepłe '' proszę '' skrzywili się mimowolnie.
A co miał im powiedzieć? „Włazić, wy wulwy niedogolone”?!
W domu nauczono ich, że pukają tylko mięczaki – prawdziwi twardziele wszędzie włażą jak do rodzinnej stodoły.

po chwili przekroczyli próg gabinetu.
Opowiedzieli profesorowi barwną historyjkę o ' niby ' chorobie Narcyzy. Biedak prawie się wzruszył. Puścił ich do domu na tydzień, każąc pozdrowić panią Malfoy.
Która była jego serdeczną przyjaciółką, nieprawdaż.

- Diano pomóc ci znieść kufer? - Zapytał Blaise wchodząc do dominatorium.
- Przydałoby się. Uwaga zaraz wejdzie tu Draco.
I trzeba znów rozbić mu nos! Pełna mobilizacja!

- Co ty Diana przewidujesz przyszłość? - Zapytał z ironią Malfoy.
- Tak... Twoja przyszłość nie zapowiada się wesoło, widzę za tobą Pansy!(...)
- Chodźmy ojciec już czeka na nas - oznajmił Draco chcąc się uwolnić od Parkinson, która już się na nim wieszała.
Kazawszy mu trzymać rękę wysoko w górze, mocowała na jego nadgarstku zgrabny sznur z pętlą.

- Ale Dracusiu poczekaj! - Krzyknął Mops.
- No do cholery ty mój kochany kuzynie poczekaj dziewczyna za tobą rozpacza. Jak możesz jej tak łamać serce! - Zalamentowała panna Lestrange.
Można zakwilić, zaszlochać, ale zalamentować – nie.
Ewentualnie ja mogę zaraz kogoś zaszlachtować.

Gdy tak biegli każdy za każdym
Co się głupio patrzycie? „Jedno za drugim” już jest passé.

w oddali zauważyli mężczyznę o długich tlenionych włosach.
Dalibóg, Legolas?! o.O
Geralt?!

- Kurwa mieliście nie wzbudzać podejrzeń - jego wzrok zatrzymał się na Pansy. - Zmywaj się stąd szmato – warknął w jej stronę.
No tak, Lucjusz wyszedł z więźnia. Od razu przypomina się dowcip o tym, jak to Prosiaczek wrócił z wojska. ^^

- Jak tak można!? Może to będzie twoja synowa! - Krzyknęła oburzona Diana. Po chwili złapała się za usta wiedziała, że z Malfoy'em seniorem nie ma żartów.
- Zamknij się mała suko - syknął.
No wreszcie jakiś, który jeszcze ma jaja...
No co, biedak odreagowuje. Wiesz, jaki to koszmar dla faceta jego urody, siedzieć w pace? ;)

~~*~~
Po chwili aportowaliśmy się przed Dworem Malfoy'ów. (...)
Powracały wspomnienia. Gdy byliśmy z Draconem małymi dziećmi wujostwo nie troszczyło się o mnie tak, jak o niego. On zawsze był ich jedynym kochanym synkiem Cyźki.
Ich kochany synek Narcyzy? To znaczy, że w 60 % był synem swojej matki, a tylko w 40 % ojca?

Jedynie Lucjusz traktował nas tak samo - obojętnie. Jego nie obchodził dom, rodzina. Pracował całymi dniami, gdy wracał wieczorem każdy wiedział, że lepiej z nim nie zadzierać. Często bił Narcyzę nawet czasami gwałcił, a my z Draco musieliśmy się temu przyglądać.
Taaaa, a poza tym pił, zmuszał ich do pracy w kopalni i zabierał całą ich wypłatę na wódkę.
I nigdy nie kupił im szczeniaczka.
Większość czasu spędzał siedząc przed telewizorem w kapciach i przepoconym podkoszulku, rechocząc tępo i żłopiąc Mocnego Fulla.

Kiedy mu się postawiłam poczułam po raz pierwszy ból zaklęcia - Crucio. Miałam zaledwie sześć lat. Małe, nierozumne dziecko, a już musiałam doświadczyć tego bólu.
I mieszkając z Bellatrix pewnie byłoby ci lepiej, nie?

Otworzyłam drzwi do swojego pokoju. Mojego azylu. Tutaj mogłam odpocząć od codzienności. Było to jedyne miejsce w dworze, które kochałam.
Po chwili usłyszałam ciche pukanie do drzwi.
- Czego? - Warknęła.
Drzwi otworzyły się. Na progu stał Blaise i uśmiechał się łobuzersko.
- Cześć.
- Czego chcesz? - Zapytałam niezbyt miło.
Chłopak podszedł do mnie. Usiadł obok mnie na satynowej pościeli.
Zawsze ta satyna. Kto zgłasza się na ochotnika by wytłumaczyć ałtorkom, że to nie synonim jedwabiu?

- Tego - powiedział z łobuzerskim błyskiem w oku.
Po chwili wpił się swoimi ustami w moje wargi.
Po chwili? Musiał najpierw obliczyć trajektorię lotu?
O, mamy nawet seksik! Doprawdy, czego chcieć więcej?
Sensu. =.=

Początkowo całował mnie nieśmiało, delikatnie. Jego pocałunki były niczym muśnięcie motyla.
To znaczy, łaskotały nieprzyjemnie i były lekko włochate?
Zostawał po nich na skórze taki brokatowy ślad?Brokatowy ślad to zostaje po Edwardzie. W sumie... I jedno, i drugie ssie, lata i sypie naokoło brokatem. Może Edzio jest motylem? :D

Gdy oddałam zachłannie pocałunek zaczął całować mnie namiętnie z pasją. Jego język rozwarł delikatnie moje wargi.
Rozwarł delikatnie, taa. A potem przytłoczył ją subtelnie - swoim ciałem.

Zaczął badać wnętrze moich ust.
Spenetrować jamę ustną, chciałaś powiedzieć. No dalej, Ałtorko, nie oszczędzaj nas.

Jęknęłam głucho w usta chłopaka.
A echo się gardłem poniosło...

Po chwili Zabini oderwał się od moich wargi, które były już nabrzmiałe po pocałunku.
Litości! Dobrze, że jej nie popękały...
Może to były te drugie wargi? ^^

Popatrzyłam na niego lekko zamglonym wzrokiem. Blaise zaśmiał się cicho i nachylił w moją stronę.
- Świetnie całujesz - szepnął przygryzając lekko płatek mojego ucha.
Po chwili usłyszałam głuchy trzask zamykanych drzwi.
To był, Moi Mili, seks w pozycji „na partyzanta, czyli Hit&Run”.

Opuszkami palców dotknęłam lekko nabrzmiałych warg, a na moje twarzy pojawił się lekki uśmiech.
I wszystko było takie lekkie. A wszystko to dzięki pieczywu Lekkie – 7 ziaren firmy Sonko!

* * *
Następnego dnia obudziłam się wcześnie. Wieczorem nie mogłam zasnąć. Wspominałam pocałunek Zabini'ego. Czułam coś do niego.
Od jednego pocałunku? To cię wulwa mogła swędzieć co najwyżej. Chyba, że ci się opryszczka wykluwa.

Leżałam tak kilka godzin rozmyślając o przeróżnych rzeczach. Bałam się, lecz było to nieuniknione musiałam zostać Jego sługą. Takie było moje przeznaczenie. Cholera chciałabym być kimś innym.
Malarzem pokojowym, na ten przykład. Albo szczypiornistką – badmintonistką.

Jestem cholerną arystokratką, która musi słuchać, co jest dla niej dobre. W przyszłości zapewne starzy wybiorą jej męża i będę musiała się zgodzić na ślub. Nawet, jeśli wybranek ma być jakimś staruchem, lub debilem. Muszę zrobić to dla ' dobra ' rodu. Muszę dać potomka, który nie jest skalany mugolską krwią. Jebać to!
Potomka? Na miły bór, nie! To nie jest dobrze widziane w towarzystwie.

Ubrałam jakąś czarną sukienkę. Była do kolan, dekolt miała w łódkę. W pasie miała czarną kokardę, była na grubych, czarnych ramiączkach.
KWIK. Rozpacz rozpaczą, ale opis kreacji musi być. :D

- Hej Draco. Przeznaczenie wzywa? - Wkroczyłam do pokoju kuzyna.
- Niestety. Ładna sukienka.
- Dzięki. Idziemy do Blai... Zabini'ego?
Dlaczego ona wciąż mówi do niego po nazwisku?

- Jasne.
Malfoy wparował do pokoju Diabła bez pukania.
- Siemasz Zabini.
Bardzo ładne imię! O niebo lepsze niż Blaise, moim skromnym zdaniem.

- Cześć Smoku. O Diana - uśmiechnął się na widok dziewczyny, po chwili zlustrował ją wzrokiem. W jego oczach można było dostrzec pożądanie.
To ta sukienka. Chłopak ma fetysz kokardek i grubych ramiączek.

- Idziemy? - Zapytała Lestrange lekko speszona przenikliwym wzrokiem Blais'a.
W jadalni wiele krzeseł było już zajętych.
W JADALNI? Oni mają zamiar dokonywać tego zabiegu pomiędzy wazami z zupą i półmiskami z sosem?
Nie no, to taka metafora tylko. W rzeczywistości są na pastwisku.

Zauważyłam Bellatrix, Lucjusza i Cyźkę.
Na twarzy pierwszej dwójki widać było dumę. Narcyza była smutna nie chciała, aby jej syn stał się śmierciożercą.
Podzielała marzenie syna o obwoźnym kramie z gumkami do gaci. To takie smutne...

Lecz słowo jednej słabej kobiety nic nie da.
Po chwili w sali pojawił się Czarny Pan. Miał czarną, długą szatę. Jego oczy były czerwone. Twarz była biała, niczym kreda. Na twarzy błąkał się drwiący uśmiech.
Wzdrygnęłam się mimowolnie.
- Panna Lestrange, pan Zabini i Malfoy (nie pan, a zwykły cham) dzisiaj dołączą do naszego grona - syknął Czarny Pan. Nagini - wielki wąż wił się na ramionach Tom'a Riddl'a.(...)
Dziewczyna na drżących nogach podeszła do Riddle'a.
Złapał on brutalnie dłoń dziewczyny. Przyłożył różdżkę do skóry Diany szepcząc formułki zaklęcia.
Lestrange syknęła cicho. Bolało. W lazurowych oczach dziewczyny pojawił się łzy. Jednak ona nie pozwoliła im wypłynąć. Nie mogła płakać. Diana przygryzła wargę. Nie złagodziło to bólu. Po chwili z wargi zaczęła płynąć krew. Nie zwróciła na to uwagi.
Kilka sekund później Tom puścił rękę dziewczyny.
Na bladej skórze widniał Mroczny Znak.
Czuła się okropnie. Była śmierciożercą.
Po niej przyszła kolej na Zabini'ego, a później był Malfoy.
To sthhhaszne.