sobota, 22 listopada 2014

Ustawmy wojska w szyku dziobaka, czyli Bitwa o Obronę Piaskownicy



Witajcie!

Macie ochotę na odrobinę krwawego napierdalania i narratora, który opętuje bohaterów? To dobrze, bo dziś czeka was opis epickiej bitwy, w której księżyc będzie walczył z chmurami i zorzą polarną, a drzewa zaleją się łzami. W tle będą wyły wilkołaki, a pewna nastolatka będzie schodzić na śniadanie, na które przyrządzi sobie płatki z ciepłym mlekiem.
Jeśli to was nie wystraszyło - zapraszamy do lektury!


Zanalizowały: Pigmejka i Kalevatar

Rozdział I - Zaczęło się to od…


Prolog
Rozdział zaczął się od prologu! Ech, te ponowoczesne zabawy z formą.

Ciemne chmury zakryły niebo, kiedy armia ludzi stanęła naprzeciwko wojska humanoidów.
Zazwyczaj w eposach pojawia się motyw deszczu strzał, jaki zakrył niebo. Ci mają zwykłe chmury - cóż, dobre i to.
Może to były chmury gazu pieprzowego.

Ich miejscem spotkania (tych chmur) były spalone ziemie na wzgórzach, które wcześniej były pokryte zieloną trawą i rozmaitymi gatunkami kwiatów.
A także zamieszkane przez pewną ilość zwierząt.
A ten opis jest istotny, ponieważ? Rozumiem, że ziemię spalili z okazji bitwy, żeby walczący się o te kwiatki nie potykali/żeby było odpowiednio mrocznie?
Albo specjalnie się umówili akurat tutaj, bo tu i tak większego sajgonu nie narobią. Ktoś ogarnięty organizował tę bitwę.

Nieopodal ocalało kilka drzew, które wyglądały tak jak w czasie zimy: wyschnięte i spragnione. Patrzyły smutnie na wojowników.
I ukradkiem ocierały łzy, jak również układały kostki Rubika, bo przecież skoro już mają oczy, to czemu nie.

Wiedziały, że ta wojna będzie krwawa.
W przeciwieństwie do wszystkich innych, pokojowych i łagodnych wojen, podczas których wojownicy walczą na pluszowe misie i zabierają sobie klocki Lego.

W powietrzu czuć było zapach siarki oraz delikatnej i przyjemnej mżawki. Jedyne głosy jakie można było usłyszeć to nerwowe tupanie koni (tupały z zimna, bo im kopytka marzły) oraz mrożące krew w żyłach warczenie wilkołaków.
Konie nerwowo emitowały paszczą rytmiczne "tup tup tup". Nie miało to większego sensu, ale skoro narrator się uparł, to co poradzisz.

Do piechoty należeli młodsi jak i starsi mężczyźni.
A nie należeli starcy oraz niemowlęta. Narratorze, powiesz mi wreszcie coś, czego nie wiem?

Każdy bał się tej wojny, ale dowódca starał się podnosić wszystkich na duchu.
Czy oni w tym momencie nie powinni raczej bać się bitwy?

Na ich czele stał czarnowłosy młodzik ubrany w ciemnozielony płaszcz.
Ale na czele każdego czy wszystkich? Bo to kluczowe.
Mam nadzieję, że młodzik nie był dowódcą. Chyba że to Dzielnicowa Bitwa o Obronę Piaskownicy.

Był to syn znanego na całej Planecie generała Gerarda.
Znany był w całej sieci sklepów monopolowych jako wyjątkowo twardy zawodnik.

Chłopak na plecach nosił olbrzymi i legendarny Miecz Tytanów. Dumnie siedział na swoim białym i lekko nakrapianym koniu.
Na obu naraz, miał bowiem wyjątkowo duży tyłek.
Nie no, koń był do połowy biały, a od połowy nakrapiany. To logiczne.

Był bardzo odważny, ponieważ to on zachęcił ludzi do walki, to on przebył wędrówkę, by stworzyć Tunel Dusz.
...ok. Gdy już narrator przestaje mówić oczywiste oczywistości, to zaraz przegina w drugą stronę.

Wierzył, że znajdzie spokój, pokonując Boga Śmierci. Na szyi nosi kryształ, który otrzymał od swojej siostry. Miecz jego był wyrobiony z granatowego diamentu.
Póki co sprawdzał się głównie w oślepianiu wroga i zwabianiu całych stad srok, ale chłopak wierzył, że jeszcze wszystko przed nim.

Był to najtwardszy i najostrzejszy miecz jaki udało mu się znaleźć w składziku Klubu Teatralnego. Obok dowódcy stała Kapłanka na kasztanowym rumaku.
Kapłanka bogini Woltyżerki, odziana w ceremonialny trykot.

Ludzie mieli nadzieje, że dzięki niej pokonają Samuela. Szanse na wygraną były nikłe, ponieważ przeciwników było kilka razy więcej.
Może się zagapią na babę-cyrkówkę i będzie można ich w tym czasie wybić?

Dowódca wymyślił bardzo niezwykły szyk bojowy.
Oglądany z lotu ptaka w dzień letniego przesilenia wyglądał zupełnie jak niewiadomo co.
Ale jak się mocno zmrużyło oczy, to przypominał trochę dziobaka.

Podzielił armię na trzy grupy
Dochodzeniową, uderzeniową i prewencję.

i ustawił je w kilkunastu rzędach, tworząc kwadraty. Bokami figury byli rycerze odziani w zbroje i ciężkie, żelazne miecze.
W przeddzień bitwy rozgorzał spór, czy miecze należy zakładać tak, by mieć jelec na głowie, czy może między nogami. Konsensusu nie osiągnięto.
Wyobraziłam sobie spódniczkę z mieczy. Wiecie, taką jak się robi z liści palmowych, tylko że ta byłaby z mieczy.
Włosy na udach już nigdy nie byłyby problemem.

Wewnątrz niej stali wieśniacy.
Odziani w cepy?
I snopki słomy, tak.

Każdy z nich trzymał tarcze oraz lekką broń.
Ustawienie tarczowników wewnątrz szyku zaiste jest niezwykłym posunięciem.
Może tarczami mają popychać do boju tych z zewnątrz, w razie jakby chcieli spierdzielać?

Na twarzach ich malował się strach. Wilkołaki to bezlitosne i krwiożercze bestie. Miały tak ostre zęby, że potrafiły przebić każdy metal, a ich zręczność była olbrzymia.
2k14 i to nie licząc modyfikatorów!
(Ale dowiemy się, co miało na celu tak kijowe rozstawienie wojska, prawda? Bo narrator wyraźnie ucieka myślami gdzie indziej.)
Przeciwnik miał umrzeć ze śmiechu, to chyba oczywiste!

Do ich wrogów należeli też Jaszczury, o obślizgłych i złotych ślepiach.
Raz, odmiana czasownika. Dwa, przecinek. Trzy - obślizgłe ślepia?
Załzawione. Bardzo. I nieprzecierane tak długo, że aż stężało.

Doskonale posługiwały się ostrymi włóczniami oraz swoimi ogonami.
A ludzie byli mistrzami we władaniu mieczami oraz rękami i nogami.

W razie potrzeby używały też małych, ale ostrych zębów. Ich pyski przepełnione były jadem Osoba ugryziona przez Jaszczura umierała na skutek spalenia od środka.
Znaczy co, jad ulegał rozgorzeniu po kontakcie z układem krwionośnym?
Może to kwas był, jak u Obcego.

Nagle księżyc zakrył słońce oraz nastąpił gwałtowny przeskok narracji. Żółty blask zamienił się w gęste i srebrzyste promienie.
Promienie były tak gęste, że aż utrudniały chodzenie, przez co walczyć trzeba było w cieniu. Chmur z pierwszego akapitu opowiadania spozierały z daleka, obrażone.

Wyglądało to jak mgła o wiosennym poranku.
Promienie wyglądały jak mgła. Ciekawe, jak wygląda sama mgła, pewnie przypomina tęczę.

Nie można dostrzec ani jednej gwiazdy, na niebie widniała wielka i mieniąca się Zorza Polarna.
Widziana podczas zaćmienia słońca. Oczywiście. Oraz w co drugi piątek między 14:10 a 14:45.

Wiał silny i zimny wiatr. Nadszedł Dzień Oświecony, w którym moc Bogów wzrasta do maksimum.
Bo zazwyczaj bogowie są słabowici i ani trochę nie wszechmocni.
Jak nadszedł dzień, skoro jest noc?

Ludzie mieli nadzieje, że towarzyszy im Sheron.
Nie wiem, o co cho, ale też mogę mieć nadzieję, co mi tam.

Niedługo miała się rozpocząć bitwa.
Co prawda obie armie stały już naprzeciw siebie w szyku bojowym,ale nie wszyscy zdążyli jeszcze zaczekować się na fejsiku, więc czekano.

Dowódca ostatni raz spojrzał na swoich towarzyszy.
Wiedział już, że wszyscy zginą, ale było to poświęcenie, na które był gotów.
Może miał nadzieję, że tylko on zginie. Chyba chcę w to wierzyć.

W jego ciemnozielonych oczach można było zobaczyć smutek, ból, ale i nadzieje .
Jedną na zwycięstwo, drugą na placki ziemniaczane w domu, trzecią - na zlikwidowanie tej spacji sprzed kropki.

Chłopak wyciągnął miecz z pochwy i skierował ostrze w kierunku wroga:
W tych trudnych chwilach,
gdy tańczysz w wodewilach
gdy ciemność spowija nas,
a recenzenci biorą nas w nawias
wystarczy jedno światło,
aby nas w ziemię wgniotło
by rozpocząć starcie,
i znów tańczyć za żarcie
razem przejdziemy,
i na Broadway się dostaniemy
przez most nad otchłanią,
a nawet dach nad plebanią
demony nie wezmą nas w swoje ręce,
Ukryjemy się w Białołęce!
gdyż walecznych serc nie da się zgnieść!
Te bardziej strachliwe można zjeść!

- Arriba jarriba, łohohoho - zawtórowali żołnierze, kołysząc się i klaszcząc do rytmu.

Zabłyśnij, Sheronie!
Zagraj na puzonie
Niech twój blask odgoni ból i smutek,
I niech się cieszy każdy wyrzutek
Ochroń nas, Sheronie!
Daj każdemu po żonie
Razem, damy ukojenie planecie,
Nawet jeśli połowę poniesiemy na bagnecie

Płomienie pochodni falowały w powietrzu. Kilku najbogatszych rycerzy miało  nawet prawdziwe woskowe świece.

Do ostatnich sił walczyć będziemy,
Za skórę wam zaleziemy
Spokój rodzinom przyniesiemy,
Bo dzielnią tą trzęsiemy
Dziecięce koszmary odejdą,
aż szwy im się w majtach rozejdą
i szczęśliwe wrócą chwile,
- Zwrotka nienajgorsza, tylko rymu nie ma - wciął się pięknym barytonem sołtys Mysich Kiszek.
- Przecież robię co mogę! - sapnęła Pigmejka i szturchnęła sołtysa dzidą.

Za tych co odeszli,
i za tych, co podeszli
i za wygnane przez nas smoki,
I za pszczół odwłoki
Trzymać się będziemy razem,
pokonamy ich żelazem
Tylko tak pokonamy niemiłosiernego Samuela!
A ja już nie rymuję, bo rozpacz we mnie wzbiera!

Wspomóż, Sheronie!
Razem przezwyciężymy cierpienie,
Płoń, Sheronie!
Niech modły nasze zostaną wysłuchane,
Zabłyśnij, Sheronie!
Niech twój blask odgoni ból i smutek,
Ochroń nas, Sheronie!

Razem, damy ukojenie planecie!

Śpiewali wojenna pieśń rycerze i wojownicy, trzymając się za ręce i kołysząc.
https://38.media.tumblr.com/56ffff4431f8c7194be736309f9674ca/tumblr_ne2qb749qB1ry5ojao1_500.gif

Gdy dobiegła końca, pewien giermek zaintonował "Płonie ognisko w lesie", ale prędko gu uciszono. Chór niskich głosów roznosił się echem po spalonym polu. Przypominała ona im za co walczą. Wiedzieli, że większość z nich nie zobaczy nigdy więcej swojego przytulnego domu, gdzie czekać będzie rodzina. I się zaczęło, ale nie było to tak ważne, by zasługiwało na osobny akapit: wilkołaki pobiegły na swoich silnych i umięśnionych łapach, a konie po drugiej stronie rozpoczęły koncert, dudniąc kopytami.
Rozpoczęły klasycznie, od "Tańców węgierskich", ale w planie były jeszcze standardy jazzowe i Wagner.
Na bisy przewidziano “Orfeusza w piekle” Offenbacha. Proszę sobie wyobrazić kankana w wykonaniu koni!

Ludzie nadal śpiewali i krzyczeli, idąc w kierunku wroga. Nikt nie mógł przewidzieć jak ta wojna się skończy.
Ja chyba mogę…
Ale w sensie czy ochrypną czy nie?

W mieście Athos zostały tylko dzieci, kobiety i garść mężczyzn. Nie wiedzieli do kogo zwrócić modły, ponieważ nie od Bogów zależało, jak zakończy się wojna.
Trzeźwe podejście do sprawy, pochwalam.
(Ale zaraz, to nie mają żadnego boga wojny? Well, może jest jednym z tych, którzy nie dają faka.)

Wielki władca siedział na swoim krześle na balkonie i z nadzieją spogląda w dal.
Ku chromolącym się czasom narracji i wizji, w której dadzą mu jakiś lepszy mebel.

Widać było domy z drewna, kilka tawern i barów oraz wielki kamienny mur. Od wieków uważano, że ochroni on przed ciemnościom.
Panie, daj mi litość.
Tylko siły nie dawaj.

Pewien wędrowny grajek mówił, że mur powstał po to, by ludzie wiedzieli, gdzie mogą się skryć.
No przecież. Pierwsze, o czym myślę, jak widzę mur, to “O, tu się schowam!”
Czyli że najpierw był mur, a potem wewnątrz zbudowano miasto? Nowatorsko.

Za miastem była nieżyzna gleba, na której nic nie rosło. Nazywano ten teren Wieczną Pustynią. Można, by pomyśleć, że władca oglądał przebieg walki. Tak naprawdę podziwiał on konsekwentne popierdolenie akapitów (a raczej ich brak) w tej narracji. Nagle obok władcy stanął chłopak z ciemnobrązowymi włosami. Miał około siedemnaście lat. Był chudy i wysoki. Na prawym ramieniu miał znak klątwy.
A na lewej miecz obosieczny ostry i znak zakazu wyprzedzania.

Oparł się rękoma o obręcz cyrkową i oglądał srebrzysty krajobraz oraz piękną Zorzę Polarną.
Pewnie, patrz póki możesz, jak zaściele się trupami to już nie będzie taki ładny.
Ale kiedy ten krajobraz się zrobił srebrzysty? Przecież wszystko było wypalone.

- Dlaczego nie poszedłeś z nimi walczyć? – Zapytał niski głosem król. Zwrócił oczy w kierunku chłopaka.
- Ja… nie mogłem – odpowiedział i spojrzał w dół. - Jestem pacyfistą!
- Dlaczego? – Zdziwiony młodzik spojrzał na króla. Wiedział, że nie powinien wypowiadać się dwa razy pod rząd, a jeśli nawet, to nie tak, by podkradać królowi kwestie patrzeć władcy prosto w oczy, ale jak sam mówił, zasady trzeba łamać:
- Boje się… co jeśli nie powstrzymam potwora, który siedzi wewnątrz mnie? - Spojrzał na swoje buty.
A one naprawdę były potworne.

Władca wiedział, że ten chłopak był kiedyś przestępcą, ale w głębi duszy można było zobaczyć w nim dobro.
No tak, w krwawej bitwie przecież nie potrzebujemy wściekłych, niebezpieczych morderców, skąd. (Może naprawdę będą napieprzać się pluszakami?)

Lubił tego chłopaka, sam nie wiedział czemu. Może dlatego, że mu go przypominał jak był w jego wieku.
Czyli że gdy chłopak był w wieku króla, to go przypominał. A był w tym wieku w każdą środę.

- Grzechem nie jest bać się. Każdy z nas czuje strach, ale przy przyjaciołach nie masz się czego obawiać. Nie możesz uciekać od niego. Musisz go ujarzmić... - Powiedział król. - Czekają na ciebie. Tak, więc idź, każda pomoc się przyda. – Chłopak, ze zdziwieniem spojrzał w oczy pana, którego są przepełnione dobrocią i niegramatycznością sprawiedliwością. Młody mężczyzna wiedział, o czym myśli monarcha.
- Porozmawiaj z Gerardem. - rzekł król.
- Tak jest, Wasza Wysokość – Ukłonił się i wybiegł z pokoju. 
 Jakiego pokoju, przecież na balkonie byli.

Z korytarza dobiegało nawoływanie generała. Władca ostatni raz spojrzał w dal i zaczął się modlić za całą planetę Galaxy i za galaktykę Universe  inne wymiary. Po jego zmarszczonym i bladym policzku spłynęła słona i piekąca łza.
To logiczne: bohaterki płaszczą kryształowymi, a bohaterowie pieprzowymi, samotnymi łzami.

Czy ludzie dotrwają jutrzejszego dnia?
Ludzie jak ludzie, pomyślcie o analizatorkach.


Rozdział 1
              Przez wiele lat brązowowłosa Sylwia czekała na ten dzień. Wreszcie mogła się spotkać z ojcem, który mieszkał w Londynie. Jej rodzice rozwiedli się, kiedy miała 7 lat. Pamięta tylko, jak po nocach nie mogłam spać, ponieważ słyszała ich krzyki i płacz.
Kolejny typ narratora: Narratorka Wcinająca Się W Zdanie!

Kłócili się o wiele rzeczy. W końcu ojciec nie wytrzymał i wrócił do Anglii, do ojczyzny. Sylwia mieszka z mamą – Rebeką i siostrą – Leną. Jest o 3 lat starsza od niej.
Zagwozdka - od mamy czy siostry?

Żyła w małej mieścinie niedaleko Poznania.
W wolnych chwilach lubiła się bawić czasami w narracji.

Było im dobrze w małym, białym domku. Okolica była spokojna, wszyscy się tam znali. Mama Sylwii pracowała całymi dniami, więc to ona zajmowałam się domem, sprzątała i gotowała. Niestety jej potrawy nie były zbyt dobre ,często je przypalała.
Oburzające, jak dziecko śmie źle gotować.

Sylwia to szczupła, zielonooka licealistka. Od dziecka na prawym ramieniu miała dość dużą bliznę w kształcie litery ,,S''.
Cudzysłów otwierający, wielkie s, apostrof, apostrof. Przeznaczenie pojechało po bandzie.

Matka opowiadała jej, że w wieku 6 lat miała wypadek i dlatego nie pamięta nic co się stało przed tym wydarzeniem oraz miała ranę, która zabliźniła się.    
Cholerka, jeśli moje rany też się zabliźniają, to znaczy, że miałam wypadek jako sześciolatka?
Bankowo.
 
              Tego dnia, czyli 1 lipca, obudziły dziewczynę ostre promienie słońca. Nawet przy zamkniętych oczach ją raziły.
Powieki, robicie coś źle. (Może to nie słońce, tylko supernowa?)

Położyła dłoń na swojej twarzy.
Przez chwilę myślała, czy nie położyć dłoni na twarzy sąsiadki, ale uznała, że mogłoby to zostać źle zrozumiane.

Nie miała ochoty wstawać. Łóżko było takie mięciutkie i cieplutkie. Gdy przypomniała sobie jaki był dzień, wyskoczyła jak porażona. Spojrzała kątem oka na zegarek, który wskazywał godzinę ósmą. Była zbyt podekscytowana, by znów zasnąć. Szybko przebrała się w dżinsy i białą bluzkę z czarnym kotkiem
Ciekawy kostium na halloween!

i pobiegła po schodach na dół, by zjeść śniadanie.
Oczywiście. Mały biały domek musiał być piętrowy, by można było schodzić na śniadanie.

Podgrzała mleko i wsypała do niego swoje ulubione płatki. Zrobiła sobie jeszcze czekoladowe cappuccino w swoim różowym kubku z misiami.
Tu ze zdaniem jest wszystko w porządku, ale mój boru, ciepłe mleko. To chyba gorsze niż zła ortografia.

Dostała go od koleżanki z podstawówki. Wyjechała ona do Szczecina, do babci. Od tamtego czasu straciły kontakt, którego bardzo jej brakuje. Po zjedzeniu śniadania oparła łokieć na stole, ozdobionym czerwonym obrusem.
Szanuję to. Ten łokieć.
(Ale stół ozdobiony obrusem brzmi jak podłoga ozdobiona dywanem.)

Kuchnia była dość mała, ale wystarczało miejsca dla trzech osób. W kącie stała lodówka, która nie była połączona z zamrażalką, przez co rodzina nigdy nie miała w domu lodów.
http://replygif.net/i/311.gif

Następnie w rzędzie stał brudny i lekko zepsuty piec,
Truł mieszkańców czadem tylko od czasu do czasu.

zlew i na końcu, przy drzwiach była lada, gdzie można było przygotować jakąś potrawę. Po drugiej stronie przy ścianie było okno i parapet, na którym w doniczkach rosły białe oraz fioletowe fiołki. Sylwia siedziała obok okna na drewnianym krześle. Pijąc w spokoju kawę myślała o wyjeździe:
-Co ja mam zabrać? Nigdy na tak długo nie wyjeżdżałam – zadała sobie pytanie, odeszłam od stołu i pobiegłam do swojego małego pokoju.
To brzmi, jakby bohaterkę opętał duch narratora.

Ściany jego były koloru niebieskiego jak poranne niebo. W rogu przy oknie stało łóżko, które nie wyglądało na nowe przez kilka plam od soku pomarańczowego oraz sosu spaghetti.
A łóżka nie można było odczyścić, bo nie. Vanish jest dla słabych.

Naprzeciwko stało biurko, na którym był bałagan i duża, zapchana ciuchami szafa. Niedaleko wejścia do pokoju umieszczone były drzwi do przytulnej łazienki. Miała tam prysznic, umywalkę, szafkę. Ściany były pokryte kafelkami, a na podłodze leżał błękitny dywan.
Przepraszam, to opko pisał dekorator wnętrz? IKEA-entuzjasta?