wtorek, 2 lutego 2010

Atak Małego Głoda, czyli bostońskie wampiry wyzłacane pszenicą

Witajcie!
Sesja już za nami, zatem wracamy do zbożnego dzieła walki z blogaskową głupotą. DzieUo wzięte na tapetę w tym tygodniu zaskakuje - tradycyjnie - głębią przemyśleń, bogactwem treści i formy oraz absolutnym brakiem jakiegokolwiek, choćby najmniejszego odwołania do wampirów.
Taa, fajnie by było.
Blogasek znajduje się pod adresem: http://zycie-w-bostonie.blog.onet.pl/
Zanalizowały: Pigmejka i Kalevatar.
Miłej zabawy!

(Ekipa Przyczajonej logiki zapewnia, że żaden kapitan Picard nie został skrzywdzony w trakcie powstawania tej analizy.)



Hello! Mówcie mi Alice. (...) proszę, abyście swoje opinie o blogu i opowiadaniu wyrażali w komentarzach i piszcie co mam jeszcze poprawić.
Napiszemy, Słoneczko, napiszemy... ;]
*szatański śmiech z pogłosem*

Rozdział 1 : Przeprowadzka

Było około wpół siódmej. Spojrzałam na kalendarz.Tak, to był ten dzień.
Pierwsze skojarzenie: „Dni płodne sprawdza?”
Blogaski rzucają się na mózg...


Dzień przeprowadzki z Islandii do Stanów Zjednoczonych.
Miałam się przeprowadzić do Bostonu z moim rodzeństwem.
Mój młodszy brat miał na imię Nick, moja starsza siostra Cameron.

Miałam tam zamieszkać z Shonem i Cornelią.
Cieszymy się, ale co ma piernik do wiatraka?
-Delio! Wstawaj! – zawołała mama.
Tak to moje imię.
Uroczo. Bohaterka jest więc firmą kosmetyczną lub płaszczem szlacheckim z XVI wieku. Bo o powinowactwo ze świetnym spektaklem trójmiejskich artystów jej nie podejrzewam. :P

Mam brązowe kręcone włosy i średnio ciemną karnację.
Średnio ciemna to tutaj nie tylko karnacja jest...
Nie prościej napisać, że jest mulatką?

Dzisiaj ubrałam się w granatowe dżinsy i czerwono-jaskrawą bluzkę.
Jaskrawy – mój nowy ulubiony kolor.

Czas pożegnać się z pięknymi wodami Islandii.
Bo lodowce i fiordy zabrała ze sobą.

Poszłam na śniadanie.
Tam wszyscy już na mnie czekali.
Yes, yes, yes!!! :D
Pojechaliśmy na lotnisko, a tam czekała na mnie moja najlepsza przyjaciółka Ashley.
- Naprawdę musisz wyjeżdżać? – zapytała.
-Muszę. Rodzice chcą znaleźć jakiś inny dom.
Aha. A już myślałam, że rodzice są niegodni zaszczytu wpływania na działania bohaterki...

-Pozdrów naszą klasę.
I ucałuj facebooka.

Hello, ziomy!
Ugh... to było do mnie? O_o

Mam nadzieję że Wam się spodoba mój następny rozdział. Dwie strony Worda mi zajął:
Kochanie, dwie strony w Wordzie to mi kot zapisał, jak raz po klawiaturze przeszedł.
Taak. A mój mi włączył BIOSa.
Rozdział 2:

Wsiadłam do samolotu z Nickiem i Cameron.
Siedzieli oni z tyłu, a ja z jakimś nastolatkiem.
Tró Lóff? Nie za szybko?
Rodzice podróżowali w luku bagażowym?

-Jak masz na imię?
-Delia. A ty?
-Eric.
-Jedziesz w podróż? – zapytał Eric
Nie, tak jakoś niechcący wsiadłam do samolotu lecącego do USA. Notorycznie mi się to zdarza.
Pytanie z gatunku „Czy ty również lecisz tym samolotem?”...
A sam samolot niechybnie za chwilę zagwiżdże i ruszy po szynach ospale.

-Przeprowadzam się do Bostonu.
-Dziwny zbieg okoliczności. Też się tam przeprowadzam.
-Naprawdę?
-Nie.
-Tak.
AAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Ekhm... To narrator krzyczy? Czy co to ma być? ;P
To dalekie echo wrzasku mordowanej logiki.

-Co się dzieje?! – krzyknęłam.
-Ratunku!
- Allah Akbar!!!

-Prosimy o pozostanie na miejscach i o nie panikowanie. – Ktoś powiedział przez głośnik.
- To tylko pan Ahmed, który lubi głupie dowcipy.

-DELIA! DELIA!!! – wołał Nick.
Pobiegłam szybko do Nicka.
Niestety, samolot nagle wpadł w turbulencje, a ja, jako że nie posłuchałam personelu, przewróciłam się, uderzyłam się i umarłam. *dzika nadzieja*

Zobaczyłam Cameron leżącą na podłodze.
Przybiegli lekarze i zabrali ją do małego pokoiku.
Lekarze. W samolocie. Do pokoiku. W SAMOLOCIE.
*pierwsze JEBUT głową o biurko zaliczone*

-Rozmawialiśmy z Cam i nagle ona spadła z fotela i krzyknęła.
Tak, bo z fotela w samolocie to przecież wystarczy się lekko wychylić, i już się spada. XD

Czekaliśmy jeszcze z godzinę, aż przyszedł lekarz.
W korkach stał tak długo?

-I co z nią? – zapytałam lekarza.
-A ty jesteś rodziną?
Tak. Bohaterka jest jej ojcem, matką, stryjkiem i przyrodnią kuzynką siostry szwagra. Bo ona z Mody na sukces jest. :P
Każdy jest czyjąś rodziną, doktorze Oczywistość.

-No więc dobrze. Po prostu zasłabła. Jest jej już lepiej. Ale musimy zawieźć ją do szpitala. Gdzie będziecie mieszkać?
A jakby do tego wszystkiego zaczęła krwawić z nosa, to by już pewnie księdza z ostatnią posługą wołali.
A co to lekarza obchodzi? Powinien raczej spytać, czy jest ubezpieczona. :/

-W Bostonie. – odpowiedziałam.
-Dobrze. Z lotniska odwieziemy ją do szpitala. – Pojedziesz z nią, ale później musicie iść do domu OK.? – zapytał doktor
Dziwne - przecież standardowa procedura przewiduje, by wszyscy, którzy znaleźli się w szpitalu, pozostali w nim już na zawsze, prawda?

Lot miał trwać jeszcze jakieś cztery godziny.
E, to ta panna wam do tego czasu zejdzie, od tego ciężkiego zasłabnięcia. ;]
-Prosimy zapiąć pasy, podchodzimy do lądowania! – zawołał ktoś z głośnika.
Całą trójka zapięła pasy i wylądowaliśmy.
Wylądowali dopiero wtedy, kiedy nasi bohaterowie zapięli pasy. Wcześniej pilot nie śmiałby lądować.
Od razu z Cam karetką pojechaliśmy do szpitala.
Posiedzieliśmy tam jakieś trzy godziny i Cam wreszcie wyszła.
Toż ona tylko zasłabła, do jasnej! Co oni jej robili przez tyle czasu? Zakładali sondę analną?

Pojechaliśmy do domu Shona i Cornelii taksówką.
-Tak się właśnie składa.. – zacięłam się mówiąc do Cam.
-Poznałam fajnego chłopaka. – dokończyłam.
ORLY?
(Nie ma to jak umiejętne budowanie napięcia...)

-Fajnie! Jak ma na imię?! – wykrzyknęli Nick razem z Cam.
Wszyscy poza główną bohaterką tradycyjnie zostali obdarzeni zbiorową świadomością.

-Eric. – odpowiedziałam im.
-Opisz mi go. – powiedziała Cam.
-Czarne włosy postawione leciutko do góry, zielone oczy, silny gość,
Ja się może nie znam, ale... w którym konkretnie miejscu męskiej anatomii występuje „gość”? Może któryś z Czytelników pomoże? Bo nie chce mi się wierzyć, że ona już w samolocie zdążyła się przyjrzeć jego „felicjanowi”. :3Może chodziło o „gościec”? Fe, pytać nowo poznaną osobę o choroby... :/

kremowa bluza, czarne spodnie, niebieskie adidasy Pumy.
Rozmiar 41.5, lekko zdarte na piętach, z białymi sznurówkami wiązanymi klasycznie, na krzyż.
I tak dobrze, że mu skarpetek i majtek nie sprawdziła.

-No, dziewczyno zakochałaś się? – I w tym momencie dojechaliśmy na miejsce.
No a jak. Te adidasy Pumy chwyciły ją za serce.
Najwyraźniej.

Rozdział 3: Nowe miejsce.

Zadzwoniliśmy do drzwi.
Zębami.
Odpowiedziała mi wycieraczka.
Otworzyły się drzwi i w drzwiach stanęła wysoka dziewczyna, o blond włosach i wysoki chłopak, o brązowych oczach i brązowych włosach.
-Witamy. Nazywam się Cornelia, a to jest Shon. – powiedziała dziewczyna.
A to, kim są ci ludzie i dlaczego nasi bohaterowie mają z nimi mieszkać, pozostanie – tradycyjnie – tajemnicą.

Mieliśmy mieszkać w pałacu! Przeszliśmy przez wielki hol(domyślałam się że to hol, bo był ogromny.)
Gdyby był malutki, pomyślałaby, że to szafa? Albo basen?
A co świadczyło o tym, że może nie być holem? Snopy siana? Maszyny rolnicze? Jeśli tak, to trafili do jedynej rzeczy, która jest ogromna i nie jest holem – do stodoły! XD

-Oto wasze pokoje. – powiedziała Cornelia.
Był to wielki pokój, z parą drzwi.
Ktoś tu nie odróżnia liczby pojedynczej od mnogiej...?

Po lewej były białe drzwi.(Myślę że pozłacane złotem.)
Serio pozłacane złotem? A może jednak platyną?
Huh, z platyny pewnie klamki były.
A ja myślę, że były wyzłacane pszenicą i posrebrzane żytem. A w kącie czaił się podstępnie bursztynowy świerzop.

Po prawej były takie same drzwi.
A w ogóle, to po kie licho do jednego pokoju są dwie pary drzwi?

Wiesz, jak te schody w „Skrzypku na dachu” - jedne miały prowadzić z góry na dół, drugie z dołu do góry, a trzecie donikąd – tak, na pokaz. ;D

Weszliśmy do wielkiego pokoju było tu jedno łóżko, stolik do kawy, cztery krzesła i wielka sofa z jakiegoś bardzo drogiego materiału.
Ehe, z mithrilu była.
No co? Mithril to drogi materiał.

Eee... Taki niby-to luksusowy dom, a w jednym pokoju mają meble do spania, jedzenia i siedzenia za dnia, jak w chłopskiej chacie? O_O”Jakie opko, taki i „zamek”...

-Jak się rozpakujecie gdzieś tak za pół godziny, przyjdę po was i zabiorę was na kolację.
-Jakby co toalety są na tym piętrze zaraz za waszym pokojem.
Aha, czyli ulokowali ich tuż przy kiblu. Sweet.

-Jakbyście nas szukali, zejdźcie na dół do wielkiego holu. Mijaliśmy go w drodze do pokoju.
Będziemy, jak rasowi NPC, spędzać dnie i noce w tym samym miejscu, czekając, aż do nas zagadacie.

-Mów do mnie Corny OK.? zapytała.
Corny według słownika to: oklepany, staromodny, ckliwy, wulgarny, zbożowy. Ciekawe, które z tych określeń miała na myśli Cornelia.
Sądząc po całokształcie, obstawiam „zbożowy”. ^^

-Przyjdziemy po was za trzydzieści minut. – powiedział Shon.
Tak, wiemy. Wspominałeś.

Corny miała niebieskie oczy, długie rozpuszczone włosy koloru blond, wyglądała jak modelka i miała także różową sukienkę z złotymi wzorkami.
Złote wzorki też pewnie były pozłacane? A sukienka z płatków róży uszyta?
*Wyobraża sobie, co by się stało z osobą, która spróbowałaby ją namówić do założenia takiego stroju*
No tak, przecież w cudownym świecie imaginacji Ałtorki wszystkie dziewczęta wyglądają jak modelki, a wszyscy chłopcy mają „silnych gości”.

Shon miał brązowe oczy, brązowe włosy porozrzucane na wszystkie strony i był bardzo silny.
A skąd ona o tej sile wie? W międzyczasie wyrządzili małe zawody w wyciskaniu na klatę?Może też miał silnego gościa. Szukaj seksu między wierszami. :)
No wiesz, już nie chciałam tak łopatologiczne.^^

(Miał włosy zupełnie jak Robert Pattinson.)
O.O ...
T.T

Corny zaprowadziła nas do wspaniałej kuchni, gdzie wszystko było ozdobione najwspanialszymi dekoracjami. Ściany były w ciemnych panelach, a podłoga była przykryta jakby zwykłymi dębowymi panelami.
Ale w rzeczywistości nie były to zwykłe dębowe panele, a najprawdziwsze Niezwykłe Dębowe Panele®!Nie. W rzeczywistości to było klepisko przysypane sianem. :P

-Podano do stołu! - zaśpiewała Corny.
Wywijając tak karkołomne gamy i pasaże, że Farinelli pośmiertnie skręcił się ze wstydu.

Stół był z drewna, ale były wzory z dwudziestocztero karatowego złota.
A cóż to były za wzory? Chemia organiczna? Wzory skróconego mnożenia?No i gdzie te wzory były? W formie kolacji je podali, czy jak?
Taaa, bo nie ma to jak kilka wiązań jonowych na przekąskę.
Na kolację był homar z niezwykle dobrym sosem.
*kiwa się na krześle z objawami choroby sierocej, trzymając się za głowę i jęcząc rozpaczliwie*
Po kolacji Corny i Shon oprowadzili nas po zamku.
Oo, to oni tam jeszcze zamek mają? Z pełną załogą najemnych Szwajcarów i armatami na blankach? Czad.Ja prędzej obstawiałabym Zakład ZAMKnięty. :P

Najpierw poznaliśmy historię tego zamku.
Taa. Maksymalnie trzy wieki historii. Bez urazy, ale wiatrak niedaleko mojego domu jest starszy. =.=”Historii owej czytelnikom oczywiście Ałtoreczka oszczędziła. Bo przecież to taki nieistotny szczegół, skąd wziął się zamek w środku Bostonu.

Później Corny z Shonem zaprowadzili nas do holu, łazienek, basenu i biblioteki. Ta biblioteka była wspaniała!
Wspaniała biblioteka? Może oni są w zamku z Pięknej i Bestii?
*czeka na pojawienie się Bestii*

-Czy mogę się wam o coś spytać? – zapytałam.
-Tak, jasne. – odpowiedziała Corny.
No, ja na przykład chciałabym się dowiedzieć, kto i za co utrzymuje ten „pałac”. Chyba że w cudownym marzeniu Ałtorki o życiu w Hameryce nie funkcjonuje coś takiego, jak „rachunki”.

-Nie macie żadnej rodziny? – zadałam to pytanie ostrożniej niż zwykle.
-Mamy rodzinę, jesteśmy rodzeństwem, ale tata z mamą umarli, a my jesteśmy pełnoletni więc mieszkamy sami. – odpowiedział Shon.
Są pełnoletni, ale chodzą do szkoły? I do tego mieszkają w zamku? Który znajduje się w centrum Bostonu? Aha.
I mają to wszystko za friko, a jakże.

-Do jutra! –odpowiedzieliśmy we trójkę!
Super!

Wstałam ubrałam się w niebieski dżinsy z czerwonymi cekinami, brązową bluzkę i niebieską bluzę z kapturem.
Szał. Nazwę tę kombinację „Hemoroidy i błękitny sedes”.

Rozdział 4: Nowa szkoła i nowi przyjaciele.
Zeszłam na śniadanie.
Jak co dnia, Marysiu, jak co dnia...

-Przedstawiam ci Erica Palco. To nasz dobry znajomy. – powiedziała Corny.
-My się znamy. Poznaliśmy się w samolocie. Prawda Eric?
-Tak. To prawda. – odpowiedział mi na zadane pytanie.
Zaiste, sprostał owemu intelektualnemu zadaniu godnie.
W końcu przyszedł Nick i Cam. Zjedliśmy śniadanie. (Była jajecznica z szynką. Pychaaa!)
Ej ej, a nie jajka przepiórcze w sosie ze świeżo upolowanych szynszyli?
Poszliśmy do szkoły z Corny, Shonem i Erickiem.
Whatever. I tak nie rozróżniam tych typów.

Na biologii siedziałam z Corny. Oczywiście nauczyciele się na mnie uwzięli.
Oczywiście. Z wrodzonym nieuctwem nie ma to nic wspólnego.


-A, tak w ogóle co dzisiaj na obiad? – zapytał Nick.
-Krewetki w sosie śmietanowo-czosnkowym. – odpowiedział nasz mistrz kuchni Shon.(...)
Podczas obiadu źle się poczułam. Bolała mnie i głowa i brzuch.
Burżujstwo jej się w żołądku nie strawiło. Dopadła ją nowa choroba, Kicz-grypa.

Jak tylko weszłam do pokoju, przypomniałam sobie o jedynce którą dostałam na chemii.
Potrzebny mi był podpis opiekuna.
Aa, no właśnie – gdzie się podziali ich rodzice? Pomylili ich na lotnisku i posłali zresztą bagażu do Bangladeszu?

- Widzisz w Bostonie nie muszą podpisywać się osoby dorosłe, ale też mogą podpisywać się osoby otrzymujące oceny.
-Naprawdę?!?!?! – krzyknęłam
Oczywiście. Wyimaginowany przez Ałtorkę Boston zawsze spieszy na ratunek ociężałym umysłowo nastolatkom.
-Tak. Mogłaś się pytać. A, w razie czego przyniosłem ci prawa Bostonu i mapę naszego miasta.
Ałtoreczkowy Boston jest miastem tak zajebistym, że leje na prawa stanowe – ma własne.

Drrrrrr. - to dzwonek od drzwi.
Grrrrr. – to czytająca blogaska Pigmejka.
-Ciekawe kto to.- pomyślałam.
-Cześć. Paul tak?- powitała naszego gościa Corny.
-Cześć. Czy dobrze trafiłem? Miałem się wprowadzić na Roosvelta 50.
-Tak. To tu. –wchodź.
-Ja nazywam się Corny, a to jest Shon.
*błąka się, zagubiona w chaosie narracji*

-To co. Pokażę ci twój pokój będziesz mieć trzech współlokatorów. – oznajmiła.
-Hm…..-zaciął się Shon.
-Shon? – zapytałam.
-Tak, to ja. – odpowiedział.
Czy leci z nami pilot?!

-Wiesz, przyjdzie nowy współlokator Paul. Tu będzie mieszkał razem z wami.-oznajmił Shon.
-OK. I co w tym dziwnego?
-No to.
-CO?
-………
-Shon! – zaczął mnie wkurzać.
-To trochę dziwny gość. Jest ubrany w czarną pelerynę i unika słońca. – zaczął coś podejrzewać.
-Trochę dziwny gość. Fakt. Poczekamy i zobaczymy. OK.? – zapytałam.
-OK.-odpowiedział mi niepewnie.
No pewnie, bo jak ktoś jest Gotem uczulonym na słonce, to mu zaraz kołek w serce wbijać chcą. Co za brak tolerancji dla subkultur.
-Puk, puk. To on. Idę posprzątać.- powiedział niepewnie.
Powiedział: „Puk, puk. To on”?! Czy oni się tam wszyscy nawciągali czegoś nielegalnego?Czyli to jednak jest Zakład Zamknięty. ^^

-Proszę. – zawołałam.
-Cześć…- powiedział oszołomiony.
-Hej. Jestem Delia. To…..Nick! I…… Cameron!!!!!
Hę? Że co?

-Nazywam się Paul i chyba będę z wami mieszkał.- powiedział.
-Dobrze. Ale nie z nami, z Nickiem.-uśmiechnęłam się szyderczo.
Mhm, mistrzyni ciętej riposty.

-Aaaa. OK. Dobra. Idę się rozpakować.- zatkało go.
Nie na dobre, jak widać, skoro wciąż gada.

Rozdział 5: Atak.

Ból głowy nie dawał mi spokoju, przez co nie mogłam spać do pierwszej. Zeszłam na dół po wodę, gdy nagle coś zawyło z okolic szafki.
Pewnie Mały Głód...

- Shon? - zapytałam niepewnie. - Corny? Nick? Eric? Paul? - wymieniałam tak wszystkich,
*uprzejmie podaje książkę telefoniczną**usłużnie włącza Naszą-klasę i facebooka*

Po chwili niespodziewanie to COŚ wyskoczyło na mnie z impetem i przewaliło na podłogę. Poczułam ostry ból w szyi. Potem już nic nie pamiętałam. Chyba straciłam przytomność.
- Delio! Delio! Wybacz nie chciałem. Delio!- słyszałam jakiś głos. Wydawało mi się, że to głos Paula.
Nic nie pamiętała, ale słyszała głos. Taaa, i pewnie podążała w stronę światła.
Obudziłam się w szpitalu.
I po co? Ech...

- Delia! Ty żyjesz!!! - wołał ktoś.
- Nieprawda... – mruknęłam w odpowiedzi.
*- Skoro tak twierdzisz – mruknęła Kalevatar oberżnąwszy głowę bohaterki ostrym nożem*To tak jakby odwrotność sceny ze „Świętego Graala” Monty Pythona, tej ze zbieraczem umarlaków.

- Zasłońcie okna! Szybko!!! – przerwałam jej. Gdy to zrobiła, kontynuowałam - Chcesz wiedzieć co się stało?
Ja nie chcę. Ale pewnie i tak się dowiem...

- Bolała mnie głowa. Zeszłam na dół po szklankę wody. Nagle zaczęło coś zgrzytać zębami.
To zgrzytałam ja, Kalevatar. Wespół z logiką i słownikiem.

Wołałam znane mi imiona i to COŚ wyskoczyło na mnie
Znane jej imiona? Pewnie coś jak „Hastur, Hastur, Hastur”. ^^

Cornelia zaproponowała, że przyprowadzi Paula. Nie byłam zbyt chętna na spotkanie z tym skretyniałym typem, ale zgodziłam się, kiwając głową z grymasem na twarzy.
Kiwałam nadal tą głową, gdy wlazło to coś.
W wyniku ataku wampira zamieniła się w pieska samochodowego?!

Coś, co na mnie wskoczyło w kuchni.
- Chciałaś mnie widzieć. – powiedział spokojnie Paul.
- Tak. – odwarknęłam mu. - Co się stało siedem dni temu w nocy?
Interesująca konstrukcja lingwistyczna, nieprawdaż, mój drogi Watsonie?

- Nie wiem. Cały czas spałem. – odpowiedział, dziwnie zdenerwowany.
Jeszcze mnie kłamie w żywe oczy! Co za glut!
Ja rozumiem, że zachował się nieładnie, ale wyzywać go od biblioteki użytkowej albo transporterów glukozy, to już przesada.

Przykryłam się kołdrą. Zrobiło się dziwnie ciemno… Ciekawe dlaczego…No tak, w końcu leżę pod kocem


- Tylko że jak szłam na dół ciebie nie było w łóżku. Naprawdę, zbieg okoliczności.
No, sprytne – tym bardziej, że narrator nie był łaskaw o tym wspomnieć. Ale rozumiem, że mamy wierzyć na słowo.

- Dlaczego masz zasłonione rolety? – zapytał nagle.
- Zafortepianowane są już passe, złociutki.

- Bo mnie razi słońce. – odpowiedziałam zdziwiona.
- Odsłonię. Po co marnować prąd. – uśmiechnął się złośliwie.
- NIE!!! – ryknęłam.
- Tak. – podchodził do kotar zadowolony z siebie.
Podchodził tak, podchodził, aż zaszedł w końcu aż do... no, już Wy wiecie dokąd. ^^

- Delio? Co się stało? – zapytała Cam wchodząc do sali, gdy tamten kretyn z poszedł w pyry.
Eee... co? Co zrobił?
Poszedł w kierunku osiedla w południowej części Ursynowa w Warszawie. Względnie: poszedł w ziemniaki. W sumie, uwzględniając to, co się wcześniej działo w tym blogasku, obstawiałabym to drugie.
- Nick, weź komórkę i wykręć numer: 128528482. Jak to zrobisz, podaj mi ją i wyjdźcie. Ok? (...)
- Naprawdę. Idźcie wszyscy do domu. – prosiłam ze słuchawką przyklejoną (w przenośni) do ucha.
Ojej, w przenośni? A już myślałam, że sobie Kropelką tę słuchawkę przykleiła...
Myślałam o moim ataku całą noc. (...)
- Paul…. Paul… Myśl Delia, myśl… – mruczałam to cały czas pod nosem, jak jakąś mantrę, przewracając się z boku na bok.
Obawiam się, że mantra to trochę za mało by zmusić do myślenia mózg najwyraźniej do tego nieprzywykły.

25 komentarzy:

Anonimowy pisze...

Umarłam xD Boskie jak zwykle, zabiło mnnie "Przykryłam się kołdrą. Zrobiło się dziwnie ciemno… Ciekawe dlaczego…No tak, w końcu leżę pod kocem".
Oby tak dalej!

Anonimowy pisze...

Świetne!
Szkoda, że tak późno odkryłam tego bloga, ale zaraz nadrobię straty w czytaniu.
Analiza genialna :):)

kura z biura pisze...

Eee...
Potrójny facepalm z przytupem i melodyjką.
Ałtorka nie ma litości dla swych bohaterów. Zrobić z nich takich kretynów, to już jest sadyzm wyższego rzędu.
Analiza borska i przekwikaśna!

Miss Derisive pisze...

Po lewej były białe drzwi.(Myślę że pozłacane złotem.)
Serio pozłacane złotem? A może jednak platyną?
Huh, z platyny pewnie klamki były.
A ja myślę, że były wyzłacane pszenicą i posrebrzane żytem. A w kącie czaił się podstępnie bursztynowy świerzop.
>> Ale pilnowała go gryka jak śnieg biała.

Świetna analiza :) Taki blogasek to coś w sam raz na odmóżdżenie w trakcie sesji. Pozdrowienia dla tych, którzy już mają ją za sobą! Gratuluję i zazdroszczę.

Anonimowy pisze...

Cudo. Najbardziej urzekł mnie ten silny gość, ale całość zasługuje na brawa.

A zabierzecie się kiedyś za jazz-hale-whitlock.blog.onet.pl? Uważam, że się nadaje na analizę całkiem nieźle.

Anonimowy pisze...

Przez poprzednią analizę nie przebrnęłam, ale to jest MISTRZOSTWO.

Uwielbiam was dziewczyny

Anonimowy pisze...

Już wiadomo jak Corny i Shon utrzymują siebie i zamek - wynajmują pokoje sublokatorom, toteż stać ich na homary i jajecznice.
Wycie w szafach mają w pakiecie.

Zastanawia mnie sens istnienia białych drzwi złoconych złotem.

Z poważaniem, jasza

***
hasło dnia [surins]. Jak suspens z surimi.

psyence pisze...

I was stunned XD
Picard facepalm's roolz.
Super robota jak zwykle :P
ten blogasek rozwala XD
keep up keep up XD

U_M pisze...

Jak miło, że jesteście z powrotem <3

A analiza jak zwykle zabójcza (^^)

Aquilla pisze...

OMG! Ten blogasek jest zabójczy. Ciekawi mnie z jakiej planety przybyła ałtoreczka XD. Mam wrażenie, że w życiu nie widziała żadnej rzeczy o której pisze, tylko słyszała od osoby, która słyszała od innej osoby i stąd taki dziwny obraz naszej rzeczywistości. Wyjaśniałoby to też, czemu zejście na śniadanie jest czymś tak niezwykle interesującym, że zawsze trzeba o tym wspomnieć. Kosmici pewnie śniadań nie jedzą.
Myślałam, że szykuje się jakaś intryga z pobraniem organów i stąd lekarz tak się napalił na wysłanie zdrowej osoby do szpitala. Po co ona w ogóle pisała o tym zasłabnięciu XD. Ciekawe czemu najbardziej nieistotnym sprawom ałtoreczki poświęcają cały rozdział, a np. rodzice bohaterki znikają sobie bez słowa wyjaśnienia XD.

"-Przeprowadzam się do Bostonu.

-Dziwny zbieg okoliczności. Też się tam przeprowadzam.

-Naprawdę?

-Nie.

-Tak.

AAAAAAAAAAAAA!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Ekhm... To narrator krzyczy? Czy co to ma być? ;P
To dalekie echo wrzasku mordowanej logiki."
lol

"-No, dziewczyno zakochałaś się? – I w tym momencie dojechaliśmy na miejsce.
No a jak. Te adidasy Pumy chwyciły ją za serce.

Najwyraźniej."
XD

"Mieliśmy mieszkać w pałacu! Przeszliśmy przez wielki hol(domyślałam się że to hol, bo był ogromny.)
Gdyby był malutki, pomyślałaby, że to szafa? Albo basen?
A co świadczyło o tym, że może nie być holem? Snopy siana? Maszyny rolnicze? Jeśli tak, to trafili do jedynej rzeczy, która jest ogromna i nie jest holem – do stodoły! XD"
XD

"Przykryłam się kołdrą. Zrobiło się dziwnie ciemno… Ciekawe dlaczego…No tak, w końcu leżę pod kocem"
Jeżeli to miał być element komediowy to się ałtoreczce coś udało XD.

Heh... Jak ałtoreczka przeczyta analizę to już będzie wiedzieć, że lepiej nie pisać o czymś, o czym nie ma się zielonego pojęcia.

Pigmejka pisze...

Dziękujemy za te wszystkie miłe słowa! :) Cieszymy się, że mogłyśmy znów sprawić tyle radości. :D
...Na pohybel Ałtoreczkom!!! ;D

Rzepicha pisze...

Płakałam ze śmiechu! :D Genialna analiza, urzekła mnie sonda analna, NPC i oczywiści, mój bohater dzieciństwa :D Love Pickard <3

Cukierkowy Pirat Harlock pisze...

Od czytania wystroju tego „zamku” przypomniał mi się film, którego tytułu nie pamiętam. Opowiadał on o rubasznej rodzinie planującej obrabować bank. Zamierzali się do niego podkopać. By nie zostać zdekonspirowanym założyli cukiernie jako przykrywkę. W końcu nie udało im się ograbić tego banku, ale za to zarobili miliony na sprzedawanych babeczkach. Z racji, że była to prosta, wiejska rodzina nie wiedzieli co z tą kasą zrobić. Kupili sobie zamek, ale urządzili go jak chłopską chatę (^^). Wszystko tam było pozłacane (nie złotem pozłacane, a farbą złotą xD). Całość trąciła kiczem i tandetą. No, ale to tak na marginesie.
Analiza kwikaśna. >.< Ałtorka tym razem przeszła sama siebie (żeby analizator musiał trzy razy użyć różnych odmian facepalmów >.<) Ciekawe, jaki następny blogasek weźmiecie na celownik.
Oh, zapomniałam Wam życzyć (wczesny Alzhaimer?) powodzenia (powodzenia się życzy?) na sesji.

Anonimowy pisze...

Mam brązowe kręcone włosy i średnio ciemną karnację. ->> typowo islandzka uroda ^^ Ałtorki nigdy nie przestaną mnie zadziwiać...

Serenity pisze...

*przeżegnuje się* Mamusiu, Tatusiu, trzymajcie mnie, żebym nie rozszarpała Ałtoreczki... Toż to opko woła o pomstę do nieba!

Shigella pisze...

Dziewczyna zobaczyla masacziusetanski dom stanowy z jego przecudnej urody kopula i uznala, ze to musi byc palac pelen wapierzy.

https://picasaweb.google.com/115254506686475373587/Boston#5267567654501734802

Podadtnicy jak sadze tez tak uwazaja ;)

Shigella pisze...

Mialo byc oczywiscie "podatnikow", aŁtoreczki mi na mozg padaja.
BTW - tak krytykujecie dziecko za homara na obiad, ale tu bym odpuscila. Boston szczyci sie daniami z tych skorupiakow i zjedzenie "lobstera" stanowi jeden z istotniejszych punktow zwiedzania.
Podanie homara na uroczystym, powitalnym obiedzie IMO nie byloby w takiej sytuacji niczym dziwnym (poza tym, ze nastolatki zapewne zamowily by raczej pizze i hamburgery).

wilczyca pisze...

tu Boston, tu osiedle w Warszawie a numer kierunkowy do Krakowa. Ciekawe, czy ktoś próbował dzwonić. Ja się chyba nie odważę :D

Babatunde Wolaka pisze...

Jako niestrudzony poszukiwacz sensu, zracjonalizowałem sobie niektóre elementy. Większości po prostu się nie dało, ale...
1) Buchaterka i jej krewni lecą z Islandii do USA, ale ani imiona, ani wygląd nie są islandzkie? Prosta sprawa, pewnie ich rodzice byli pracownikami bazy wojskowej NATO w Keflaviku. W międzyczasie dostali inny przydział i dlatego się już dalej nie pojawiają.
2)"Przybiegli lekarze i zabrali ją do małego pokoiku.
Lekarze. W samolocie. Do pokoiku. W SAMOLOCIE."
Hmm... Jeśli to był naprawdę duży samolot, to mogło w nim być pomieszczenie socjalne dla stewardess. A lekarze? Zawsze się mogli trafić wśród pasażerów. Pewnie lecieli do Bostonu na konferencję.
3) Zamek w centrum Bostonu. Cóż... Może być "Strażnica" na Brooklynie, to może być i zamek w Bostonie.

Anonimowy pisze...

Thanks for sharing your thoughts about phoney. Regards więcej, http://spinstertasha.
wordpress.com/2007/02/06/learn-how-to-freakin-spell-already/

Sierżant SW33 pisze...

"-Tak się właśnie składa.. – zacięłam się mówiąc do Cam.
-Poznałam fajnego chłopaka. – dokończyłam."
-Czekaj, czekaj! Zrobię naszą ulubioną kawę i wszystko nam opowiesz! - wychynął Sierżant zza winkla, trzymając kubek

Sierżant SW33 pisze...

"-Tak się właśnie składa.. – zacięłam się mówiąc do Cam.
-Poznałam fajnego chłopaka. – dokończyłam."
-Czekaj, czekaj! Zrobię naszą ulubioną kawę i wszystko nam opowiesz! - wychynął Sierżant zza winkla, trzymając kubek

Ethlenn pisze...

Gwarantuję wszystkim (z ałtorkami włącznie), że w centrum Bostonu (ani w okolicach) zamku nie ma. No, chyba, ze ktoś pomieszkuje sobie w którymś z budynków wierchuszki politycznej stanu Mass. OK...

Anonimowy pisze...

Sekunda... Cameron to imię męskie czy damskie, bo już zwariowalam... Znam jednego Brytyjczyka z Manchesteru o imieniu Cameron. Wierzcie mi, dziewczyna nie jest.

Anonimowy pisze...

„Corny miała niebieskie oczy, długie rozpuszczone włosy koloru blond, wyglądała jak modelka „- http://pu.i.wp.pl/k,MzQ2NDI4NTAsNDc3NDIw,f,027_witch_czarodziejki_will_irma_taranee_cornelia_hay_lin_eczorynka.jpg Czyżby dokładnie tak wyglądała?